niedziela, 27 marca 2016

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział szósty, część trzecia.

***

Cry wciąż był na swoim miejscu, przywiązany liną do belki u sufitu za nadgarstki, ze związanymi nogami. Wisiał zaledwie kilka centymetrów nad ziemią, Pewdie nie miał więc żadnej trudności z tym, by po przeskoczeniu ogrodzenia z siatki podejść do niego, jedną ręką chwycić go w pasie, a drugą, uzbrojoną z nożyce, przeciąć więzy, które trzymały go w powietrzu. Cry natychmiast osunął się w jego ramiona, nadal nieprzytomny i Pewds musiał włożyć wiele wysiłku w to, by utrzymać go i położyć na ziemi. Gdy już mu się to udało, natychmiast uklęknął przy przyjacielu i obejrzał go dokładnie. Jego ubrania nosiły ślady krwi, tak samo jak spierzchnięte usta – prawdopodobnie pluł krwią. Szwed ostrożnie odchylił skrawek brązowej, futrzanej bluzy, którą miał na sobie poszkodowany, tylko po to, by ujrzeć posiniaczoną skórę i czerwone plamy, znaki zadanych mu uderzeń. Przełknął ślinę nerwowo, szybko zakrywając obrażenia i przystępując do prób przywrócenia brunetowi przytomności.
- Cry? – delikatnie poklepał go po policzku, mając nadzieję, że to jakoś pomoże. Niestety, mężczyzna nawet nie drgnął. Pewds przyłożył mu palce do szyi, szukając pulsu i ku jego uldze poczuł pod palcami lekkie pulsowanie. Potrząsnął więc nieprzytomnym jeszcze raz, żałując, że nie pomyślał wcześniej o znalezieniu wody. – Cry, ocknij się, proszę. No dalej, nie rób mi tego…
W końcu brunet raczył odpowiedzieć na wołania; jego twarz drgnęła, otworzył oczy powoli, krzywiąc się z bólu, który wciąż odczuwał w całym ciele.
- Pe- Pewds… - wychrypiał, oddychając ciężko. Spróbował się ruszyć, ale jego kończyny odmówiły mu posłuszeństwa, protestując bólem.
- Ciii, zamknij się – Pewdie uśmiechnął się szeroko, widząc, że jego przyjaciel nie zszedł jeszcze z tego świata. – Leż i oddychaj, powoli. Nigdzie nam się nie śpieszy. Jestem tu.
Na zmęczonej, zmaltretowanej twarzy Cry’a pojawił się dziwny grymas, mający być zapewne uśmiechem, zanim położył znów głowę na ziemi i przymknął oczy.
- Dzię-ki… że… przyszedłeś…
- Siedź cicho i odpoczywaj, przeszedłeś przez piekło. Naprawdę nigdzie nam się nie śpieszy, masz wrócić do siebie w pierwszej kolejności, w porządku? – chwycił go za dłoń, ściskając ją w geście wsparcia. – Nigdzie się nie wybieram.
Cry przymknął oczy, nie odpowiadając nic, co bardzo spodobało się Pewdie’mu. Mógł siedzieć obok niego, sprawdzając czasem, czy jeszcze jest przytomny i niewinnie patrzeć się na jego twarz w spoczynku. Z jednej strony radość wypełniała jego serce, gdy widział, że Cry wciąż żyje, z drugiej strony rany, które widoczne były na jego ciele to serce mu łamały. Wyglądało jednak na to, że obrażenia nie były na tyle wielkie, by bezpośrednio grozić jego życiu. Nie zmieniało to faktu, że trzeba będzie znaleźć dla niego jakieś leki czy coś innego, co przywróciłoby mu dobrą formę, jednak nie było to coś, co koniecznie musiało zostać zrobione w tej chwili. Siedział więc, w ciszy, cierpliwie czekając, aż jego przyjaciel chociaż trochę ochłonie i odpocznie od ciągłych mąk.
Minęło może z piętnaście minut zanim Cry ponownie otworzył oczy, dając znać, że w miarę z nim w porządku. Powoli, ostrożnie odwrócił głowę w stronę Pewdie’go i spojrzał na niego, uśmiechając się lekko. Otworzył usta, próbując coś powiedzieć, jednak struny głosowe postanowiły odmówić współpracy, zostawiając go z lekko rozchylonymi, drgającymi wargami, przez które próbowały wydostać się słowa. Pewdie nachylił się, by móc usłyszeć nawet najcichszy szept i nagle jego umysłem zawładnęło silne, palące pragnienie, by nachylić się jeszcze bardziej i skraść z tych rozchylonych, spierzchniętych ust jeden, chociażby krótki i lekki pocałunek. Odgonił tę myśl natychmiast, ściskając jego dłoń mocniej.
- Co się dzieje? - spytał, widząc wysiłek, jaki Cry wkładał w tą próbę przemówienia.
- Co się wydarzyło... gdy mnie nie było? – chociaż zabrało mu to dużo czasu, wypowiedź ta brzmiała pewniej i głośniej niż poprzednie.
- Opowiem ci wszystko po kolei, ale masz mi obiecać, że nie będziesz się odzywał i będziesz leżeć spokojnie, okay? -  wręcz widział tą ochotę na jego twarzy, by jakoś odpyskować, ale jednak grzecznie się poddał i przymknął oczy, czekając na opowieść.
Pewds bardzo zwięźle opowiadał mu o wydarzeniach sprzed kilku godzin. Amerykanin, tak jak życzył sobie Pewdie, leżał w ciszy i tylko po grymasach na jego twarzy można było się domyślać, co chodzi mu po głowie. Jednak gdy historia doszła do momentu, gdzie Pewdie poznał Amandę, Cry spojrzał na niego i spytał:
- Poznałeś już… te dziewczynki?
- Tak, piątkę ich. No i teoretycznie także jakiegoś chłopca, tego, co ze mną gadał w pokoju, w którym się obudziłem – odparł Pewds, trochę zaniepokojony zdziwieniem na twarzy bruneta. – Najpierw poznałem właśnie Amandę, tą niską, grubą blondynkę w różowej spódniczce. Dziwna była, chichotała bez powodu… Potem Meg, blondynka w okularach, ta wredna… Diana, z rudawymi włosami, potem Wendy, blondynka w jasnej sukience, chyba jedyna miła w tym domu… No i na końcu Eleanor, z czerwonym ptakiem w klatce.
- Rozmawiałeś…
- Tak – nie pozwolił mu dokończyć zdania. – Dały mi trochę wskazówek, odnośnie twojego pobytu, odnośnie tego całego prezentu, który mam im przynieść… W sumie, nawet dały mi trochę przedmiotów, na przykład ten widelec od Wendy, chciała, żebym używał go jako broni… Meg nawet podarowała mi jakieś ciastka, ale nie próbowałem…
- Ciastka? – Cry wyglądał na podenerwowanego. – Masz je… ze sobą?
- Oczywiście, schowałem do kieszeni…
- Daj… mi…
Pewds natychmiast uniósł nieco jego ciało, tak by Cry znalazł się w pozycji pół siedzącej i pozwolił mu oprzeć się na swojej nodze. Wyciągnął ciasteczka z kieszeni marynarki, żałując, że nie schował ich w jakiś papier lub coś, zastanawiając się, w jakim są teraz stanie. Natychmiast podał ciastko Cry’owi, który łapczywie ugryzł je i po chwili przeżuwania połknął. Zaraz wziął drugi kęs, zjadając wypiek do końca.
- Wybacz, powinienem wcześniej spytać, czy jesteś głodny… - mruknął Pewds, widząc z jaką energią jego przyjaciel pochłania jedzenie, ale po chwili dotarło do niego, że wcale nie to spowodowało łapczywość mężczyzny. Po zjedzeniu przez niego całego ciastka Pewdie mógł zauważyć, jak rany na twarzy Cry’a powoli znikają, a on sam jest w stanie powoli się ruszyć. Po chwili brunet siedział przed nim, pożerając kolejne ciasteczka, a jego stan ulegał drastycznej zmianie na lepsze. Felix z szokiem obserwował znikające rany i twarz przyjaciela, która nagle nabrała kolorów, chociaż już w poprzedniej grze obserwował podobny zabieg.
- Boże, czemu nie mówiłeś wcześniej? – Cry uśmiechał się do niego szeroko, robiąc głębokie wdechy przez nos i wypuszczając powietrze ustami. – Czuję się cudownie.
- Nie wiedziałem, że te ciastka mogą mieć taki wpływ na twoje zdrowie – odparł, po czym przysunął się bliżej, by mocno go przytulić. – Nigdy więcej nie chcę cię wykopywać z ziemi, rozumiemy się? Masz na siebie uważać, głupku.
Cry przez chwilę siedział w miejscu, zdezorientowany, ale szybko się zreflektował i odpowiedział uściskiem, wciąż uśmiechnięty.
- Przepraszam, postaram się. Z drugiej strony, to nie była moja wina, że się tam znalazłem, zostałem znokautowany przez bandę dzieciaków zaraz po tym, jak wstałem z łóżka, nawet nie zdążyłem cię zaalarmować. Potem zaciągnęli mnie tutaj, w worku i zaczęli się znęcać…
Pewds puścił go, odsuwając się trochę i patrząc na niego z niepokojem.
- Oberwałem kilka razy w brzuch – kontynuował Cry. – Więc żeby zmniejszyć obrażenia zwinąłem się w kłębek i schowałem głowę między ramionami, jej tył ochraniając przedramionami. Najwięcej dostało mi się więc po rękach, plecach i nogach. Myślałem, że może w ten sposób uda mi się jakoś przetrwać, ale ból okazał się nie do zniesienia, więc straciłem przytomność. Potem na chwilę obudziłem się w trumnie, potem jeszcze raz, gdy wykopałeś mnie z ziemi. Następnym razem, gdy odzyskałem przytomność ocknąłem się tutaj i przez cały ten czas budziłem się i mdlałem na przemian, nie mogąc znieść bólu. No i potem zjawiłeś się znowu i mnie uratowałeś, jak zawsze – zakończył, posyłając mu ciepły uśmiech. – Dzięki, że postanowiłeś znowu ratować mój tyłek, ta robota musi być strasznie upierdliwa.
- Zamknij się, to ja decyduję o tym, jaka jest dla mnie ta robota – odparł Pewdie, podnosząc się na nogi. Wyciągnął rękę do Cry’a, pomagając mu wstać. – Ważne jest to, że już z tobą w porządku i że możemy się iść przejmować innymi rzeczami, na przykład wydostaniem się stąd. Ah, i tak na przyszłość: nigdzie nie ruszasz się beze mnie.
- Gdzieżbym śmiał – odparł Amerykanin śmiechem, jednak spojrzał na niego z wdzięcznością. – Dziękuję.
- Nie ma za co. Jeśli jesteś gotowy, żeby iść na niebezpieczną przygodę, to ruszamy. Potrzebujesz jeszcze chwili?
- Nie, poradzę sobie, czuję się jak nowonarodzony po tych ciastkach. Poza tym to… nie chcę cię rozczarować, ale zupełnie nie pamiętam tego miejsca, więc będziesz mnie musiał przeprowadzać przez te korytarze. Odwdzięczę się ciekawostkami o grze – Cry uśmiechnął się i wyminął Pewdie’go, by wyjść za ogrodzenie z siatki, ale został zatrzymany.
- Idę przodem, czuję się za ciebie wyjątkowo odpowiedzialny. Masz się trzymać blisko, żebym wiedział, że się nigdzie nie zgubiłeś – mruknął Pewds, rozglądając się po korytarzu. – Jesteś beznadziejny, miałem nadzieję, że chociaż z tobą będzie mi łatwiej się poruszać. Oby te ciekawostki były przydatne, bo inaczej cię zostawię w połowie drogi.
- Przeczysz własnym słowom – zwrócił mu uwagę Cry, ale posłusznie za nim podążył. – Dokończ opowiadać o swoich epickich przygodach, to może będę miał jak się pochwalić wiedzą o grze.
Pewds skinął głową z uśmiechem, po czym ruszył korytarzem do sektora ósmego, mając zamiar dotrzeć do Komnaty Klubu Czerwonej Kredki. Przez niemalże całą drogę opowiadał o spotkanych dziewczynkach i o rozmowach, które z nimi przeprowadził. Cry cierpliwie wysłuchał go do końca, zanim odezwał się:
- Nie daj się zwieść, Wendy wcale nie jest taka urocza, na jaką wygląda. Z tego co pamiętam, okazała się być wredną manipulantką.
- Wendy? Ta drobna blondynka, ta jedyna sierota, która była dla mnie miła? – tak jak można było się spodziewać, Pewds nie do końca wierzył w słowa przyjaciela.
- Ona jest tą głównodowodzącą, Księżniczką Czerwonej Róży…? Jeśli mnie pamięć nie myli, była zakochana w Jennifer, którą brała za chłopca i gdy ta ją zostawiła dla przypadkowo znalezionego psa, Wendy się zemściła i rozkazała zabić tego psa…? – Cry próbował sobie przypomnieć jakieś fakty z gry, ale szczerze nie był pewien tego, co mówi. – Tak czy siak, była zła. Nie należy jej ufać.
Pewds szedł przez chwilę w ciszy, analizując to, co właśnie usłyszał. Mało z tego zrozumiał, ale doszło do niego jedno – ta gra musiała być wyjątkowo dziwna.
- Więc… rozumiem. To dlatego masz takie śmieszne włochate ubrania i kaptur z psimi uszami? – Pewdie otaksował wzrokiem dziwaczny strój bruneta, uśmiechając się. – Jesteś moim psem, jak zabawnie. O, czekaj, chyba mam dla ciebie obrożę!
- Zamknij twarz – warknął Cry, co spowodowało u Szweda atak radosnego śmiechu. – Nie będę ubierał żadnej obroży.
- Brown – przeczytał Pewds, obracając przedmiot w dłoniach. – Mogę tak do ciebie wołać? Brown, do nogi! Leżeć… Dobry pies!
- Nienawidzę cię – Cry także się roześmiał, mocno szturchając go łokciem. Wyrwał mu z rąk obrożę, wygodnie zaciskając ją na ramieniu w formie przepaski. – Spróbuj się tak do mnie odezwać jeszcze raz, a cię pogryzę.
- Szybko wczuwasz się w postacie – odparował Pewdie, stając przed drzwiami Komnaty i głęboko wzdychając. – Nie sądziłem, że pójdzie nam aż tak łatwo.
- Tobie, moją rolą było tylko nieprzytomne wiszenie w powietrzu. Tak na marginesie, szczerze wątpię, że to jest koniec naszej męczarni, to oznaczałoby, że Alice nie bardzo się stara nas zabić.
- Pozwól mi marzyć, okay? – Pewds otworzył skrzynkę przytwierdzoną do drzwi i włożył do środka książkę. Po chwili za drzwiami usłyszał jakiś trzask i ostry głos, wyraźnie zdenerwowany:
- Nazywasz to prezentem? Jak śmiesz przychodzić tu z czymś takim! Masz nam przynieść prawdziwą książkę z kwiatami, zrozumiano? Czas ci się kończy, pospiesz się!
- Wypełniłem wasze zadanie, to, że się wam nie podoba, to nie moja wina! – odpyskował, uderzając pięścią w drzwi, ale nie dostał już żadnego komentarza. Poirytowany, odwrócił się i rozejrzał po korytarzu. – Dobra, to nie wypaliło. Mistrzu gry, jakieś propozycje może?
- Przeszukajmy każde możliwe pomieszczenie, książka musi się znajdować gdzieś na tym piętrze – Cry wzruszył ramionami. – Innych opcji nie mamy. Jeśli następny prezent im nie będzie odpowiadał, to zaczniemy szukać jakiegoś wyjścia z tej gry, w porządku?
- Skoro nie masz lepszych pomysłów, to trudno. Idziemy – bez chwili zastanowienia skręcił w prawo, chcąc jeszcze raz sprawdzić dostępność drzwi w tej części korytarza. Nic się jednak nie zmieniło; szczęk zamka za każdym razem obwieszczał mu, że do pokoju nie wejdzie.
- Wiem, że pewnie cię to wkurzy, ale wiele drzwi w tym miejscu jest pozamykanych. Taki system doprowadzania graczy do szału, sam testowałem – Cry natychmiast odwrócił się, by sprawdzić drzwi w lewej części, ale Pewds zdecydowanie szarpnął go za kaptur, zatrzymując w miejscu.
- Nie zapominaj zasad, idę przodem. Trzymasz się blisko mnie – Pewdie ruszył do drugiego przejścia, sprawdzając po drodze wejścia do pokojów.
- Nie zachowuj się jak moja opiekunka, jestem dorosłym, białym, niezależnym mężczyzną i nie potrzebuje twojego wsparcia – warknął brunet w odpowiedzi, jednak grzecznie podążył za przyjacielem, częściowo rozumiejąc jego przesadną troskę. W końcu dał się zmaltretować grupce dzieci i to tak, że niemalże zszedł z tego świata. Chyba rzeczywiście miał się o co martwić.
Pewds zajął się sprawdzaniem drzwi w lewym skrzydle, a Cry postanowił zająć się rozglądaniem po otoczeniu, próbując sobie przypomnieć cokolwiek ze swojej rozgrywki. Szybko zauważył więc, że za oknem nie widać drzew i pokrytych zielenią wzgórz lecz ciemne, granatowe niebo pokryte ciężkimi chmurami, zapowiadającymi deszcz.
- Gdzie my jesteśmy? – spytał głośno, by znajdujący się na końcu korytarza Szwed mógł go usłyszeć. – To nie wygląda jak zwykły widok z okna budynku…
- Na statku powietrznym, jeśli wierzyć Amandzie – odparł ze spokojem Pewdie, podchodząc do przyjaciela po skończonym przeglądzie drzwi.
- To jak my się mamy stąd wydostać? Jest jakieś przejście, drabina, cokolwiek? Mamy wyskoczyć stąd ze spadochronem?
- Miałem nadzieję, że ty mi powiesz, nie mam bladego pojęcia gdzie jestem i co robię, ty tu jesteś specem.
- Jakoś wydawało mi się, że cała gra była w sierocińcu i okolicach, chociaż chyba rzeczywiście było coś z jakimś sterowcem… Cóż, będziemy się nad tym zastanawiać po skończonym zadaniu, może odkryjemy jakieś magiczne przejście lub coś – Cry wzruszył ramionami, zwracając się do drzwi za swoimi plecami. – Sprawdzałeś już tutaj?
- Nie, ale byłem tu wcześniej, to jest ta biblioteka, w której rozmawiałem z Meg – widząc ciężkie spojrzenie przyjaciela, uderzył się dłonią w czoło, wzdychając głośno. – Dobra, zamknij się. Jestem idiotą, powinienem szukać książek w bibliotece, wiem. Wybacz.
- Nic nie mówię – odpowiedział mu Cry, jednak jego spojrzenie i ton głosu wyraźnie mówiły, i to niezbyt pochlebne rzeczy na temat inteligencji blondyna. – Mam ci drzwi otworzyć?
- Sam to zrobię – warknął w odpowiedzi, chociaż przyznawał sam przed sobą, że to było bardzo głupie z jego strony. – Stój za moimi plecami, proszę.
Cry niechętnie stanął za nim, pozwalając się osłonić i w napięciu czekał, aż Pewds otworzy w końcu drzwi. Pomieszczenie okazało się być puste, bez dwóch dziewczynek w środku czytających na głos książki. Sterty książek na ziemi i zastawione nimi półki wciąż jednak pozostały na swoim miejscu, więc gracze bez chwili zwłoki przystąpili do dokładnego przeszukiwania ich, w bladym świetle sączącym się z lampy sprawdzając tytuły rozrzuconych po pokoju tomów.
- Masz cokolwiek? – wraz z kolejną uważnie sprawdzoną półką, Pewdie zaczął się powoli niecierpliwić, zauważając, że nie zrobił absolutnie żadnego postępu mimo sprawdzenia niemalże pół tysiąca książek. – Zaczynają mi się kończyć możliwości, zostały jeszcze cztery półki, a nie znalazłem nic, co chociaż trochę dotyczyłoby kwiatów.
- Tu na razie też nic – mruknął Cry w odpowiedzi, kładąc w równych wieżach już sprawdzone księgi. Przed nim wciąż leżało jednak dużo książek, więc wciąż istniała jakaś szansa, że wśród nich będzie choć jedna odpowiadająca kryteriom postawionym przez Klub Czerwonej Kredki. – Musimy ją gdzieś tu znaleźć, to jest chrzaniona biblioteka. Myślę, że we własnym domu znalazłbym chociaż jedną książkę związaną z kwiatami, chociażby rysunkiem na okładce.
- Cóż, jeśli jej tu nie będzie, to pewnie znajdziemy ją w jakimś innym miejscu, kompletnie nie związanym z książkami, ponieważ… tak – Pewds uklęknął obok przyjaciela, skończywszy sprawdzać regały.
- W tej grze naprawdę wszystko jest możliwe, ani trochę bym się nie zdziwił – nagle przestał szperać między księgami, pozostając w bezruchu i intensywnie patrząc się w podłogę. Chwilę później podniósł coś z ziemi i wstał szybko, podchodząc bliżej lampy w zielonym kloszu.
- Znalazłeś ją? – dopiero gdy Cry powstał z ziemi, Pewds zainteresował się jego działaniami.
- Nie, ale znalazłem jakiś klucz… Klucz o dwóch listkach – odezwał się Amerykanin, ponaglając drugiego gracza gestem dłoni, by podszedł do niego i obejrzał przedmiot. – Widziałeś może coś podobnego, masz pomysł, co może otwierać?
- Dwa listki… - wymamrotał Pewdie, po czym wyrwał Cry’owi klucz z ręki i szybkim krokiem udał się do drzwi. – Wiem, drzwi z koniczyną, w tym dziwnym korytarzu. Cry, chodź, może tam znajdziemy coś przydatnego!
- Boże, skąd u ciebie taki przypływ energii? – mruknął brunet, ale nie kazał na siebie czekać; w kilka sekund znalazł się przy przyjacielu i podążył za nim korytarzem, wracając na klatkę schodową. – Aż tak ci się śpieszy przeszukiwać jakieś podejrzane pokoje?
- Na reszcie ruszamy z fabułą, pozwól mi się nacieszyć – schodami w dół, ponownie trafili do sektora dziewiątego. – Lepsze jest to, niż siedzenie w miejscu i zastanawianie się, co robić dalej, a wątpię, żeby przypadkowo znajdywane klucze nie miały żadnego wpływu na fabułę całości, jak myślisz?
- Nie no, na pewno nas to dokądś zaprowadzi, temu nie przeczę – westchnął Cry, ledwo nadążając za niemalże biegnącym blondynem. Długi korytarz prawie się kończył, za drzwiami na końcu znajdował się pokój z turbiną. – Po prostu nie sądzę, żeby nam to uciekło, więc nie ma sensu się aż tak śpieszyć. Możemy to zrobić na spokojnie? – chciał się zatrzymać, ale Pewds chyba się tego spodziewał, bo chwycił go za nadgarstek i pociągnął za sobą.
- Wybacz, ale naprawdę bardzo chcę się stąd wynieść. Jeśli znajdziemy wymaganą od nas książkę w pokoju z dwoma listkami, wszystko co będziemy musieli zrobić, to oddać ją Arystokratkom i mamy to z głowy, prawda?
- Szczerze wątpię, że pójdzie nam to tak łatwo. Z tego co opowiadałeś, to nie konfrontowałeś się jeszcze z żadnym przeciwnikiem, co jest aż zbyt podejrzane. Na pewno ktoś nas zaatakuje – Cry ledwo nadążał z rozglądaniem się po nowym otoczeniu, próbując je jakoś zapamiętać. Z pomieszczenia z turbiną trafili do długiego korytarza, po którego obu stronach znajdowały się jakieś sypialnie i coś, co wyglądało jak stół do jadalni. Wydawało mu się, że siedząca przy nim dziewczynka w jasnej sukience posłała mu wrogie, niepokojące spojrzenie, ale nie był w stanie przyjrzeć się jej dokładnie, gdyż został pociągnięty dalej, na kolejną klatkę schodową, a potem po stopniach w górę. – Zobaczymy, wszystko się okaże. Mógłbyś zwolnić, proszę, przestaję wyrabiać…
- Jesteśmy na miejscu – Pewds odparł z zadowoleniem, gdy dotarli na szczyt schodów i pchnął drzwi przed sobą. Rzeczywiście, zgodnie z jego słowami znaleźli się w niewielkim, dobrze oświetlonym holu, w którym znajdowało się czworo drzwi, w tym te z dwoma listkami koniczyny. – Mam nadzieję, że się nie pomyliłem, bo to będzie oznaczać, że znów stoimy w miejscu i nie wiemy, co dalej robić.
- I że przybiegliśmy tu całkowicie na darmo – Cry wciąż oddychał ciężko, zmęczony wysiłkiem, ale odebrał klucz od drugiego gracza i podszedł do drzwi. – Gotowy?
- Jasne, otwieraj.
Klucz wszedł bez problemu i bez problemu przekręcił się, z głuchym szczękiem zamka obwieszczając, że wejście zostało otwarte. Pewds zdecydowanie szarpnął za klamkę i wszedł do środka.
Za drzwiami znajdował się korytarz, już nieco mniej oświetlony niż hol, w którym byli przed chwilą. Jego lewa strona była zawalona jakimiś wózkami i torbami, tak, że całkowicie blokowały one przejście. Przed nimi znajdowały się oszklone drzwi, a tabliczka obok nich głosiła, że jest to stołówka. Po prawej stronie były drzwi, drewniane i jedne z tych rozsuwanych. Gdy Cry obrał drogę w prawo, Pewdie ruszył w lewo, chcąc upewnić się, że nie ma żadnej opcji, by przejść dalej. Wyglądało na to, że raczej nie da się przepchać przez barykadę, jednak zauważył, że zaraz obok zatorowanego przejścia znajdują się drzwi, opatrzone tabliczką z imieniem Clara. Bez zastanowienia otworzył je, wchodząc do pogrążonego w całkowitych ciemnościach pokoju. Po ciemku starał się znaleźć jakiś przełącznik światła lub cokolwiek, co nieco rozjaśniłoby tą całkowitą ciemność, ale niestety w takich warunkach nie był nawet w stanie dostrzec, czy coś takiego znajduje się w pokoju. Nagle usłyszał krzyk, dobiegający z korytarza, a następnie głośne przekleństwo. Natychmiast odnalazł swoją drogę do drzwi i wypadł na korytarz.
- Cry, nic ci nie jest?! – krzyknął, widząc, że jego przyjaciel siedzi na ziemi przed drzwiami.
- W porządku! – odparł brunet, gramoląc się z podłogi. – Chciałem otworzyć drzwi, ale jedno z tych dzieci zatrzasnęło mi je przed nosem i trochę się przestraszyłem… Nic poważnego mi się nie stało, chociaż mogłem zejść na zawał…
- Rozumiem – Pewds odetchnął z ulgą i pomógł mu stanąć na nogi. – Też miałem taki przypadek, chyba jeszcze nigdy tak szybko nie zareagowałem. Ale to oznacza, że poza stołówką nie ma żadnych opcji?
- No przynajmniej nie z tymi drzwiami. Znalazłeś coś, może jakieś przejście przez tamtą blokadę?
- Nic, przejścia nie ma. Są tam jakieś drzwi, ale bez światła ni rusz, ciemno jak w środku nocy – odparł Pewds, otwierając już drzwi na stołówkę. – Nasza ostatnia nadzieja, bo jeśli wyjdziemy stąd z pustymi rękami, to będę naprawdę wściekły.
- Nie tylko ty, stary.
Pomieszczenie, które znaleźli rzeczywiście wyglądało na jakiś rodzaj baru czy innej jadłodajni. W dość dużej sali w dwóch rzędach ustawione były stoły dla przynajmniej dziesięciu osób, zasłane obrusem i z resztkami jakiejś porcelanowej zastawy. W pomieszczeniu panował mrok, mimo tego, że jedna ze ścian składała się z okien, przez które powinno przedostawać się jakieś światło; niestety, przez ciężkie burzowe chmury nie było nawet szans na najmniejszy promyk słońca wpadający do środka. Wrażenie, że jest właśnie środek nocy, a nie dnia, potęgował granatowy kolor ścian, dodatkowo zaciemniający całe to miejsce. Cry powoli wszedł głębiej do dusznego, niezbyt przyjemnie pachnącego pokoju, próbując dostrzec, czy gdzieś jest może książka, której szukają. Zaczął więc przeszukiwać stolik po stoliku, grzebiąc między zastawą stołową a butelkami z niewiadomą zawartością. Pewds natomiast udał się od razu na koniec sali, do dość wysokiej lady, za którą chowały się regały z napojami i jedzeniem. Przez chwilę przeszukiwał półki, mając nadzieję na znalezienie prezentu, ale niestety nie znalazł tam nic poza żywnością, nie wiadomo nawet, czy jeszcze ważną. Dopiero, gdy zaczął się rozglądać dookoła zauważył, że na ziemi dwa kroki od niego leży jakiś przedmiot. Natychmiast się po niego schylił, odkrywając, że jest to całkiem duży nóż ze splamionym ostrzem. Wydał z siebie okrzyk radości, widząc nieco bardziej przydatną broń i przejechał palcami po ostrzu, przy okazji ścierając z niej trochę brudu, który prawdopodobnie był zaschłą krwią. Gracz zignorował to jednak, ciesząc się z czegoś przydatnego.
- Ohoho, co za cudo – mruknął, nie kryjąc radości. – Chodź do tatusia…
- Znalazłeś coś? – Cry nie mógł powstrzymać cichego chichotu, słysząc słowa przyjaciela. – Czyżby nasza poszukiwana książka?
- Coś znacznie lepszego – odparł Pewds, podnosząc się z ziemi i wycierając brudny nóż w marynarkę.
- Lepszego? – Cry ruszył w kierunku lady, jednak nie podszedł bliżej do Pewdie’go; zamiast tego przystanął przy stojącej przy ścianie komodzie, chcąc ją sprawdzić. – Co masz na myśli?
- Tadaaam! – blondyn sprawnym ruchem machnął nożem w powietrzu, prezentując swoje znalezisko. – Wygląda na to, że teraz ja się będę zajmował walką.
- Uważaj, to dość ciężka praca. Posługiwanie się nożem nie jest tak proste, jak ci się wydaje.
- Przeginasz. Jesteś zazdrosny, bo wiesz, że będzie mi to wychodziło lepiej od ciebie – zaśmiał się Pewds, próbując wykonywać różne cięcia.
- Oczywiście – Cry uśmiechnął się uprzejmie, ale z jakimś dziwnym, niewypowiedzianym smutkiem w oczach. Wrócił do przeszukiwania kolejnych szuflad w komodzie, gdy Pewds zajął się przyzwyczajaniem do walki ostrzem.
Niemal już porzucił nadzieję po sprawdzeniu prawie wszystkich zakamarków szafki, nie wierząc w to, że uda mu się cokolwiek znaleźć w ostatniej pozostałej szufladzie. Był więc dość zdziwiony, gdy w jej wnętrzu znalazł dość grubą książkę w skórzanej oprawie z czerwonymi różami wymalowanymi na okładce. Złote litery na górze okładki mówiły, że tytuł tego dzieła to „Martwe kwiaty”. Niestety, choć Cry zajrzał do książki w poszukiwaniu nazwiska autora, nie znalazł żadnej informacji na temat jej twórcy. Chwycił jednak przedmiot, zadowolony ze swojego znaleziska, które już na sto procent było „książką z kwiatami”, o której mowa była w powierzonym im zadaniu i zwrócił się do przyjaciela.
- Chyba znalazłem nasz prezent – pomachał książką w powietrzu, uśmiechając się dumnie. Podał ją Szwedowi, który natychmiast porzucił zabawę nożem i podszedł bliżej, by przyjrzeć się dokładnie okładce i zweryfikować słowa bruneta.
- Na to wygląda – Pewdie nawet nie próbował kryć zadowolenia, widząc rysunek róż. – Nie ma co zwlekać, oddajmy ją Arystokratkom i zobaczmy, co jest dalej do zrobienia.
- Racja – Cry odebrał od niego książkę i ruszył w stronę drzwi, wychodząc ze stołówki. – Nie wiem, czy wytrzymam siedzenie w tej grze przez całą jej długość, powinniśmy się stąd wynosić.
W znacznie lepszym nastroju opuścili sektor kryjący się za drzwiami o dwóch listkach, nareszcie czując, że wiedzą co dalej robić. Zatrzasnęli z hukiem wejście, wychodząc na główny hol i od razu kierując swe kroki w stronę schodów. Zanim jednak wyszli, Cry nagle się zatrzymał, rozglądając się niespokojnie.
- Coś nie tak? – Pewds także przystanął, widząc, że jego przyjaciel nie podąża za nim. – Cry, czy coś się dzieje? Źle się czujesz?
- Wszystko… w porządku… - odparł Amerykanin trochę nieprzytomnie, wciąż patrząc na boki. – Słyszysz drapanie? Albo stukanie, taki równomierny stukot z szuraniem, drapaniem…? Skąd to dochodzi?
- Stary, nic nie słyszę. Jesteś pewien, że wszystko z tobą w porzą-
Urwał w połowie słowa, tym razem słysząc bardzo wyraźne i głośne skrzypienie otwieranych drzwi. Odwrócił się, patrząc jak drzwi z listkami rozsuwają się powoli, nie ukazując nic poza czającą się za nimi ciemnością. Zacisnął jednak palce na uchwycie noża, napinając mięśnie i przygotowując się do samoobrony przed tym, co kryło się w otwierających swe paszcze pomieszczeniach.
- Bezpański Pies daje nam słodkie rzeczy… - chórek dziecięcych głosów dobiegł ich zewsząd, głosów bezbarwnych i przerażających, bo dochodzących znikąd. – Bezpański Pies porywa też dzieci…
- Cry, co się dzieje? – Pewds przysunął się do przyjaciela, coraz bardziej spanikowany i zdezorientowany.
- Nie pamiętam, ale wiem, że to nie jest nic dobrego. Będziesz walczyć.
- Bezpański Pies przychodzi tylko w nocy… - szepty nagłośniły się, a zza otwartych drzwi zaczęły wychylać się jakieś sylwetki. – Dzieci, które nie sprzątają zostaną ukarane… Witajcie, chłopcy i dziewczęta, przyszedł czas na sprzątanie…
To, co w końcu wyszło zza drzwi okazało się być niewielkimi, sięgającymi graczom zaledwie do pasa stworkami o bladej, niemalże białej skórze, bez włosów i ze zdeformowanymi ciałami. Ubrane w czarne szaty, z miotłami w rękach, szły wolno i niezbyt zgrabnie w stronę mężczyzn. Dopiero, gdy jeden z nich zaatakował miotłą Cry’a, gracze zorientowali się, że są zmuszeni z nimi walczyć.
- Ała! – Cry jednym kopnięciem pozbył się swojego agresora, czując niewielki ból w łydce, w którą uderzył stworek. – Myślałem, że jestem poza walkami!
- Najwyraźniej nie – Pewds, zamiast zaatakować któregokolwiek z przeciwników, postanowił trochę między nimi pobiegać, odwlekając swoją walkę. Potworki i tak ruszały się za wolno, by móc ciągle za nim podążać, więc Pewdie nie musiał się nimi w ogóle przejmować. – Jak ja mam je niby zabić? Przecież są dwa razy mniejsze i wyglądają jak banda dzieci, nie będę zabijać dzieci, mam swoją granicę!
- To nie są dzieci – westchnął Cry, podchodząc do przyjaciela i wyciągając dłoń, by odebrać od niego broń. – Mogę to zrobić za ciebie, mam wprawę w posługiwaniu się nożem.
- Nie trzeba – blondyn od razu odrzucił jego propozycję, mobilizując się do walki. – Dam sobie jakoś radę.
Jakby na potwierdzenie swoich słów, zrobił zdecydowany ruch nożem, przecinając białą skórę stworka. Wrzasnął on skrzekliwie, ale wciąż atakował go miotłą, jakby ten atak nie miał na niego żadnego wpływu. Pewdie spróbował więc jeszcze raz i jeszcze raz, dźgając go i tnąc na tysiąc sposobów i zastanawiając się, jak to możliwe, że ta istota jeszcze jest w stanie się ruszać. Jej ataki nawet nie były w stanie go zaboleć, ale Pewds musiał przyznać, że walczenie w pochylonej pozycji nie było zbyt wygodne. W końcu jednak potwór padł na ziemię, a dookoła niego utworzyła się plama krwi, która po chwili jednak znikła. Szwed więc zabrał się za kolejnego wroga, z ulgą stwierdzając, że jest ich tylko czterech. Gdy zajęty był dźganiem machającego na wszelkie strony miotłą potworka, drugi z nich, akurat nie posiadający żadnej broni, rzucił się na niego i zaczął boleśnie go drapać.
- Ej, to nie fair! – Pewds natychmiast zaczął na ślepo atakować przeciwnika uczepionego jego pleców, jednocześnie starając się odpierać ataki tego przed sobą. Kiedy już zrzucił martwe ciało z siebie mógł zająć się walką z całą resztą, której nagle przybyło…
- Cały czas wychodzą przez drzwi, będziemy musieli się chyba ewakuować! – krzyknął do niego Cry, który starając się pomóc jakoś przyjacielowi, kopał stworki biegające pod jego nogami. Choć nie mógł ich w ten sposób zabić, udawało mu się chociaż chwilowo je spowolnić i wykluczyć z walki. – Są strasznie upierdliwe, nie sądzisz?
- Nie masz o tym najmniejszego pojęcia, zaufaj mi – odparł Pewdie, kontynuując ataki. – Twój plan nie brzmi źle, bardzo chętnie stąd wyjdę.
- Okay, to ruszaj za mną! – Cry z łatwością wyminął dziwadła, spokojnie truchtając do schodów. Pewds wykończył jeszcze jednego potworka i podążył za przyjacielem. Ku swojemu niezadowoleniu, zobaczył kolejnego stwora na samym dole schodów i coś mu podpowiadało, że na swojej drodze do Komnaty znajdzie ich jeszcze kilka.
- Twój plan okazał się nie być tak fantastycznym jak myślałem – skomentował Pewds, w kilku dźgnięciach usuwając przeciwnika z drogi i podążając dalej korytarzem, na którym stało jeszcze parę innych karłów.
- Nie ma ich tak wiele jak u góry i nie ma szans na to, by doszły nowe, mój plan jest genialny. Poza tym, możesz je bez problemu wyminąć, jak będziesz dostatecznie szybki to nawet się nie zorientują, że kiedykolwiek przeszedłeś obok nich, zaufaj mi.
Rzeczywiście, kreatury zdawały się ich nie widzieć, gdy wymijali je na korytarzach. Większość z nich w ogóle nie reagowała, a jeśli już, to z opóźnieniem. Mężczyźni bez problemu przedostali się do sektora dziesiątego, stamtąd do pomieszczenia z turbiną, a potem do sektora ósmego. Tylko raz nie udało im się przemknąć obok stworków; w sektorze ósmym, na głównym korytarzu skłębiło się nieco więcej przeciwników, niż mogliby się spodziewać gracze. Gdy tamtędy przechodzili, jeden z potworów rzucił się na Cry’a, tym razem zamiast drapania stosując zęby i wbijając je głęboko w ramię bruneta.
- Cholera jasna! – zaklął Cry, próbując zrzucić z siebie wgryzające się w jego ciało stworzenie. – Złaź!
- Ej, zostaw go – ostry głos Pewdie’go rozległ się za jego plecami i po chwili Amerykanin poczuł ciepłą krew stwora na swoich plecach, gdy za pomocą kilku pchnięć drugi gracz pozbawił go życia. Szybko zrzucił z siebie martwe ciało i natychmiast ruszył biegiem, nie chcąc być zaatakowanym jeszcze raz.
- Dzięki – rzucił jeszcze do przyjaciela, uśmiechając się słabo. – Uważaj, tutaj jest ich dość dużo, ale powinniśmy dać radę je ominąć.
- Nie ma problemu – odparł Pewds, podążając za nim i uważnie patrząc, czy nic nie pragnie zaatakować jego przyjaciela po raz kolejny. – Skoro jesteś bezbronny, to ktoś musi ci ratować tyłek. Szkoda tylko, że padło na mnie.
Schodami w górę, w końcu dotarli do holu, w którym znajdowała się Komnata Klubu Róży. Przynajmniej w tym miejscu nie było widać żadnych wrogo nastawionych stworzeń, mężczyźni mogli więc postać trochę i złapać oddech, utracony podczas szaleńczego biegu. Gdy już nieco się uspokoili, powoli podeszli do drzwi Komnaty, pozwalając sobie na chwilę zwłoki, zanim dowiedzą się, czy tym razem ich prezent jest wartościowy.
- Myślisz, że zadziała? – mruknął Pewds, obracając książkę w dłoniach i patrząc jak złote litery tytułu błyszczą się w świetle lamp. – Dużo tych prezentów wymagały?
- Było ich kilka – odparł Cry. – Każdy z nich dotyczył jakiejś innej sieroty… Nie pamiętam za wiele, ale tak, trzeba było się nieźle naszukać, żeby znaleźć wszystkie przedmioty, których wymagano.
- Cóż, mam nadzieję, że następny „prezent”, jaki będziemy musieli znaleźć, będzie wyjściem z budynku.
Pewdie wziął głęboki oddech, posłał przyjacielowi jeszcze jedno upewniające się spojrzenie, po czym włożył książkę do drewnianej skrzynki. Po chwili pełnej napięcia rozległy się jakieś szmery, a gdy Cry zajrzał do środka by sprawdzić, czy książka jest tam, gdzie ją przed chwilą zostawili, znalazł skrzynkę zupełnie pustą. Drzwi nawet nie drgnęły, choć zza nich słychać było czyjeś głosy.
- Co teraz? - Pewds odważył się wypowiedzieć na głos pytanie, które rozbrzmiewało w głowach ich obu. Już chciał pukać, ale nim jego dłoń spotkała się z twardą powierzchnią drzwi, otworzyły się one z głośnym skrzypieniem, powodując u nich moment wahania.
- Myślisz, że to jest jakimś zaproszeniem? - spytał Cry, próbując dostrzec coś przez szparę, ale ziejący ciemnością pokój nie ukazał mu niczego.
- Chyba tak... - Felix pchnął drzwi delikatnie, by otworzyć je na całą szerokość ze złowieszczym trzaskiem. - Miejmy nadzieję, że obwieszczą nam koniec tego koszmaru.
- Ja także.
Pomieszczenie, do którego weszli okazało się być długą i dość szeroką salą, rozświetlaną przez liczne świeczki porozstawiane wzdłuż czerwonego dywanu. Prowadził on prosto do dziwnej konstrukcji, złożonej ze stołów ustawionych na kształt piramidy i usłanych białymi płachtami materiału oraz różami, na której szczycie ustawione były dwa krzesła. Na jednym z nich siedziała Wendy, uśmiechając się lekko. Na stołach pod nią siedziały kolejno Diana, Eleanor i Meg, natomiast Amanda, ostatnia z poznanych przez Pewdie’go dziewczynek siedziała na stoliku usytuowanego na samym dole piramidy.
- Panie i panowie! – donośny głos Meg rozległ się w całej sali, gdy przemówiła. – Witamy w Klubie Arystokratów! Dziękujemy wam wszystkim za przybycie tu dzisiaj.
Diana zeskoczyła ze swojego miejsca, podchodząc wolno do Pewdsa i uśmiechając się złośliwie. Cry drgnął, zbliżając się do przyjaciela, nie ufając podejrzanym działaniom Księżnej.
- Wstyd – podkreśliła to słowo, patrząc się na blondyna z pogardą. – Nic. Gorzej, niż nic. Twój prezent jest NIC nie wart, wiesz?
- Niesamowicie mi przykro z tego powodu, uwierz - mruknął Pewds ironicznie, patrząc na książkę, którą Diana trzymała w dłoni. - Przyniosłem go, tak jak chciałyście. Proszę więc o pozostawienie mnie i mojego przyjaciela w spokoju, co wy na to?
- Musisz zostać ukarana, Jennifer – sadystyczny uśmiech na twarzy rudowłosej był przerażający, zważając na to, w jak młodym wieku była. – I tak jak obiecałam, sama wymyślałam dla ciebie karę. Powiedz, Jennifer, czy da się oddychać w szczelnie zamkniętej trumnie zakopanej pod ziemią?
Cry chwycił przyjaciela za ramię, słysząc groźbę dziewczyny. Dziewczynki otoczyły ich, a na ich twarzach widać było skrajnie różne emocje: szalony uśmiech na twarzy Amandy, obojętność na twarzy Eleanor czy pogardę w drwiącym uśmieszku Diany, która stała zaledwie krok od nich. Nikt jednak nie przerywał napiętej ciszy, w oczekiwaniu na ruch przeciwnika. Cry zauważył kątem oka, że Meg została przywołana przez Wendy i wysłuchiwała właśnie czegoś z jej ust. Gdy Baronowa w końcu odezwała się, wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę, uważnie słuchając jej słów.
- Nowy rozkaz od Księżniczki Czerwonej Róży! Prezentem tego miesiąca jest… Ohydny Brown!
Pewds natychmiast zwrócił się do Cry’a z przerażeniem wymalowanym w oczach. Zasłonił go własnym ciałem, cofając się lekko i patrząc, jak dziewczynki podchodzą do niego bliżej, coraz bardziej zacieśniając krąg. W ułamku sekundy usłyszał za plecami głośny jęk bruneta i głośne łupnięcie, gdy znokautowany silnym ciosem w plecy upadł na ziemię. Osoba, która go zaatakowała, czyli Amanda, natychmiast odciągnęła go poza zasięg Pewdie’go i zaczęła okładać Amerykanina kijem. Pewds nawet nie mógł rzucić się w jego kierunku, gdyż jednym mocnym uderzeniem w tył kolan powalono go na ziemię, a następnie został przytrzymany przez Dianę i Eleanor, które siłą zmusiły go do zwrócenia się twarzą w stronę Księżniczki – Wendy. Blondynka zeszła ze swego tronu i dopiero teraz było widać, że jej biało-błękitny strój zmienił się na czerwoną suknię z koronkami, a na głowie pojawił się kapelusz w tym samym kolorze. Dziewczynka trzymała w dłoniach wielki bukiet szkarłatnych róż owiniętych w gazetę i uśmiechała się, schodząc z piramidy stołów i idąc po czerwonym dywanie, by stanąć twarzą w twarz z nim.
- Zostaw mojego przyjaciela – warknął Pewds, patrząc się na tą niewinną, małą dziewczynkę, która zagarnęła jego zaufanie przy pierwszej i jedynej konwersacji, a potem go zdradziła.
- Ja też jestem twoją przyjaciółką, nie pamiętasz?
- Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek się z tobą przyjaźnił – Pewdie ponowił próbę uwolnienia się, ale poskutkowało to jedynie silniejszym uciskiem na ramionach przytrzymywanych przez Dianę i Eleanor. – Jeśli masz ze mną rozmawiać, pierw zapewnij, że Cry będzie nieruszony, przynajmniej w trakcie konwersacji.
Wendy przestała się uśmiechać, jednak skinęła głową i przywołała do siebie Meg, by przekazać jej kolejny rozkaz.
- Brown ma być pozostawiony w spokoju do odwołania. Tak brzmi rozkaz Księżniczki – okularnica przekazała posłusznie, a Amanda zatrzymała się, pozwalając Cry’owi na zwinięcie się w kłębek i odczołganie się na parę centymetrów przy akompaniamencie jego własnych stęknięć i jęków. Pewds obejrzał się za nim, a gdy upewnił się, że jego przyjaciel jest już bezpieczny, zwrócił się znów w stronę Wendy.
- Czego ode mnie chcesz?
- Nie mów do mnie tym tonem, proszę – dziewczynka spojrzała na niego smutno, jednak wymusiła uśmiech i podała mu bukiet kwiatów, który trzymała w dłoniach. Eleanor i Diana puściły mężczyznę, pozwalając mu na odebranie róż, ale nie zrobił tego. Zamiast tego podniósł się z ziemi i w pełni wyprostowany stanął przed znacznie niższą od siebie Wendy, patrząc się na nią wrogo z góry. – Ja chciałam tylko, żebyśmy się znów mogły przyjaźnić. Tak jak wtedy, w naszym ulubionym ogrodzie różanym…
- Wybacz, Wendy, ale nie mam żadnych wspomnień związanych z tobą. Szczerze mówiąc, ledwo cię znam. Zgaduję, że Jennifer, w którą się wcieliłem by cię pamiętała, ale ja nią nie jestem, tylko ją udaję – Pewds musiał wziąć głęboki oddech, nim kontynuował. – Nie wiem, kim dla ciebie była, ale ty dla mnie jesteś obcą osobą. Proszę, wypuść nas stąd i pozwól nam odejść.
Wendy nie odpowiedziała od razu; wbijała wzrok w podłogę przez chwilę, gryząc dolną wargę, a gdy podniosła głowę, na jej twarzy widoczne były ślady łez. Pewdie’mu wydawało się nawet przez chwilę, że dziewczynka trzęsie się od bezgłośnego szlochu.
- To wszystko jego wina – wymamrotała niewyraźnie, oskarżycielskim palcem wskazując kulącego się w rogu Cry’a. – Gdyby nie on, nigdy byś mnie nie zostawiła! Zabrał mi cię!
Jej rozhisteryzowany, głośny krzyk przeszył ciszę panującą w pokoju. Amanda, początkowo zdezorientowana, zobaczyła wściekłość na twarzy Księżniczki i od razu powróciła do swojej ofiary, wymierzając kilka ciosów w osłabionego mężczyznę, któremu już prawie udało się podnieść. Z głuchym jękiem padł znów na ziemię, osłaniając się przed zadawanym mu bólem.
- Pewds… - jęknął, wyciągając omdlałą dłoń w stronę przyjaciela, ale nie było opcji, by mógł go sięgnąć; było to więc bardziej gestem desperacji, ostatnią szansą na ratunek.
W Pewdie’m coś pękło. Bardzo mocno naciągnięta struna wydzielająca granicę pomiędzy spokojną cierpliwością a niekontrolowaną wściekłością. Coś, co nie powinno pękać.
- Miałaś zostawić go w spokoju! – zwrócił się do Wendy, która ze złości przeszła prędko do przerażenia, gdy wyższy od niej kilkukrotnie mężczyzna pochylił się nad nią groźnie. – Masz go zostawić w spokoju, jasne? Nie jestem twoim przyjacielem, nie znam cię, jesteś jakimś dziwnym dzieckiem mieszkającym w dziwnym domu z innymi dziwnymi dziećmi i nie zgadzam się na to, żebyś mnie kontrolowała i żebyś robiła krzywdę mojemu przyjacielowi, rozumiemy się?
- Ale… Byłyśmy ze sobą bardzo blisko… A potem on… Wszedł między nas i wybrałaś go zamiast mnie… - Wendy cofała się powoli, patrząc się jednak na blondyna. – Ja nie mogłam mu tak po prostu wybaczyć…
- Powtarzam ci jeszcze raz: Nie. Jestem. Jennifer – z każdym wypowiedzianym słowem robił krok do przodu, aż dziewczynka natrafiła na schodek i przewróciła się na plecy, tracąc równowagę. – Nic do ciebie nie czuję, poza… pogardą. Zostawisz mnie i Cry’a w spokoju, wyjdziemy teraz przez te drzwi i opuścimy ten przeklęty sierociniec, a ty nie będziesz za nami podążać, zrozumiano?
Odpowiedział mu tylko szloch Wendy, która skuliła się u jego stóp i zaczęła płakać mocno, zakrywając twarz dłońmi. Pewds stał nad nią chwilę, patrząc się ze wściekłością na płaczące pod nim dziecko, po czym odwrócił się na pięcie i natychmiast ruszył do drugiego gracza. Dzięki tej kłótni, reszta Arystokratek poczuła się zagubiona i postanowiła odsunąć się od głównego konfliktu, stojąc na uboczu i przyglądając się całej sprawie. Także Amanda odstąpiła od swojej ofiary, najzwyklej w świecie pozwalając Pewdie’mu na uklęknięcie przy zmaltretowanym przyjacielu.
- Cry, jestem tu. Słyszysz mnie? – spytał, już drugi raz w ciągu dnia upewniając się, że brunet nie stracił przytomności. Gdy jednak usłyszał mruknięcie w odpowiedzi i Cry poruszył się wolno, kamień spadł mu z serca. – Czy będziesz w stanie iść, jeśli będę cię podpierał?
- Myślę, że tak… - wychrypiał w odpowiedzi, łapiąc się mocno ramienia Pewdsa.
Powoli, by nie sprawić mu zbyt wiele bólu, Pewdie podniósł przyjaciela i pomógł mu stanąć na ziemi, podpierając go własnym ramieniem i ciągle upewniając się, że Amerykanowi nie dzieje się nic złego. Krok po kroku, ruszyli wolno w stronę drzwi głównych, niepowstrzymywani przez żadną z Arystokratek. Felix już prawie chwycił za klamkę, gdy nagle usłyszał za sobą cichy, łamiący się głos:
- Już.. mnie nie kochasz?
Pewds wypuścił głośno powietrze i zwrócił się w stronę mówczyni, Wendy. Dziewczynka podniosła się już z podłogi i stała teraz na końcu czerwonego dywanu, ze spuszczoną głową i spojrzeniem utkwionym we własnych butach. Zanim jednak gracz zdążył odpowiedzieć na jej pytanie, coś dziwnego mignęło mu przed oczami. Wydawało mu się, że nagle Księżniczka zniknęła, a na jej miejsce zjawił się jakiś dziwny miraż kobiety znacznie wyższej i dojrzalszej. Przez moment myślał, że to przewidzenie, jednak ta nagła zmiana obrazu powtórzyła się jeszcze kilkukrotnie, w końcu zatrzymując się na figurze kobiety, ubranej dokładnie tak samo jak Wendy, ale wyglądającej zupełnie inaczej i jakoś tak… znajomo…
- Marzie…? – głos uwiązł mu w gardle, gdy kobieta przed nim uniosła głowę. Wszędzie rozpoznałby ciemniejszy odcień jej karnacji, duże, brązowe oczy i układające się falami włosy. Wszędzie rozpoznałby jej delikatny głos mówiący z włoskim akcentem, tak wysoki i słodki.
- Zostawisz mnie tu? – jej oczy wypełnione były łzami. – Porzucisz mnie dla… niego?
- To niemożliwe… - Pewds poczuł, jak zaczyna się trząść. – Ty… nie możesz tu być…
- Nie kochasz mnie już, tak? Zostawisz mnie samą, bezbronną, tutaj? Wszystko dla niego, dla tego… - głos dziewczyny zaczął się łamać, mieszając wściekłość ze smutkiem. – Proszę, nie rób mi tego… Wszystko się jeszcze ułoży, po prostu zostaw go i chodź ze mną…
Felix spojrzał na uwieszonego jego ramienia Cry’a, który z takim samym szokiem wpatrywał się w Marzię. Gdy gracz poczuł jednak wzrok blondyna na sobie, zwrócił się ku niemu, posyłając mu spojrzenie pełne przerażenia. Wiedział, jak to się skończy: Pewds nie odpuściłby możliwości zostania z Marzią, nawet jeśli była to jakaś sztuczka Alice lub wymysł gry. Nie mógł go przekonać do siebie. Co miał mu do zaoferowania? Mógł jedynie patrzeć się na niego przestraszony, uważnie obserwując zdezorientowanie na jego twarzy i czekać, aż jego usta wypowiedzą słowa, które zadecydują o tym, co się dalej wydarzy. Czekał więc, starając się zachować spokój, na swój ostateczny wyrok; czekał aż Pewdie puści go, pozwalając mu upaść na ziemię, gdzie Arystokratki wykonają ten otóż wyrok przez kilka celnych ciosów w czaszkę, a ostatnią rzeczą, którą zobaczy, będzie jego przyjaciel odchodzący do swojej dziewczyny. Oczy zaszły mu łzami, a jego palce mocniej zacisnęły się na ramieniu przyjaciela.
- Marzia, dlaczego tu jesteś? – wychrypiał Pewdie, wciąż patrząc się z niedowierzaniem w dziewczynę. – Co ty tu robisz?
- To nie jest teraz ważne, wszystko ci wytłumaczę – twarz dziewczyny nieco się rozjaśniła, gdy uśmiechnęła się do niego lekko. – Po prostu chodź do mnie, a wszystkiego się dowiesz… Zostaw swojego przyjaciela, nie potrzebujesz go przecież. Masz mnie, czyż nie?
Wyciągnęła do niego dłoń, uśmiech nawet na chwilę nie zniknął z jej ust. Pewds także wyciągnął rękę, chcąc sięgnąć swojej dziewczyny lecz zawahał się, nim zrobił pierwszy krok.
- Coś się stało? – Marzia zmarszczyła brwi, widząc jego niezdecydowanie. – Proszę cię, co on dla ciebie w ogóle znaczy? To tylko jeden z twoich kumpli, masz ich wielu. Nie poświęcisz chyba naszej miłości dla jakiegoś tam gościa?
- Marzie nigdy nie powiedziałaby czegoś takiego – Pewds cofnął dłoń, patrząc się nieufnie na dziewczynę. – Nie jesteś prawdziwa. Marzia jest teraz w domu, bezpieczna. Nie jesteś nią.
- O czym ty mówisz? Felix, nie wiem, co on ci zrobił, ale nie kłamię! To ja, Marzia! – kobieta zaczęła krzyczeć, wściekłość odmalowała się na jej twarzy.
- Jak śmiesz się za nią podawać! – odkrzyknął Pewdie łamiącym się głosem. – Jak śmiesz grać na moich uczuciach! Przestań! Wendy, Alice, nie wiem, która z was to robi… Wychodzę stąd. Nie chcę mieć z waszą bandą nic wspólnego! A ty – wskazał na dziewczynę, która z wizerunku Marzii powoli wracała do bycia małą, bezbronną Wendy. – Masz mnie zostawić w spokoju. Jeśli jeszcze raz spróbujesz podać się za moją dziewczynę, zabiję cię.
Zwrócił się znów w kierunku drzwi, tym razem zdecydowanie naciskając klamkę i otwierając sobie wyjście z Komnaty. Nim jednak zamknął za sobą drzwi, usłyszał ostatni krzyk za sobą:
- Jak ja śmiem!? Jak ty śmiesz! Zostawiasz mnie! Dla niego! Czy jesteś świadom tego, co robisz, jak bardzo ten… plugawy kundel namieszał ci w głowie? Popełniasz błąd…
- Może – odwrócił się po raz ostatni, by spojrzeć na siedzącą na ziemi Wendy. – Ale nie będę się z moich błędów rozliczać przed tobą. Dajesz mi wybór? Wybieram wyjście z tego przeklętego miejsca. Z moim przyjacielem.
Pewnie przekroczył próg i z głośnym trzaskiem zamknął za sobą drzwi. Dopiero wtedy odetchnął z ulgą i mógł zacząć się uspokajać. Jego emocje były w kompletnej rozsypce, a przed oczami wciąż miał zapłakaną twarz Marzii i słowa, które jej głosem wypowiedziała Wendy. Łza potoczyła się po jego policzku, ale szybko ją starł, oddychając głęboko. Nie miał na to czasu. Chciał jak najszybciej stąd wyjść, by móc rozkleić się w samotności, bez zbędnych świadków.
- Jak się czujesz? – zagadnął Cry’a, wciąż go trzymając. – Mam nadzieję, że nie zrobiły ci wielkiej krzywdy…
- Trochę jestem poobijany, ale nie na tyle by tracić przytomność, więc chyba jest w porządku… - odparł brunet w odpowiedzi, słaby uśmiech pojawił się na jego wymęczonej i smutnej twarzy. – Pytanie jest, jak ty się czujesz? To musiało być… Znaczy, widzieć Marzię… Chyba nie jestem w stanie pojąć, jak bardzo cię to musiało dotknąć. Myślałem, że mnie tam zostawisz, mówiąc szczerze…
- Słuchaj, Cry. Nie za bardzo chcę o tym rozmawiać, okay? – westchnął Pewds, przecierając dłonią twarz. – Przynajmniej nie teraz. Po prostu chcę wyjść.
- Przepraszam, nie powinienem był o tym wspominać. Masz rację. Wynośmy się stąd.
Dopiero teraz, gdy nieco już ochłonęli, doszło do nich, że znajdują się w zupełnie innym miejscu, niż przed wejściem do sali. Teraz, zamiast w ładnym, oświetlonym holu znaleźli się na jakimś poddaszu, którego drewniany sufit wsparty był drewnianymi balami. Skręcili w lewo, kierując się jedyną dostępną drogą i powoli przeszli do nieco większej przestrzeni, lepiej też oświetlonej. Znajdował się tam stół z lampą, zawalony jakimiś przedmiotami, których jednak gracze nie chcieli oglądać. Okazało się, że są to różnorakie skalpele i nożyczki, wszystkie pokryte krwią. Mężczyźni wzdrygnęli się na widok tego sprzętu, jednak obok niego znaleźli także jedno ciasteczko. Cry upewnił się, że nie nosi ono żadnych śladów krwi, po czym natychmiast je ugryzł, czekając na cudowne ozdrowienie. Tak jak się spodziewał, po zjedzeniu ciasteczka poczuł się nieco lepiej, na tyle dobre, by móc iść bez podtrzymywania się przyjaciela. Ruszyli więc dalej, pragnąc jak najszybciej oddalić się od makabrycznego widoku zakrwawionych narzędzi chirurgicznych, kierując swe kroki do drzwi znajdujących się przy stoliku. Przechodząc przez nie, znów trafili do pomieszczenia tonącego w półmroku, które, jak się okazało, prowadziło do schodów w dół. Gracze posłusznie zeszli więc po nich, zatrzymując się na chwilę na półpiętrze, gdzie mogli wyjrzeć przez okno.
- Pogoda nie najlepsza – mruknął Cry, widząc ciemne chmury i krople deszczu, głośno uderzające w szyby. – Nie uśmiecha mi się wychodzić w takich warunkach…
- Mnie się nie uśmiecha tu zostawać – odparł Pewds. – Chociaż masz rację, pogoda wyjątkowo brzydka. Może się rozjaśni?
- Oby.
Zeszli na piętro, oczywiście sprawdzając wszystkie drzwi lecz, tak jak się spodziewali, żadne z nich nie były otwarte. Poszli więc jedyną dostępną drogą, czyli znów schodami w dół, by znaleźć się w kolejnym korytarzu, tym razem wyglądającego jednak trochę znajomo. Pewds od razu rozpoznał drzwi prowadzące na dziedziniec, na którym wcześniej odbył się pogrzeb. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, widząc już mu znane miejsce.
- Jesteśmy w domu – stwierdził, prowadząc Cry’a do drzwi na lewo. – Jeszcze trochę i stąd wyjdziemy, już byłem w tym miejscu.
- Jakoś tak za łatwo to idzie, nie chcę cię martwić… - Cry pozwolił się pociągnąć, ale wciąż rozglądał się niespokojnie.
- Jak nie chcesz mnie martwić, to nie mów takich rzeczy. Już ci to mówiłem: daj mi mieć nadzieję – odparł Pewdie. Wyszli na korytarz, a potem, skręcając w prawo, na główny hol. Od wolności dzieliły ich teraz tylko drzwi główne i brama na zewnątrz, co podniosło Pewdsa na duchu – ruszył niemalże biegiem do przedsionka, po czym gwałtownie zatrzymał się na progu, zauważając, że drzwi się rozchylają. Obrócił się, szukając Cry’a, który nagle zniknął z jego zasięgu wzroku i zauważył, że Amerykanin zatrzymał się na końcu holu, trzymając coś w rękach i gwiżdżąc z podziwem.
- Stary! Znalazłem coś cudownego! – krzyknął, podbiegając do Pewdie’go z uśmiechem. – Spójrz na to, czy to nie jest piękne?
Pewds nareszcie mógł zobaczyć, co takiego trzymał w dłoniach jego przyjaciel i z jego ust od razu wydobyło się pełne podziwu westchnięcie, gdy jego oczom ukazała się całkiem spora i nowa siekiera. Cry cieszył się jak dziecko, trzymając narzędzie blisko siebie. Po chwili jednak spoważniał, zauważając skrzypiące, otwierające się wolno drzwi.
- Mamy towarzystwo? – mruknął, zaciskając palce na trzonie. W ułamku sekundy jego mina znów się zmienia w niemy szok, a następnie w kolejny uśmiech, gdy zaczął trząść się ze śmiechu. Szwed z niepokojem obserwował te nagłe zmiany na twarzy przyjaciela, zastanawiając się, co może oznaczać jego nietypowe zachowanie.
- Stary, czy wszystko z tobą w porządku?
- Yhmm – odparł, ale widać było, że powstrzymuje się od śmiechu. – Ale chyba będziesz tego potrzebował.
Pewds odebrał od niego siekierę, wciąż kompletnie zdezorientowany. Nie pytał jednak o nic, tylko poprawił swój chwyt i uważnie obserwował otwierające się drzwi. Za nimi zobaczył małego chłopca, tego samego, którego ścigał, gdy przybył do tego domu. Koło niego, na czworaka, stał… duży, barczysty mężczyzna w białych szortach, ze sznurem obwiązanym wokół szyi, którego koniec był trzymany przez chłopca. Dziecko wskazało na graczy i swoim cieniutkim głosem wydało rozkaz: Ruszaj.
Drzwi zamknęły się za chłopcem, który zostawił mężczyznę w środku. Pewdie z niedowierzaniem i szokiem patrzył się, jak ten gigantyczny człowiek podchodzi do niego, wciąż na czworaka i warczy coś pod nosem.
- Co to do jasnej cholery jest!? – krzyknął, odsuwając się jak najdalej od stwora. Cry chyba chciał mu odpowiedzieć, ale po chwili ryknął niekontrolowanym śmiechem, nie mogąc się powstrzymać. Pewds spojrzał na niego z niepokojem, nie spodziewając się takiej reakcji z jego strony.
- Główny boss gry – powiedział Cry, krztusząc się ze śmiechu. – Baw się dobrze.
- Możesz go potraktować nieco poważniej? – spytał Pewdie, patrząc, jak przeciwnik się do niego zbliża. – Tak jakby wyszedł z ekranu twojego komputera, teraz może ci zrobić krzywdę.
- P-postaram się… - przerywana chichotem wypowiedź brzmiała bardzo przekonywująco. – Jak mi podasz nóż, to mogę ci spróbować pomóc.
- Dobra, ale masz na siebie uważać – blondyn wyciągnął nóż z kieszeni marynarki i rzucił go pod stopy przyjaciela, skupiając się na gigantycznym mężczyźnie, z którym przyszło mu walczyć i zastanawiając się, jak w ogóle zabrać się do tej walki. W końcu udało mu się podejść stwora od tyłu i zaatakować go siekierą. Z jego pleców trysnęła krew, ale jak się okazało, pojedynczy cios wcale nie załatwiał sprawy. Odsunął się więc, widząc, że mężczyzna wykonuje atak poprzez rzucenie się do przodu, po czym znów przystąpił do działania, zadając kolejny cios siekierą. Cry natomiast dźgał go nożem w boki, przy żebrach, jednocześnie wciąż chichocząc pod nosem, niezdolny do zachowania powagi.
- Czy to kiedykolwiek ginie? – warknął Pewds, nieco już poirytowany powtarzalnością ruchów przeciwnika. Potwór działał bowiem według stałego schematu: chwilę wierzgał się w miejscu, potem silnymi łapami machał przed sobą, skakał do przodu i znów wierzgał się w miejscu, tak w kółko, przez cały czas. Niestety jego sposób walki narzucał także sposób walki Pewdie’go, zmuszając go do tych samych ruchów w tych samych sekwencjach. Nic więc dziwnego, że Szwed zaczął się czuć nieco podenerwowany faktem, że pomimo wielu obrażeń otrzymanych przez mężczyznę, wciąż nie chciał on umrzeć.
- Tak, chociaż to uciążliwy proces – odparł Cry. – Z tego co pamiętam, ze wszystkimi większymi przeciwnikami w tej grze był taki problem. Kręcisz się w kółko przez piętnaście minut, zanim ich zabijesz.
- Nie brzmi zbyt dobrze – przyznał Pewds, przypuszczając kolejny atak. Nie do końca wiedział, co zrobić, by w końcu wykończyć stwora i móc stąd wyjść, bo jak na razie jedyną opcją wydawało mu się powtarzanie ataków siekierą aż do skutku. Tylko ile jeszcze to potrwa…?
- Cholera! – przeklął Cry, gdy podczas jednego z pchnięć nóż utknął w ciele mężczyzny, pozbawiając gracza broni. – Nie tak to miało wyglądać…
- Cry, odsuń się od niego – polecił Pewds, jednak nie rezygnując z kolejnych ataków. – Nic mu nie zrobisz bez broni.
- Chwila, może uda mi się ją odzyskać… - odparł brunet, podchodząc niebezpiecznie blisko stwora i próbując sięgnąć rękojeści. Niestety, przez fakt, że stwór wciąż się wierzgał, ciężko było wymierzyć moment, w którym wygodnie byłoby wziąć nóż. Nagle potwór machnął ręką w bok, silnym i niespodziewanym uderzeniem zbijając Cry’a z nóg i sprawiając, że wylądował on na ziemi. W ułamku sekundy przypadł on do swej ofiary, pochylając się nad bezbronnym teraz Amerykaninem, który krzyknął w panice i zaczął niezdarnie czołgać się do tyłu, przerażony warczącym nad nim stworem.
- Przegiąłeś – powiedział Pewdie ostrym głosem, podchodząc do potwora, nareszcie nieco mniej ruszającego się. – Czy mógłbyś. W końcu. Zginąć? – podkreślił każde ze słów, unosząc siekierę nad głowę i jednym mocnym ruchem odcinając mężczyźnie głowę.
Cry wrzasnął z przerażenia i szoku, gdy z szyi stwora obficie trysnęła krew, pokrywając twarz i ubranie bruneta. Głowa ich przeciwnika upadła na podłogę obok niego, turlając się na bok, a Cry natychmiast odsunął się od martwego ciała, nim bezwładnie padło na ziemię. W kilka sekund odczołgał się pod ścianę, gdzie podciągnął nogi pod brodę i zwijając się w kłębek zaczął niekontrolowanie płakać, w kompletnej panice. Przez łzy patrzył na swojego przyjaciela, osobę, która z zimną krwią zamordowała właśnie człowieka; zmutowanego, ale jednak człowieka. Na twarzy Pewdie’go nie było żadnych emocji. Była za to krew przed chwilą pokonanego mężczyzny, którą blondyn roztarł na swoim policzku, zostawiając na nim czerwoną smugę. Przez chwilę stał w miejscu, patrząc się na martwe ciało bez głowy z miną całkowitego zobojętnienia, jednak po chwili przeniósł swój wzrok na Cry’a, wciąż szlochającego w kącie, który widząc, że zainteresowanie Pewdsa przeniosło się na niego, wydał z siebie cichy okrzyk i jeszcze bardziej podciągnął kolana do brody, trzęsąc się potwornie. Wyraz twarzy Szweda zmienił się jednak na ten widok, ukazując troskę i strach. W kilka sekund znalazł się przy swym przyjacielu i nie zważając na to, że próbuje on go odepchnąć, przytulił go mocno.
- Cry, to ja… Przepraszam – mówił półgłosem, w sposób spokojny i ciepły, nie pozwalając się mu wyrwać i tuląc policzek do jego włosów, w niektórych miejscach mokrych i zlepionych od krwi. – Przepraszam. Nie mogłem mu pozwolić zrobić ci krzywdy. Przepraszam. Przepraszam. To wciąż ja, Cry. Nic ci nie zrobię.
Cry w końcu przestał się wyrywać; zamiast tego, jego ręce sięgnęły pleców Pewdie’go, mocno zaciskając się na nich, a on sam wybuchł jeszcze większym płaczem, całkowicie kontrolowany przez ogarniający go strach. Pewds sam czuł się, jakby miał się rozpłakać, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Cry go potrzebował. Robił więc to, co mógł: pozwalał brunetowi wypłakiwać się w swoje ramię, powoli głaskał go po plecach i szeptał mu do ucha słowa, które miały go uspokoić. Po piętnastu minutach w końcu widać było efekty jego pracy – Cry uspokoił się znacznie, oddychał już coraz to bardziej regularnie, a jego płacz stracił nieco na sile. Z okien na górze zaczęło dochodzić światło, a dźwięk deszczu także gdzieś zniknął. W pokoju zrobiło się nawet przyjemnie, jeśli zignorować zwłoki leżące na ziemi.
- Zabierz mnie stąd… - głos Cry’a łamał się, ale przynajmniej nie targał nim już taki szloch jak wcześniej.
- Jesteś pewien? Czujesz się na siłach, żeby stąd wyjść? – spytał Pewds asekuracyjnie, kładąc dłoń na jego policzku i patrząc mu w oczy.
- Nie chcę tu siedzieć… z nim… - wychrypiał w odpowiedzi, przecierając twarz wierzchem dłoni. – Zabierz mnie stąd, proszę.
- Nie ma sprawy – Pewdie podniósł się na nogi i podał przyjacielowi dłoń, którą ten natychmiast chwycił. Pomógł mu wstać, upewnił się jeszcze kilka razy, że Cry jest w stanie iść, po czym ruszyli do drzwi głównych, nareszcie opuszczając ten dziwaczny budynek.
Pogoda na dworze stanowiła całkowity kontrast zarówno z nastrojami graczy jak i z deszczem i burzą, które szalały tam zaledwie pół godziny wcześniej. Słońce świeciło jasno, słychać było świergot ptaków. Ziemia na dworze porośnięta była zieloną trawą, a w powietrzu rozchodził się przyjemny zapach gleby po deszczu. Było też dość ciepło – na tyle ciepło, że Pewds zrzucił z siebie zieloną marynarkę, czując, że mu w niej za gorąco. Przystanął na chwilę przed bramą główną, wdychając te wszystkie zapachy wiosny, które do niego dochodziły i uśmiechając się lekko, wystawiając twarz do słońca. W końcu jednak wyrwał się z zamyślenia i zdecydowanie pchnął bramę, która tym razem otworzyła się bez żadnych oporów i wypuściła ich na zewnątrz. Po zamknięciu jej za sobą, po raz ostatni spojrzeli na Sierociniec „Ogród Róż”, ciesząc się, że już nigdy nie będą musieli do niego wracać, po czym ruszyli w drogę powrotną. Nie odzywali się do siebie przez większy kawał drogi. Przystanęli raz, przy rozwidleniu dróg na Strange Hill, gdzie w jednej z większych kałuż Pewds postanowił zmyć z siebie krew. Cry także skorzystał z wody, myjąc twarz, jednak zdecydowanie nie chciał spoglądać na swoje odbicie w tafli. Nie mógł patrzeć na swoją pomazaną krwią twarz. Byłoby to dla niego gorsze, niż patrzeć na krew na twarzy i dłoniach Pewdie’go. Sprawiłoby to, że poczułby się bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć tamtego mężczyzny.
Ruszyli dalej ścieżką, wzdłuż krzewów różanych. Nieco się rozluźnili, czując ciepło na skórze i czując przyjemny, lekki wiatr na twarzach. Cry wydawał się być już całkowicie spokojny, nawet uśmiechał się lekko. Pewds czuł się znacznie lepiej, widząc, że Amerykanin czuje się już bezpiecznie i się nie boi. Szczerze mówiąc, sam powinien był się bać, biorąc pod uwagę to, co przed chwilą zrobił. Jak to się stało, że trzy rozgrywki temu nie był w stanie zabić zmutowanego potwora, bo uważał to za złe, a teraz bez żadnego oporu pozbawił życia czegoś, co wyglądało i pewnie do niedawna było człowiekiem? Mimo tego faktu, nie był przerażony swoim działaniem, nie potrafił być. Cry był w niebezpieczeństwie. Nie mógł pozwolić, by stała mu się krzywda. By zginął. Jeśli jego bezpieczeństwo zapewniało zabicie jakiejś osoby, nawet się nie zawahał. Kiedy stał się bezwzględnym mordercą?
- Dziękuję – usłyszał ciche mamrotanie bruneta i natychmiast zwrócił się w jego stronę. – Gdyby nie ty, nie wiem, czy wyszedłbym cało z tego domu. Dziękuję za ratowanie mojego tyłka kiedy mnie porwano, dziękuję, że obroniłeś mnie przed tym mężczyzną… Dziękuję, że mnie tam nie zostawiłeś.
- Oszalałeś? Nie masz za co dziękować – Pewds uśmiechnął się słabo, słysząc podziękowania. – To mój obowiązek, czy tego chcę czy nie. Po prostu cieszę się, że nic ci nie jest. No i naprawdę myślisz, że mógłbym cię zostawić?
- Jaki miałeś powód, żeby tego nie robić? – odparł Cry, w jego głosie było słychać zdenerwowanie. – Twoja ukochana prosiła cię, żebyś z nią został. Postawiła cię przed takim wyborem, a ty wciąż postanowiłeś wybrać mnie zamiast niej?
- Cry, to nie była prawdziwa Marzia, nie mogłem ufać tym dziwnym sztuczkom Wen-
- Wyglądała jak prawdziwa – przerwał mu Cry. – Dlaczego nie pozwoliłeś im mnie zabić? Widziałem wahanie na twojej twarzy, zastanawiałeś się nad tym. Dlaczego?
Pewds zatrzymał się przy ławce, przy tym samym przystanku na którym wylądowali po skończeniu poprzedniej gry i zwrócił się do Cry’a, patrząc mu się prosto w oczy. Czyż nie była to idealna okazja, by powiedzieć mu, co tak naprawdę chodziło mu po głowie ostatnimi czasy? Czy nie wystarczyło powiedzieć „Dlatego, że cię kocham” i zobaczyć, jak na to zareaguje? Chociaż pomysł wydawał mu się kuszący, Pewds nie był w stanie zmusić się do przemówienia. Zamiast tego wziął głęboki oddech i przymknął oczy. Gdy je ponownie otworzył, miał w głowie gotową odpowiedź.
- Ponieważ nie zostawia się przyjaciół. Przez całą grę walczyłem o to, żeby wynieść cię z tego domu całego i żywego. Własnoręcznie wykopywałem twoją trumnę z ziemi, przebiegłem mnóstwo korytarzy w poszukiwaniu sposobu, by rozerwać sznury, które trzymały cię u sufitu i nawet nie masz pojęcia, jak wielką ulgę czułem, widząc, że żyjesz. Nie zabraniałem ci iść przodem ze względu na brak zaufania, tylko dlatego, że chciałem cię obronić, bo nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się stało. Owszem, zawahałem się, widząc Marzię, bo dalej za nią tęsknię, ale trzymając cię na nogach, pobitego i zmaltretowanego, a przede wszystkim przerażonego, nie mogłem cię zostawić. Po pierwsze, czułem się zbyt odpowiedzialny za twoje bezpieczeństwo, po drugie – co byłby ze mnie za przyjaciel? – uśmiechnął się, chwytając Cry’a za ramię w geście pocieszenia. – Nie żałuję mojej decyzji. To nie była moja dziewczyna, tobie groziło niebezpieczeństwo, prosta matma. Proszę, nie drążmy już więcej tego tematu. Chodźmy do safe-pointu, zjedzmy coś, pójdźmy spać. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo intensywny, powinniśmy odpocząć.
- Masz rację – odparł Cry, siląc się na uśmiech. – Potrzebuję się na chwilę wyłączyć, bo moje myśli są wyjątkowo uciążliwe. Chyba za niedługo będę miał okazję.
Pewds obejrzał się za siebie, słysząc dźwięk silnika. Autobus, którym tu trafili, znów pojawił się na końcu drogi, powoli do nich podjeżdżając. Gdy tylko zatrzymał się i drzwi otworzyły się przed nimi, gracze natychmiast weszli do środka, rozsiadając się na miejscach z tyłu. Pojazd ruszył powoli przed siebie i mężczyźni pragnęli tylko, żeby podróż nie trwała zbyt długo.

---------------------------------------------------------------------------
Witam po nieco ponad trzytygodniowej przerwie! Szybko mi ostatnio idzie pisanie, I must say, mam nadzieję, że tak już pozostanie. Zanim przejdziemy do mojego zwyczajowego narzekania, chciałam wam życzyć Wesołych Świąt. Mam nadzieję, że jajko smaczne xD 
Tak btw, mam dzisiaj urodziny. Chyba liczę na komentarze w prezencie, bo jak każdy autor, żyję na uznaniu innych. Nie wiem jednak, czy ten rozdział na to zasługuje, więc w sumie zróbcie z tą informacją co chcecie. Lol xD 
No więc rozdział dla mnie jest okay. Wow. Nie skrytykowałam go. Ale całkowicie szczerze, jest tu taki nakład PewdieCry'a i dramy i akcji, że nie jestem w stanie powiedzieć o nim czegoś złego. To na pewno wina urodzin xD 
Przypisy i ewentualne linki do Rule of Rose wiki z której korzystałam będą jak mi prąd wróci, na razie możecie szukać w internetach :D 
Do zobaczenia pod następnym rozdziałem.
Brofist!
~Maru  <3

24 komentarze:

  1. Przyszłam tu tylko skomentować i powiedzieć, że jak zwykle cudowne, nie przejmuj się mną X"D
    I najlepszego jeszcze raz XD
    Kc bae <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odbierasz innym czytelnikom szansę na skomentowanie tego jako pierwsi, ty podła istoto xD
      Dziękuję, kc też bae <3

      Usuń
    2. Nikt nie ma prawa komentować pierwszy poza mną XD

      Usuń
  2. Doprawdy jak ty to robisz? Jak ty to robisz, że nie mogę się doczekać następnego rozdziału a jak już kończę go czytać to i tak nie jestem, że tak powiem syta. Wyobraźni sobie, że jesteś właścicielką wyjątkowego drzewa, które obradza tylko w jeden owoc, ale najsłodszy i najbardziej soczysty, i za każdym razem kiedy go jeszcze to czujesz się tak jakbyś jadła go pierwszy raz bo jest wyjątkowy i doskonały, a każdy następny jest taki sam tylko, że inny, a po jego zjedzeniu masz jeszcze większą ochotę na zjedzenie kolejnego, tylko, że musisz czekać. Ale wiesz, że warto czekać, bo drzewo kiedyś przestanie obradzać, i już nie będzie tych konkretnych owoców. No więc mniejwięcej tak postrzegamy ten blog xD mam nadzieję, że odsłoniła wystarczająco czytelny rombek mojego pokręconego umysłu XD a z resztą czasem mam wrażenie, że to co tam jest (że w mojej głowie) powinno tam zostać, to jak puszka pandory.
    Wesołych świąt ;)
    i wszystkiego najlepszego, nie zmieniając się :D
    Brofist! -Też jestem z marca :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *nie zmieniaj się

      Fuck głupa autokorekta... Znowu
      *wyrzuca tablet przez okno*

      Usuń
    2. Zanim przejdziemy do głównego komentarza, chcę powiedzieć: olej autokorektę, to bardzo złośliwa rzecz jest xD

      Okay, przechodzimy do śrubki programu xD
      Nie wiem, jak to robię, ja tu tylko piszę i dostaję z tego powodu szału i bólu w nadgarstkach, to tyle xD I rozumiem twój brak sytości, ale niestety nie mogę zbyt wiele na to poradzić, wena-czas-ochota to trio, które nie zawsze chce mnie odwiedzić w komplecie :/
      TA METAFORA JEST PRZECUDNA. Wzruszyłam się :') Rozumiem to uczucie, trust me, sama tak mam/miałam z różnymi rzeczami (chociażby Life Is Strange, które oglądałam na bieżąco xD). Bardzo chciałabym coś z tym zrobić, ale jak już mówiłam, to nie zależy ode mnie :c
      Dziękuję za życzenia <3
      Brofist! :D

      Usuń
  3. Boski rozdział \(oOo)/
    Wszystkiego najlepszego ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i dziękuję, cieszę się, że ci się podobało :D

      Usuń
  4. Nie mam tu za wiele do powiedzenia. Po prostu rozdział cudo >,< Wesołego jajka i wszystkiego najlepszego ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ci się podoba! Jestem z niego wyjątkowo dumna xD
      Dziękuję :D

      Usuń
  5. Cudowny rozdział, nic do dodać, nic ująć. Czekam na resztę <3
    Wesołego jajka i wszystko najlepszego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że się podobał, miło usłyszeć, że nie pracowałam na darmo :D
      Dziękuję <3

      Usuń
  6. Normalnie nowy rozdział niczym prezent na święta. ^ ^
    Znowu zachwycam się opisami i ogólnie wszystkim w tym rozdziale.
    Mam nadzieję, że w następnym będzie już coś więcej między Cryem a Pewdiem.

    Wesołych Świąt i Wszystkiego Najlepszego. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że taki prezent świąteczny jest okay <3
      To dobrze, nie lubię opisów, zawsze się ich boję xD
      Ehehehehehehe. Poczekaj c:
      Dziękuję <3

      Usuń
  7. Siedzę od kilku minut nad klawiaturą i nie mogę zebrać myśli. Boże, to co stworzyłaś jest cudem. Nigdy, nigdy nie spodziewałam się, że przeczytam coś tak dobrego. Szczerze nie wiem co napisać, by w pełni oddać ten magiczny charakter tego opowiadania.
    Przez przypadek tutaj trafiłam i jestem wdzięczna wszystkim siłą, że tu jestem. Zawaliłam nockę, by przeczytać "Świat, w którym chcieliśmy żyć.", przy okazji następnego dnia miałam szkolenie z architektury, ale czego się nie robi dla tego wspaniałego dzieła. Teraz pisze, czuję, że muszę to zrobić.
    Jesteś wspaniałą pisarką !
    Naprawdę, wielki szacunek dla ciebie. Ja nigdy nie napisałabym tego w jednej milionowej tak dobrze jak ty. Ale koniec tego dobrego, teraz czas na ...
    Cudowny rozdział <3
    Czytam go i czytam. Chyba przeczytałam go już z sześć razy, Jest niesamowity, szczególnie relacje pomiędzy między chłopakami. I mój skatowany Cry ( tak, tak uwielbiam jak bohaterowie są "trochę" poturbowani, wybacz mój pokręcony umysł psychopatki xD ). Już nie mogę się doczekać kolejnej części.
    Może powinnam sypnąć tutaj jakąś metaforą, ale nigdy nie byłam w tym dobra, więc pozostaje mi powiedzieć, że "Świat" jest dla mnie ważny, magiczny, zupełnie inny niż otaczający nas świat. Moja odskocznia.
    A teraz czas na życzonka, więc...
    Zdrowia, może oklepane, ale wiem, że jest niesamowicie ważne, szczęścia, byś zawsze była uśmiechnięta. Bycia sobą. Spełnienia najskrytszych marzeń, o które trzeba walczyć. Dystansu do tego popieprzonego świata, na pewno się przyda. Byś rozwijała swoje pasję, poddała się temu co kochasz. Pisz i nigdy się nie zmieniaj.
    Pozdrawiam cieplutko ~ Madula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeginasz, aż tak dobre to nie jest... Jak sama nazwa wskazuje, to jest to amatorskie pisanie xD
      Jezu, serio musiałaś zawalić nockę, ten tekst jest długości 200 stron! Jako osoba mało sypiająca, pouczę cię reprymendą, że tak nie wolno (ale ja zarywam nocki na pisanie, także rozumiem xD).
      Dziękuję, ale naprawdę uważam, że przeginasz xD Cieszę się bardzo, że doceniasz mnie i moją pracę. I nie mów, że nie napisałabyś tego lepiej - lata praktyki, moja droga, i wszystko jest możliwe :)
      Fragment "koniec tego dobrego" przyprawił mnie o zawał, nie rób tego więcej xD
      Yay, jednak ci się podoba, kamień z serca xD Bardzo się starałam, żeby drama wyszła, więc cieszę się z waszych pozytywnych opinii <3 Cry może nieco skatowany, ale przeżyje, spokojnie xD Następna część jak napiszę... Ale tak czy siak czekam na komentarze xD
      Nie musisz rzucać metaforą, bez metafory też mi się podoba <3 Bardzo się cieszę, że mój ff jest czyjąś odskocznią :D
      Oklepane życzenia są w porządku xD Zdrowie i szczęście się przyda, stawać się kimś innym nie zamierzam. Marzenia też spełnię, zacznę od skończenia tego opowiadania xD
      Dziękuję bardzo za piękny komentarz, poprawiłaś mi humor :D
      Pozdrawiam także <3

      Usuń
  8. Jak zawsze super :D nie umiem się doczekać aż wreszcie Pewds lub Cry wyznają swoje uczucia *-* pozdrawiam :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, trzymam poziom xD
      Soon, my dear, soon :)
      Pozdrawiam także ;3

      Usuń
  9. Z góry przepraszam, jeśli nie lubisz takich wiadomości, ale próbuję tylko się nagłośnić, póki dopiero ruszam z opowiadaniem :x projekty studyjne gonią i nie mam innego wyboru. :v

    Opowiadanie na: http://krwawy-kamien.blogspot.com/
    Nadszedł dzień, kiedy umierająca planeta oraz ludzkość dostają szansę na ratunek. Jednemu z doktorów udało się odkryć przepis na kamień filozoficzny. W tym wyniszczonym i niebezpiecznym świecie mężczyzna zbiera grupę ludzi, którzy będą w stanie zebrać dla niego odpowiednie składniki oraz z nimi wrócić. Zmagając się z wewnętrznymi konfliktami, grupa pokonuje kolejne przeszkody na ich drodze. Jednak w ich duszach zalęga się niepewność i na wierzch wychodzą niepokojące pytania. Wśród nich jest jedno, najważniejsze:
    Czy zdążą na czas?

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak napisze z głupa. Czytałam ten rozdział tego samego dnia, oczywiście perfekcyjne. Tylko ja się pytam... GDZIE NASTĘPNY?! ㅠㅠ
    Powiedz, że coś tam masz i dodasz na Dzień Dziecka *kocie oczy ze Shreka* Ja potrzebuję Twoich długaśnych rozdziałów;; Serce od serca Ci dam, No ❤ ;;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następny się pisze i jest bardzo blisko końca, cierpliwości :)
      Na Dzień Dziecka się nie wyrobię, bo jest jutro, a mi została jeszcze przynajmniej strona, chociaż moja pisarska intuicja podpowiada, że wyjdą z tego dwie. Mogę jednak powiedzieć, że na 100% będzie na 3 czerwca, choćbym miała nie spać xD
      I dla pocieszenia powiem, że będzie długi na ok. 25 stron, jeśli to cię zadowala, bo jak na razie wychodzą mi 22, a jeszcze nie skończyłam xD Wyjątkowo nie umiałam się streścić :D

      Usuń
    2. Czuję się całkowicie zadowolona, Kochana .3.
      Już czekam!~ ❤

      Usuń
    3. Przepraszam najmocniej, ale zaszła pewna zmiana planów i rozdział będzie dopiero jutro, przepraszam za wprowadzenie w błąd :c

      Usuń
    4. Nic się nie stało przecież ^^ Raptem niecałe dwa dni różnicy, to nie jakoś dużo, nadal czekam!~

      Usuń