niedziela, 6 września 2015

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział piąty, część druga.

***

W głównym holu panował półmrok. Przy dużym, kamiennym kominku siedziała grupka dzieci, tak samo brudnych i smutnych, które słysząc kroki w korytarzu od razu podniosły głowy i spojrzały w stronę nowoprzybyłych. Na twarzach niektórych z nich można było dostrzec nienawiść, pogardę, rozbawienie albo rozpacz, jednak żadne z nich nie odezwało się. Pewds i Cry zostali pociągnięci przez kolejny korytarz, potem po schodach w górę, aż w końcu dotarli do niezbyt dużego pokoju z dwoma drewnianymi łóżkami i szafą, w którym było dość przytulnie. Na ścianach wisiały jakieś obrazki i zdjęcia, głównie przedstawiające obu graczy w różnych ważnych dla nich chwilach. Wyglądało, jakby ten pokój był przygotowany specjalnie dla nich.
- Zdejmijcie te ubrania i przebierzcie się w coś normalnego, a to oddajcie mi. Jutro pogadacie z doktorem Bumby’m i wyjaśnicie mu skąd znowu ukradliście. Rozumiemy się? – barczysty mężczyzna spojrzał surowo na Pewdie’go i Cry’a, po czym odwrócił się do wyjścia. – Kolacja o dwudziestej, nie spóźnić się.
Wyszedł, trzaskając drzwiami. Cry stał przez chwilę, nasłuchując, czy nie wraca, ale wszystko wskazywało na to, że nie zamierza przyjść prędko. Odetchnął więc z ulgą i usiadł na jednym z łóżek.
- Chyba jesteśmy jakoś wpasowani w ten świat, co myślisz? – zagadnął, ściągając mokre spodnie. – Odezwał się do nas po imieniu, a w dodatku uznaje nas za złodziei…
- Cóż, przynajmniej mamy gdzie się wyspać. Spróbujemy się dowiedzieć czegoś więcej dzisiaj albo jutro, na razie ogarnijmy, co się tu tak właściwie dzieje, okay? – Pewds także niechętnie ściągnął okrycie wierzchnie, po czym poszedł szukać ubrań w szafie.
- Racja, wszystkiego się dowiemy, zero stresu.
Ubrania, które znaleźli, okazały się parą brudnych i przedartych w niektórych miejscach spodni, białą koszulą, także przybrudzoną, oraz szelkami. Każdy z nich otrzymał także tabliczkę z numerem, którą mieli zawiesić na szyi.
- Jestem numerem trzydziestym piątym, fascynujące. Czuję się taki… wyczyszczony z danych osobowych. Bezimienny – w głosie Cry’a było czuć wstręt. Z ociąganiem założył numer na siebie. – Ale wygląda na to, że znają tu nasze imiona. Znaczy, przynajmniej ten gościu je znał.
- Właśnie, dziwnie to zabrzmiało, gdy powiedział „Ryan”. Nie używasz za dużo swojego imienia – zauważył Pewdie. – Tak właściwie to dlaczego?
- Nie lubię. To… pogwałcenie mojej prywatności. Tylko rodzina zwraca się do mnie imieniem, nienawidzę, gdy używają go moi przyjaciele czy znajomi, a tym bardziej fani… Zostańmy na pseudonimach, okay?
- Spokojnie, nie zamierzałem zwracać się do ciebie po imieniu, nie potrafiłbym się przestawić. Pytałem z ciekawości – blondyn uśmiechnął się przyjaźnie. – Ale wykorzystam tę informację, dzięki.
- Mogłem nic nie mówić.
Cry usiadł na łóżku, okrywając się kocem. Ubrania, które dostali, były beznadziejne na zimę, bo dość cienkie. Co prawda do kompletu przysługiwały im jeszcze swetry, ale nie były wystarczająco ciepłe, żeby rozgrzać wychłodzone ciało Amerykanina. Nie zdążył nawet schować sobie bluzy czy kurtki, bo ledwie zdążył się przebrać, gdy do pokoju znowu wszedł barczysty mężczyzna i wszystkie ich ubrania zabrał ze sobą.
- Hej, wszystko w porządku? – Pewds wyglądał na nieco zmartwionego widokiem owiniętego w koc przyjaciela. – Bardzo ci zimno?
- Nie, jak tak siedzę to jest dobrze, znacznie lepiej niż wcześniej. Dzięki – Cry uśmiechnął się i spojrzał na swoje kolana. – Chociaż znowu niepotrzebnie się narażałeś…
- Skończ już z tym tematem, myślałem, że przerobiliśmy to wczoraj – westchnął i oparł się ciężko o ścianę. – Po pierwsze, umowa była taka, że nie będę się narażał tak długo, jak będziesz bezpieczny, więc to twoja wina. Po drugie, to żałosne umrzeć poza grą.
- Wyszliśmy z safe pointu, więc w sumie to chyba już byliśmy w grze… Szkoda, że nie pamiętałem o tym wcześniej…
- Dobra, mam dość twojego nastawienia. Zobaczymy, co się wydarzy. O ile moja pamięć mnie nie zawodzi, to nic nam nie grozi póki nie dostaniemy się do Krainy Czarów, więc-
- Kraina Czarów? O czym ty gadasz? – Cry wyprostował się nagle, patrząc na Szweda. – Znasz kolejną grę?
- Nie mówiłem ci? Jak na razie, patrząc po otoczeniu to wygląda mi to na Alice: Madness Returns. Grałem w to przez chwilę, więc coś tam pamiętam.
- Boże, trzeba było mówić wcześniej! A ja tak się stresowałem…
- Nadal masz czym, bo nie wiem, co się wydarzy. Zawsze mogą się pojawić jakieś zmiany, poza tym pamiętam tą grę jak przez mgłę – Pewds spojrzał na zegar, po czym podszedł do drzwi. – To jak, idziesz?
- Gdzie, na kolację? – Cry wstał, rzucając koc na łóżko. – Ale przecież zostało nam jeszcze pół godziny, co ty chcesz robić?
- Nie wiem, może znaleźć jadalnię? Chyba, że wiesz, gdzie się znajduje – po kilku sekundach ciszy Pewdie kiwnął głową, uśmiechając się ironicznie. – Tak myślałem. Poszlajamy się trochę, przy okazji ogarniemy teren.
Wyszli z pokoju, trafiając do kolejnego, nieco większego. Znajdowały się w nim dwa łóżka piętrowe, komoda i stolik z krzesłem. Po podłodze rozsypane były klocki i inne zabawki. Nie spotkali tam nikogo, przeszli więc dalej. Idąc korytarzem trafili na drzwi z tabliczką z imieniem Charles Bumby. Najwidoczniej był to jego gabinet, gracze zdecydowali więc, że nie będą tam chwilowo zaglądać. I tak prawdopodobnie będą musieli z nim porozmawiać, więc równie dobrze mogli to odłożyć na później. Skręcili w prawo, natykając się na grupkę patrzących na nich ze złośliwymi grymasami na twarzach dzieci, także z numerami na sobie. Wyminęli je, po czym ponownie skręcili w prawo, wchodząc w długi korytarz. Porozrzucane lalki, zabawki, klocki… Na korytarzu był niemalże taki sam bałagan jak w pokojach, które od niego odchodziły. Najwidoczniej były to sypialnie dla tych dzieci, wszystkie z podwójnymi łóżkami. Mężczyźni musieli wymijać także ubrania, porozwieszane po całym korytarzu. Całe to miejsce było dość przygnębiające. Dzieci, które spotykali na swojej drodze, patrzyły się na nich głównie z pogardą lub nienawiścią. Jeden chłopczyk, wyglądający na najwyżej dziesięć lat nie szczędził im nawet komentarza, pytając, czy kąpiel była przyjemna. Mężczyźni zignorowali go jednak i poszli dalej.
Dotarli do schodów prowadzących w dół. Szybko po nich zbiegli, mijając skrzynię z zabawkami na półpiętrze i zatrzymali się na samym dole. Za schodami znaleźli tylko skrzynie i pudełka, chaotycznie porozrzucane po ziemi. Przeszli więc dalej, skręcili w lewo, mijając stare gazety leżące na stoliku, które krzyczały nagłówkiem coś o zaginionych dziewczynach. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi, jednak były zamknięte od wewnątrz. Gracze zwrócili się więc w lewo, dochodząc w końcu do przedsionka, a potem do głównego holu.
- Więc gdzie jest ta jadalnia…? – Cry rozejrzał się po salonie, lecz nie znalazł w nim żadnych podpowiedzi. Co prawda stał tam długi, zagracony stół, ale raczej nie nadawał się do spożywania na nim posiłków, głównie dlatego, że był za mały, by pomieścić tyle osób. Chociaż w sumie nic nie wiedzieli o tym miejscu, być może jedzą w dwóch turach…?
- Uderzyłeś się w głowę, wpadając do tego jeziora? – jedno z dzieci spojrzało na niego z pogardą, uśmiechając się nieprzyjemnie. – Czy po prostu jesteś tak głupi?
Cry zamarł, kompletnie zaskoczony słowami dzieciaka. To nie było do niego, prawda?
- Co powiedziałeś? – zanim brunet zdążył zareagować, Pewdie podszedł do chłopca i spojrzał na niego groźnie. – Mamusia cię nie nauczyła, że szanuje się starszych? O, przepraszam, mogła nie zdążyć.
- Odczep się od niej! Mama zostawiła mnie tu tylko na chwilę i wróci – odparło dziecko, jednak już nie tak pewnie. – Twoja mama nie żyje.
- To, że nie żyje to nie jej wina. Ty tu jesteś, bo twoja matka nie mogła wytrzymać z takim bachorem jak ty – warknął Szwed i już miał coś dodać, gdy Cry chwycił go za ramię.
- Pewds, przestań. Przegiąłeś – odeszli kawałek na bok, z dala od płaczącego teraz chłopca.
- Wybacz. Po prostu… Nie mogłem pozwolić, żeby taki szczyl cię obrażał. O co w ogóle chodzi z tą całą nienawiścią, czuję, jakby te dzieciaki chciały nas zadźgać – Pewdie posłał jeszcze jedno wściekłe spojrzenie w stronę dziecka. – Zrobiliśmy im coś?
- Odnoszę wrażenie, że to dlatego, że jesteśmy bliżej wolności. Nie wiem, czemu tu w ogóle jesteśmy, ale jeśli jest to rzeczywiście przez nasze „kradzieże”, to po poprawie będziemy mogli stąd wyjść. Te dzieci skazane są na lata w tym miejscu, zanim się stąd wyrwą, bo muszą osiągnąć pełnoletniość. Poza tym, brakuje im rodziców, a to na pewno nie wpływa na nie dobrze, bo nie mają od kogo brać wzorców.
- Pewnie tak – Pewds westchnął i obejrzał cały salon. – Ale wciąż nie mamy odpowiedzi na to, gdzie znajduje się jadalnia.
- Najlepiej będzie tu chwilę poczekać, a potem iść za tłumem. I lepiej nie wchodźmy w drogę tym dzieciom, nie chcę tu sobie narobić wrogów.
Według ustaleń, siedzieli w salonie grzejąc się przy płomieniach kominka i rozmawiali. Na początku Cry chciał wyciągnąć informacje od Pewds’a dotyczące następnej gry, ale okazało się, że blondyn nie pamięta za wiele z dawnej i niedokończonej rozgrywki, więc szybko porzucili ten temat. Szybko jednak znaleźli kolejny i zanim się obejrzeli, nadeszła dwudziesta. Gdyby nie gwar dochodzący z korytarza, pewnie by się nie zorientowali. Wstali więc i wraz z resztą sierot przeszli przez jedne z drzwi w przedsionku. Potem zeszli schodami do piwnicy, ledwie oświetlonej kilkoma świecami porozstawianymi na długim, drewnianym stole. W pomieszczeniu znajdowały się jeszcze drzwi, prawdopodobnie do kuchni, bo po chwili wyszła stamtąd kobieta z wazą pełną dziwnej cieczy. Dzieciaki natychmiast ulokowały się w ławach przy stole, a gracze zajęli dwa wolne miejsca z brzegu, nie chcąc się przepychać.
Wazy z zupą zostały opróżnione w kilka minut i tylko dzięki temu, że Pewds wystarczająco szybko zabrał naczynie udało im się nalać też porcje dla siebie. Zupa nie wyglądała najsmaczniej, ale była gorąca, a dla przemarzniętego Cry’a było to zbawieniem. Chwycił łyżkę i ostrożnie zjadł trochę dania. Pewdie patrzył na niego wyczekująco.
- Całkiem dobra, ale przydałoby się trochę przyprawić – orzekł, uśmiechając się.
- Super, czyli nie jest trująca. Przynajmniej na razie – Felix zaśmiał się, gdy Cry szturchnął go w bok, zły za nieświadome zostanie królikiem doświadczalnym.
Po chwili oba talerze były już puste, a Cry z żalem rozglądał się za ewentualną dokładką, która niestety nie nadeszła. Okazało się, że nie mogą wyjść, póki wszyscy nie zjedzą, więc siedzieli, rozmawiając lub bawiąc się sztućcami z nudów.
Pewds rozglądał się właśnie po sali, gdy jego wzrok napotkał czyjeś oczy. Zielone, duże oczy, do pary ze ściągniętymi wrogo brwiami i ściśniętymi ustami. Z ławy naprzeciw, nieco na lewo, patrzyła się na niego ciemnowłosa dziewczyna, w której Pewdie natychmiast rozpoznał Alicję, główną bohaterkę gry. Gdy brunetka zorientowała się, że ich oczy się spotkały, odwróciła prędko głowę, udając zainteresowanie ścianą.
- Na kogo się tak patrzysz? – zagadnął Cry, widząc, że przyjaciel w ogóle go nie słucha.
- Widzisz tamtą dziewczynę? To jest Alicja – blondyn dyskretnie ją wskazał, starając się nie zwrócić niczyjej uwagi. – Główna postać.
- A tak, coś chyba kojarzę. Czy ona nie latała zwykle w niebieskiej sukience i z nożem?
- Tak, w wersji Krainy Czarów.
- No to wiem, o czym mowa. Chociaż nigdy nie grałem w tą grę.
Grupa dzieci w końcu ruszyła się z jadalni i wróciła do salonu. Tam jedna z kobiet odpowiedzialnych za opiekę nad wychowankami zarządziła, że jeśli ktoś nie chce zostać jeszcze w salonie, to ma natychmiast wrócić do pokoju i kłaść się spać. Chociaż Cry sugerował, że może lepiej będzie, jeśli wrócą, to Pewds zdecydował, że Amerykanin ma zostać chwilę przy kominku, bo powinien się wygrzać. Na nic zdały się kłótnie; Pewdie ściągnął Cry’a na ziemię i kazał mu usiąść przy ogniu. Dzieciaki bawiły się jeszcze, korzystając z chwili wolnego, a gracze postanowili porozmawiać. Na początku dość niezręcznie, tak jakby wymuszenie, ale szybko się rozkręcili. Oczywiście, wszystkie trudne tematy jakie kłębiły im się w głowach zostały pominięte, chociaż każdego z nich męczyło ciągłe oszukiwanie siebie nawzajem. Jak jednak mieliby do tego podejść?
Pewdie chciał porozmawiać o samopoczuciu przyjaciela. Cry niemalże od początku rozgrywki wciąż się czymś martwił, wciąż miał same czarne scenariusze, choć jedną z jego rozpoznawalnych cech był spory optymizm. Pewds też był zestresowany i przerażony, w końcu w każdej chwili mógł zginąć, jednak szybko doszedł do wniosku, że im bardziej będzie się przejmował, tym trudniej mu będzie funkcjonować. Traktował więc całą grę zadaniowo. Przejść, przeżyć, skończyć, wrócić do domu. I świetnie by było, gdyby Cry też tak mógł. Z drugiej strony, Pewds tak bardzo chciał omówić z kimś sprawę zdania w notesie, ale… Z kim? Ma powiedzieć Cry’owi, że przeczytał jakąś sentencję, którą tylko on może zobaczyć i teraz się zastanawia, czy nie jest może zakochany w najlepszym kumplu? Usłyszałby, że za długo siedzi w tej grze i że jak wróci do rzeczywistości, to ma się skonsultować z psychologiem albo gorzej. Cry mógłby go znienawidzić lub się od niego odsunąć. Szwed nie mógł sobie na to pozwolić; nie dość, że gra ciągle wymagała od nich współpracy, to jeszcze za bardzo go lubił, żeby tak po prostu zniszczyć sobie z nim relacje.
Cry za to chciał raz a dobrze zakończyć sprawę z rzucaniem się w niebezpieczeństwo bez względu na własne zdrowie i życie. Może dałby radę nie poświęcać się, jeśli miałby pewność, że Pewdie także będzie dbał tylko o siebie? To byłoby najlepszym wyjściem. Każdy sobie. Oczywiście, to nie chodzi o kompletną znieczulicę i zostawianie siebie nawzajem na pastwę losu, tylko o to, żeby potrafili sobie pomagać bez ryzykowania życia. Bez poświęceń i ofiar. Chociaż Cry ostatecznie odpuścił po wczorajszej rozmowie, to męczyło go to niesamowicie. Co prawda, jak na razie udało im się przetrwać do półmetka całej gry, ale gdyby nie leczenie ran w safe pointach lub opcja wskrzeszania w Cry of Fear, już dawno byliby martwi. Są już w połowie, właśnie zaczynają piąty poziom. Gdy tylko go ukończą, kolejne pięć będzie ich dzielić od końca. Muszą się dogadać w tej kwestii, jeśli mają dotrwać do dziesiątej gry. Gdyby tylko Cry potrafił zacząć ten temat, spróbować chociaż spokojnie porozmawiać, bez emocji i płaczu, jak ostatnio, może udałoby się jakoś porozumieć…?
Zakryci uśmiechami i przyjaznymi spojrzeniami prowadzili wewnętrzne bitwy z samym sobą. Powiedzieć to teraz? Jak zacząć? Może tak… Nie, to będzie brzmiało okropnie. A może… Nie, cokolwiek przychodziło im na myśl, było zbyt trudne do powiedzenia. Ukrywając zakłopotanie rozmawiali o najnowszym kawałku jakiegoś zespołu, brzmiąc jak typowy przykład dobrych znajomych na spotkaniu. Sztywno, jakby grali. I każdy z nich myślał, że musi to przegadać teraz, bo potem może być za późno. Gdy Pewdie już prawie zaczął temat, już powoli zmierzał w kierunku poważniejszej rozmowy, opiekunka swym donośnym, bezbarwnym głosem oświadczyła, że nastał czas ciszy nocnej i wszyscy mają wrócić do swoich pokoi, by tam grzecznie zasnąć. Jakby to miało podkreślić jej słowa, przyszedł ktoś ze służby i wygasił ogień w kominku, skutecznie zmuszając grupę dzieci do opuszczenia salonu.
Pewds i Cry, choć niechętnie, także udali się do swojego nowego schronienia, choć tak naprawdę nie mieli pewności, że to miejsce jest dla nich bezpieczne. Przy słabym świetle świecy w cynowym kaganku, którą dostali, weszli po schodach na pierwsze piętro i zajęli swój pokój. W tym samym świetle ściągnęli ubranie codzienne i znaleźli w szafie dwa zestawy piżam, wyglądających identycznie: takie same koszule w szarym kolorze, takie same dwie pary spodni, nieco ciemniejsze od góry stroju. W budynku nie było poprowadzonego ogrzewania, a nawet, jeśli było, najwyraźniej nie działało ono w nocy. Chociaż okna były dokładnie zamknięte, trochę im brakowało, żeby można było uznać je za szczelne. Cry, trzęsąc się z zimna dotarł do łóżka i dokładnie przykrył się cienką kołdrą i kocem. Miał cichą nadzieję, że zrobi mu się cieplej, kiedy trochę poleży owinięty tym materiałem i trochę się powierci, ale szybko okazało się, że jego nadzieje są płonne. Nieważne, jak bardzo owijał się kocem i jak bardzo się kulił, nie było mu ani trochę cieplej. Pewds musiał słyszeć jego szczękanie zębami, ponieważ wstał z łóżka i odwrócił się do niego.
- Zimno ci?
- Nie, kurna, gorąco w cholerę – odparł sarkastycznie Cry, starając się powstrzymać drżenie głosu i przechodzące przez jego ciało dreszcze. – Spoko, d-dam sobie radę.
- Tak, jasne – sarkazm najwidoczniej udzielił się także Felixowi, który mimo słów przyjaciela wstał z łóżka i podszedł do szafy.
- Czego ty tam szukasz? Nie ma nic poza naszymi ubraniami na dzień, a one też są cienkie. Choć może gdybym założył jedno na drugie…
- Daj spokój, mam coś lepszego – odparł Pewdie, zdecydowanie ciągnąc jedną z desek w podłodze. W końcu kawałek drewna odpuścił, ukazując sporą przestrzeń, gdzie upchane były jakieś ubrania. – Oddałem temu gościowi okrycie wierzchnie i plecak, ale byłem na tyle mądry, żeby zawartość plecaka sobie zostawić – blondyn uśmiechnął się, dumny z własnego geniuszu, po czym wyciągnął ze schowka bluzę i podał ją Cry’owi.
- Właśnie, zapomniałem spytać… Po cholerę pakowałeś tyle ubrań do plecaka?
- Po to, żeby ci uratować tyłek. A tak na serio, stwierdziłem, że lepiej mieć coś na zmianę, gdyby ciuchy naprawdę przemokły od śniegu. Przezorny zawsze ubezpieczony, sam wiesz – Pewds wrócił do swojego łóżka i usiadł na nim. – Jak widać, przydało się.
- Dzięki, jestem twoim dłużnikiem – odparł brunet, wkładając bluzę na siebie. Było o wiele lepiej, choć nogi dalej mu zamarzały.
- Oczywiście, że jesteś, teraz nie mam nic do ogrzania się!
- Oh, jak tak, to mogę ci oddać tą bluzę… - Cry już chciał ściągnąć z siebie ubranie, ale Pewdie go powstrzymał, wstając z łóżka.
- Nie, aż tak zimno mi nie jest – chwycił kołdrę i swoją poduszkę, po czym bezceremonialnie rzucił ją na łóżko przyjaciela. – Suń się, chcę się położyć.
- Nie możesz zsunąć łóżek? Miałbyś więcej miejsca… - zaoponował Cry, ale jakby przecząc własnym słowom obrócił się na bok, robiąc miejsce dla drugiego gracza.
- Nie chcę obudzić się na ziemi, gdy jedno z łóżek się odsunie, wybacz – położył się i nakrył pościelą, układając się tak, by nie spaść. Plecami stykał się z przyjacielem, ale musiał przyznać, że taka metoda naprawdę mu pomagała: było o wiele cieplej, niż gdy leżał samemu. – Więc, dobra-
- Pewds, czekaj. Wiem, że chciałeś skończyć ten temat, ale nie mogę spać przez to spokojnie, więc chciałbym coś ustalić – przerwał mu Amerykanin. – Czy nie moglibyśmy się umówić, że nie będziemy się narażać na niebezpieczeństwo w celu uratowania drugiego? Znaczy, nie chodzi mi o całkowity brak pomocy, tylko o niepotrzebne ładowanie się w kłopoty. Co ty na to? Będziemy sobie pomagać, ale bez akcji z oddawaniem życia. Czy… rozumiesz, co chcę ci powiedzieć?
- Rozumiem – Pewdie odpowiedział dopiero po chwili ciszy. Musiał przemyśleć, czy byłby w stanie zgodzić się na takie warunki. – W porządku, brzmi rozsądnie. Nie zabieramy sobie przeciwników, co najwyżej wspieramy się w walce.
- Dokładnie – prawdopodobnie Pewds nie miał pojęcia, jaką ulgę wywołał u Cry’a tymi słowami. – Dziękuję.
- Nie masz za co, ten układ ma dwa końce. Zgadzam się, ale ty też musisz coś zmienić. Wiem, że ci ciężko i że jesteś dobity, ale proszę cię, postaraj się chociaż traktować tą grę z nieco większym dystansem. Nie mówię, że masz od razu olać to wszystko, ale postaraj się nie wpadać w depresję z każdym nowym wyzwaniem, okay? Chcę, żebyś traktował to jako zadanie do wykonania, a nie jako przeszkodę nie do przejścia. Dasz radę to dla mnie zrobić?
- Tak, myślę, że mi się to uda – odparł Cry, uśmiechając się mimowolnie. Czyżby nareszcie dotarli do porozumienia? Prosto, szybko i bez zbędnych kłótni?
- Super – Pewds uśmiechnął się także, odwracając się twarzą do przyjaciela i napotykając wzrokiem jego plecy. – Masz coś jeszcze na sercu, czym chciałbyś się podzielić?
- Nie, niespecjalnie. A ty?
- Tak właściwie to… - urwał, zastanawiając się jak ubrać to w słowa. „Alice próbuje mi wmówić, że jestem w tobie zakochany”? Co? Boże, to zabrzmiało debilnie… „Mam wątpliwości dotyczące naszych relacji”? Ale jak mu to potem wyjaśni…
Cry odwrócił głowę, by na niego spojrzeć. Najwyraźniej zaniepokoiła go ta cisza, ten moment zastanowienia, gdzie Pewds nerwowo przegryzając wargę zastanawiał się, co tak właściwie chce powiedzieć. Gdy tylko Szwed spojrzał na bruneta, natychmiast się rozmyślił. Nic mu nie powie. Nie da rady.
- Tak właściwie, to nic, nieważne – zaśmiał się niepewnie, odwracając się do przyjaciela plecami. – Takie tam głupoty, sorry, o czym ja w ogóle myślę…?
- Też się czasem zastanawiam – stwierdził Cry, ale nie drążył tematu. – Dobranoc.
- Dobranoc.
Cry był dość zaskoczony, widząc jak szybko zasnął jego towarzysz. Po dłuższym namyśle, nie powinien być, przecież Pewds przytargał go tutaj na sankach przez spory odcinek drogi, a to raczej nie było łatwe i przyjemne. Swoją drogą, to imponujące. Do tej pory Pewds dał radę przenieść go na rękach przez bardzo długą i trudną trasę, a teraz jeszcze przewieźć na saniach… Bez żadnego problemu, bez żadnego ale. Nawet się nie wkurzył, przyjął to jako coś, co musiał zrobić ze względu na ich przyjaźń. Bo skoro są przyjaciółmi, to powinni sobie pomagać, czyż nie? Tak to powinno wyglądać, tak powinni działać…
To zaczynało być bardzo niekomfortowe. Tak długo, jak byli od siebie oddaleni o tysiące kilometrów i pięć godzin w strefach czasowych było w porządku, bo gdy się widzieli, to tylko na chwilę, gdzieś przelotnie na konwencie w towarzystwie innych osób. Teraz Cry czuł się wręcz przytłoczony obecnością Pewdie’go. Wiedział, że tak normalnie wyglądają przyjaźnie, ale mimo wszystko w przypadku blondyna wolałby zostać przyjacielem z drugiego końca świata. Ten kontakt twarzą w twarz przez dłużej niż trzy dni zaczynał być bolesny. Szczególnie, że Pewds zaczynał się coraz lepiej czuć w towarzystwie bruneta, a przynajmniej tak się zachowywał. Nie miał żadnego problemu, żeby leżeć mu na kolanach, a teraz wpakował mu się do łóżka. Cry czuł się niezbyt pewnie, gdy Szwed był tak swobodny i bezpośredni w relacjach z nim. Nie mogli wrócić do poprzedniej, nieco bardziej zdystansowanej przyjaźni? Takiej, w której Cry mógłby normalnie z nim rozmawiać, bez zastanawiania się, jak bardzo chciałby go pocałować? To było okropnie męczące. Nie mógł tak funkcjonować na dłuższą metę, a nie potrafił powiedzieć przyjacielowi, że za bardzo się spoufala. Co miał zrobić? Zmęczony natłokiem myśli w końcu usnął, odsuwając się tak daleko od Pewdie’go, by stykać się z nim jak najmniejszą powierzchnią ciała. Chociaż spał głęboko, nic mu się nie śniło i sen miał dość spokojny.
Pewds natomiast wiercił się co chwilę, uwięziony w koszmarze. W strasznym śnie zamknięty był w ciemnym pokoju. Czarne ściany, zero okien, jedna ledwo świecąca lampa zawieszona pod sufitem. Siedział na drewnianym krześle i nie mógł się ruszyć. Z przerażeniem obserwował więc drzwi naprzeciw, które po chwili stanęły otworem. Do pokoju wszedł Cry, tak samo przestraszony jak Pewds. Gdy tylko się ujrzeli, natychmiast podeszli, by się przywitać. Uścisnęli się, z uśmiechami ulgi na twarzach, po czym spojrzeli na siebie.
- Boże, jak dobrze cię widzieć! Gdzie my jesteśmy? – spytał Cry.
- Nie mam pojęcia. Z jakiegoś powodu jesteśmy tutaj zamknięci, ale nie wiem o co chodzi.
- Rozumiem. Więc, co teraz zro-
Pewdie przerwał mu w połowie zdania, całując go. Sam nie wiedział, dlaczego tak właściwie to zrobił. Pocałunek był krótki, nieśmiały, zaraz po nim Pewds wycofał się, zszokowany własnym czynem. Właśnie miał się tłumaczyć, wykrztusić z siebie jakieś słowo przeprosin, ale zdążył tylko otworzyć usta, w które Cry natychmiast się wpił. Ten pocałunek był już bardziej konkretny, głęboki, zaborczy. Dłonie bruneta znalazły swoje miejsce na karku Pewdie’go, trzymając go blisko, ale po chwili, jakby się rozmyślając, objęły jego plecy. Początkowo zaskoczony, Pewds po chwili odnalazł się w nowej sytuacji, zanurzając swoje palce w miękkich włosach partnera. Całowali się coraz namiętniej, a blondyn próbował zrozumieć, co tak właściwie się właśnie działo. Już dawno nie czuł tak mocnego pożądania, tak wielkiej ochoty na kogoś. Jasne, on i Marzia mieli czasem kilka miłosnych uniesień, ale ta sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Było jakoś inaczej, choć Pewdie był prawie pewien, że płeć nie miała z tym nic wspólnego. Po prostu, było wspaniale. Pocałunek żywcem wzięty z romantycznego filmu, wręcz idealny.
Wtedy usłyszał czyjś głos. Całkowicie oderwany od rzeczywistości, półprzytomny odsunął się od Cry’a, spoglądając w stronę, z którego dobiegł go dźwięk. Widok jego dziewczyny przywrócił go do żywych niemal w sekundę. Marzia stała przy drzwiach, teraz lekko uchylonych i zszokowana patrzyła na nich, trzęsąc się i niemal płacząc.
- Felix? Czemu… Jak… - wydukała z siebie, kierując swój wzrok z Pewds’a na Cry’a i z powrotem. – Z nim? Co ty właśnie…
Zanim Pewdie zdążył coś powiedzieć, dziewczyna wybiegła z pokoju, zanosząc się cichym szlochem. Szwed ruszył za nią, lecz zanim zdążył opuścić pomieszczenie, spojrzał się niepewnie na Cry’a.
- Biegnij za nią, poczekam tutaj – Amerykanin najwyraźniej czuł się winny, tak przynajmniej wynikało z miny na jego twarzy. – Przepraszam.
- To moja wina – rzucił tylko, zanim przeszedł przez drzwi. Poza pokojem znajdował się tylko długi, ciemny korytarz, bez widocznego końca. Pewds pobiegł nim, mając nadzieję, że gdzieś wśród tych ścian znajdzie Marzię, całą i zdrową. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale niemalże przez cały czas czuł irracjonalny, uciążliwy strach, choć nawet nie wiedział, czemu. Nie widząc realnego zagrożenia, czuł się osaczony przez jakieś niewidzialne zło, jakiegoś niewidocznego wroga. A teraz, biegnąc korytarzem myślał tylko o tym, żeby znaleźć Marzię, zabrać ją do tamtego pokoju, spokojnie się jej wytłumaczyć z całej sytuacji i wspólnie czekać na dalszy rozwój wypadków. Tylko jak właściwie miał zamiar się jej wytłumaczyć?
Zanim zdążył przemyśleć ten punkt jego planu, korytarz nareszcie się skończył, prowadząc do kolejnego ciemnego pomieszczenia, tym razem oświetlonego tylko słabym i chybotliwym światłem świec, porozstawianych w całym pokoju. Marzia stała na jego środku, obejmując się ramionami. Wciąż płakała i w tym momencie wydawała się jeszcze bardziej krucha i delikatna niż zazwyczaj. Pewdie podszedł do niej, automatycznie chcąc ją przytulić, ale nie pozwoliła mu na to, znacznie się odsuwając.
- Nie zbliżaj się do mnie! – krzyknęła i chociaż starała się brzmieć ostro, jej łamiący się głos zdradził, jak bardzo jest zrozpaczona. – Jak mogłeś mi to zrobić?!
- Marzia, proszę, wysłuchaj mnie. Tu nie jest bezpiecznie, porozmawiamy na spokojnie w tamtym pokoju, dobrze? – Pewds zrobił kolejny krok w jej stronę, ale znów się cofnęła.
- Nie! Nie chcę go widzieć, nie chcę widzieć ciebie! Po prostu stąd wyjdź. Zejdź mi z oczu.
Już miał jej odpowiedzieć, że absolutnie się na to nie zgadza, ale wtedy coś czarnego mignęło mu przed oczami. Chociaż widział ten kształt tylko przez ułamek sekundy, to wystarczyło. Zdecydowanie chwycił swoją dziewczynę za nadgarstek, ciągnąc ją w stronę wyjścia. Nie mogło mu się przewidzieć, coś było w tym pokoju poza nimi i mimo tego, że Pewdie nie potrafił tego wyjaśnić, czuł, że to nie jest nic dobrego. Już prawie udało mu się przekroczyć próg i wrócić na korytarz, gdy Marzia nagle wyszarpała się z uścisku.
- Powiedziałam, że masz mi zejść z oczu! Nie próbuj mnie nawet doty-
Urwała w połowie słowa, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu. Chwilę później zaczęła się krztusić własną krwią i upadła na ziemię. Pewdie znalazł się przy niej z mgnieniu oka, przerażony tym, co działo się tuż przed nim. W świetle świec ujrzał ranę na jej piersi, wyglądającej jakby ktoś przebił ją w tym miejscu jakimś rodzajem ostrza. Biała koszulka zabarwiona była szkarłatem jej własnej posoki, a jej dłonie próbowały sięgnąć twarzy gracza.
- Marzia, przepraszam… - łzy pociekły po jego policzkach, gdy próbował zatamować jakoś krwawienie. – Ja nie chciałem…
Dziewczyna starała się coś powiedzieć, ale skończyło się to tylko większą ilością krwi wypływającej z ust. Zamiast tego uśmiechnęła się więc słabo i pogładziła policzek Pewds’a, zanim jej ręka stała się bezwładna, zostawiając dwa czerwone ślady na jego twarzy. Zamarła, jej oczy stały się puste, a uśmiech zmienił się w dziwny grymas, kiedy oddała swój ostatni oddech. Blondyn przytulił ją mocno, zanosząc się płaczem i przeklinając siebie samego. Mógł zaradzić tej sytuacji, przecież dobrze to wiedział, a teraz przez niego jego dziewczyna leżała martwa na jego kolanach. Skonała przed jego oczami, zaatakowana przez tajemniczy cień. Właśnie, zabiło ją coś, czego Pewds nawet dobrze nie widział, przez jakąś zjawę. Czy aby na pewno sobie tego nie wymyślił? Może w tym pokoju był jakiś inny zabójca, którego powinien się obawiać? Chociaż, gdyby rzeczywiście coś miało go zaatakować, to już dawno byłby martwy. Przecież siedział tu już paru minut, w dodatku kompletnie bezbronny. Czemu więc jeszcze nic mu się nie stało?
W tym momencie doszła do niego przerażająca myśl. Co jeśli ten morderca nie przyszedł tu zabić go, tylko miał jakiś inny cel? Pewdie zerwał się z ziemi, uprzednio kładąc Marzię w bezpiecznym miejscu, po czym popędził korytarzem z powrotem do pierwszego pomieszczenia. Szaleńczy bieg ciemnym przejściem zdawał się trwać wieczność, gdy Szwed tak desperacko próbował dotrzeć do Cry’a. Kiedy w końcu dopadł drzwi i otworzył je na oścież, zobaczył obraz, którego tak panicznie bał się zobaczyć: Cry leżał na ziemi bez znaku życia, tonąc w kałuży własnej krwi, a tuż nad nim pochylał się ciemny kształt, wbijając ostre i długie pazury w sam środek piersi bruneta. Gdy tylko zauważył Pewds’a, zaczął bezszelestnie się do niego zbliżać, wyglądając dość groźnie z dłonią umoczoną w ciemnym płynie, który skapywał na ziemię tworząc dziwne wzory na posadzce. Pewds nie zdążył nawet dobiec do martwego przyjaciela, bo po krótkiej chwili ujrzał zestaw pazurów wychodzących na wylot przez jego klatkę piersiową i stracił równowagę, upadając na ziemię.
Pewdie wybudził się z koszmarnego snu i zajęło mu chwilę zanim zorientował się, że leży na podłodze koło łóżka wraz ze swoją kołdrą. Był zalany potem i oddychał ciężko, jednocześnie próbując uspokoić swoje rozszalałe serce, tłukące się w jego klatce piersiowej.
- To był tylko sen, tylko sen – wyszeptał drżącym głosem, próbując przegonić widok zjawy sprzed oczu. – Już jesteś bezpieczny.
Podniósł się z ziemi i rozejrzał po pokoju – tak jak myślał, znajdował się w sierocińcu, czyli dokładnie tam, gdzie wcześniej zasypiał. Na podłodze znalazł się pewnie z powodu Cry’a, który gdzieś w trakcie spania obrócił się na plecy, przez co zajmował teraz większą część łóżka. Pewds położył się więc z powrotem na swoim łóżku, starając się jakoś zasnąć, ale nie musiał leżeć tam długo, by przekonać się, że takie działanie kompletnie nie ma sensu; był zbyt przerażony, by zasnąć i za każdym razem gdy chociaż minimalnie przymykał oczy natychmiast widział przed sobą czarny kształt z pazurami, który zabijał Cry’a i choć raz prawie udało mu się przysnąć, ta jedna wizja sprawiła, że od razu się rozbudził, tylko po to, żeby sprawdzić czy jego przyjaciel wciąż śpi obok i czy nic mu nie jest. W końcu podniósł się i ułożył się wygodnie obok Amerykanina, okrywając się kołdrą. Musiał się nieco nagimnastykować, żeby to zrobić i przy okazji nie spać, ale w końcu znalazł odpowiednią pozycję, w której mógłby spokojnie zasnąć. Przerzucił więc ramię przez pas Cry’a, a głowę ułożył na jego piersi i od razu poczuł się lepiej. Obecność drugiego gracza dodawała mu otuchy, a przy okazji trzymała w pewności, że wszystko jest w porządku i wszyscy żyją. Równy, spokojny rytm słyszalny po lewej stronie klatki piersiowej bruneta był doskonałym dowodem na to, więc Pewds, czując się nareszcie bezpieczny i ukojony, usnął wsłuchując się w bicie serca swojego przyjaciela. Tej nocy nie wybudził się już ani razu, nie nękany żadnym koszmarem.
***
Cry obudził się dość późno i był dość zdziwiony, że ostry głos Pewdie’go, narzekającego na pory wstawania bruneta nie zbudził go wcześniej. Zegar na ścianie wskazywał godzinę jedenastą, jednak nikt z opiekunów nie przyszedł, by ich obudzić, chociażby na śniadanie. Cry sięgnął do szafki po okulary i dopiero wtedy dotarło do niego, że coś ciężkiego leży na nim. Gdy założył już okulary na oczy zobaczył, że Pewds obejmuje go mocno, rozłożony na pół łóżka. Ten fakt wystarczył, żeby rozbudzić Cry’a całkowicie. Mężczyzna podniósł się do siadu, skrępowany i czerwony na twarzy, a gdy stwierdził, że to nie pomogło, szturchnął lekko przyjaciela, mając nadzieję, że ta sytuacja to tylko jakieś głupie nieporozumienie.
- C-co się… - wymamrotał blondyn, nieprzytomnie podnosząc głowę i spoglądając na niego, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje.
- Mógłbyś mnie puścić? Powinniśmy już chyba wstawać… - Cry zakrył się dokładnie kołdrą, mając nadzieję, że Pewdie nie zauważy, jak bardzo niekomfortowa jest dla niego ta sytuacja.
- Co- A, tak, przepraszam – Pewds natychmiast się odsunął, także dość zażenowany. Kiedy kładł się tam w nocy, nie przewidział skutków porannego wstawania. Cała sytuacja wydała mu się jeszcze bardziej krępująca, gdy przypomniał sobie, co tak właściwie wydarzyło się w jego koszmarze. Podniósł się więc do siadu, plecami do Cry’a i ukrył twarz w dłoniach. – Musiałem się strasznie wiercić w nocy.
- Spoko, nie szkodzi. Po prostu do tego nie wracajmy.
- Tego możesz być pewien. Która tak w ogóle jest?
- Osiemnaście po jedenastej.
- Po jedenastej!? Jak mogliśmy tak zaspać? – Felix wstał z łóżka, ściągając z siebie górę piżamy i podchodząc do szafy. Wyciągnął stamtąd nową, białą koszulę, nieco pocerowane szare spodnie i buty, po czym natychmiast zaczął się przebierać. Cry tylko się uśmiechnął, widząc tak dobrze znany mu obrazek, po czym sam wyciągnął swoje ubrania.
Różniły się one znacznie od ubrań Pewdie’go: czarne spodnie w całkiem dobrym stanie, czarne, eleganckie buty na klamrę, czarne szelki, koszulka z trzy-czwartym rękawem w czarno-białe pasy oraz niegdyś biały fartuch składały się na jego strój. Gdy już skończył się w nie ubierać, Pewds aż zagwizdał z podziwem.
- Stary, ale ci się ciuchy dostały… Elegant się znalazł, jak widzę…
- Daj mi spokój, wiesz, że ich nie wybierałem. Zresztą, dlaczego akurat takie? – Cry spojrzał krytycznie na swoje odzienie.
- Wyglądasz jak męska wersja Alicji, może o to tu chodzi? Jesteś głównym bohaterem.
- To nie ma sensu, przecież widzieliśmy Alicję wczoraj, to raczej ona prowadzi grę. My jesteśmy tylko… pomocnikami?
- Stary, ty nawet nie grałeś w tą grę – przypomniał mu Pewds życzliwie. – Nie miała żadnych pomocników z tego co pamiętam, większość napotkanych ludzi chciała ją raczej zabić albo inne tego typu. Chociaż skoro już o niej mówimy…
- Co ci zaś przyszło do głowy? – Cry westchnął głośno, wodząc wzrokiem za biegającym po pokoju przyjacielu, najwyraźniej szykującego się do wyjścia z budynku.
- Możemy ją wykorzystać, żeby pomogła nam rozpocząć grę. Będziemy ją śledzić i sprawdzimy, dokąd nas to zaprowadzi – odparł, narzucając na siebie płaszcz i śmieszny kapelusz. Zanim Cry zdążył jakoś to skomentować, Pewdie rzucił w niego zwiniętym w kulkę swetrem i kurtką. Brunet sprawnie złapał ubrania w locie. – Ubieraj się, nie będę czekał wieczność.
Cry uśmiechnął się tylko w odpowiedzi, wkładając na siebie okrycie wierzchnie. Kiedy był już gotowy, Pewds spojrzał na niego porozumiewawczo i delikatnie otworzył drzwi. Na korytarzu nie było żywej duszy, przynajmniej teraz. Gracze wyszli więc z pokoju i rozejrzeli się dookoła. Chociaż nie było ani jednej osoby w zasięgu ich wzroku, do ich uszu dobiegały głosy dzieci, prawdopodobnie siedzących w swoich pokojach. Chwilę później usłyszeli także chłopięcy głos, znacznie bliżej, gdzieś za załomem korytarza. Okazało się, że jedno z dzieci stało tam, najwyraźniej rozmawiając z osławionym Doktorem Bumbym.
- Teraz moja kolej, by zapomnieć, Alicjo! – powiedział chłopiec, a Cry i Pewds jak na komendę schowali się za rogiem blisko drzwi do swojego pokoju, by uniknąć spotkania z dziewczyną. Według ich oczekiwań, brunetka przeszła korytarzem, wyraźnie zezłoszczona. Gdy tylko skręciła i zniknęła im z oczu, natychmiast za nią poszli. Zatrzymywali się co chwilę, by ich nie przyuważyła, ale na szczęście wydawała się nie zwracać na nich uwagi. Wyszła z budynku i ruszyła w jedną z ulic, co niestety utrudniło całą sprawę – na otwartej przestrzeni mieli mniej miejsc do krycia. Wciąż chowając się za murami i straganami, mężczyźni dotarli do nieco większego placu, wyglądającego na jakieś targowisko. Tu było już łatwiej, bo mogli chociażby wtopić się w tłum. Właśnie udawali zainteresowanie nieco nadpsutymi owocami przy jednym ze stoisk, gdy Felix usłyszał jakiś cienki dźwięk niedaleko.
- Czy to był kot? – wyprostował się, oglądając się za siebie. – Słyszałem miałczenie.
- Nie wiem, nic nie usłyszałem – odparł Cry, wciąż oglądając owoce. – Powiedz lepiej, czy Alicja nie odeszła za daleko.
- Nie, idzie właśnie w kierunku… kota! Mówiłem, że słyszałem! – mruknął Pewds, ciągnąc Cry’a za rękaw. – Chodźmy, bo ją zgubimy. Będzie szła za tym kotem.
Przestali liczyć uliczki, w które skręcali, goniąc dziewczynę goniącą białe zwierzątko. Skręt w prawo, skręt w lewo, minęli ten budynek, przeszli koło tamtego domu. Pasiasta koszulka Alicji migała im co chwilę w labiryncie ulic, dlatego ze zdziwieniem przyjęli fakt, że ją zgubili. Stracili ją na oczy na dosłownie sekundę, a gdy dotarli do dużego placu, dziewczyna jakby rozpłynęła się w powietrzu; na środku pola stał tylko biały, wygłodniały kot, beztrosko liżący swoje łapki. Gracze rozejrzeli się wokół, ale po brunetce nie było śladu.
- Sprawdzę tam – Felix wskazał na jedną z mniejszych uliczek, odchodzących od placu. Cry nie zdążył nawet przyjrzeć się najbliższym budynkom, gdy z przejścia, w którym przed chwilą zniknął Pewds, dobiegło głośnie wołanie.
- Cry! Cry, szybko! – nie trzeba było powtarzać dwa razy, Amerykanin sprintem dobiegł wąskiej uliczki, spodziewając się groźnych potworów i potrzeby ratunku uwięzionego tam blondyna. Na miejscu zastał przyjaciela w towarzystwie Alicji, która przyszpiliła go do ściany, trzymając nóż przy jego gardle. – To mój towarzysz, Cry. Przysięgam, nie chcieliśmy zrobić ci krzywdy, my tylko…
- Kim jesteście? – dziewczyna zwróciła się w stronę bruneta, jednak nie puściła Pewdie’go. Na jej twarzy wściekłość mieszała się z przerażeniem i wyglądała na nieobliczalną.
- Dwójką kompletnie zagubionych mężczyzn – odparł zgodnie z prawdą. – Chcemy tylko odnaleźć drogę do domu, nic więcej. Nie znamy tego miejsca.
- Czyli nie jesteście stąd? To czemu wszyscy was znają?
- Nie mamy pojęcia, nie znamy tych ludzi w sierocińcu, naprawdę. Szukamy drogi do domu, nic więcej.
- To tłumaczy, czemu wydaliście mi się obcy… Skąd jesteście, w takim razie? Jak tu przybyliście? – Alicja cofnęła się kilka kroków, pozwalając Pewdie’mu na podejście do swojego przyjaciela. Dopiero gdy Cry upewnił się, że Szwedowi nic nie jest, odpowiedział na pytanie:
- Pochodzimy z zupełnie innego miejsca, bardzo odległego. Jesteśmy tutaj, bo zabłądziliśmy, ale mamy do wykonania pewną misję. Być może będziesz w stanie nam w tym pomóc, dlatego cię śledziliśmy. Nie mamy złych zamiarów, jesteś bezpieczna. Chcemy się tylko dostać do Krainy Czarów, nic więcej.
Twarz Alicji zmieniła się natychmiastowo na wzmiankę o Krainie. Była kompletnie zaskoczona i niespokojnie patrzyła się na nich.
- Skąd wiecie o Krainie Czarów? Jak mam wam pomóc w dostaniu się do niej? Tylko ja mam tam wstęp, tylko ja mogę… - dziewczyna wyraźnie zaczynała panikować.
- Alicja Liddell? Oh, jak miło cię widzieć! Czy ci panowie ci się narzucają? – zgarbiona kobieta z dużym nosem pojawiła się za nimi znikąd.
- Siostra Witless! Cóż za szczęście – odpowiedziała uprzejmie brunetka, jednak jej głos przepełniony był sarkazmem. – Nie, nic się takiego nie dzieje. Tylko rozmawialiśmy.
Wyminęła ich i podeszła do starszej pani, kompletnie ignorując dwójkę gapiów. Od razu można było wyczuć, że nie za bardzo ufa kobiecie, bo nóż ukryła za plecami, zakrywając go fałdami spódnicy.
- Mam nadzieję. Ale czy jesteś tego pewna? Wyglądasz na skonaną, kochanieńka. Na pewno nic ci nie zrobili?
- Nie, nie najlepiej się czuję ostatnio. Ale oni nie mają z tym nic wspólnego.
- Oh, to może weźmiesz swoich przyjaciół ze sobą i przyjdziesz do mnie, doglądnąć moich gołębi? To piękne ptaki, tak jak ty… - powiedziała staruszka, starając się przekonać Alicję. – Poza tym, chyba mam informacje o tym, gdzie znajduje się twój królik.
Dziewczyna spojrzała niepewnie na graczy, po czym odpowiedziała:
- Dobrze, myślę, że na chwilę mogę się zjawić. Idziecie ze mną?
Zanim którykolwiek z mężczyzn zdążył odpowiedzieć, stara kobieta i Alicja ruszyły ulicą w tylko im znanym kierunku. Pewds natychmiast za nimi podążył, ciągnąc Cry’a za sobą. Nie zajęło im wiele czasu by dojść do starej, brudnej budowli, która prawdopodobnie była mieszkaniem kobiety. Minęli zakurzony, cuchnący czymś dziwnym salon, weszli na piętro pełne zamkniętych pokoi, aż dotarli do długich i stromych schodów. Nie dało się na nich postawić całej stopy, więc dziwnie wykrzywieni wspinali się na dach. Pewdie mało co nie spadł i tylko dzięki Cry’owi, który złapał go zanim stoczył się na dół, udało mu się nie zginąć.
- Kto to projektował? – warknął, ledwo stojąc na stopniach.
- Nie ważne, po prostu staraj się nie zlecieć. Nie chcę zginąć razem z tobą – Cry spojrzał na otwarte drzwi na górze, prawdopodobne wyjście na dach.
Nie pomylił się. Gdy tylko przekroczyli próg drewnianych drzwi, mogli ujrzeć dużą przestrzeń na samej górze budynku. Tak naprawdę to były dwa, połączone ze sobą dachy, zastawione kilkoma klatkami pełnymi gołębi. Siostra Witless stała już na drugiej części, oglądając swoje ptaki. Alicja rozglądała się niepewnie, nim podeszła do graczy.
- W porządku, czego ode mnie oczekujecie? – spytała ostrożnie, oglądając się za siebie jakby bała się, że starsza kobieta ją usłyszy. – Staram się nie wracać do Krainy, jeśli nie muszę. To miejsce… niezbyt dobrze mi się kojarzy.
- Wybacz nam – zaczął Cry, uważając, by dziewczyna nie poczuła się urażona. – Ale my potrzebujemy się tam dostać. Więc może wiesz…
- Jak chcecie to zrobić? Kraina Czarów istnieje tylko w moim umyśle, więc to niemożliwe, byście mogli się tam dostać. Skąd w ogóle o niej wiecie? Kto wam powiedział?
- Tak właściwie to… - Cry nie zdążył niczego powiedzieć, bo Pewds przerwał mu gwałtownie.
- Doktor Bumby nam powiedział. Zresztą, to nie jest zbyt wielka tajemnica.
- Doktor…! Jak śmiał mówić o tym innym!? To miało nie wyjść poza jego gabinet! – Alicja wyglądała na wściekłą.
- Widzisz, dlatego pomyśleliśmy, że może mogłabyś nam pomóc – Pewdie uśmiechnął się życzliwie, starając się przekonać jakoś dziewczynę. – Proszę. Zależy nam.
- Naprawdę nie wiem, czy mogę wam pomóc – westchnęła ciężko. – Przepraszam na chwilę, muszę porozmawiać z Siostrą Witless.
Była wyraźnie podenerwowana, gdy szła do kobiety. Jej krok był szybki i ciągle zaciskała pięści, idąc na rozmowę.
- Nie musiałeś jej okłamywać. Nie musi się tak wszystkim przejmować – zwrócił uwagę Cry, patrząc się za dziewczyną.
- Nie uwierzyłaby, gdybyś jej powiedział, że wiemy to dlatego, że tak naprawdę to jest gra komputerowa i nic z tego nie istnieje. Tak przynajmniej jakoś zareagowała. Warto było spróbować. A teraz chodź – Felix ruszył przed siebie, stając na drugim dachu, w niewielkiej odległości od rozmawiających kobiet, jednak odwrócił się do nich plecami, udając wielkie zainteresowanie gołębiami.
- Co ty robisz? Masz zamiar je podsłuchiwać? – Amerykanin szybko do niego dołączył, patrząc się na pochylającego się nad klatkami przyjaciela.
- Nie, od razu by to przyuważyły. Chodzi mi o to, że odnoszę wrażenie, że rozgrywka w Krainie Czarów zaczęła się gdzieś w tym miejscu, warto byłoby więc nie przegapić tego momentu, jak sądzisz?
- Dobra, ufam ci. Tylko żebyś miał rację – warknął, także spoglądając na klatki. – Frustruje mnie to, że nie wiem, co się dzieje. Nie mogła wybrać innej gry?
- Na pewno ma to jakieś znaczenie, znasz ją. Alice ma wszystko zaplanowane. Musimy tylko dopilnować, żebyśmy obaj się znaleźli w Krainie Czarów. Sam możesz nie dać rady – Pewdie wystawił palec przez kratkę, pozwalając gołębiowi lekko go dziabnąć. – Rzeczywiście piękne ptaki.
- Dzięki za wiarę we mnie, zawsze miło słyszeć – powiedział z ironią Cry. – Sam nie wiem, nie znam się na ptakach.
- Nie, są naprawdę ładne. Nazwę cię Christina – zwrócił się do jednego z gołębi. – A ciebie… Puffdaddy.
- Odbiło ci do reszty – stwierdził brunet, jednak zaśmiał się.
- Może. Ale ty za to-
Nie dane mu było skończyć zdania. Obaj gracze odwrócili się, słysząc za swoimi plecami przeraźliwy ryk. Alicja cofała się przed czymś, co prawdopodobnie jeszcze przed chwilą było Siostrą Witless. Teraz naprzeciw dziewczyny stał potwór o szarej twarzy i wystających, zaostrzonych zębach. Z pleców monstrum wystawały błoniaste skrzydła, z długich rąk dłonie o czterech palcach ozdobionych ostrymi pazurami, z czoła dwie czułki. Druciane okularki, teraz prawie niewidoczne przez duże, żółte ślepia, wielki nos, przygarbiona sylwetka i ubrania wskazywały na to, że zamiast potwora było to kiedyś staruszką. Dziwadło szło w stronę Alicji, wymachując chaotycznie rękami i nie wyglądało na przyjazne. Mężczyźni w dwie sekundy znaleźli się przy dziewczynie, by ochronić ją w razie ataku. Nie dali rady się bardzo oddalić, bo plecami w końcu trafili na jedną z klatek. Grunt pod stopami Alicji zaczął pękać, a każda kolejna rysa świeciła się niebieskawym światłem. Pewds odsunął się nieco w bok, widząc pęknięcia, jednak Cry się nie ruszył.
- Uważaj! – krzyknął tylko, popychając dziewczynę w stronę przyjaciela, jednak sam nie zdążył uciec przed niebezpieczeństwem. Podłoże załamało się pod nim i Cry runął w dół, wpadając do dziwnego, mieniącego się kolorami wiru.
- Cry! – Pewdie podbiegł do dziury, by dojrzeć bruneta, ale niestety niczego nie ujrzał. Przejście zamykało się powoli, musiał więc szybko podejmować decyzję. – Pamiętaj, to tylko twoja wyobraźnia. To wszystko zniknie, jeśli tylko będziesz tego chciała – powiedział do Alicji, martwiąc się, czy brunetka da sobie radę z monstrum. Miał nadzieję, że ta rada była dobra, bo nie miał pojęcia, czy rzeczywiście nic nie będzie jej grozić. Uśmiechnął się do niej pogodnie, próbując jej dodać otuchy, po czym, ku jej przerażeniu, skoczył za przyjacielem, zatracając się w kolorowym wirze szaleństwa.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No nie wiem, takie to trochę 2/10. Fanservice jest za to, a wszyscy kochają fanservice xD Trochę się natyrałam, żeby to napisać, ale mam nadzieję, że 14 stron będzie dla was zadowalające. Jeśli nie, to piszcie, bo jak dobrze wiecie, do poprawek jestem bardzo chętna :)

Przypisy są chyba tylko takie, że z tym kotem i imionami dla gołębi wyskoczył Pewdie w trakcie rozgrywki, także jak ktoś chce obejrzeć, to tutaj można: https://www.youtube.com/watch?v=ty4Wgu-N9gg

Przepraszam, że tak krótko i bez rozpisywania się, ale jestem zmęczona i nie mam nic do powiedzenia. Za to mogę lojalnie ostrzec, że nie wiem, z jaką częstotliwością będą wychodzić teraz rozdziały, bo oczywiście wybrałam liceum dla kujonów, więc będę tyrać od rana do nocy. Spróbuję zostać w ramach 2 miesięcy, ale niestety, nie mogę niczego wam obiecać. Mam tylko nadzieję, że mimo wszystko się nie obrazicie :)

Komentarze i konstruktywna krytyka mile widziana <3

Brofist,
~Maru <3

7 komentarzy:

  1. Dwa miesiące bolą. ;__; Rozdział (jak zawsze) super. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykro mi, ale jestem leniem, a 2 miechy to mój standard XD
      Dziękuję :*

      Usuń
  2. Ja wiem, że szkoła, obowiązki, pierwsza klasa liceum są ważne, ale jeśli kolejny rozdział nie wyjdzie w ciągu miesiąca to się zapłaczę ( a tak ogólnie, super, kocham twoje opowiadania, ale trzy miechy to dla mnie za długo).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, ale wybrałam sobie okropną klasę i ledwo ogarniam :c
      Rozdział jest już w sumie na finiszu, także postaram się go szybko skończyć. Mam teraz nieco luzu, trzymaj kciuki :)
      Tak w ogóle, witam w gronie fanów! :D Miło mi, że ci się podoba <3 I jeszcze raz przepraszam za swoją powolność, robię, co mogę XD
      Ps. Świetny awatar <3

      Usuń