czwartek, 27 lipca 2017

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział dziewiąty, część pierwsza.

IX

Cry zaczynał się poważnie niepokoić stanem psychicznym Pewdsa. Uspokojenie go stawało się coraz trudniejsze i głównie płakał, z krótkimi przerwami na zaczerpnięcie oddechu, gdy zaczynało go mdlić od zbyt gwałtownego szlochu. Amerykanin nie miał bladego pojęcia, co powinien robić, poza zwyczajowym przytulaniem i mówieniem do niego spokojnym tonem, więc na chwilę obecną ograniczył się do wypróbowanych metod. Miał jednak wrażenie, że załamanie Pewdiego nie było chwilową słabością, a raczej finałem budującego się od dłuższego czasu napięcia i stresu. Zostawił go tylko na chwilę, kiedy wydawało mu się, że są już bezpieczni, ale Alice najwyraźniej miała inne zdanie na ten temat. Pewds dosłownie parę chwil wcześniej opłakiwał śmierć swojego przyjaciela i, od niedawna, chłopaka, a teraz nie potrafił się uspokoić po nagłym zjawieniu się ich oprawczyni. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Cry nawet nie wiedział, co takiego powiedziała mu Alice. Mówiła tylko do blondyna, a on nie był w stanie, żeby się podzielić usłyszaną wiadomością.
- Hej, proszę cię, oddychaj – wymamrotał Cry, trzymając jedną rękę na jego plecach, a drugą wplątaną w jego włosy. – Znasz ją, pewnie kłamała. Próbuje cię złamać, Pewds, nie daj się jej. Zostały nam tylko dwie gry i pokażemy jej, że jesteśmy obaj w stanie przejść je do końca.
Pewdie mocniej uczepił się jego koszulki, wznawiając gwałtowny szloch w jego ramię i Cry od razu wiedział, że coś w jego słowach wywołało u niego taką reakcję. Czuł się wściekły, że nie wie, co robić, ale nie okazywał tego. Zacisnął tylko zęby, poprzysięgając w myślach zemstę na Alice za krzywdę, jaką im wyrządziła i spokojnie kontynuował uspokajanie ukochanego.
Pewdie w końcu się uspokoił, najwyraźniej zmęczony nieustannym płaczem, bo jego ręce upadły bezwładnie na ziemię, a głowa nagle stała się dwa razy cięższa na ramieniu Cry’a. Brunet podniósł jego twarz do góry, spoglądając mu w oczy z lekkim uśmiechem. Otarł mu łzy z oczu, pogłaskał po policzku i delikatnie ucałował w czoło.
- Umyj się i przebierz w piżamę, zrobię nam coś do jedzenia i pójdziemy spać, okay? To był niesamowicie długi i męczący dzień, należy nam się odpoczynek.
Pewds skinął głową, ale nie ruszał się jeszcze przez piętnaście minut, siedząc przed Cry’em i dotykając go powoli, jakby próbował się upewnić, że to co widzi jest prawdziwe. Amerykanin nie przeszkadzał mu, tylko uważnie go obserwował, szukając zmian w jego zachowaniu, oznak powrotu nieco lepszego samopoczucia, czegokolwiek, co mogłoby mu dać nadzieję, że jest z nim chociaż trochę lepiej.
- Powiedziała mi… - zaczął, ale zawahał się i zamilkł, niepewnie przygryzając wargę. Cry znowu dostrzegł w jego oczach łzy i poczuł ból w sercu. Cholerna Alice.
- Nie musisz mi mówić teraz – zapewnił, jeszcze raz całując go w czoło. – Nie musisz mi mówić nigdy, Pewds. Widzę, że to dla ciebie ciężkie i nie będę cię do niczego zmuszać. Na chwilę obecną, jeśli nie jesteś w stanie tego powiedzieć, to odłóż to na później. Naprawdę mieliśmy dzisiaj ciężki dzień. Odpocznij.
- Masz rację – przytaknął Pewdie, uśmiechając się tak delikatnie, że większość ludzi pewnie nawet by tego nie zauważyła. Cry jednak nie był większością ludzi i już dawno nauczył się odczytywać każdy, najdrobniejszy gest z jego strony. Szwed pocałował go lekko, ledwie muskając ustami, po czym chwiejnym krokiem podniósł się z ziemi i zaoferował mu swoją dłoń, pomagając mu wstać. Skinął raz głową, zanim Cry zdążył w ogóle spytać o jego samopoczucie, po czym ruszył powoli do łazienki, przecierając twarz dłońmi. Brunet bał się zostawiać go samego, ale wiedział też, że Pewds potrzebuje chociaż chwili na to, żeby samemu uporać się z emocjami. Pozwolił mu więc iść, tylko raz krzycząc za nim, że jeśli będzie potrzebował pomocy, ma dać znać. Nie otrzymał odpowiedzi.
Zajął się przygotowywaniem porzuconych przez Pewdiego kanapek z istnym mętlikiem w głowie. Nic nie miało sensu; to, co się dziś wydarzyło, fakt, że jeszcze żył i że Alice nagle postanowiła sobie uciąć pogawędkę z Pewdsem – nic z tego nie wydawało się mieć żadnego celu. Po prostu, tak się wydarzyło. Przeszli grę, która udowodniła im mnóstwo rzeczy, pokazała im najciemniejsze zakamarki ich dusz i zostawiła im zapewne traumę na długie lata, zakładając, że przeżyją i że będą pamiętać to piekło. Cry nic z tego nie rozumiał i nie wiedział, czy chce rozumieć. Za ścianą słyszał odgłos wody lecącej z prysznica i wrócił do niego obraz Pewdiego sprzed chwili, zapłakanego i ledwie dającego radę oddychać. Wziął jeden głęboki wdech, czując jak pieką go oczy, ale nie powstrzymywał się. Odłożył na chwilę nóż, którym smarował chleb i schował twarz w dłoniach, biorąc głębokie wdechy i pozwalając łzom płynąć. Był dzielny, tak jak sobie obiecał, ale teraz całe napięcie zaczęło z niego schodzić i pozwolił sobie na wypłakanie wszystkiego, co go tak męczyło. Były to łzy ulgi i szczęścia, że przeżył, wściekłości, że Alice doprowadziła ich do stanu graniczącego z szaleństwem oraz smutku, że tak mocno odbiło się to na Pewdiem i że jeszcze dwie gry przed nimi do przeżycia. Po prostu, wylał z siebie cały stres i wszystkie emocje i chociaż nie krzyczał, czuł, jak wszystko z niego schodzi. Był tak potwornie zmęczony. Chciał tylko coś zjeść po niemalże całym dniu głodówki i w końcu położyć się spać i nie budzić się już nigdy, jeśli miał dalej żyć w tym koszmarze. Dokończył więc kanapki i udało mu się nawet trochę ogarnąć emocjonalnie, tak, że Pewds nawet nie zauważył jego niedawnych łez, gdy w końcu zjawił się w pokoju.
Jedli w ciszy. Usiedli na kanapie, która znajdowała się w salonie połączonym z kuchnią, ramię w ramię, dotykając się jak największą powierzchnią ciała, jakby byli do siebie przyklejeni. Nie zaświecili światła w pokoju, siedząc w półmroku, tylko przy świetle płynącym z kuchni. Nie było słychać nic poza tykaniem zegara, okazjonalnym mlaskaniem czy siorbaniem herbaty. Kanapki zniknęły w kilka minut, chociaż Cry, przewidując ich apetyt, narobił ich aż za dużo. Siedzieli jednak jeszcze przez chwilę, spokojnie, wpatrzeni w żółtą poświatę kuchennych lamp. Ich dłonie leżały między nimi, splecione ze sobą mocno, a Pewds w pewnym momencie oparł nawet głowę o ramię ukochanego. Nie rozmawiali ze sobą, tylko cieszyli się swoją obecnością i próbowali zapomnieć. Było tak ciepło, miło, zwyczajnie. Tak, jakby wcale jeden z nich nie umarł tragicznie i nie został przywrócony do życia chwilę później, a drugi nie musiał być tego świadkiem. Tak, jakby Alice nie przyszła ich nawiedzać i straszyć. Cry udawał, że nie czuje uporczywego bólu w ramieniu, a Pewds, że nie zdarł sobie gardła w rozpaczliwym krzyku, płacząc za zmarłym przyjacielem. Udawali, póki mogli. Póki wydarzenia tego dnia nie wrócą do nich w koszmarach, w śnie i na jawie. Póki wciąż byli razem, żywi.
W końcu jednak Pewdie zaczął przysypiać i w ostatniej chwili swojej świadomości zaproponował, by przenieśli się do łóżka i w końcu udali się na zasłużony odpoczynek. Amerykanin zgodził się z nim natychmiast, wstając z kanapy i idąc do kuchni odłożyć talerze i kubki. Zgasił światło i podążając za światłem dotarł do sypialni. Pewds właśnie ściągnął z niego koc i składał go teraz w kostkę, by potem rzucić na bok. Obie poduszki przerzucił na drugą stronę, a następnie wytrzepał dokładnie kołdrę, zanim położył ją z powrotem na materac. Cry z zainteresowaniem obserwował jego działania, nim w końcu spytał się, co takiego robi.
- Położyłem cię tam, kiedy… - urwał, pozwalając brunetowi dokończyć zdanie w myślach. – Koc na szczęście przykrywał pościel, więc jest czysta, ale poduszki…
- Okay, już wiem – przerwał mu Cry, uśmiechając się przepraszająco. – Zapomniałem o tym, wybacz. Nie chciałem, żebyś znowu musiał o tym-
- Nieważne już. Naprawdę – Pewds machnął ręką, siląc się na słaby uśmiech. – Po prostu… Połóżmy się spać, okay? Chcę zapomnieć.
Cry skinął głową i położył się na materacu, w miejscu, gdzie wcześniej leżał martwy. Pewdie patrzył się przez chwilę na niego, z wahaniem w oczach, nim w końcu zgasił lampkę i położył się obok. Naciągnął na ich obu kołdrę i od razu przysunął się do swojego chłopaka tak blisko, jak tylko mógł, wtulając się w niego całkowicie i wdychając jego zapach, jakby chciał się nim upoić. Łzy po raz kolejny napłynęły do jego oczu, ale tym razem opanował się od razu, wypuszczając powietrze powoli i biorąc kolejny głęboki wdech.
- Kocham cię tak bardzo – wyszeptał, ale wydawało mu się, jakby jego głos poniósł się po całym mieszkaniu. Pogładził Cry’a po rannym ramieniu delikatnie, składając pocałunek w miejscu, gdzie miał opatrunek. – Nie masz pojęcia.
- Trochę mam – odparł Cry. W jego głosie słychać było rozbawienie i Pewds mimowolnie uśmiechnął się, gdy to zauważył. – Też cię kocham. Bardziej niż kogokolwiek.
- To prawda? Że kochałeś mnie odkąd się poznaliśmy?
- Niemalże? To nie było zakochanie od pierwszego wejrzenia, ale parę rozmów z tobą i tak jakoś do mnie dotarło… Moment, w którym pierwszy raz pokazałem ci moją twarz był szczególnie przełomowy, bo zaczęliśmy się poznawać od tej… nieformalnej strony.
- Przepraszam, że nie odwzajemniłem twoich uczuć szybciej. Musiałeś strasznie cierpieć.
- Dało się przyzwyczaić. Zresztą to nie tak, że nie spotykałem się z innymi ludźmi – Cry pocałował go i chociaż miał być to krótki pocałunek, zmienił się w bardzo wolny i leniwy. – Po prostu będąc z nimi, dalej kochałem ciebie. Uznałem, że to nic takiego, bo byłeś nieosiągalny, więc wiesz. To jak podkochiwać się w DiCaprio.
Pewds po raz pierwszy od nie wiadomo jak długiego czasu pozwolił sobie na śmiech. Był szybki, urwany, ale szczery i Cry zawtórował mu, ucieszony samym jego dźwiękiem.
- Tak bardzo cię kocham – wymamrotał Pewdie, jeszcze raz oddając się pocałunkom.
- Ja ciebie też – odparł Cry, kiedy w końcu się od niego oderwał. Nie widział jego twarzy w ciemnościach, ale wyobrażał sobie, że się uśmiecha. – Tylko to się liczy.
Pewds mruknął coś w odpowiedzi, chowając twarz przy szyi ukochanego. Przytulili się mocno, szukając bezpieczeństwa, które w końcu pozwoli im odpocząć. Kiedy znaleźli je w swoich ramionach, zajęło im zaledwie chwilę, by pogrążyć się w głębokim śnie.

***
Pewds obudził się pierwszy. Pokój był już jasno oświetlony przez promienie słoneczne wpadające przez okna, a gdy spojrzał na zegar zawieszony na ścianie, odkrył, że spał niewiarygodnie długo, bo aż do dziesiątej. Nie ruszył się jednak z łóżka, żeby iść przygotować śniadanie i trochę się ogarnąć. Zamiast tego patrzył się na śpiącego Cry’a, którego włosy były strasznie roztrzepane i z którego ust spływała strużka śliny, tworząc niewielką mokrą plamę na poduszce. Pewdie uśmiechnął się na ten widok, ale w tym momencie do głowy przyszła mu przerażająca myśl. Sięgnął palcami do szyi mężczyzny, sprawdzając puls. Dotyk musiał wybudzić Cry’a, który otworzył oczy i przykrył jego dłoń swoją.
- Żyję, spokojnie – wymamrotał, jeszcze nie do końca przytomny. Pewds szybko się do niego nachylił, całując go krótko.
- Jak się czujesz? – spytał w napięciu, zerkając nerwowo na jego ramię. Cry podążył za jego wzrokiem, rozprostował rękę, po czym odwinął cały bandaż. Tak jak się spodziewali, rana zniknęła całkowicie, a w zużytym opatrunku znaleźli pojedynczy, trochę brudny od krwi pocisk.
- Nie boli mnie nic, czuję się nawet wypoczęty, ogółem jest nieźle – Amerykanin wzruszył ramionami, co wyglądało dość zabawnie, gdy leżał wsparty na łokciach. – Tak długo jak nie myślę o dniu wczorajszym, znaczy się. Trauma pozostaje. Jak ty się czujesz?
Pewds przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Sen rzeczywiście dobrze mu zrobił, bo wydarzenia poprzedniego dnia wymęczyły go do granic możliwości, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Nic go nie bolało, przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Nie było źle.
- Chyba wszystko w porządku, pomijając to, że przez sekundę myślałem, że jednak nie żyjesz i wszystko mi się tak naprawdę przyśniło – przyznał się. – Może obędzie się nawet bez ataków paniki dzisiaj.
- Cieszę się – Cry pocałował go w czoło, szeroko uśmiechnięty. Pewdie miał wrażenie, że żyje tylko po to, żeby móc oglądać ten uśmiech. - To co, śniadanie?
- Właściwie, moglibyśmy chwilę poleżeć jeszcze? Znaczy, jeśli tylko chcesz… - Pewds zaproponował nieśmiało, nie patrząc się na ukochanego. Chociaż, tak jak powiedział, czuł się dobrze, nie oznaczało to wcale, że nie boi się, że gdy spuści Cry’a z oczu, już go nie odzyska. Amerykanin na szczęście nie zadawał żadnych pytań, tylko przysunął się blisko i objął go, przymykając oczy z błogim uśmiechem na twarzy.
- Nigdy nie sądziłem, że będziesz mnie błagać o dłuższe spanie, ale wiesz, że ci nie odmówię.
Felix przyjął go z ulgą, także się uśmiechając i oddając się zupełnie temu nie do końca prawdziwemu bezpieczeństwu. Chociaż czuł, jak Cry oddycha przy nim i grzeje go ciepłem własnego ciała, nie mógł nic poradzić na to, że potrzebował co chwilę otwierać oczy, żeby się upewnić. W końcu nie wytrzymał i przysunął się do jego klatki piersiowej, gdzie przykładając ucho mógł usłyszeć bicie jego serca i się uspokoić. Przed jego oczami migały obrazy bladego, nieruchomego ciała Cry’a widziane dnia poprzedniego, z zaschniętą krwią we włosach i na twarzy, niezbyt dokładnie domytych wodą z fontanny. Odganiał je jak mógł, ale strach i rozpacz odczuwane poprzedniego dnia wracały do niego, sprawiając, że od razu się spinał. Znowu miał wrażenie, że za chwilę zwymiotuje, ale nie mógł się zmusić do odsunięcia się od drugiego mężczyzny.
- Ciii, nic mi nie jest – Cry musiał wyczuć jego napięcie, bo zaczął delikatnie rysować wzory na jego plecach, uspokajając go. – Zapomnij o tym na chwilę. Pomyśl o czymś przyjemnym, o czymś, co cię odpręża.
- Mój dom – wyszeptał Pewds, przypominając sobie najpierw mieszkanie w Anglii, potem tymczasowy pobyt u Marzii we Włoszech, żeby w końcu sięgnąć pamięcią do starego domu swojego dzieciństwa, w Goteborgu. – Tęsknię za Szwecją, wiesz? Nie byłem tam od lat i chociaż myślałem, że naoglądałem się jej wystarczająco dużo, to tęsknię.
- Jasne, rozumiem. Za czym tęsknisz najbardziej?
- Za prostotą tamtych czasów, tak myślę. Mniej chodzi o kraj, bardziej o rodzinę i dorastanie tam. Zresztą… Wszystko mi się wydaje prostsze w perspektywie tego, przez co przeszliśmy tutaj.
Cry zaśmiał się krótko, po czym pocałował Pewdsa w czoło, mierzwiąc jednocześnie jego włosy.
- Doskonale wiem, o czym mówisz.
Leżeli tak chyba z godzinę i Pewds był przez ten czas znacznie spokojniejszy. Za każdym razem, gdy nieprzyjemne wspomnienia próbowały zająć jego umysł, natychmiast wracał do jakichkolwiek przyjemnych wydarzeń z przeszłości, które pomagały mu się uspokoić. Bardzo pomagał mu też Cry, który nie przestawał go głaskać lub dotykać, bardzo go wyciszając. Kiedy Pewdie poczuł się znużony leżeniem i odpoczywaniem, przesunął się trochę wyżej na posłaniu tak, by jego twarz znalazła się naprzeciwko twarzy bruneta. Cry uśmiechnął się z rozbawieniem, dotykając jego szyi i unosząc brwi pytająco.
- O, hej. Co cię tu sprowadza?
- A co masz mi do zaoferowania?
Cry nachylił się, żeby delikatnie go pocałować, ale Pewds nie wysilał się dla czegoś takiego. Podążył za ustami kochanka, wpijając się w nie głębiej i namiętniej. Gracz nie powstrzymał go, tylko spokojnie pozwolił na pocałunek, nawet na niego odpowiadając. Zaskoczył go jednak nagły ruch Szweda, który sprawnie obrócił go na plecy, samemu kładąc się na nim i przyszpilając go do materaca ciężarem swojego ciała. Cry przez chwilę układał się, by było mu wygodniej, ale nie przerwał pocałunku. Dopiero gdy Pewds się od niego oderwał, pozwolił sobie na komentarz.
- Jestem wygodniejszy od łóżka, że na mnie leżysz? – zaśmiał się, podwijając mu koszulkę i błądząc dłońmi po jego plecach.
- Masz więcej do zaoferowania – odparł Pewdie z takim uśmiechem, że gdyby Cry stał, nogi zmiękłyby mu od razu. Zamiast tego poczuł gorąco na twarzy i zdał sobie sprawę z tego, że musi się strasznie rumienić. Nie zdążył się jednak nawet zastanowić, czy jego partner to zauważył, bo utonął w kolejnym namiętnym pocałunku. Nie ukrywał, że bardzo mu się to podobało i po chwili był tak zaangażowany w całowanie się, że gdy Pewds się od niego odsunął, automatycznie uniósł głowę, żeby znów odnaleźć jego usta. Zamiast tego usłyszał ciche prychnięcie i gdy otworzył oczy, ujrzał Pewdiego uśmiechającego się arogancko, zanim jego kciuk przesunął się po jego dolnej wardze.
- Nie rozpędzaj się tak – wyszeptał, zbliżając się do jego twarzy tak, że ich usta dzieliło zaledwie kilka centymetrów. – Mamy czas.
- Okay – odparł brunet i chociaż nie była to jego najbardziej inteligentna odpowiedź, nie był w stanie znaleźć niczego bardziej odpowiedniego w totalnym chaosie jaki dział się w jego głowie. Pewds znowu prychnął z rozbawieniem, całując go jeszcze raz, po czym zszedł z niego i poprawił na sobie koszulkę.
- Jakieś życzenia na śniadanie? – spytał, stojąc w progu pokoju i zwracając się do wciąż niezbyt ogarniętego Cry’a. Mężczyzna patrzył się na niego przez chwilę, myśląc o tym, jak cudownie zwyczajne było to pytanie i cała ta sytuacja, zanim w końcu odpowiedział:
- Jeśli są jajka, mam ochotę na jajecznicę. Jeśli nie, zrób cokolwiek.
Pewds skinął głową tylko i wyszedł z sypialni, przecierając zmęczoną twarz i ziewając niezbyt dyskretnie, za to bardzo głośno. Cry patrzył się za nim i nie mógł się nacieszyć z tego, jak cudownie normalny był ten poranek. Czasami myślał o tym, jakby to było mieszkać z Pewdsem, ale rzeczywistość okazała się znacznie lepsza od jego wyobrażeń. Miał tylko nadzieję, że nie jest to ostatni poranek w jego życiu spędzony u boku blondyna i że jeszcze będzie mu dane się nacieszyć wspólnym życiem. Poprzedniego dnia dostał szansę od losu, żeby docenić to, co miał i zamierzał tą szansę wykorzystać w pełni.
Kiedy pięć minut później wyszedł do kuchni, zobaczył Pewdiego przy piecu, mieszającego coś w patelni. Cry przez chwilę wahał się nad tym, czy powinien przytulić go od tyłu, ale rozważywszy to, że przed chwilą nie potrafili się od siebie oderwać, zdecydował, że to naprawdę nic wielkiego. Pocałował go nawet w kark i Pewds przerwał na chwilę robienie jajecznicy, żeby go objąć i cmoknąć w czoło. Wrócił jednak do gotowania i zanim Cry zdążył ponowić próby rozproszenia go, kazał mu zrobić kawę do śniadania. Amerykanin mruknął pod nosem coś o wykorzystywaniu go, ale posłusznie wyciągnął kubki z szafki i wstawił wodę. Dla Pewdiego zrobił kawę, tak jak go prosił, ale on zawsze był bardziej fanem herbaty. Akurat, gdy skończył przygotowywać napoje, jajecznica właśnie lądowała na talerzach, z podwójną porcją bekonu tuż obok. Cry uśmiechnął się szeroko, jak zawsze potwornie głodny po skończonej grze. Usiadł do stolika, dziękując za przygotowanie posiłku, po czym zabrał się za jedzenie, tylko czasem przerywając, żeby skomentować smak albo ponarzekać na to, że musi cały dzień się głodzić i potem cały dzień jeść, co na pewno niekorzystnie wpłynie na jego wagę.
- Zawsze wyglądasz świetnie, więc nawet nie zauważę – mruknął Pewds, wzruszając ramionami. Już dawno skończył swój posiłek i teraz tylko popijał swoją kawę, czekając, aż kofeina zadziała i zacznie mieć energię do życia.
- Co z ciebie za Casanova dzisiaj, hmm? – odparł Cry rozbawiony komentarzem. – Najpierw się na mnie rzucasz, a teraz sypiesz komplementami, zaczynam się niepokoić.
Pewdie spoważniał nagle i spojrzał się uważnie na swojego chłopaka. Cry spiął się od razu, wyczuwając, że powiedział coś nieodpowiedniego.
- Korzystam z chwili, póki trwa – odparł w końcu, wzruszając ramionami jak gdyby nigdy nic. Brunet od razu skarcił się w myślach, uświadamiając sobie, że chociaż Pewds udaje, że nie miał na myśli nic konkretnego, tak naprawdę stara się maksymalnie i w pełni skorzystać z czasu, jaki jest im dany. Nie mógł go winić; wciąż był przerażony tym, że musiał rozpaczać za utratą bliskiej mu osoby i to zaledwie dzień wcześniej. To, co mieli, było niepewne i cały czas istniało ryzyko, że mogą to szybko stracić. Cry o tym zapominał: to w końcu nie on opłakiwał śmierć swojego kochanka.
- Przepraszam, nie to miałem na myśli – wytłumaczył się, w ciszy kończąc jedzenie śniadania. Pewdie podniósł się z miejsca i podszedł do niego, zabierając mu puste już naczynia.
- Nie przepraszaj, nic się nie stało – pocałował go we włosy, po czym udał się do kuchni pozmywać. – I gdybym posunął się za daleko albo zrobił zbyt nachalny, to nie bój się mi o tym powiedzieć. Mój nienajlepszy nastrój nie powinien być przyczyną twojego dyskomfortu.
- Jasne – westchnął Cry, mimo wszystko czując się winny popsucia nastroju. Wstał od stołu, jeszcze raz dziękując za posiłek, po czym bez słowa ruszył do sypialni po rzeczy do przebrania, a potem do łazienki.
Już po chwili był w nowych, świeżych ubraniach i z umytymi zębami. Przemył jeszcze twarz zimną wodą, próbując się trochę odświeżyć i otrzeźwieć, po czym zatrzymał swój wzrok na odbiciu w lustrze. Nie wyglądał najgorzej; co prawda musiał nieco bardziej ogarnąć włosy, ale ogółem miał tylko niewielkie worki pod oczami i był dość blady, jak zwykle. Nie zauważył jednak żadnych drastycznych zmian w swoim wyglądzie, które mogłyby go zaniepokoić. Nie wiedział, jakich zmian się w ogóle spodziewał, ale zastanawiał się, czy będzie po nim widać cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że chociaż jeszcze żyje, to powoli się rozkłada i zamienia w zombi. Zbliżył się do tafli lustra jeszcze bardziej, uważnie studiując swoją cerę i omalże nie uderzył się w nie głową, gdy nagle usłyszał pukanie do drzwi.
- Żyję! Już wychodzę – oznajmił, wycierając twarz ręcznikiem i wzdychając głośno. Czuł, że zaczyna mu poważnie odwalać przez to, co przeszedł podczas tych wszystkich rozgrywek. Niestety, nie był w tym osamotniony i w sumie trochę go przerażało, że musiał za każdym razem ogłaszać, że jeszcze nie umarł, kiedy tylko Pewds tracił go z oczu na chociażby chwilę. Jeśli dożyją końca tej gry i tak pewnie wylądują w jakimś ośrodku psychiatrycznym, bo ktoś na pewno zainteresuje się ich wieczną paranoją i irracjonalnym lękiem przed potworami, ciemnością, małymi dziewczynkami oraz grami komputerowymi wszelkiego rodzaju.
Kiedy opuścił łazienkę, naczynia były już dawno pozmywane, a Pewdie siedział właśnie na kanapie w salonie, także przebrany w zwykłe ubrania. Gdy tylko Cry wszedł do pomieszczenia, gracz od razu zwrócił się do niego, uśmiechając się przepraszająco.
- Wybacz, musiałem się upewnić – wymamrotał, nie patrząc mu w oczy.
- Nic się nie stało, przecież rozumiem – odparł Cry beztrosko, siadając obok niego. Szturchnął go ramieniem, zwracając na siebie uwagę. – Nie twoja wina.
Pewds tylko skinął głową i oparł się o jego ramię, przymykając oczy. Amerykanin nie pytał nawet, czy mają coś w planach. Jeszcze chyba nigdy przedtem nie miał takiej ochoty na lenistwo i zajmowanie się zupełnie niczym. Umieranie było bardzo męczące i w sumie nie miał nic przeciwko temu, żeby siedzieć tak na tej kanapie cały dzień, z przerwą na ewentualne posiłki i toaletę. Szczególnie, że Pewdie przysypiający mu na ramieniu był naprawdę bardzo uroczy.
- Będziemy robić tyle rzeczy, jak wrócimy, że będziesz miał mnie dość – odezwał się Szwed po chwili, zaskakując Cry’a, który myślał, że będą siedzieć w ciszy i przysypiać.
- Na przykład? – kontynuował rozmowę mimo wszystko, znajdując dłoń Pewdsa i splatając z nim palce w uścisku, tak jak zrobił to poprzedniego wieczora.
- Po pierwsze, obiecałem ci kręgle – głos Pewdiego brzmiał monotonnie i sennie, jakby śnił na jawie i mówił o rzeczach, które w tych snach widział. – Ale jest parę fajnych restauracji, do których koniecznie cię muszę zabrać. Zrobię ci też wycieczkę po mieście i pokażę ci park Preston, możemy tam zrobić piknik… I oczywiście pójdziemy na plażę, może nie jest taka fajna, jak te twoje amerykańskie…
Cry zaśmiał się, słysząc ironię w jego głosie.
- Na pewno jest niemalże tak super jak te moje – odparł, rozbawiony, po czym ruchem głowy dał mu znać, że ma kontynuować monolog.
- Mamy dobre połączenia z Londynem, byłeś tam kiedyś? – a gdy Cry pokręcił głową, dodał: - Tam jest dopiero dużo atrakcji. London Eye, te wszystkie muzea, które tam mają. Moglibyśmy tam zostać na tydzień i nie zdążylibyśmy wszystkiego zobaczyć. Albo możemy po prostu siedzieć u mnie i się nie ruszać i oglądać głupie filmy. I kiedyś, kiedyś zabiorę cię też do Szwecji. Uzbroję cię w ciepłe rzeczy i pojedziemy tam w samym środku zimy, bo naprawdę potrafi tam być ślicznie.
- Okay, ale ściągnę cię też kiedyś do Stanów – odparł Cry, włączając się do wspólnych planów na przyszłość. Wymyślanie takich rzeczy podnosiło go na duchu. – Pójdziemy plażą do tej mojej tajnej kryjówki i potem zabiorę cię na lody. Pokażę okolicę. Jest tyle fascynujących rzeczy, które możesz zobaczyć, masz całe pięćdziesiąt stanów do wyboru.
- Całe życie nam zejdzie na zwiedzenie ich wszystkich.
- Dlaczego by nie? W końcu po tym, co przechodzimy teraz, nie będzie nam się nigdzie spieszyło. Przynajmniej mi nie.
- Wsiądziemy do starego samochodu i włączymy głośno muzykę. Przejdziemy cały kraj. Zobaczę Wielki Kanion.
- Cokolwiek sobie życzysz – westchnął Cry i posłał mu delikatny uśmiech, zanim nachylił się do krótkiego pocałunku. – Nawet ja nie byłem wszędzie, może dobrze będzie zwiedzić kawałek własnego kraju. Tylko co z pracą?
- Oleję gry komputerowe i już do końca życia nie będę nic z nich nagrywał – oświadczył Pewds zdecydowanie. – Chyba, że coś głupiego znalezionego w Internecie. Przerzucę się na vlogi i jakieś głupie komediowe filmiki… Albo znajdę inną robotę.
- Ja jeszcze nie wiem. Lubię to, co robię, szczególnie streamy ze znajomymi. Chociaż pewnie gdy wrócimy nie będę mógł spojrzeć na żadną grę. Ale zobaczymy.
Pewdie uśmiechnął się, słysząc, że plany Cry’a zakładają to, że uda im się przeżyć i szturchnął go lekko w ramię. Amerykanin spojrzał na niego rozbawiony, odpowiadając mu takim samym szturchnięciem. Zaczepiali się tak przez kilka minut, coraz bardziej radośni, aż Pewds nie zaatakował swojego chłopaka popychając go na kanapę i siadając mu na nogach, żeby go połaskotać. Cry zaczął się zwijać ze śmiechu i próbował zrzucić z siebie agresora, wiercąc się i kręcąc, ale niestety wydawało się, że nie ma szans na powodzenie. Próbował więc oddać łaskotki, zamierzając się do jego brzucha, ale Pewdie zauważył to wcześniej i chwycił jego ręce, zanim zdążył nimi cokolwiek zrobić, przyszpilając je nad głową bruneta. Cry oddychał ciężko, w bardzo dobrym humorze, zadowolony, że łaskotanie na chwilę ustało i mógł wziąć oddech zanim kontynuuje zabawę. Najwidoczniej jednak Pewds zmienił swoje plany odnośnie niego, bo zamiast ponowić torturowanie swojej ofiary, pochylił się nad nim i pocałował go zaborczo. Cry od razu wygiął się w jego stronę, odpowiadając na pocałunek jak tylko mógł ze swojej pozycji.
- Tak będzie wyglądał cały dzień? – wydyszał ciężko, kiedy Szwed odsunął się od niego na chwilę, wędrując ustami do jego dosyć wrażliwej szyi i robiąc tam malinkę. – Będziesz się do mnie przysysać i mnie molestować w każdej wolnej chwili?
- Nie molestuję cię – odparł Pewdie nieco zachrypniętym głosem, który posłał ciarki po plecach Cry’a. – Przecież ci się to podoba – stwierdził, po czym dodał, nieco mniej pewnie: - Prawda?
- Oczywiście, że tak, tylko żartowałem – mruknął Cry, poprawiając się na kanapie, żeby było mu wygodniej. Zrobiło mu się strasznie gorąco i miał wrażenie, że ubrania lepią mu się do ciała. – Nie mam nic przeciwko. Tak tylko pytam.
- Masz jakieś inne plany?
- Nie wiem? Zrobić coś na obiad, spakować się na następny rozdział, przeczytać książkę? Całowanie też jest okay, oczywiście…
Pewds uśmiechnął się jednym kącikiem ust, dokładnie się na niego patrząc. Jego wzrok, pierwotnie skupiony na oczach mężczyzny pod nim, szybko stracił nimi zainteresowanie, przenosząc się na lekko rozchylone, zaróżowione i wilgotne od pocałunków usta. Po chwili, która zdawała się trwać wieczność, przeniósł się on znowu po jego szyi, studiując wyraźnie widoczną na niej malinkę, po czym w końcu zjechał w dół, przez unoszącą się i opadającą może tylko trochę szybciej niż zwykle klatkę piersiową, aż na biodra i krocze. Cry modlił się w duszy, żeby jego ciało nie zamierzało ujawniać tego, co robiło z nim głodne, błądzące spojrzenie Pewdsa.
- Rzuciłeś chyba na mnie jakąś klątwę – zamruczał Pewdie, ku wielkiej uldze bruneta wracając do patrzenia mu w oczy. – Nie mogę się od ciebie oderwać.
Cry pomyślał, że mógłby powiedzieć to samo, ale to, co myślał już chwilę później nie miało absolutnie żadnego znaczenia, bo Pewds wrócił do całowania go, czym wyłączył mu mózg, zbyt przytłoczony ilością otrzymywanych bodźców. Nie mógł powiedzieć, że mu to jakkolwiek przeszkadzało, ale nadal się do tego nie przyzwyczaił. To wszystko było takie… niesamowite. Nowe.
- Herbaty? – wychrypiał Pewds, chwilę po tym, jak się od niego oderwał. Cry patrzył się na niego przez chwilę w zupełnym osłupieniu, nim zaczął się śmiać. Przyjaciel zawtórował mu i śmiali się tak przez kilka dobrych minut, zanim stracili oddech.
- Co to miało, do jasnej cholery, znaczyć? – spytał brunet, ześlizgując się z kanapy i lądując na ziemi. Usilnie próbował nie wybuchnąć ponownie śmiechem. – Tak, chcę herbaty. O co ci chodzi?
- No pomyślałem sobie, że w sumie napiłbym się czegoś ciepłego, więc przy okazji spytałem się ciebie, czy też chcesz.
- W trakcie całowania mnie?
- Tak mnie jakoś naszło – Pewds wzruszył ramionami, wciąż się uśmiechając. Uwielbiał, kiedy się tak zachowywali. Beztrosko, żartując i się śmiejąc. Poczochrał włosy Cry’a, chwiejnie podnosząc się z kanapy. To w sumie dość zabawne, że jest się w stanie tak dobrze bawić dzień po tym, jak opłakiwał śmierć swojego partnera.
Pewdie skrzywił się na tą myśl, natychmiast tracąc dobry humor. Dlaczego jego mózg musiał go tak torturować? Zapominanie całkiem nieźle mu szło. Przetarł twarz dłońmi, zmęczony własnymi myślami. Herbata. Na tym powinien się teraz skupić. Przeszedł do kuchni, wyciągnął z szafki dwa kubki i wsypał do nich herbatę. Nastawił wodę i z braku lepszych zajęć zaczął przeszukiwać szafki w kuchni, już myśląc nad obiadem. Co prawda mieli jeszcze przynajmniej trzy godziny zanim poczują chociaż lekkie łaskotanie w żołądku świadczące o głodzie, ale mężczyzna wolał mieć przygotowany jakiś plan odnośnie tego, co będzie jeść. Natrafił na jakąś książkę kucharską, którą pobieżnie przejrzał, po czym wybrał przypadkowo jakiś przepis. Następnie ruszył do lodówki, sprawdzając, czy ma w ogóle składniki potrzebne do przygotowania tego dania. Wszystko znalazł, łącznie z dodatkiem w postaci połowy tarty owocowej na kruchym cieście. Niewiele się nad tym zastanawiając, wyciągnął ciasto i ukroił dwa cienkie kawałki, kładąc je na talerzykach. Zalał obie herbaty i ostrożnie zaniósł wszystko do salonu, starając się nie wylać na siebie wrzątku po drodze.
Cry już zdążył się w miarę ogarnąć i siedział teraz na kanapie z podciągniętymi do brody kolanami i opartą na nich książką. Gdy tylko zauważył pojawienie się Szweda w pokoju, zamknął książkę i uśmiechnął się do niego z wdzięcznością, odbierając gorący kubek z herbatą oraz talerzyk. Podziękował krótko, Pewds odparł, że nie ma za co i przez następnych kilka minut siedzieli w ciszy, zajadając ciasto i próbując, czy herbata wystygła na tyle, by nie oparzyć sobie języka.
- Co czytasz? – spytał Pewdie, gdy Cry skończył jeść i wrócił do przerwanej lektury. Amerykanin wzruszył ramionami, przymykając książkę i zerkając na jej okładkę.
- Marsjanina – odparł, otwierając ją ponownie i biorąc łyk napoju. – Przeczytałem, że science-fiction i tyle mi wystarczyło. Na razie jest spoko.
- Okay – blondyn najwidoczniej też nie potrzebował żadnych szczegółów. – Będziesz miał coś przeciwko, jeśli się dołączę?
- Nie, kanapa jest duża – usłyszał w odpowiedzi i od razu ruszył do półki z książkami, szukając czegoś dla siebie. Przejrzał pobieżnie grzbiety, szukając tytułu, który przyciągnie jego uwagę, ale nie potrafił znaleźć nic ciekawego. Dopiero, gdy jego wzrok padł na najwyżej położone półki, dostrzegł znajomą ciemną, skórzaną okładkę. Sięgnął po książkę, od razu upewniając się, że mu się nie przewidziało i że naprawdę był to notes Alice. Początkowo nie chciał go nawet otwierać; miał w głębokim poważaniu to, co dziewczyna mogłaby mu chcieć teraz powiedzieć, szczególnie zważając na to, co wydarzyło się zaledwie poprzedniego wieczora. Ciekawość jednak wzięła górę i po chwili wewnętrznej kłótni, Pewds w końcu otworzył notes, zaczynając od ostatniej strony. Widok szkarłatnego atramentu spowodował u niego bardzo nieprzyjemne uczucie, ale nie odwrócił wzroku ani nie zamknął zeszytu. Zmusił się do ponownego przeczytania zdania na samym końcu:
Jak martwe kwiaty: choć uschłe, wciąż piękne. Wciąż nie potrafił zrozumieć, o co chodziło w tym zdaniu, ale przerażało go powiązanie z książką, którą w poprzednim safe poincie czytali z Cry’em. Wydawało się to być tylko zbiegiem okoliczności, ale z doświadczenia Pewds wiedział, że zbieg okoliczności rzadko kiedy nim jest, szczególnie w przypadku Alice. Szybko przypomniał sobie fabułę „Martwych kwiatów”, analizując to, co zapamiętał w kontekście ich gry lub tego, co wiedzieli o Alice, ale wydawało mu się, że nie ma między nimi żadnych podobieństw. Zrobił więc krótką notatkę w myślach, że musi zwracać na to uwagę, gdyby udało im się to jeszcze przeczytać przed skończeniem gry, po czym wrócił do pierwszej strony. Na początku wydawało mu się, że nic się nie zmieniło; pierwszy wiersz, tak samo niezmienny, tuż pod tytułem Początek. Gdy tylko przeszedł do drugiej części, zaczął zauważać niepokojące zmiany. Na kartce za drugim wierszem był rysunek przedstawiający dość realistycznie moment, w którym Cry przebił sobie stopę. W trzecim rozdziale Cry leżał na ziemi, z siekierą w środku głowy i kilkoma ranami postrzałowymi na klatce piersiowej. W czwartym dusił go potwór, w piątym leżał zakrwawiony, a jego nogi znikały w chmarze motylków. Pewds poczuł, że robi mu się niedobrze. Nie chciał widzieć, co było dalej, ale nie mógł powstrzymać własnych dłoni. Nerwowo przerzucił kartkę, oglądając teraz Cry’a otoczonego grupką dzieci, tak zmasakrowanego, że tylko maska świadczyła o jego tożsamości, bo nie dało się go rozpoznać w krwawej masie. Potem rysunek, jak pożera go potwór z Yume Nikki. Pewdie był praktycznie na skraju paniki, kiedy docierał do rozdziału ósmego. Ręce trzęsły mu się tak, że z trudem udało mu się przewrócić kartkę. Tak bardzo nie chciał tego oglądać, ale miał wrażenie, że ktoś przejął władzę nad jego ciałem i steruje nim tak, by robił wszystko przeciw własnej woli. Nie mógł więc nic poradzić na to, że zobaczył rysunek zombi, które tak bardzo szczegółowo ukazywało twarz Cry’a. Ciemne włosy zlepione krwią, puste oczy, usta ułożone w niemalże błagalny uśmiech i dokładnie te same ubrania, które włożył na siebie poprzedniego dnia. Felix rzucił notesem o ziemię, jakby był przeklęty i upadł tuż obok niego na kolana, usilnie próbując się nie rozpłakać i wmówić sobie, że wszystko jest w porządku i nic im nie grozi. Oddychał głęboko, z przymkniętymi oczami i osłaniał głowę rękami, jakby to miało powstrzymać natrętne myśli i obrazy przed dostaniem się do jego świadomości. Cry najwyraźniej usłyszał hałas, jaki zrobił upadając, bo w kilka sekund klęczał obok niego, delikatnie go obejmując, tak, by miał szansę się odsunąć, jeśli zdecydowałby, że kontakt ten mu nie odpowiada. Pewds jednak tylko bardziej się w niego wtulił, bo właśnie tego było mu potrzeba. Nie przestawał wykonywać głębokich wdechów i cały czas myślał o czymkolwiek przyjemnym, co tylko sobie przypomniał. Miał zwiedzić z Cry’em Brighton, mieli przejechać razem pół Stanów…
- Hej, już wszystko okay? – spytał brunet cicho, gładząc jego ramię. Gdy tylko Pewdie skinął słabo głową, uśmiechnął się do niego ciepło i podniósł notes z ziemi. Nie przejrzał go, zerknął tylko na okładkę i odłożył na półkę, sięgając tak wysoko, jak tylko mógł. – Zapomnij o tym. Nie tykaj niczego, co ma z nią związek, okay? Będzie dobrze.
- Jasne – odparł Pewds, niezbyt przekonany. Powoli wstał z podłogi, przecierając twarz i wypuszczając głośno powietrze. – Chciałem tylko znaleźć coś do czytania…
- Masz – Cry wyciągnął pierwszą lepszą z brzegu i wręczył mu ją. Szwed zerknął na okładkę, wzruszając ramionami. Wyglądało jak jakieś science-fiction. – Kiedyś to już czytałem, może ci się spodoba.
- „Autostopem przez Galaktykę”… Dobra?
- Satyryczna opowieść dziejąca się w kosmosie. Jeśli nie polubisz dla fabuły, to zaufaj mi, że przynajmniej cię rozbawi – Cry poklepał go po ramieniu i powoli wrócił na kanapę, upewniając się tylko raz, czy przyjaciel za nim podąża. Rozsiadł się wygodnie, otwierając ponownie swoją lekturę, a Pewds położył głowę na jego kolanach i też zaczął czytać. A przynajmniej próbował, bo jeszcze czuł się roztrzęsiony. Po przeczytaniu trzech rozdziałów, z których nie zrozumiał wiele z powodu braku koncentracji, w końcu się poddał i położył książkę na stoliczku przed sobą, po czym przymknął oczy. Nie zajęło mu wiele czasu, nim kompletnie odpłynął i zaczął przysypiać. Miał wrażenie, że ostatnio dość dużo spał i nie wiedział, czy wynikało to ze zmęczenia fizycznego, czy bardziej psychicznego. Usprawiedliwiał się przed samym sobą, że przecież ma prawo się czuć padniętym, biorąc pod uwagę to, co robiła z nim Alice każąc mu brać udział w tych wszystkich jej grach. Nie zmieniało to jednak faktu, że dość mocno go to niepokoiło.
Spał krótko, może godzinę, ale zadziwiająco spokojnie. Obudził go Cry, wstając z kanapy i oświadczając, że może iść spać dalej, gdy ten będzie gotował. Pewds niemalże od razu zerwał się do siadu, rozbawiając tym bruneta, zaskoczonego jego nagłym przypływem energii.
- Jeśli tak reagujesz na jedzenie, to zawsze będę cię tak budził – oświadczył, obserwując jak Pewdie próbuje nieco ogarnąć swój wygląd, a potem wstać z kanapy. W odpowiedzi dostał tylko niezbyt radosne spojrzenie mężczyzny, który wyminął go i ruszył do kuchni.
- Wymyśliłem już, co będziemy jeść, nie chciałem, żebyś zabrał mi pomysł – powiedział, sięgając po książkę kucharską i wyciągając składniki z lodówki.
- Mogę ci chociaż pomóc? – zaoferował Cry, pojawiając się tuż za nim. Pewdie skinął głową, wskazując mu szafki.
- Znajdź patelnię i deskę do krojenia. Będziemy robić ratatouille.
Żaden z nich nigdy w życiu nie miał do czynienia z tą potrawą. Wydawała się być jednak wystarczająco prosta, więc zdecydowali, że chyba dadzą sobie z nią radę. Pokroili cukinię i bakłażan, dodali paprykę i cebulę, wszystko podsmażyli na patelni. Cry uparł się, że potrzebuje mięsa w tym daniu, więc zdecydowali się usmażyć jeszcze filety z kurczaka, jako dodatek. Po ostatecznych poprawkach i porządnym doprawieniu dania, w końcu zaryzykowali i spróbowali, jak smakuje. Po aprobacie obu kucharzy, wyłączyli gaz i nałożyli na talerze dwie porcje kurczaka i ratatouille, dokładając do niego jeszcze trochę chleba. Pewds zaniósł je do stołu, a Cry zabrał dwie szklanki i nalał do nich wody, po chwili dołączając do przyjaciela przy stole.
- Smacznego – stuknęli się szklankami, sami nie wiedząc po co, po czym ostrożnie zabrali się do jedzenia, próbując się nie oparzyć.
- To był świetny pomysł – wymamrotał Cry, kiedy już jego danie wystygło na tyle, by był w stanie napchać nim sobie usta. – Naprawdę, pyszne to.
- Zgadzam się, jestem geniuszem – odparł Pewdie, niemalże natychmiast otrzymując pod stołem kopnięcie w kostkę. – Ała? Od kiedy to bije się ludzi za mówienie prawdy?
- Chciałbyś.
Resztę posiłku spędzili żartując o domniemanym geniuszu Pewdsa, gdzie Cry wytykał mu niezbywalne dowody jego głupoty, a w odpowiedzi dostawał albo „Hej! To wcale nie było tak!” albo „Lepiej spójrz na siebie”. Nie prowadziło to do niczego konkretnego, ale nie taki był tego cel. Było miło. Śmiesznie, czasami nawet bardzo śmiesznie, do stopnia gdzie przestawali jeść i zginali się w pół, trzymając za brzuch i mamrocząc coś o tym, że dłużej tak nie dadzą rady, że muszą skończyć zanim umrą z tego śmiechu. Nie pamiętali nawet, kiedy ostatnio byli czymś rozbawieni do tego stopnia. Aż żal było im kończyć, kiedy w końcu osiągnęli swój limit i nie byli w stanie znieść więcej i zmuszeni byli w końcu się uspokoić. Dokończyli posiłek z trudem, wciąż przerywając go okazjonalnym chichotem i upominaniem siebie nawzajem, „nie, stop, już nie mogę się śmiać, zlituj się”. W doskonałych nastrojach wstali od stołu, zanosząc talerze do zlewu i po krótkiej grze w kamień, papier, nożyce ustalili, kto ma przy nim zostać i pomyć, a kto może odejść i odpocząć. Przegrał Pewds, więc z miną wyrażającą wielkie cierpienie zabrał się za mycie naczyń, słysząc od Cry’a, że nie miał z nim szans w żadnym wypadku, bo był mistrzem w tą grę odkąd przeszedł w całości „Always Sometimes Monsters”. Pewdie nie słyszał nigdy o tej grze i nie miał bladego pojęcia, o co w niej chodzi, ale rozważał zagranie w nią dla samej satysfakcji pokonania Cry’a w kamień, papier, nożyce. Teraz jednak niewiele mógł zrobić, więc po prostu pomył wszystko dokładnie i wrócił do salonu. Zastał tam swojego przyjaciela, pogrążonego w lekturze „Marsjanina”. Był już całkiem spory kawałek do przodu, w niemalże jednej piątej całej książki.
- Widzę, że cię wciągnęło – skomentował, wyrywając go z lektury. Cry uśmiechnął się do niego ciepło, robiąc mu miejsce obok siebie i zamykając książkę, ku zaskoczeniu Pewdsa. Już miał pytać, czy miało być to sygnałem, że czegoś od niego oczekuje, ale zanim zdążył zadać to pytanie Amerykanin wyciągnął zza poduszki jakiś inny tom, który dopiero po chwili Pewdie zidentyfikował jako „Martwe kwiaty”. Po jego plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz, ale uśmiechnął się niepewnie, odbierając książkę z rąk drugiego gracza.
- Kontynuujemy? – spytał, najwidoczniej nie zauważając niczego niezwykłego w zachowaniu Pewdiego. Blondyn skinął głową w odpowiedzi, szukając fragmentu, na którym skończyli. Główna bohaterka właśnie została odbita z rąk gangu przez drugiego bohatera, czyli policjanta. Chociaż nie pracowali wcześniej razem, postanowili złączyć siły, by rozwiązać tą serię morderstw. Rozgryźli już system kolorów – morderca przydzielał czerwone róże tym, którzy popełnili w swoim życiu jakieś wykroczenie, a białe osobom, które nie miały zatargów z prawem lub gdy nie były one znane sprawcy. Zaczęły się przesłuchania we wszystkich służbach, które funkcjonowały w miasteczku i akcja powoli zaczęła się zagęszczać, nieuchronnie zbliżając się do wielkiego finału…
Pewds przestał czytać w momencie, gdy przesłuchiwano jedną z ważniejszych postaci miejskiej policji. Cry, który już na początku lektury ułożył się wygodnie na kanapie, teraz po prostu przysnął, opierając się ciężko głową o udo Pewdsa. Mężczyzna przestał więc czytać, odkładając książkę na bok i starając się nie obudzić swojego chłopaka. Z braku lepszych rzeczy do roboty przez chwilę patrzył na śpiącego Cry’a, uspokajany przez sam jego widok, a następnie przymknął oczy i odchylając głowę na oparcie kanapy, sam próbował przysnąć. Tym razem, w przeciwieństwie do sytuacji przed obiadem, nie udało mu się usnąć nawet na króciutką chwilę. Po pierwsze, było mu niewygodnie. Po drugie, jego umysł zaprzątały usilne próby połączenia fabuły „Martwych kwiatów” z fabułą rozgrywki, którą właśnie przechodzili. Nie potrafił znaleźć nic, chociażby jednego, najbardziej nieistotnego szczegółu, poza tym, że prezentem w Rule of Rose miało być coś z kwiatami i wtedy to znaleźli tą książkę oraz że Wendy trzymała bukiet czerwonych róż. Nie miało to jednak sensu, przynajmniej dla Pewdsa i chociaż korciło go spytać się Cry’a czy widzi jakieś powiązania między fabułą książki a szóstą rozgrywką, nie potrafił się do tego zmusić. Jeśli o to zapyta, pojawi się pewnie więcej pytań tym razem ze strony Amerykanina, a Pewdie nie chciał tłumaczyć mu, co sprawiło, że zaczął się nad tym zastanawiać. Bał się, że to poprowadzi do niewygodnego tematu ataku paniki, którego doświadczył po kontakcie z notesem, a naprawdę nie chciał się z tego spowiadać. Znając Cry’a, gdyby wiedział jaki był jego powód, pewnie uznałby, że Alice zmyśla albo kłamie, żeby doprowadzić ich do jak najgorszego stanu psychicznego, ale Pewds wiedział, że nie zignorowałby tego zupełnie. Bo jak można zignorować informację o tym, że prędzej czy później się umrze? Mężczyzna westchnął głęboko, odrywając się od tych myśli. Gdyby mógł, skończyłby grę już teraz, nie pozwalając na dalszy rozwój akcji i katastrofalne zakończenie. Nikt się go jednak o zdanie nie pytał, więc mógł tylko przysiąc sobie, że będzie się starał ochronić Cry’a za wszelką cenę i nie dopuści do jego śmierci. Nie pozwoli, żeby jakaś przepowiednia dyktowała jego życie. Nawet, jeśli jest to przepowiednia boga.
Spojrzał na śpiącego bruneta, ciesząc się ile mógł widokiem jego spokojnej twarzy. Oddychał równo, powoli, głęboko. Oddychał. Pewds nie mógł się nie cieszyć całym sercem mając świadomość tego, że obaj żyją. Chociaż to, co ich spotkało na pewno drastycznie wpłynęło na ich życia, nie miało to w chwili obecnej najmniejszego znaczenia. Byli razem, szczęśliwi i przynajmniej chwilowo bezpieczni. Pewdie postanowił korzystać z tego jak może i nawet nie próbując się kontrolować, z szerokim uśmiechem na twarzy nachylił się nad Cry’em, składając szybki i lekki pocałunek na jego ustach. Nie miał zamiaru go obudzić, ale niestety tak się stało, bo chwilę później Cry mrugał zdezorientowany, wybudzając się ze snu.
- Co się dzieje? – wymamrotał nieprzytomnie, końcówka jego pytania była prawie że niesłyszalna, gdy ziewnął głośno.
- Dzień dobry, Śpiąca Królewno – odparł Pewds, mierzwiąc mu włosy. Nazywał go tak już kilkakrotnie w ciągu całej rozgrywki, ale jeszcze nigdy to porównanie nie było tak adekwatne.
- Jeśli to ty masz być moim księciem, to wracam do spania – Pewdie próbował udawać obrażonego tymi słowami, ale nie mógł powstrzymać śmiechu, słysząc tą całkiem szczerą opinię niezbyt przytomnego Cry’a. Cry nie uznał tego za równie śmieszne, dźgając go palcem pod żebra, po czym ostentacyjnie odwracając się do oparcia kanapy. Szwed podniósł się z siedzenia, nagle nabierając ochoty na kawę i ruszył do kuchni.
- Chcesz kawy? – krzyknął do przyjaciela, wyciągając od razu dwa kubki. W odpowiedzi usłyszał przeciągłe mruknięcie, chyba jakieś krótkie przekleństwo i w końcu głos Cry’a mamroczący:
- I tak już przez ciebie nie zasnę, zrób mi.
Kiedy Pewds powrócił do salonu, brunet był całkowicie przytomny, ale bardzo było po nim widać, że jeszcze przed chwilą spał w najlepsze. Na policzku odciśnięty miał ślad zagnieceń od spodni, włosy sterczały mu na wszystkie strony w artystycznym nieładzie. Gdy tylko zobaczył kawę, wyciągnął ręce do Pewdiego jak człowiek na pustyni na widok oazy i zabrał mu kubek z parującym napojem, podstawiając go sobie pod nos. Blondyn zdecydował się oszczędzić mu wrednego komentarza na temat wyglądu i po prostu usiadł obok, zachowując pewną przestrzeń między nimi. Cry nie przejął się nią ani trochę. Przysunął się bliżej, spoczywając głowę na jego ramieniu. Pewds odruchowo już pocałował go w głowę i objął ramieniem, nie zadając żadnych pytań. W ciszy pili kawę, praktycznie nie ruszając się z miejsca. Było spokojnie i ciepło i miło i gdyby Pewdie mógł, zostałby tak już przez cały wieczór, w takim właśnie spokoju. Cry jednak pokrzyżował jego plany, bo po wypiciu kawy siedział bez ruchu jeszcze może z pięć minut, gdy nagle uśmiechnął się. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ten uśmiech nie zwiastował jakiegoś bardzo głupiego pomysłu. Pomysłu, który najwyraźniej postanowił wcielić w życie, podnosząc się z kanapy i kierując się w stronę sypialni.
- Uklęknij – rzucił do Pewdsa, zatrzymując się na progu. W odpowiedzi dostał zdziwione spojrzenie. – Dobrze słyszałeś, klęknij na podłodze.
- Jeśli to miała być sugestia, że mam ci obciągnąć, to musisz popracować nad swoimi tekstami – odparł Pewdie, schodząc z tapczanu na kolana. – Dziwne, że nikt ci za to jeszcze nie przywalił.
- Ważne, że działa – Cry wzruszył ramionami i puścił do niego oczko. Gdy tylko zniknął za drzwiami sypialni, mężczyzna zaczął się naprawdę stresować. Wydawało mu się, że tylko sobie żartują, jak zawsze, ale doszło do niego, że to wcale może nie być żartem i że wcale nie jest to tak nieprawdopodobne, jak mu się wydawało. Nigdy w życiu tego nie robił, nigdy w życiu nie spał z innym mężczyzną, co jeśli to spaprze? Co, jeśli jeszcze nie jest na to gotowy? Kiedy Cry wszedł ponownie do salonu i kazał mu zamknąć oczy, Pewds był już cały spięty. Przez łomot własnego serca ledwie słyszał kroki bruneta i nie miał pojęcia, co powinien robić. Wstrzymał więc oddech, czekając na dalszy rozwój wydarzeń i gdy usłyszał polecenie, że ma otworzyć oczy, zajęło mu chwilę, żeby pokonać swój strach.
Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego, co znalazł na linii swojego wzroku. Cry przewieszony był przez oparcie kanapy do góry nogami. Na twarzy miał swoją maskę, trochę porysowaną i przybrudzoną po ostatniej rozgrywce, założoną tak, że widać mu było tylko usta, ułożone w uśmieszek. Pewds zamrugał gwałtownie, nie rozumiejąc tego, co widzi, ale zanim zdołał spytać się przyjaciela o cel jego działań, Amerykanin odezwał się:
- Jestem jak Spiderman.
Pewdie starał się nie roześmiać i planował zamiast tego powiedzieć ukochanemu, jaki z niego skończony idiota, ale nie dał rady. Zaczęło się od wesołego chichotu, skończyło się na głośnym, niekontrolowanym śmiechu, do którego Cry wkrótce dołączył.
- Jesteś beznadziejnym przypadkiem – wymamrotał w końcu, opanowując trochę rozbawienie. Za każdym razem jednak, gdy otwierał oczy, znowu zaczynał zanosić się śmiechem. – Kocham cię tak bardzo.
- Wiem – odparł Cry, zadowolony z siebie. – Ale skończ już te wyznania i mnie pocałuj, bo cały mój wysiłek pójdzie na marne.
- Jakim cudem w ogóle na to wpadłeś? Jaki był twój tok myślenia?
- Chciałem cię pocałować.
- Nie mogłeś się zapytać, poprosić albo po prostu to zrobić?
- Nie, zbyt prosto i nudno. Chciałem być kreatywny.
Pewds nachylił się, całując go słodko. Jego usta smakowały jeszcze kawą. Cry uśmiechał się między pocałunkami, delektując się smakiem i czując się wyjątkowo dumny z siebie, widząc, że jest w stanie taką głupotą rozweselić trochę kochanka. Od jego rozmowy z Alice oraz późniejszego ataku paniki, Cry przyrzekł sobie, że zrobi wszystko, by Pewdie mógł być przynajmniej na chwilę beztroski i szczęśliwy. Miał jednak pewne ograniczenia.
- Dobra, daj mi zejść z tego oparcia – odezwał się, kiedy przestali się całować, żeby zaczerpnąć powietrza. Pewds uśmiechnął się zadziornie, ale odsunął się na tyle, by Cry mógł wylądować siedzeniem na kanapie.
- Co, zaparłem ci dech w piersiach? – zapytał. – Zakręciłem w głowie?
- Nie, krew mnie zalała – Cry pokazał mu język w odpowiedzi, po czym poklepał miejsce obok siebie, by Pewdie do niego dołączył. – Mój mózg, dokładniej rzecz biorąc.
- Twój co?
- Oh, zamknij się, Pewds.
Siedzieli przez chwilę na kanapie, tylko się całując i dotykając. Amerykanin zrzucił z twarzy maskę, żeby było im wygodniej i by mógł widzieć, co tak właściwie robi. Po chwili wylądowali w pozycji półleżącej, a potem leżącej, gdzie Cry już trzeci raz tego dnia dał się przyszpilić do miękkich poduszek, by Pewds mógł się nad nim pochylić. Pocałunki na początku były wolne, zmysłowe. Dopiero z czasem nabrały gwałtowności i stały się niemalże zaborcze, do tego stopnia, że musieli co jakiś czas przerywać, by wziąć oddech. Pewdie przerzucił się więc w pewnym momencie na całowanie szyi swojego ukochanego, na co ten odpowiedział wsunięciem mu pod koszulkę dłoni. Błądził nią po jego plecach i brzuchu, aż w końcu zatrzymał ją na jego piersi, czując jak Pewds drży pod jego palcami. Uśmiechnął się pod nosem, drażniąc jego skórę dotykiem. Kiedy usłyszał nad sobą urwany oddech, nie mógł nie poczuć satysfakcji.
- Zimno ci? Drżysz – stwierdził, mrucząc gardłowo. Pewdie spojrzał się na niego nie do końca przytomnie, skupiając swoje spojrzenie na jego ustach.
- Poważnie, jesteś jakimś czarownikiem i rzuciłeś na mnie klątwę…
- A teraz pójdę zrobić kolację i cię utuczę, żeby cię potem zjeść, jak w Jasiu i Małgosi.
- O tak, prosto w moje fetysze, wiesz, jak do mnie mówić – odparł Pewds, przymykając oczy i dotykając czubkiem nosa jego szyi, pozwalając sobie na chwilę przyjemności. Wziął głęboki oddech i odsunął się z trudem, podnosząc się do siadu. – Dobra, też jestem głodny, chodźmy coś zjeść.
Kolacja nie była zbyt ambitna: Cry postanowił odgrzać sobie resztki ratatouille z obiadu, Pewds zadowolił się zwykłą kanapką z serem i pomidorem. Wyjątkowo nie usiedli do posiłku przy stole, zamiast niego wybierając kanapę. Przez chwilę jedli w ciszy, póki Pewdie nie spróbował zacząć rozmowy zagadując przyjaciela o czytaną przez niego książkę. Cry przez chwilę opowiadał o wciągającej fabule i całkiem zabawnym, chociaż momentami trochę irytującym głównym bohaterze, a także o wykreowanym klimacie powieści. Pewds słuchał go uważnie, patrząc się na niego rozmarzonym wzrokiem. Uwielbiał, gdy Cry się czymś tak bardzo ekscytował. Stracił nawet wątek w pewnym momencie, zbyt zapatrzony na pełną emocji twarz mężczyzny, ale Cry doprowadził go do porządku prostym pytaniem:
- A jak tam twoja książka? Klasyk science fiction, zawsze ją bardzo lubiłem.
Pewdie na chwilę się zawiesił, nie rozumiejąc w pierwszej chwili o co chodzi, ale szybko się zreflektował.
- No, całkiem śmieszna jest - wymamrotał, czując przypływ paniki wynikający z tego, że tak naprawdę nie pamiętał ze swojej lektury prawie nic poza paroma żartami, którym nawet udało się wywołać uśmiech na jego twarzy. - Ten gościu... Ford? Jak na razie bardzo go lubię...
- Uważałeś choć trochę przy czytaniu jej? -  westchnął brunet, najwyraźniej widząc jego próby wydostania się z niewygodnej sytuacji. Pewds spuścił wzrok, zażenowany.
- Nie potrafiłem się skupić.
- Trzeba było mi powiedzieć, że ci się nie podoba, przecież się nie obrażę - Cry szturchnął go łokciem, po czym odłożył talerz na bok i zwrócił się twarzą do przyjaciela. - Po prostu pomyślałem, że potrzeba ci czegoś lekkiego do czytania...
- Nie, na pewno jest świetna! Moje myśli cały czas uciekały do tego notesu i Alice i wszystkiego co się wczoraj wydarzyło... Bardzo chciałem ją przeczytać, ale nie potrafiłem się skupić na tekście, bo... te myśli nie chciały mnie zostawić.
- To trzeba to zmienić - stwierdził Cry beztrosko, ściskając go mocno za ramię. W jego spojrzeniu było tyle ciepła, że Pewds znowu zastanowił się poważnie, czym tak właściwie sobie na niego zasłużył. - Jest ci się łatwiej skupić jak czytasz na głos, prawda?
Pewdie skinął głową, powoli się uśmiechając. Nie dość, że będzie miał czym zająć myśli, to jeszcze spędzi czas w świetnym towarzystwie.
- Wybierz coś do czytania - polecił mu Amerykanin, zbierając naczynia i zanosząc je do kuchni. W drodze powrotnej włączył radio. Gdy tylko wrócił, Pewds pokazał mu okładkę wybranej powieści. Chociaż kusiło go dokończenie "Martwych kwiatów", bał się, że wcale nie odciągnie go to od natrętnych myśli. Wybrał więc "Autostopem przez galaktykę" i to wcale nie dlatego, że sprawiłoby to Cry’owi przyjemność. No, może trochę.
Zaczął czytać, opierając się o ramię kanapy i wciskając stopy pod uda Cry'a, siedzącego po drugiej stronie. Muzyka leciała w tle, ładnie wpasowując się w jego monotonne czytanie. Powieść okazała się być naprawdę dobra i jeszcze śmieszniejsza, gdy do gracza docierał sens słów i zawarta w fabule pierwszych rozdziałów ironia. Parę razy zachichotał, raz nawet parsknął śmiechem i gdy próbował się uspokoić, natrafił wzrokiem na Cry'a. Patrzył się on na niego z takim zachwytem, że Pewds od razu wiedział, że podjął odpowiednią decyzję. Odpowiedział na tą minę uśmiechem i poczuł, że jest to uśmiech jak najbardziej szczery. Był szczęśliwy i spokojny. Udało mu się odprężyć i chociaż na chwilę zapomnieć o traumatycznych przeżyciach, choć tak naprawdę nie robił teraz nic skomplikowanego: tylko czytał. Miało to na niego jednak jakiś cudowny wpływ, bo od razu zapomniał o swych troskach. Może to zasługa powieści, może towarzystwa Cry'a, tego nie wiedział. Wiedział tylko, że czuł się dobrze.
Niestety, chociaż najchętniej czytałby cały wieczór, jego gardło w końcu zaczęło protestować nieprzyjemnym drapaniem. Zaczął chrypieć, więc Cry bez pytania zamknął mu książkę przed nosem i odłożył ją na stolik. Pewds ani myślał się kłócić. Z ulgą przyjął przyniesiony mu chwilę później kubek czarnej herbaty z cytryną. Cry podał mu także koc, po czym sam zabrał się za czytanie powieści, wcześniej kładąc się wygodnie na kanapie. Oparł się o drugie ramię tapczanu i wyciągnął nogi tak, by było mu wygodnie, ale też by nie odbierać wygody przyjacielowi. Chociaż na początku Pewds obawiał się, że takie czytanie książki nie przyniesie oczekiwanych efektów, po chwili okazało się, że jego obawy były zupełnie nieuzasadnione. Głos Cry'a wyciszał go. Nie stracił zainteresowania powieścią, nic go nie rozpraszało. Wolne, melodyczne czytanie i ciepło bijące od ciała drugiego mężczyzny niemalże Pewdsa nie uśpiły, a koc i gorąca herbata wcale w tym nie pomagały. Już prawie odpłynął, ledwie rozumiejąc sens słów, gdy Cry nagle przestał czytać i poderwał się z miejsca. Pewdie zamrugał nieprzytomnie, podciągając się na łokciu. Przyjaciel zniknął mu z oczu, jednak coraz to głośniejsza muzyka podpowiedziała mu, gdzie się teraz znajduje. Wyjrzał przez oparcie, szukając go wzrokiem i odnalazł go podrygującego w miejscu do jakiejś rytmicznej melodii. Pewds przez chwilę myślał, że to na pewno jest jakimś snem i naprawdę przysnął, szczególnie, gdy Cry zaczął podśpiewywać pod nosem. Kiedy wyciągnął jedną bardzo wysoką nutę, Szwed był już wybudzony w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach i powoli do niego docierało, że to wcale nie sen.
- Co ty robisz? - zadał pytanie, które cisnęło mu się na usta odkąd Cry podniósł się z kanapy.
- Kocham ten kawałek - dostał w odpowiedzi i to zapewne miało być wytłumaczeniem. Pewdie powoli wstał z kanapy. Jego przyjaciel zachowywał się, jakby coś go opętało, wyjąc i machając rękami do muzyki.
- Co to w ogóle za piosenka? - chociaż Pewds słuchał jej uważnie, nie potrafił sobie przypomnieć tytułu. - Brzmi znajomo.
- Feel Good Inc. od Gorillaz.
- Aha.
Pewdie wzruszył ramionami, zostawiając bruneta pląsającego po salonie samego i kierując się do kuchni. Zostawił tam pusty już kubek po herbacie, nastawił wodę i wrócił do chaosu dziejącego się w pokoju dziennym. Utwór właśnie się skończył, wraz z tańcem Cry'a, który z uśmiechem na twarzy zwrócił się do Pewdiego. Spojrzenie, które mu posłał wcale mu się nie spodobało.
- Nie umiem tańczyć - wzruszył ramionami. Naprawdę mu to nie wychodziło, chociaż wykorzystywał to czasem wygłupiając się przed kamerą.
- Ja też nie - i tu Pewds musiał przyznać mu rację, tańcem tego nie można było nazwać. - Nie o to chodzi, stary. Masz się dobrze bawić. Obiecuję, nawet nie będę się śmiał. Bardzo.
- Dzięki, miło z twojej strony.
Pewdie w końcu dał się wyciągnąć na parkiet. Cry przesunął trochę stoliczek i odsunął na bok kanapę, robiąc im trochę więcej miejsca. Z głośników leciała teraz jakaś elektronika, to której dało się głównie skakać i wyrzucać ręce do góry w różnych kombinacjach. Tego utworu Pewds akurat nie rozpoznawał, ale Cry najwidoczniej znał go doskonale. Zaczął śpiewać refren, ruszając się trochę nie do rytmu i Pewdie nie mógł się nie zaśmiać. Cała ta sytuacja była bardzo absurdalna, ale też bardzo zabawna. Blondyn poczuł, jak odpręża się całkowicie i nagle przestał się przejmować brakiem umiejętności w tańcu. Musieli wyglądać żałośnie, jednak nie obchodziło ich to wcale. Śmiali się, śpiewali i starali się nie wpaść na żaden mebel stojący na drodze ich dzikich pląsów. Kiedy tylko utwór się skończył, Pewds skoczył do kuchni po coś chłodnego do picia, wracając akurat, gdy zaczynała się kolejna piosenka. Cry wypił całą zawartość szklanki, zanim znowu ruszył do tańca, tym razem do muzyki, której żaden z nich nie rozpoznawał. Nie stanowiło to jednak żadnej przeszkody w tym, żeby dobrze się bawić i udawać seksowne tańce pełne ruszania biodrami i przesuwania dłońmi wzdłuż całego ciała. Pewds czuł się tym szczególnie rozbawiony, bo jego przyjaciel naprawdę wczuwał się w wszystkie wykonywane przez niego zmysłowe ruchy. Pośmiali się chwilę, potańczyli do utworów znanych i mniej znanych i całkiem nieźle się bawili. W końcu jednak Cry poczuł się trochę zmęczony, opadając leniwie na kanapę i wypijając jeszcze dwie szklanki wody. Pewdie dołączył do niego chwilę później, przynosząc ze sobą cały dzbanek picia.
- Świetna zabawa, nie? – mruknął Cry, uśmiechając się wesoło. Pewds skinął głową w odpowiedzi, po czym odchylił głowę na oparciu kanapy i przymknął oczy. – Mówiłem ci, tu nie chodzi wcale o talent, tylko o wyluzowanie. Słyszysz muzykę i lecisz z tym.
- Często robisz sobie spontaniczne imprezki w domu?
- Czasami sobie tańczę jak leci coś fajnego, przy sprzątaniu lub gotowaniu lub z nudów… Odpręża mnie to. Ale raczej nie jest ze mnie imprezowy człowiek.
- Nie widać po tobie – Pewdie nalał sobie jeszcze jedną szklankę wody, którą następnie wypił, po czym podniósł się z siedzenia i ruszył w stronę radia. – Poszukam czegoś fajnego.
- Jeszcze się nie zmęczyłeś? – zawołał za nim Cry.
- Noc jeszcze młoda, korzystajmy.
Cry westchnął tylko, zastanawiając się, czy naprawdę usłyszał flirt w jego głosie, czy tak sobie zinterpretował jego słowa. Napił się jeszcze trochę, przygotowując się fizycznie i mentalnie na kolejną rundę energicznego tańca. Jednak ku jemu zdziwieniu, z głośników popłynęła bardzo spokojna muzyka i brunetowi zajęło tylko chwilę, żeby zorientować się, że jest to „Take My Breath Away”. Schował twarz w dłoniach, zażenowany, gdy Pewds podszedł do niego i wyciągnął dłoń, proponując pomoc przy wstawaniu.
- Poważnie mówisz? – spytał Cry, korzystając z pomocy i podnosząc się z kanapy. Pytanie było czysto teoretyczne i zadał je tylko po to, żeby wyrazić, co myśli o tej piosence.
- Nie pamiętasz? – Pewdie objął go w pasie, bujając się delikatnie w rytm muzyki. Cry nie mógł powstrzymać się od prychnięcia pod nosem. – Jak graliśmy w Portal i słuchaliśmy tego tuż przed nagrywaniem? Nawet ze mną śpiewałeś…
- Nie, nie pamiętam, chociaż brzmi to bardzo prawdopodobnie.
- Jak możesz zapominać nasze piękne randki przy rozwiązywaniu zagadek z Portala? – blondyn udał, że jest tym głęboko urażony i odsunął się do ukochanego. – Skoro tak to wygląda, to z tobą nie tańczę.
- Nie przeszkadza mi to za bardzo – odezwał się Cry i zarobił łokciem w ramię. Roześmiał się, widząc jaką minę robi Pewds na te słowa i z ociąganiem podał mu dłoń, wracając do przytulanego. – Żartowałem, ziom. Lubię cię.
- Też cię lubię, chociaż czasami nie wiem czemu – Pewdie cmoknął go w usta, po czym położył głowę na jego ramieniu i kontynuował kiwanie się na boki do melodii. Cry’owi chciało się śmiać przez całą długość trwania utworu i z trudem powstrzymywał się, żeby nie zepsuć tej chwili. Kiedy jednak Pewds odsunął się trochę i trzymając go wysoko za lewą dłoń obrócił go, by potem chwycić od tyłu, nie wytrzymał i zaczął chichotać pod nosem.
- Co cię tak bawi?
- Nic – Cry odchylił głowę i pocałował chłopaka w policzek. – Tańczymy do „Take My Breath Away”. Brakuje mi tylko przyciemnianych okularów i byłbym Tomem Cruisem.
- W tej sytuacji jesteś raczej tą blondyneczką – odparł Pewdie.
- Nie, to ty masz blond włosy, więc to ty nią jesteś – oświadczył zdecydowanie, robiąc poważną minę, którą utrzymał przez kilka sekund do czasu, gdy Pewds zaczął go łaskotać. Zaśmiał się, odtrącając dłonie drugiego gracza i próbując się odsunąć poza jego zasięg. – Dobra! Dobra, będę tą jego blondyneczką, tylko mnie zostaw.
- Cieszę się, że współpracujesz – Felix uśmiechnął się z satysfakcją. Przyciągnął go znowu do siebie, ale nie było im dane nacieszyć się tańcem, bo utwór właśnie się kończył. Cry właśnie miał rzucić jakimś wrednym komentarzem, ale gdy usłyszał, co zaczęło lecieć w radiu, nie był w stanie powiedzieć nic, dostając napadu śmiechu. Pewds dołączył do niego chwilę później, kierując się w stronę urządzenia, by pogłośnić cudowny dźwięk melodii „My Heart Will Go On”. Zajęło im chwilę, żeby się uspokoić i wrócić do wolnego tańca w swoich ramionach.
- Ale hej, już gorzej być nie może – stwierdził Pewdie, wzruszając ramionami. Cry zajęty był udawaniem emocjonalnego śpiewu. Pewds zaśmiał się na ten widok, całując go szybko i przerywając jego wygłupy.
- Uważaj, bo wykrakasz – mruknął Cry, podążając za jego ustami i łącząc je w jeszcze jednym pocałunku, tym razem trochę dłuższym. – I zacznie lecieć „Take On Me” albo „Never Gonna Give You Up”.
- Tylko nie „Take On Me”. Śpiewałem to przed tłumem ludzi. Największy błąd mojego życia.
- Powiedz mi, że masz nagranie, błagam.
- Nie pozwolę ci tego zobaczyć, przestaniesz mnie kochać.
Piosenka dotarła do refrenu i Cry nie mógł się powstrzymać od śpiewu. Śpiewu, który był raczej krzyczeniem bez melodii i nie w rytmie. Pewds zaczął się śmiać, szturchając go, żeby przestał, ale Amerykanin zamiast tego zaczął wyć jeszcze głośniej, dodatkowo udając rosyjski akcent. Gdy tylko refren się skończył, Cry dołączył do śmiechu, wtulając się z powrotem w ramiona swojego chłopaka.
- Cry, pamiętasz, co obiecywałeś mi w poprzednim safe poincie?
- O co ci chodzi?
- Powiedziałeś mi, że jeśli nie przymknę mordy, to nigdy więcej nie będę się mógł z tobą całować. Także się zamknij.
- To była zasada dla ciebie, nie dla mnie – brunet pokazał mu język, po czym odsunął się od niego całkowicie, ruszając do kuchni.
- Hej, nie zostawiaj mnie w trakcie romantycznego tańca! – zawołał za nim Pewds, ale w odpowiedzi usłyszał tylko prychnięcie. Po chwili Cry wrócił do pokoju z butelką whisky, którą otworzył i porządnie z niej wypił. – A to co?
- Jestem zbyt trzeźwy, żeby tańczyć wolnego do Celine Dion – odparł Cry, podając mu butelkę. – I mój rosyjski śpiew jest za mało rosyjski bez alkoholu.
- Jak będziesz miał jutro kaca, to nie przychodź do mnie – Pewdie także pociągnął kilka łyków z butelki, po czym wyciągnął ręce do drugiego gracza. – Chodź, pośpiewamy razem.
Refren zabrzmiał znacznie głośniej, gdy obaj darli się w niebogłosy. Pewds próbował naśladować rosyjski akcent, ale o wiele lepiej wychodził mu akcent duński i niemiecki, więc starał się śpiewać to jednym, to drugim. Co chwilę przerywali, zbyt rozbawieni sytuacją, żeby zachować powagę. Gdy zaczął się krótki fragment instrumentalny przed finałową częścią utworu, z butelki zniknęła już jedna czwarta zawartości. Pewdie ledwie był w stanie się opanować, kiedy obracał Cry’a tyłem do siebie i rozkładał jego ręce na boki, ujmując je w nadgarstkach. Brunet chwilę się pośmiał, szczególnie, gdy za plecami usłyszał „You’re here” bardzo nieczyste i z zaciąganiem samogłosek.
- Dlaczego to ja jestem Rose? – powiedział w końcu, kiedy przestał chichotać jak głupi. – Dlaczego to ja jestem zawsze dziewczyną? Ty bądź Rose, nie zgadzam się.
- Nie słyszę cię, Celine Dion mi przeszkadza – odparł Pewds, trochę za głośno, co zmusiło Cry’a do gwałtownego odsunięcia głowy, by ratować słuch. – Zresztą wcale nie jesteś dziewczyną. Jesteś królem świata.
- Tego nie wiem, ale na pewno panuję nad twoim sercem.
Głośne warknięcie, które usłyszał, utwierdziło go w przekonaniu, że żarcik mu wyszedł. Zaśmiał się, przymykając oczy i krzycząc „Pewds, ja lecę!”. Szwed zaśmiał się, całując go czule w kark, zanim skomentował:
- Ta, za chwilę przez okno wylecisz.
Utwór w końcu dobiegł do końca, a kolejny kawałek znowu był jakąś spokojną balladą. Mężczyźni stracili jednak ochotę do tańczenia, nie znając tekstu, więc po prostu usiedli na kanapie z whisky i pili na zmianę, przerywając sobie głupimi tekstami albo krótkimi chwilami na pocałunki. Pewds czuł się jeszcze w miarę okay, ale było widać, że Cry jest już dość wstawiony, bo język plątał mu się nawet na niezbyt skomplikowanych słowach. Pewdie trochę to wykorzystywał, przerywając mu co chwila pocałunkami, które były teraz o wiele bardziej niedbałe i nieskoordynowane, całkowicie pod wpływem chwili. Oraz alkoholu. Pewds chciał już zaproponować, aby skończyli na dzisiaj i położyli się spać, ale piosenka, która poleciała w radiu pokrzyżowała mu te plany. Poderwał się z kanapy z wdziękiem i szybkością dość niespodziewanymi przy jego obecnym stanie, po czym wyciągnął Cry’a na parkiet, trzymając za nadgarstek.
- Musisz to pamiętać, powiedz, że pamiętasz… - powiedział podekscytowany, gdy Cry chwiejnie stawał na nogi. Na jego twarzy pojawiło się skupienie.
- Co to?
- „September”!
Cry uderzył się dłonią w czoło, wzdychając ciężko.
- Pamiętasz! - Pewds ucieszył się, zaczynając niezbyt zgrabnie tańczyć do muzyki. Cry dołączył do niego, próbując naśladować jego ruchy.
- Nasi fani pewnie do tej pory robią teorie – mruknął. – A chodzi tylko o to, że za każdym razem gdy pytałem „Czy pamiętasz…”, to kończyłeś tą piosenką i nie chciałeś się przymknąć póki nie skończyłeś przynajmniej refrenu.
- Powinniśmy do tego wrócić, piękna tradycja – stwierdził Pewdie. Cry stęknął przeciągle, przewracając oczami.
- Błagam, nie.
Pewds próbował ułożyć do utworu jakiś układ, machając rękami w różne strony i ścigając się z Cry’em w tym, kto wymyśli więcej żałosnych ruchów. Póki co, Amerykanin wygrywał, kręcąc się dookoła i tańcząc nie do końca zgrabnie. Pewdie chwycił go za rękę, obracając kilka razy, po czym obserwował, jak Cry zatacza się lekko, zdezorientowany. Zaśmiał się pod nosem, kiedy brunet niemalże się nie wywrócił przez zawroty głowy. Złapał go za ramiona, zanim zdążył wylądować na ziemi, po czym skradł z jego ust pocałunek. Cry spojrzał na niego nieprzytomnie. Był czerwony na twarzy, ale niemożliwym było stwierdzić, czy to rumieńce zawstydzenia czy jest mu gorąco od ciągłego ruchu i wypitego alkoholu. Jego wzrok, tak jak i on sam, był pijany i błądził po twarzy Pewdiego, jakby widział go po raz pierwszy. Pewds uśmiechnął się do niego, wyjątkowo pewny siebie.
- Widzę, że utwór ci się podoba – zagadał, wyrywając Cry’a z zamyślenia. Mężczyzna zamrugał kilkukrotnie, po czym przetarł twarz.
- Ty mi się podobasz – wymamrotał, po czym prychnął pod nosem, uśmiechając się szeroko. – Chyba się upiłem.
- Skądże – odparł Pewds, znowu go całując. – Tylko troszeczkę. Idziemy spać?
- Jeszcze jeden utwór i możemy iść. Dobra?
- Cokolwiek zechcesz.
„September” minęło im pod znakiem udawania retro ruchów tanecznych i śpiewania refrenu w niebogłosy. Bawili się świetnie, chociaż już nie do końca byli pewni, ile z tego jest wynikiem muzyki i tańca, a ile efektem ubocznym opróżnienia ponad połowy butelki whisky. Żaden z nich nie przejmował się tym za bardzo, zatracając się w wygłupach, uśmieszkach posyłanych sobie z dwóch końców pokoju, kiedy tanecznym krokiem szli w swoim kierunku, by spotkać się na środku pomieszczenia czy próbach zatańczenia układu, który sami przed chwilą ułożyli i zdążyli już zapomnieć. Pewdie patrzył na Cry’a i naprawdę czuł się szczęśliwy, będąc w jego towarzystwie. Dziękował siłom wyższym za to, że dane mu było spędzić z nim tak wspaniale czas i usilnie starał się nie dopuścić do siebie niemalże zapomnianego już strachu. Teraz było dobrze. Pewds modlił się tylko, żeby teraz trwało jak najdłużej.
Kiedy utwór skończył się, Cry ruszył w stronę radia niemalże natychmiast, chcąc poszukać czegoś naprawdę dobrego na ich ostatni taniec. Nie zdążył jednak pokonać nawet połowy drogi do urządzenia, gdy z głośników poleciała kolejna melodia. Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie, chichocząc pod nosem, po czym zawrócił. Pewdie nie mógł rozpoznać piosenki, ale kojarzył ją; brzmiał jak jakiś stary utwór, który pewnie słyszał w dzieciństwie. Cry natomiast zdawał się znać ją doskonale, bo gdy tylko zaczął się refren, zaśpiewał go wraz z wokalistką:
- Wanna be my lover? – nieco zaciągnął ostatnią sylabę, uśmiechając się do Pewdsa sugestywnie. Blondyn poczuł się trochę zdezorientowany, gdy jego chłopak podszedł do niego nieco chwiejnie i popchnął go na kanapę. Nie zadawał jednak pytań, tylko ze spokojem obserwował kolejne ruchy mężczyzny. Cry na początku po prostu ruszał się do muzyki, kręcąc biodrami i wyginając się do rytmu na boki. Pewdie patrzył na to z uśmiechem, nie mogąc się powstrzymać na tak zabawny widok. Kiedy jednak brunet zaczął zmysłowo przesuwać dłońmi po swoich biodrach i klatce piersiowej, Pewds zaczął się po prostu śmiać. Cry zawtórował mu, na chwilę przerywając śpiewanie zwrotki.
- Słuchaj tekstu, stary, kieruję te słowa do ciebie – odezwał się, gdy tylko nieco się opanował i wznowił swoje śpiewanie oraz seksowny taniec. Pewdie też się trochę uspokoił, skupiając się na tekście. Cała piosenka była w skrócie o tym, że podmiot liryczny żąda od adresata tekstu, by zdecydował się, czy chce być kochankiem podmiotu. Szwed pomyślał sobie, że Cry jest naprawdę subtelny śpiewając tą piosenkę do niego, ale nie skomentował tego, tylko bezwstydnie obserwował jak jego ukochany zatraca się w tańcu, dotykając swojego ciała i robiąc sugestywne gesty. Dopiero jednak gdy Cry spojrzał się na niego spod uchylonych powiek, oblizując usta, Pewdie zdecydował, że ma dość bycia biernym obserwatorem. Podniósł się z kanapy, ku zdziwieniu Cry’a, który zatrzymał się i patrzył się pytająco na blondyna, który podszedł do niego bardzo blisko i nachylił się do jego ucha.
- Tak, chcę być twoim kochankiem – wychrypiał, głosem niskim i pełnym pożądania. Cry zadrżał, przysuwając się i chwytając się mocno T-shirtu mężczyzny, gdy ten zaczął całować go po skrawku odsłoniętej szyi.
- Okay – wymamrotał cicho, podekscytowany. Nie opierał się, gdy Pewds zamienił się z nim rolami, tym razem jego popychając w kierunku kanapy. Wylądował na niej miękko, od razu sięgając dłońmi przodu koszulki swojego chłopaka i mocno ciągnąc go w dół, by ich usta mogły się spotkać. Pierwsze pocałunki były takie, jak zwykle: pełne emocji i gwałtowne, ale nieco mniej zgrabne przez upojenie alkoholem. Pewdie stwierdził jednak w pewnym momencie, że to mu nie wystarcza, że chce więcej. Rozchylił więc usta, a Cry zrobił to samo, jak w lustrzanym odbiciu. Ich wargi połączyły się w mokrym, pełnym niepewności pocałunku. Pewds powoli wsunął język do ust kochanka, badając teren, odnajdując się w nowej sytuacji. Cry nie miał jednak tyle rezerwy; bez wahania zaprosił go do środka, splątując ich języki, zatracając się w nim kompletnie. To było tylko kwestią czasu, nim ich niecierpliwe dłonie, nie znajdując nigdzie odpoczynku na dłużej, zaczęły eksplorować to, co znajdowało się pod koszulką drugiego. Po chwili nawet koszulki stały się uciążliwą przeszkodą; chociaż ciężko było im się od siebie oderwać, w końcu oba kawałki materiału leżały porozrzucane na ziemi, zostawiając właścicieli półnagich. Pewdie wrócił do całowania, starając się nie westchnąć zbyt głośno, gdy poczuł dotyk na swojej piersi. Cry drażnił go paznokciami, drapiąc lekko jego ramiona i boki, zatrzymując się na biodrach i wbijając się w nie trochę mocniej, by utrzymać go w jednym miejscu. Pewdie odsunął się nieco do tyłu, siadając nieco bardziej na kolanach i powędrował dłońmi w dół, przesuwając po udach Cry’a i zostając trochę dłużej przy jego kroczu, próbując po omacku i drżącymi rękami rozpiąć mu spodnie. Cry odsunął się gwałtownie, trzeźwiejąc w kilka sekund. Pewds zabrał ręce, wystraszony jego reakcją. Czy nie tego chciał?
- Nie możemy tak, Pewds – mruknął Amerykanin, patrząc mu w oczy. Nie wyglądał na złego, raczej na bardzo zmęczonego. – Sam mówiłeś, że mamy jeszcze mnóstwo czasu. Co się stało?
Pewdie zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią. Szczerze, sam nie był pewien, co się stało. Tłumaczył sobie, że zatracił się w przyjemności, w chwili szczęścia, w alkoholowym upojeniu. Czymkolwiek. Czymkolwiek, co zamaskowałoby prawdziwy powód.
Wstał, chcąc uniknąć konwersacji i po prostu odejść. Był naiwny, sądząc, że to się uda, ale i tak spróbował, nawet jeśli tylko po to, by Cry od razu złapał go za nadgarstek, zmuszając do zatrzymania się. Pewds westchnął ciężko, przecierając twarz. Musi to powiedzieć.
- Dzisiejszy dzień był naprawdę super – zaczął, układając sobie w głowie to, co chciał powiedzieć. – Naprawdę, nie pamiętam, kiedy ostatnim razem czułem się tak dobrze i bezpiecznie i to wszystko twoja zasługa. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczny za to, że… jesteś.
- Więc to miała być dla ciebie forma podziękowania? – Cry uniósł brwi i wręcz powiało od niego chłodem, gdy to powiedział. – Jeśli tak, to nie chcę. Nie chcę, żebyś zmuszał się do czegoś tak poważnego tylko dlatego, że byłem dla ciebie dobry, bo to ma być twoja decyzja, Pewds. Nie wierzę, że muszę ci to mówić, ale seks z kimś nie powinien być z poczucia obowiązku, tylko z miłości i jeśli to nie wygląda w ten sposób z twojej strony, to ja-
- Cholernie się boję, że cię stracę – rzucił Pewdie, nie przejmując się, że przerwał monolog drugiego gracza. Na chwilę zapanowała cisza, gdy Cry patrzył się na niego z otwartymi ustami, zastygłymi w połowie niedokończonego zdania. – Dzisiaj było naprawdę świetnie i na dość długi czas udało mi się zapomnieć o tym wszystkim co wydarzyło się wczoraj i przez ostatnie kilka dni. Niepotrzebnie mówiłem, że mamy czas, bo przecież tego nie wiem. Nie wiem, czy przeżyję jutro. Albo ty. A teraz było fajnie i naprawdę czułem, że to jest to, że to ciebie pragnę tu i teraz, póki cię mogę mieć. Tyle.
Cry siedział w milczeniu jeszcze przez chwilę. Atmosfera była napięta, a słowa wypowiedziane przez Pewdsa wisiały w powietrzu. Pewdie czuł się coraz bardziej podenerwowany ciszą między nimi i miał ochotę krzyczeć. Krzyczeć na siebie i na Cry’a i po prostu, krzyczeć na cały wszechświat, że nie może nic zrobić z nękającym go strachem. Zamiast tego schował twarz w dłoniach, próbując się opanować. Nie zauważył więc, jak Cry podnosi się powoli z kanapy i w nieustającym milczeniu zwyczajnie podchodzi do niego i mocno go obejmuje. Pewds nie reagował przez chwilę, czując się nagle zmęczony i bezsilny, ale w końcu otoczył przyjaciela ramionami, wtulając się w niego i szukając utraconego już dawno bezpieczeństwa. Wziął kilka głębokich oddechów.
- Nie będę znowu płakać – wymamrotał słabo. Poczuł, jak Cry wzmacnia uścisk.
- Nie będę cię oceniać, jeśli będziesz płakać – odparł brunet. – Wracając jednak do tematu, możemy nie mieć czasu. Możemy zginąć jutro obaj, prawda. Nie chcę jednak, żeby seks był dla nas tylko sposobem, żeby zapomnieć o ciężkiej rzeczywistości i poczuć coś przyjemniejszego, okay? Chcę, żeby to miało znaczenie dla nas obu i nie było z przymusu czy desperacji, ale na spokojnie i z pełną świadomością, że tego chcemy i że obaj się na to zgadzamy.
- Przepraszam – Pewds oparł się o niego ciężko i poczuł, jak przegrywa sam ze sobą, gdy łzy popłynęły po jego policzkach. – Przepraszam.
- Za co? Nie jestem na ciebie zły.
- Za to, że nie jestem w stanie temu wszystkiemu zapobiec.
- Nie bądź głupi – skarcił go Cry, całując szybko w szyję. – Nie jesteś super bohaterem. Nie możesz brać na siebie odpowiedzialności, za to co się dzieje dokoła nas. Odpowiadasz tylko za swoje czyny, rozumiemy się?
Pewdie skinął szybko głową, nawet gdy obaj wiedzieli, że nie przyjmuje przynajmniej połowy z tych słów do świadomości. Sam fakt, że Cry mówił tak do niego sprawiał, że czuł się lepiej, więc chociaż tyle z tego wynosił. Podziękował mu szeptem, stojąc tak jeszcze przez chwilę, uspokajając się i korzystając z chwilowego bezpieczeństwa. Gdy w końcu się odsunął, Cry patrzył się na niego z takim uczuciem, że Pewds niemalże nie rozpłakał się ponownie. Szturchnął go lekko w ramię, odwracając wzrok, po czym uśmiechnął się słabo.
- Idź się umyć, śmierdzisz whisky – mruknął, całując go krótko. Cry spojrzał na niego niepewnie, gdy się od siebie odsunęli.
- Mogę cię tu zostawić? Jeśli potrzebujesz posiedzieć ze mną dłużej, to nie ma problemu…
- Leć, pójdę zaraz po tobie. Jesteśmy padnięci i trochę wstawieni, potrzebujemy spać jeśli mamy być jutro w formie – wysilił się na beztroski, lekki ton i uśmiech, by uspokoić trochę ukochanego. Chyba mu uwierzył, bo po jeszcze jednym całusie w policzek w końcu ruszył w stronę łazienki.
- Jak będziesz czegoś potrzebował, to krzycz.
- Oczywiście. Idź już. Nie będę z tobą spał, jeśli będziesz mi chuchał alkoholem prosto w twarz.
- Niczego nie poczujesz, twój oddech też cuchnie.
Po chwili do jego uszu dobiegł trzask zamykanych drzwi, a zaledwie parę minut później usłyszał lecącą z prysznica wodę. Pewds ruszył w kierunku radia, wyłączając je akurat, gdy miał zaczynać się następny utwór. Cisza, która zapanowała w mieszkaniu dosyć go przerażała. Zgasił światło w kuchni i salonie. Skupił się na jasnej poświacie dobiegającej go z sypialni i poszedł w jej kierunku, walcząc z instynktem by obrócić się i spojrzeć w tył. Dopiero gdy dotarł do pokoju i zamknął za sobą drzwi odetchnął z ulgą. Miał wrażenie, że on i strach stopniowo stają się przyjaciółmi. Był już tak przyzwyczajony do realnego i wyimaginowanego zagrożenia, z którym zawsze zjawiał się strach, że nie próbował go tłumaczyć. Nie zmieniało to faktu, że był ciągłym strachem zmęczony. Bał się ciemności, bał się światła świec w mroku, bał się utracić Cry’a, bał się zostawać sam ze swoimi myślami. Sypialnia, która miała być dla niego schronieniem przed tym, co kryło się w mroku pozostałych pomieszczeń teraz sprawiała, że czuł się osaczony. Zawędrował więc pod drzwi łazienki i usiadł w małym korytarzyku, który na szczęście był jeszcze oświetlony. Szum wody, który słyszał bardzo go uspokajał i po chwili Pewds czuł się znacznie mniej przerażony. Po chwili woda przestała lecieć, zastąpiona odgłosami wychodzenia z kabiny prysznicowej. Minęło jeszcze kilka chwil i Cry w końcu wyszedł z łazienki, niemalże nie dostając zawału na widok Pewdiego skulonego tuż przy drzwiach.
- Przestraszyłeś mnie. Wszystko w porządku? Czegoś potrzebujesz? – Cry przykucnął przy nim, szukając jego linii wzroku. Pewds spojrzał na niego pusto.
- Posiedzisz tutaj, jak będę brał prysznic? – zapytał prosto. – Żebym tylko wiedział, że tu jesteś. Nie musisz nawet nic mówić.
- Jasne, jeśli tego ci potrzeba – Cry pomógł mu wstać, po czym zajął jego miejsce na podłodze. Pewds skinął głową, raz, po czym wszedł do zaparowanego pomieszczenia.
Rozebrał się szybko, prysznic też trwał może z pięć minut. W pośpiechu wyszorował zęby i przebrał się w piżamę. Nie cierpiał każdej chwili, którą zmuszony był spędzić patrząc się w swoje odbicie. Zostało mu tak, odkąd twarz ta stała się dla niego przypomnieniem, że prawie zabił osobę, którą kocha.  Nie umiał patrzeć na siebie bez nienawiści.
- Masz tempo – powitał go brunet, gdy tylko otworzył drzwi i przekroczył próg łazienki, wychodząc z powrotem na korytarz.
- Bardzo chcę iść spać – odparł tylko, wzruszając ramionami. Cry skinął głową, nie zadając żadnych pytań i po prostu wyprowadził go z korytarza do sypialni, gasząc za sobą światło. Pewdie automatycznie podszedł do swojej części łóżka, zakopując się pod kołdrą i w napięciu oczekując przyjścia drugiego mężczyzny. Odprężył się dopiero wtedy, gdy w ciemnościach poczuł drugie ciało tuż obok jego, ciepłe i pachnące bardzo znajomo. Pewds momentalnie znalazł się w ramionach ukochanego, całując go jeszcze kilkukrotnie, gdzie tylko mu się udało. Cry zaśmiał się cicho, gdy dostał niezdarnego buziaka w oko, odnajdując w mroku usta swojego chłopaka i składając na nich jeden, krótki i tylko trochę pachnący alkoholem pocałunek.
- Śpij dobrze, Pewds – wyszeptał, gładząc go po policzku. Pewdie westchnął, rozkoszując się dotykiem. – Kocham cię.
- Ja ciebie też – odpowiedział zdecydowanie, przymykając oczy. Chociaż Cry’owi zajęło parę minut, by pogrążyć się w śnie, Pewds leżał jeszcze przez chwilę, patrząc się przed siebie. Jego myśli wędrowały do tego, co wydarzyło się tego dnia i cały czas powracały do słów Alice z dnia wcześniejszego. Powiedziała, że nie ma dla Cry’a ratunku, ale się myliła. Pewdie będzie jego ratunkiem. Będzie starał się go ocalić, nawet gdyby miała to być ostatnia rzecz, którą zrobi. Spojrzał na śpiącego mężczyznę, leżącego tuż obok niego. Przez chwilę chłonął widok jego spokojnej twarzy pogrążonej w śnie, po czym wyszeptał jeszcze kilka słów, które rozpłynęły się wkrótce w milczącej otchłani nocy:
- Ja też cię kocham, Cry.

---------------------------------------------------------------------------------------------

Witam! Wiem, że rozdział miał być wcześniej, ale wyjechałam do Włoch i się nie wyrobiłam, więc wstawiam teraz. Nie ma sensu się tłumaczyć, bo nawaliłam, więc tylko was przeproszę za zwłokę i będę miała nadzieję, że przeprosiny wystarczą xD

Mam nadzieję, że ten safe point wam się spodobał. Moja beta uważa, że to do tej pory najlepszy, ale nie mnie to oceniać. Dużo uroczych rzeczy i miłości jest, także chyba dobrze xD

Wyjeżdżam na obóz w poniedziałek, ale jeśli dobrze pójdzie to wrócę ze świeżutkim rozdziałem, więc to nie tak, że nie będę nic pisać na moim wyjeździe. Mam nadzieję, że to co dla was przygotowałam w tym rozdziale wam się spodoba!

Przypisy!
1. To bardziej ciekawostka niż przypis, ale story time: nie miałam pomysłu, co mógłby czytać Cry, więc dałam mu do czytania Marsjanina, bo książka ta pojawiła się w fanfiku, w którego trakcie czytania wtedy byłam. Potem postanowiłam, że Pewds będzie czytał "Autostopem przez Galaktykę", bo uwielbiam tą książkę i jest bardzo zabawna. (A potem dokończyłam czytanie wyżej wspomnianego fanfika i inny bohater czytał tam właśnie "Autostopem..." i poczułam się obserwowana xD). Koniec historyjki, na nic wam ona, ale macie xD
2. Cry kiedyś śpiewał pod prysznicem "Feel good Inc.". Nie brzmiało w ogóle jak oryginał, ale ładnie śpiewał górne dźwięki. Nagrania na yt pod hasłem "Cry sings in shower"
3. "Take my breath away" Pewds puścił na początku drugiego odcinka Portal 2 z Cry'em i ogółem to był bardzo ważny filmik dla fandomu PewDieCry'a (i z jakiegoś powodu Pewds go potem usunął...). Poza tym macie tam oczywiste nawiązania do Top Gun xD
4. "My heart will go on" jest tu z dwóch powodów: nawiązania do wykonów karaoke obu panów (polecam Cry'a szczególnie, posłuchajcie tego: https://www.youtube.com/watch?v=yY7LbAP7Doc). Poza tym, Titanic.
5. Sytuacja z "Take on me" na pewno jest znana starym fanom i nowym fanom Pewdsa, którzy go na bieżąco oglądają. Pewds się ostatnio z tego bardzo naśmiewa xD
6. "September" to klasyczny utwór fandomu PewDieCry'a, który fani pokochali po słynnej konwersacji z wyżej wspomnianego odcinka Portal 2:
P: Do you remember?
C: What?
P: September.
*Cry wskakuje swoją postacią do basenu i się zabija*
P: He did.
No i fani zaczęli się zastanawiać, o co mogło chodzić z tym całym wrześniem i co się wtedy wydarzyło, a piosenkę jakoś tak adoptowali jako piosenkę shipu xD
7. "Be my lover" to utwór, który znowu Cry kiedyś śpiewał na prima aprilisowe video i potem twórczyni bardzo fajnej gierki z PewDieCry'a użyła go w fabule tej otóż gry. Poza tym, to ma tekst tak bardzo wpasowujący się w fabułę tego ff, że się nie mogłam powstrzymać xD
Link do gry: https://scivious.deviantart.com/art/whatamidoingwithmylife2-329925604
Śpiew Cry'a: https://www.youtube.com/watch?v=QH-p-8YaRME

No i to chyba tyle, ale jakbym o czymś zapomniała, to mi powiedzcie! W następnej części lecimy z gierką, która jest bardzo bliska memu sercu, więc się cieszę. Poza tym, wprowadzę tam dwójkę graczy, których też bardzo lubię i aż się nie mogę doczekać xD
Pozwalam robić zakłady xD

Do następnego!
Brofist!
~Maru <3


środa, 5 lipca 2017

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział ósmy, część trzecia.

***

Cry oczywiście nawet nie zauważył, że jakaś substancja została mu wprowadzona do krwiobiegu. Skrzywił się nieznacznie, gdy Pewds usuwał igłę z jego żyły i przykładał nasączony odkażaczem wacik do małej ranki po ukłuciu. Zgiął ramię, dociskając watę i zamrugał kilkukrotnie. Nie spodziewał się nagłej poprawy w samopoczuciu, ale był mimo wszystko zawiedziony, że nie odczuł jakieś zmiany. Czegokolwiek, co świadczyłoby o poprawie jego stanu czy możliwym uleczeniu.
- Dobrze się czujesz? – spytał Pewdie z lekkim uśmiechem, zaburzonym trochę przez przepełnione niepokojem spojrzenie.
- Bez zmian, nie czuję zmian – odparł zgodnie z prawdą.
- Nie czujesz, żeby było gorzej?
- Nie.
- To chociaż o tyle dobrze – Pewds uśmiechnął się nieco pewniej, dając znak Cry’owi, że ma siedzieć i się nie ruszać. – Na razie wymienię ci opatrunek i dam coś przeciwbólowego, okay? Może serum potrzebuje czasu, by mogło zadziałać.
- Nie jestem pewien, może – odparł Cry. Spojrzał niepewnie w stronę drzwi do gabinetu zastawionych szafą; zombie wciąż się dobijały z głuchym rykiem. – Powinniśmy się stąd szybko zbierać.
- Najpierw rana, potem ucieczka. Spróbujemy wyjść przez drugie drzwi – Pewdie sprawiał wrażenie, jakby się tym nie przejmował, ale ręce minimalnie mu się trzęsły, gdy wyciągał z jednej z szafek kawałek bandażu i jakiś odkażacz. – Nie mam tylko pomysłu, co potem.
- Możemy wyjść tyłem i zobaczyć, czy ktoś się kręci po tamtej stronie. Przodem nie wyjdziemy, horda pewnie jeszcze nie odeszła. Potem… Trzeba się dowiedzieć, czy to co właśnie mi podałeś to antidotum, czy tylko szczepionka na ospę.
- To będzie najtrudniejsze – Pewds odwinął poprzedni opatrunek i obejrzał ranę. Na chwilę obecną ślad wciąż był widoczny, ale posiniał, a obszar wokół niego był napuchnięty. Przemył go znalezionym lekiem i nałożył świeży opatrunek, mocno go zawiązując. Cry syknął z bólu, ale podziękował za pomoc. – Mam nadzieję, że mimo wszystko to było to i będziemy mogli szybko ulotnić się do następnego safe pointu.
- Też mam taką nadzieję – Cry wzruszył ramionami, bez siły. Tak naprawdę wciąż nadziei nie miał; wolał jednak powiedzieć to, niż znowu przechodzić przez kłótnię z ukochanym. Uśmiechnął się więc niewyraźnie, przyjmując podaną mu niewielką dawkę morfiny i starał się sprawiać wrażenie, że wszystko jest z nim w porządku.
Po kilku minutach łupanie do drzwi stało się jeszcze głośniejsze i bardziej agresywne. Szafa, która barykadowała wejście zaczęła lekko drżeć, a ryk dobiegający z korytarza przybrał na sile. Pewdie szybko upewnił się, że Cry jest na siłach, by się stamtąd zabrać w miarę szybko, po czym obaj podeszli do drugich drzwi, na końcu pokoju, by zobaczyć, czy zombie zbierają się też tam, czy tylko przy tych, przez które weszli. Ku ich wielkiej uldze, horda nie odkryła, że do pomieszczenia z ich potencjalnym posiłkiem prowadzi dwoje drzwi i te, których akurat nie okupują, są otwarte i nie zastawione żadnymi ciężkimi obiektami. Ten problem był więc załatwiony. Pozostawał jednak problem tego, że musieli wyjść na korytarz tak czy siak, pokazując się na oczy dość pokaźnej grupie wygłodniałych zombi.
- Czy dasz radę biec? – Pewds zwrócił się do Cry’a natychmiast po zakończeniu swojego rekonesansu. Cry zrobił półprzysiad i podskoczył dwa razy, za każdym razem krzywiąc się z bólu. Zerknął na kostkę, kręcąc stopą kółeczka.
- Boli jak cholera, ale dam radę. Nie za bardzo mam wyjście.
- Plan jest taki: biegniemy. Jak najszybciej. Do końca korytarza. Potem zobaczymy – blondyn nabrał powietrza i wypuścił je głośno, przygotowując się do biegu. Jego ręka spoczywała niepewnie na klamce. – Powodzenia. Nie daj się zaatakować.
Cry tylko skinął głową w odpowiedzi, stając przy nim i także czekając w napięciu na dalsze wydarzenia. W końcu Pewdie dał mu znak dłonią i zdecydowanie pociągnął za klamkę, otwierając drzwi na oścież. To, co wydarzyło się następnie, wydawało się trwać zaledwie parę sekund: gracze wystrzelili na korytarz w pełnym biegu, wymijając zdezorientowane nagłym zdarzeniem zombi i popędzili w stronę klatki schodowej na samym końcu. Słyszeli za sobą narastające pomruki i ryki, ale nie zatrzymali się, by sprawdzić, jak blisko nich jest horda; dopadli schodów i rzucili się w dół, niemalże łamiąc sobie nogi przeskakiwaniem po dwa stopnie. Na dole nic się nie zmieniło: dalej było pusto i spokojnie. Mężczyźni zwolnili więc nieznacznie, kierując się z powrotem do głównego budynku szpitala – na razie nie groziło im otoczenie przez zombi, ale nie chcieli ryzykować tego, że horda ich dogoni. Zatrzymali się dopiero gdy znaleźli się w holu, łapiąc oddech gwałtownie.
- Nie wierzę, że to się udało – wydyszał Cry, opierając się o ścianę. Nieustannie wychylał się i sprawdzał, czy trupy nie podążyły za nimi korytarzem. Chociaż nic na to nie wskazywało, czuł się bezpieczniej upewniając się. – Teraz tylko… wyjść i dowiedzieć się, czy przeżyję.
- Brzmi jak coś, co załatwimy bez problemu – stwierdził Pewds z ironią. – Jak tam twoja noga?
- Dalej boli, dam ci znać jak ulegnie poprawie. Dam radę iść, nie zwlekajmy.
Pewdie spojrzał na niego niepewnie, chyba nie do końca wierząc jego słowom. Nie skomentował tego jednak, tylko skinął głową i, upewniając się wcześniej, że nic za nimi nie idzie, ruszył przed siebie korytarzem prowadzącym na tyły głównego budynku szpitala. Od czasu do czasu oglądał się za siebie, kiedy kroki za nim milknęły nagle, bo Cry musiał się zatrzymać, by na chwilę odpocząć. Za każdym razem mówił, że wszystko z nim w porządku, ale w końcu Pewds nie wytrzymał i zwolnił znacznie, by Cry mógł do niego dołączyć i oprzeć się o jego plecy, gdy blondyn wziął go pod ramię i pomógł mu w dalszej drodze.
- To chyba nie było to serum – prychnął Amerykanin, chociaż wcale go to nie bawiło. – Mam wrażenie, że kostka boli mnie jeszcze bardziej.
- Przynajmniej nie mdlejesz, więc chyba nie jest tak źle – odparł Pewds. Jeszcze miał nadzieję, a o porzuceniu jej byłaby mowa jedynie wtedy, gdyby Cry nagle zaczął rzucać się na ludzi w potrzebie jedzenia mózgów. Na chwilę obecną, wszystko się zgadzało. – Znajdziemy dowód na to, że to było serum, a jak nie, to znajdziemy serum. Kostka może boleć bardziej, bo się goi albo coś. Nie poddawaj się jeszcze.
- Nie poddaję się, zabraniasz mi – Cry uśmiechnął się słabo i położył ciężko głowę na ramieniu swojego chłopaka. – Tylko sobie narzekam.
- Tyle ci wolno.
Zatrzymali się przy dużych, dwuskrzydłowych drzwiach. Wisząca u góry plakietka z napisem „EXIT” upewniła ich, że dotarli do tylnego wyjścia. Problem był jednak jeden i to dosyć duży: niemalże całe drzwi zabite były deskami i zastawione dwoma komodami. Meble same w sobie nie były wcale trudne do usunięcia, ale niestety wyrwanie blokady z desek było zadaniem nieco bardziej skomplikowanym. Pewds zaklął po szwedzku i zaczął krążyć nerwowo, zastanawiając się, jak inaczej mogliby wyjść. Przez chwilę przyszło mu na myśl, że mogą spróbować oknem, ale po szybkim rozejrzeniu się po najbliższym otoczeniu, okazało się, że one także są porządnie zabite i nie ma opcji przejścia.
- Co teraz? Ta droga jest zablokowana, zostaje nam tylko głównym. Zawsze możemy przejść budynek dookoła i tak dostać się na tyły – zaproponował Cry. – Trochę nadłożymy drogi, ale to chyba jedyne wyjście z tej sytuacji.
- Zobaczmy jeszcze, czy nie ma jakichś drzwi we wschodnim skrzydle, co ty na to? Jeśli nie, to chyba rzeczywiście będziemy musieli iść na około – Pewdie westchnął, przecierając twarz. Był trochę podenerwowany i zmęczony całą tą sytuacją.
- Jasne, czemu by nie. Chodźmy.
Ruszyli z powrotem do głównego holu, a potem w lewo, na skrzydło wschodnie. W tej części budynku było dość spokojnie, przynajmniej na parterze, więc gracze bez problemu dotarli do głównego bloku. Cry został w holu, by rozejrzeć się po recepcji w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby się im potem przydać, a Szwed ruszył sprawdzić, czy nie ma tam jakichś drzwi prowadzących na tyły. Gdy wrócił, brunet podniósł na niego wzrok znad trzymanych w dłoni kartek i uśmiechnął się promiennie. Pewds aż nie mógł się powstrzymać od cichego śmiechu.
- Dobrze cię widzieć takiego radosnego. Co się stało?
- Znalazłem raporty z pracy nad serum – odparł, machając plikiem dokumentów. Pewdie wziął je od niego, przeglądając pobieżnie ich treść. – Nie dowiedziałem się wiele więcej niż z dziennika Drevisa, ale znalazłem parę ważnych szczegółów. Na przykład, podanie antidotum zdrowemu człowiekowi nie zmienia jego stanu zdrowia oraz że martwe szczury wyczuwają zdrowe ofiary, ale nie wyczuwają szczurów już zarażonych.
- To by tłumaczyło brak reakcji zombi na ciebie, gdy szliśmy do gabinetu – stwierdził Pewds. Nie podobała mu się świadomość, że zombi uznały Cry’a za jednego ze swoich. – Coś jeszcze ciekawego?
- Da się ich zmylić zapachem, wystarczy się nasmarować ich wnętrznościami – Cry skrzywił się na samą wzmiankę, wiedząc, jak pachną przegnite ciała. – Jeśli dobrze pamiętam, w The Walking Dead było tak samo.
- Obrzydliwe. Obrzydliwe, ale jest jakimś sposobem na poruszanie się po mieście – Pewdie wzruszył ramionami. – Nie ma wyjścia tylnego, musimy obejść budynek. Skoro to, co ci podaliśmy jest serum, to chyba będziemy mogli stąd spadać?
Cry także wzruszył ramionami, przeglądając dokumenty ostatni raz. Nie znalazł tam jednak niczego pomocnego, więc odłożył je z powrotem na blat recepcji.
- Nie wiemy wciąż, czy nie ma gdzieś dopracowanej wersji serum. Zgaduję jednak, że możemy założyć, że to było to i próbować wyjechać z miasta do safe pointu. Jeśli nie wypełniliśmy zadania, to Alice nas pewnie zatrzyma.
- Mam nadzieję, że masz rację. Spadajmy stąd.
Wrócili do głównego budynku szpitala. Cry nie potrzebował już podpierać się przy chodzeniu, ku wielkiej uldze Pewdsa i nie narzekał na ból w nodze. Wydawało się także, że jego twarz odzyskała kolor. Gdy Szwed spytał się go o to, obejrzał się tylko na swoją łydkę i z lekkim uśmiechem oznajmił, że czuje się nieco lepiej. Pewdie chwycił go za dłoń, ściskając delikatnie i uśmiechając się jak głupi. Nie było się jeszcze z czego cieszyć, ale mimo wszystko Pewds czuł ulgę, widząc, że Cry’owi jest już trochę lepiej.
Wychodząc głównym wejściem, spodziewali się ujrzeć hordę dobijającą się do głównej bramy lub, co gorsza, chodzącą już po głównym placu po sforsowaniu żelaznych krat. W zasięgu ich wzroku nie było jednak ani jednego zombi, a otoczenie było stosunkowo ciche. Gracze spojrzeli na siebie niepewnie, mając nadzieję, że ten drugi wie co się dzieje i co powinni teraz zrobić. W końcu, po chwili stania i rozglądania się po otoczeniu, postanowili nie zmieniać planów i ruszyć na tyły szpitala. Z naładowaną bronią zakradli się od strony zachodniej, trzymając się blisko ścian. Ku ich przerażeniu, im bardziej zbliżali się do swojego celu, tym więcej pomruków zombi słyszeli. Gdy w końcu doszli do muru z bramą, oddzielającego teren spacerowy od parkingu, zobaczyli powód, dla którego zabarykadowano drzwi w budynku. Jak się okazało, nie było to po to, by zatrzymać zombi będące w środku, tylko by nie wpuścić tych, które szwendały się po parkingu. Nie było ich znowu aż tak wiele, może z trzydzieści w sumie, ale były zamknięte między murami ogradzającymi szpital i sporo z nich było pewnie pacjentami lub kimś z ich rodzin. Przejście między nimi nie powinno być bardzo trudne, ale mimo wszystko było dużym ryzykiem; im dalej byli od żywych trupów, tym większe mieli szanse, że nie staną się jednymi z nich. Wybór mieli jednak ograniczony: albo szli tędy, albo zawracali i próbowali iść po własnych śladach do głównej drogi, by potem jechać wzdłuż niej przez las i gdziekolwiek ich to poprowadzi. Główne skrzyżowanie przed szpitalem wydawało się być teraz w miarę puste, ale nie wiadomo było, czy nie powtórzy się sytuacja sprzed niecałej godziny, gdzie w przeciągu kilku minut zostali osaczeni ze wszystkich stron. Trzeba było podjąć jakąś decyzję.
- Na tyłach jest ich stosunkowo niewiele i to zamknięta przestrzeń, nie mają skąd przyjść i jak nas zaatakować. Jeśli jednak utkniemy między nimi, to nie ma mowy o ucieczce – Pewds przykucnął za murem i przyciszonym głosem wyjaśnił sytuację. – Od bramy mogą do nas dojść i zaatakować zewsząd, jak ostatnio. Co robimy?
- Jeśli doktor Drevis miał rację… - zaczął Cry, ale Pewdie przerwał mu głuchym warknięciem i przetarł sobie twarz dłońmi.
- Nie mamy innego wyjścia? Nie chcę się smarować flakami martwego człowieka. Stary, to bezczeszczenie zwłok, brak szacunku dla zmarłego i jakby tego było mało, jest obrzydliwe.
- Możemy iść normalnie, w pełni wyprostowani i z uśmiechem na twarzach. Wezmą nas za turystów i albo nas zostawią w spokoju albo spróbują nam wcisnąć pamiątki – odparł Cry ironicznie. – Słuchaj, ostatnio wchodzenie w tłum zombi skończyło się fatalnie, a ja miałem wyjątkowe szczęście w nieszczęściu, bo one założyły z góry, że niewiele mi życia zostało. Jeśli serum właśnie zaczęło działać, to nie wiem, czy wciąż jestem bezpieczny, a nawet jeśli, to nie zaryzykuję możliwości, że będę oglądał hordę zombiaków, które sobie na tobie ucztują.
Pewds westchnął głęboko, ale skinął głową w zgodzie.
- Obyśmy tylko szybko znaleźli safe point, bo coś czuję, że będziemy obaj potrzebowali długiego prysznica.
Brama, przy której się czaili, otworzyła się zaskakująco łatwo, zwracając uwagę jednego z zombi przeciągłym jękiem zardzewiałych zawiasów. Gracze pozostali przyczajeni, gdy trup powlókł się w stronę dźwięku i zaatakowali go dopiero wtedy, gdy wyszedł za mur. Nie zdążył nawet na nich warknąć; gracze nie byli nawet pewni, czy w ogóle zorientował się, że ktoś tu był. Jednym uderzeniem kija Pewds rozwalił mu głowę, uśmiercając na dobre. Zaciągnęli jego ciało nieco bliżej muru, tak, by nie było ich widać przez bramę. Niemal natychmiast przystąpili do maskowania swojego zapachu, z obrzydzeniem i chorą fascynacją odkrywając, że truchło jest przegnite do tego stopnia, że można po prostu włożyć w nie rękę i przejść na wskroś. Cry ukradł mu koszulę, którą miał zarzuconą luźno na plecy i włożył ją na siebie, nim przystąpił do pokrywania swojego ciała krwawo-zieloną-szarą mazią tego, co kiedyś było organami, tłuszczem i mięśniami. Pewds zabrał mu czapkę, którą z trudem wcisnął na głowę, starając się nie myśleć o tym, że dotykała ona resztek czaszki i przegnitej skóry. Najgorszą częścią ich „charakteryzacji” było jednak pokrywanie twarzy. Pewds naprawdę miał wrażenie, że za chwilę zwymiotuje, Cry w pewnym momencie rzucił się w krzaki, wypróżniając zawartość żołądka już drugi raz tego dnia. Po chwili przyzwyczaili się już w miarę do okropnego smrodu zgniłego ciała, ale myśl o tym, co właśnie zrobili nadal była dla nich przerażająca.
- To było podłe – mruknął Cry, patrząc się na to, co zostało jeszcze z zombiaka. W końcu chwycił go za ręce i zaciągnął bliżej rosnących koło muru krzaków, układając na tyle na ile potrafił, po czym ułamał dwie gałązki i ustawił z nich niewielki, dość krzywy krzyż, wbijając go tuż nad miejscem, gdzie niegdyś znajdowała się głowa trupa. Obejrzał przygotowany prowizoryczny pochówek, po czym westchnął głośno. – Przynajmniej tyle możemy dla niego zrobić.
- Prawdopodobnie uratował nam właśnie życie – stwierdził Pewds, chwytając Cry’a za ramię. Też nie czuł się najlepiej z faktem, że potraktował czyjeś ciało z takim brakiem szacunku. Nawet jeśli był to tylko pionek w grze Alice, utworzony przez nią, to nie zmieniało to faktu, że przypominał on częściowo człowieka, co nieprzyjemnie przypominało obu graczom, że równie dobrze to mogły być ich ciała.
W końcu odeszli od trupa, wracając do swojej misji. Wyglądali potwornie, ale chyba właśnie o to chodziło: twarze, ręce i ubrania mieli całe w śmierdzącej zgnilizną brei, która skutecznie maskowała ich własny zapach. Wziąwszy uprzednio parę głębokich oddechów, mężczyźni w końcu ruszyli przez otwartą bramę, wchodząc jak najlepiej potrafili w rolę zombi. Wlokąc więc nogami po ziemi, powoli przesuwali się do przodu wydając gardłowe dźwięki i pomruki w cichej nadziei, że to zadziała. Na szczęście, działało. Szalone bicie ich serc nie było wystarczająco głośne, by zwrócić uwagę żywych trupów i zdradzić ich jako przebierańców. Przeszli spokojnie pół parkingu, starając się nie patrzeć na martwych ludzi w kitlach, piżamach, garniturach czy zwykłych ubraniach codziennych. Niektórzy z nich zatrzymywali się od czasu do czasu, patrząc bacznie na przechodzących graczy, jednak po chwili ich ignorowali i po prostu wracali do bezcelowego krążenia po placu i chowania się między samochodami. Gdy byli już prawie przy bramie wyjazdowej, Pewdie zatrzymał się nagle. Cry początkowo tego nie zauważył, idąc jeszcze kilka kroków do przodu, ale w końcu dostrzegł zniknięcie towarzysza i gwałtownie odwrócił się do tyłu. Pewds próbował, wyglądając jak najbardziej przypadkowo jak mógł, podejść do jednego z samochodów, żeby sprawdzić jego sprawność i spróbować nim wyjechać. Cry ostrożnie wycofał się do niego, ochrzaniając go przez ściśnięte zęby:
- Oszalałeś? Znajdziemy samochód gdzieś, gdzie nie będziemy musieli się martwić o zombi na każdym kroku. Wiem, że chcesz się stąd wydostać jak najszybciej, ale jeśli nie będziemy ostrożni, to…
Nie dane było mu dokończyć, bo nagle za jego plecami rozległ się głośny syk. Jeden z trupów najwyraźniej uznał ich zachowanie za podejrzane, bo ruszył w ich kierunku patrząc się na nich ze wściekłością i wyciągając przed siebie ręce o długich pazurach. Cry klepnął Pewdsa w ramię, dając mu znak, że muszą przyspieszyć. Za chwilę zleci się ich więcej. Brama była blisko, ale woleli nie ryzykować osaczenia, więc dopadli do niej biegiem, wymijając ostatnie kilka zombi w biegu i zatrzaskując za sobą bramę. Nie oglądając się za sobą i nie sprawdzając, czy horda jest w stanie tą bramę sforsować, gracze przeszli jeszcze spory kawałek drogi, zanim zwolnili, by zaczerpnąć oddech. Przez chwilę szli normalnie, bo uliczka, w którą zeszli była pusta, ale gdy tylko zauważyli jakiegoś żywego trupa za rogiem, znów wlekli się powoli, udając niekontrolowane ruchy rąk i nóg i powarkując cicho. Pewds myślał przez chwilę o tym, by znaleźć właz kanalizacji i znów poruszać się kanałami, ale niestety, mapa Kena ani nie miała zaznaczonych kanałów dalej niż do szpitala, ani nie pokazywała tej części miasta w ogóle: niedaleko za oznaczeniem szpitala ciągnęła się poszarpana krawędź kartki, miejsce, w którym Ken przedarł mapę na dwie części. Oznaczało to w takim razie, że Ken i Mary musieli jechać w tym samym kierunku co Pewds i Cry. Zastanawiające było tylko to, dlaczego im o tym nie powiedzieli…?
Pewdie wyrwał się ze swoich przemyśleń, gdy zauważył, że Cry powoli zbacza z prostej ścieżki, powoli kierując się w prawo. Nie zadając pytań i nie wyłamując się ze swojej roli podążył za nim, chociaż był trochę zdezorientowany tym, co się działo. Tym bardziej, że kilka kroków później Cry skoczył nagle w najbliższy ślepy zaułek między budynkami, ciągnąc za sobą Pewdsa.
- Gdzie idziemy i co robimy? – rzucił szybko, zaraz, gdy znaleźli się w głębi pustej na szczęście uliczki. – Trzeba nam planu i samochodu, ale boję się o główną drogę, to raczej głupi pomysł, chyba, że wrócimy do kanałów. Co pokazuje mapa?
- Nic nie pokazuje, sprawdzałem ją zanim opuściliśmy szpital – mruknął Pewds, ale mimo wszystko wyciągnął poskładaną kartkę z kieszeni i podał ją przyjacielowi. – Ken przerwał ją dokładnie w tym miejscu, o, tak jak idzie ta główna ulica po prawej.
- Gdybyśmy się dogadali, moglibyśmy iść razem – stwierdził Cry, spoglądając na mapę. – Z drugiej strony czy Ken nie wspominał o tym, że musi iść na główną drogę w poszukiwaniu samochodu, żeby stąd wyjechać? Daliśmy mu nawet wskazówki, na co uważać i jaki jest stan drogi wyjazdowej. Dlaczego nic wtedy nie wspomniał? Przecież wiedział, że nie mówimy o drodze w mieście, bo szliśmy z drugiej strony i nie mieliśmy pojęcia, gdzie iść dalej…
- Musiał mieć w tym jakiś cel. Nie znaliśmy się przecież dobrze, pomogliśmy sobie tylko do pewnego stopnia, a oni musieli dbać o swoje interesy – odparł Pewdie, drapiąc się po karku. – Nie winię ich, ale cholera, to trochę nam idzie na niekorzyść.
- Ta, trzeba sobie poradzić na własną rękę. Co ustalamy?
- Chodźmy jeszcze trochę między blokami, tutaj jesteśmy dość bezpieczni, a potem odbijemy z powrotem na główną. Najtrudniej będzie znaleźć działające auto w takim czasie, żeby nie sprowadzić na siebie hordy zainteresowanej naszym dziwnym zachowaniem. Potem jedziemy jak najdalej. Tak w ogóle, jak się czujesz?
- Bardzo dobrze – Cry uśmiechnął się promiennie, rozkładając ramiona na boki, jakby to miało pokazać jak dobrze się czuje. – Noga prawie nie boli, głowa już zupełnie przestała. Chyba serum działa.
- Świetnie – Pewds westchnął z ulgą i pozwolił sobie skraść jednego całusa z ust Cry’a, odpowiadając na jego uśmiech takim samym, pełnym radości. – Teraz już nic nas nie zatrzyma.
Cry skinął głową, klepiąc Pewdiego po plecach, po czym wyszedł z alejki chwiejnym krokiem, wracając do udawania zombi. Tym razem jednak gracze szli trochę szybciej, niecierpliwi i w poczuciu względnego bezpieczeństwa dzięki pokrytymi mazią ubraniami i skórą. Doszli do miejsca, gdzie ich droga kończyła się, ustępując skrzyżowaniu. Skręcili w prawo i po chwili skrzyżowanie doprowadziło ich do drogi głównej.
Kręciło się tam zdecydowanie więcej zombi, niż w bocznej alejce, którą szli wcześniej. Nie tworzyły zorganizowanej grupy na szczęście, ale było ich na tyle dużo, że były w stanie się szybko złożyć w hordę i ich osaczyć. Musieli więc być wyjątkowo uważni. Szli powoli, żeby wzbudzać jak najmniej podejrzeń i chociaż wydawało się, że są spokojni, tak naprawdę byli zupełnie przerażeni. Znowu odczuli ten sam rodzaj strachu i napięcia, który towarzyszył im podczas wymykania się ze szpitala przez parking. Starali się iść przed siebie i patrzeć się przed siebie, ale za każdym razem gdy słyszeli za sobą jakiś pomruk lub szelest, mieli ochotę natychmiast się obrócić i zobaczyć, kto za nimi stoi. Gdy szli bocznymi uliczkami, całkiem dobrze im szło niezwracanie uwagi na trupy – było ich mało i szli od nich na tyle daleko, że nawet nie miały jak się zorientować, że mijane właśnie postaci wcale nie są martwe i stanowią całkiem niezły posiłek, jeśli zignorować smród zgnilizny. Teraz jednak wróciło nieprzyjemne wrażenie, że każde zombi w zasięgu ich wzroku ma nieco lepszy węch niż te spotkane do tej pory i że nawet jeśli nie czują zapachu ludzkiego mięsa, to za to wyraźnie czują strach. A niestety, im bliżej byli porzuconych wzdłuż krawężnika samochodów, tym bardziej ten poziom strachu u nich wzrastał, bo obaj wiedzieli, że już mało brakuje im do celu i że za chwilę prawdopodobnie będą musieli zmierzyć się z ruszającą na nich hordą zombie.
Rozdzielili się na dwie strony ulicy: Cry przeszedł na prawą stronę, Pewds na lewą. Jak gdyby nigdy nic zbliżali się po kolei do każdego z samochodów, żeby z zewnątrz ocenić ich stan i sprawdzić, czy jest szansa na włamanie się do środka bez uruchamiania alarmów. Przypadkiem ciągnęli za klamki lub pochylali się, by spojrzeć na przednie siedzenia. W niektórych samochodach siedzieli martwi, zagryzieni ludzie lub, na szczęście zabite po raz drugi, zombi. Jak na razie bardzo dobrze szło im niewzbudzanie podejrzeń. Nikt nie zwracał uwagi na ich niezwykłe zachowanie, więc spokojnie, metodycznie, szli od samochodu do samochodu i sprawdzali, czy nie mają do niego dostępu. Cry’owi udało się znaleźć jeden z otwartymi drzwiami, ale okazało się, że zupełnie nie było w nim paliwa. Pokręcił więc Pewdiemu głową, na znak, że jeszcze nic nie udało mu się znaleźć i po prostu przeszedł do kolejnego auta, warcząc i pojękując, chwiejnym, powolnym krokiem kontynuując swoje poszukiwania. Pewds odebrał jego sygnał i także poszedł dalej, coraz bardziej podenerwowany. Jak do tej pory sprawdził już około dwudziestu pojazdów i żaden z nich nie był otwarty. Powtarzał sobie w myślach, że jeśli niczego tutaj nie znajdą, to jeszcze żadna katastrofa, poszukają na kolejnej ulicy i kolejnej ulicy i jeśli trzeba, przekopią całe miasto w poszukiwaniu tego cholernego auta. Mimo tej próby pocieszenia się, nie potrafił jednak patrzeć pozytywnie na całą tą sytuację. Chciał tylko znaleźć coś, czym będzie mógł się stąd wynieść jak najdalej z tego przeklętego miasta. Męczyła go także cała ta sprawa z Kenem i Mary – nie potrafił zrozumieć, dlaczego niby mieliby iść bez nich, zamiast zabrać się wspólnie? W czwórkę zdecydowanie mieliby więcej szans na przeżycie, niż w parze, poza tym, oznaczałoby to także więcej broni. Nie mieli w stosunku nich złych zamiarów ani nie zrobili niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że nie chcą im pomóc. Co więc sprawiło, że zabrali im drugą część mapy i nie powiedzieli, że idą w tym samym kierunku? Jaki mieli interes, w który nie chcieli mieszać Pewdsa i Cry’a i dlaczego? Czy któreś z nich mogło być ugryzione? Czy ich misją było przeszkodzenie im w rozgrywce? Wydawali się być pomocą, ale może Alice nakierowała ich tak, by stali przeciwko nim…
Jego przemyślenia przerwało kliknięcie, które usłyszał po swojej lewej. Zaskoczony spojrzał na samochód, którego drzwi właśnie próbował otworzyć i z uśmiechem na twarzy przywitał fakt, że drzwi te odpuściły i pozwoliły mu wejść do środka. Szybko zajrzał do środka: przednie siedzenia były puste, tylne zawalone jakimiś kocami i przypadkowymi rzeczami użytku codziennego. Mężczyzna otworzył więc drzwi szerzej, by spojrzeć jeszcze na wskaźnik napełnienia baku i sprawdzić, czy udało mu się właśnie znaleźć sprawny, otwarty samochód, którym będą mogli uciec. Nie zdążył jednak wychylić się na tyle, by spojrzeć na kontrolkę, bo nagle coś się koło niego poruszyło. Pewds natychmiast zwrócił się w stronę tylnych siedzeń i z przerażeniem odkrył, że koce, które tam wcześniej zobaczył, przykrywały martwego człowieka, który teraz wstał z ociąganiem, wydając z siebie gardłowe dźwięki. Chociaż poruszał się wolno i nie zarejestrował chyba jeszcze, że w jego otoczeniu znajduje się żywe jedzonko, Pewdie zareagował natychmiast, wychodząc z samochodu gwałtownie, szybko i z krzykiem na ustach. Pokojowo nastawione do niego zombi z pojazdu zrozumiało nareszcie co się dzieje i rzuciło się za nim, rycząc i sycząc, próbując sięgnąć go pazurami. Nie było to jednak jedyne zombi, które zwróciło na niego uwagę – wszystkie trupy chodzące do tej pory spokojnie po ulicy odwróciły się w kierunku dźwięku i ruszyły w stronę Pewdiego, tak samo głodne i wściekłe.
- Cholera jasna! – warknął Cry, porzucając swoją dotychczasową robotę i biegnąc w dół ulicy, od czasu do czasu upewniając się, że nic mu jeszcze nie grozi. Pewds rzucił się za nim, po chwili równając z nim krok. – Trzeba się gdzieś schować i to jak najszybciej.
- Co jest tam na końcu ulicy? – odkrzyknął Pewdie, rozwalając kijem głowę jednego z zombiaków, który próbował zagrodzić mu drogę. Przed nimi widać było jakiś bardzo duży, rozległy budynek z kilkoma banerami na przedniej ścianie. – To chyba centrum handlowe!
- Spróbujmy – odparł Cry. Do budynku zostało może z pięćset metrów i ku ich uldze, droga prowadziła cały czas w dół, ułatwiając im ucieczkę. Potykali się co prawda o własne nogi i parę razy prawie się przewrócili, ale przynajmniej spadek terenu sprawiał, że ich bieg był szybszy niż normalnie. Mieli więc z głowy problem goniących ich trupów, ale niestety nie rozwiązywało to jeszcze sprawy tych, które stały wzdłuż ulicy lub przed nimi. Cry bronił się jak potrafił łomem, czasem strzelając do tych znajdujących się dalej, żeby oczyścić sobie drogę. Pewdiemu już jakiś czas temu skończyły się naboje, więc przerzucił się na swój kij bejsbolowy. Ciężko było trochę walczyć w biegu i wymagało to od niego nieco lepszych refleksów niż zwykle, gdyż zwykle ataki następowały niespodziewanie ze wszystkich stron. Budynek na końcu ulicy, który było teraz widać bardzo wyraźnie, był centrum handlowym, dokładnie tak, jak wydawało się mu wcześniej. Nie było im do niego daleko, widoczna była już nawet brama wjazdowa na parking. Jeśli dobrze pójdzie, za chwilę będą już bezpieczni. Nie mogą sobie teraz odpuścić…
Krzyk Cry’a natychmiast zwrócił jego uwagę. Odwrócił się w jego kierunku, zaniepokojony i z przerażeniem odkrył, że jego najlepszy przyjaciel został zaatakowany przez jednego z żywych trupów. Próbował zrzucić z siebie potwora, ale na próżno – zombi wbiło się w niego pazurami i uparcie próbowało wgryźć się w jego szyję. Okazję wykorzystały też inne trupy, powoli zbliżając się do bezbronnej ofiary, która chociaż jeszcze się szarpała i próbowała sięgnąć łomem któregokolwiek z nich, nie miała szans w sytuacji ataku ze wszystkich stron. Pewds znalazł się przy nim w kilka chwil. Chociaż jeszcze przed chwilą obawiał się, że nie starczy mu sił na ciągłe zabijanie tylu zombi, teraz nagle poczuł taki przypływ adrenaliny – i wściekłości – że jego kij z łatwością rozbił zombiakom głowy, kończąc z widowiskowym trzaskiem na łbie tego, który jako pierwszy odważył się zaatakować Amerykanina. Trochę resztek jego mózgu rozprysnęło się na twarz Cry'a, ale był zbyt przerażony, by na to zareagować, czy chociażby poczuć się obrzydzonym. Podziękował mu krótko, prawie bez tchu i pozwolił się pociągnąć za rękę prosto do centrum handlowego. Idące za nimi zombi trochę nadrobiły odległość, ale to już nie miało znaczenia. Minutę później minęli już szlaban na wjeździe na parking, a następną chwilę potem byli już bezpieczni w budynku Głównego Centrum Handlowego „Savannah”.

***

Na parkingu panowała ciemność, tylko przy wjeździe rozpraszana światłem z zewnątrz. W budynku musiało nie być elektryczności, bo nie świeciły się tam żadne lampy, zmuszając obu graczy do włączenia latarek, by zobaczyć cokolwiek. Gdy tylko Pewds był w stanie dojrzeć w mroku Cry’a, podszedł do niego i nerwowo zaczął sprawdzać, w jakim stanie jest mężczyzna. Jego ramiona wyglądały bardzo niepokojąco: w dwóch miejscach miał dość głębokie rany od wbitych paznokci, a przez całą ich długość ciągnęło się nieskończenie wiele mniej lub bardziej poważnych zadrapań.
- To nic takiego, bywało gorzej – zbagatelizował to Cry, który odkąd został ugryziony żył w przekonaniu, że już nic gorszego nie może zagrażać jego życiu i zdrowiu. Pewdie jednak, tak jak miał w zwyczaju, kompletnie zignorował jego protesty, wyciągając z torby podręczną apteczkę. Po chwili syczenia z bólu i sporadycznych przekleństw, rany były przemyte i opatrzone, pomijając tylko te najdrobniejsze zadrapania. Po setnym zapewnieniu, że nic mu nie jest, Cry w końcu zdołał przekonać Szweda, że powinni się rozejrzeć po parkingu.
Niestety, chociaż spodziewali się znalezienia jakichś sprawnych samochodów, odkryli, że nie było ich wcale tak dużo – większość pewnie została już dawno zabrana przez właścicieli lub ukradziona w próbie ucieczki. Nie zniechęcając się jeszcze, powoli zaczęli sprawdzać stan pozostawionych pojazdów. Dużo z nich miało braki w wyposażeniu; brakowało im albo kół, albo kierownicy, albo paliwa.
- Świetnie, nigdy stąd nie wyjedziemy – mruknął Cry, opierając się o to, co pozostało z jednego z samochodów. Przetarł spocone czoło. Zaczynał się robić naprawdę zmęczony.
- Zostało jeszcze trochę tam, na końcu – odparł Pewds, zaciskając zęby.
Nie chciał się jeszcze poddawać, ale sytuacja nie wyglądała najlepiej. Większość sprawdzonych maszyn nie nadawało się do niczego. Była jeszcze opcja, żeby znaleźć jeden z paliwem i jeden działający i przelać paliwo do działającego, ale niestety nie znaleźli jeszcze żadnego, którym mogliby jechać gdziekolwiek – wszędzie były braki, ukradzione części. Nie był więc zbyt pewny sukcesu, gdy podchodził do wskazanych wcześniej samochodów. Z zaskoczeniem przyjął więc widok dwóch terenówek w kolorze czarnym praktycznie nienaruszonych i wyglądających niemalże na nowe. To wydawało się aż niemożliwe, że nikt nie próbował czegoś z nich zabrać lub w ogóle ukraść ich w całości. Pewds jednak nie zamierzał się nad tym zastanawiać, tylko jak gdyby nic otworzył jeden z samochodów i odpalił go po chwili kombinowania przy kabelkach. Samochód zawarczał przyjemnie i tylko cudem blondyn powstrzymał się od okrzyku radości. Zwabiony obiecującym odgłosem, Cry niemalże natychmiast znalazł się przy pojeździe, oglądając go ze wszystkich stron dokładnie.
- To naprawdę działa – wymamrotał z niedowierzaniem, kiedy po naciśnięciu pedału gazu samochód ruszył powoli do przodu. Pewds uśmiechnął się do przyjaciela szeroko, zatrzymując się parę metrów dalej. Wysiadł z samochodu, klepiąc go po masce, jakby chciał mu dać znać, że odwalił kawał dobrej roboty. – Damy radę wyjechać? Myślisz, że wejście będzie zastawione przez zombi?
- Nie wiem, ale szczerze mówiąc, wcale mnie to nie obchodzi. Bez problemu je tą bestią staranuje-
- Kto tam jest?! Tony, czy to ty? – dość niski, męski głos poniósł się echem po parkingu. Nie brzmiał zbyt przyjemnie, więc gracze natychmiast zgasili swoje latarki i schowali się za najbliższym filarem. Z przerażeniem obserwowali, jak dwóch mężczyzn wchodzi drzwiami ewakuacyjnymi na teren parkingu, rozświetlając ciemności swoimi własnymi latarkami, w których świetle błysnął groźnie kształt dość pokaźnego karabinu. Pewds pociągnął Cry’a za sobą i niemalże na palcach przemknęli się do najbliższego samochodu, by bezpiecznie się za nim schować. Amerykanin dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że przez dobre kilka ostatnich minut wstrzymywał oddech. Nerwowo odnalazł dłoń swojego chłopaka i ścisnął ją mocno. Żywych trupów spodziewali się na każdym kroku, ale innych ludzi – ani trochę. Nie mieli za bardzo ochoty podchodzić do nieznajomych by uciąć sobie z nimi pogawędkę, szczególnie, że w przeciwieństwie do Kena i Mary nie wyglądali oni na zbyt przyjaźnie nastawionych.
- Samochód jest przestawiony – zauważył drugi mężczyzna i dźwięk ładowanego pistoletu rozbrzmiał wraz z jego słowami. Pewds zaczynał się poważnie bać tego, co mogło za chwilę nastąpić. – To na pewno nikt z naszych. Mamy intruzów, Mike.
- Miło będzie zapolować na coś innego, niż zombiaki – nieprzyjemny rechot Mike’a był na tyle głośny, że Pewdie mógł bez obaw mruknąć „Wynosimy się stąd” i pociągnąć równie przerażonego Cry’a za sobą, w kierunku klatki schodowej dla klientów centrum handlowego. Dzięki mrokowi udało im się przejść tam niezauważonymi, chociaż musieli czasem nagle się schylać, kiedy światło latarek zabłądziło w ich kierunku. Serca prawie wyskoczyły im z piersi, kiedy słyszeli jak ich prześladowcy nawołują za nimi, miłymi głosikami zachęcając do wyjścia z ukrycia. Starając się ich nie słuchać, ruszyli schodami w górę, po chwili całkowicie zostawiając niebezpiecznych mężczyzn za sobą, włóczących się po parkingu.
- Jak nic będzie ich więcej – stwierdził Cry, zatrzymując ich na półpiętrze między piętrem minus jeden a zero. Nie czuł się najlepiej, ale wiedział, że po tym co przeżył w ciągu tego dnia było to normalne. Chciał tylko dotrzeć do safe pointu i położyć się spać, zjeść coś, odpocząć. – Jeśli są tak mili jak panowie na dole, to będziemy mieć naprawdę duże szczęście, jak wyjdziemy stąd niepodziurawieni jak szwajcarski ser.
- Tak naprawdę nie wiemy nawet, czy byli źle nastawieni – odparł Pewds nieśmiało, ale widząc spojrzenie drugiego gracza, westchnął ciężko. – Dobra, masz rację. Wyglądają na typ „najpierw strzelam”. Musimy się stąd wydostać, ale najlepiej tak, żeby wyjść po drugiej stronie budynku. Jak wrócimy na parking, to albo załatwią nas zombi przed budynkiem albo sympatyczni panowie z bronią i niezbyt dobrym poczuciem humoru.
- Spróbujmy w takim razie – wzruszył ramionami brunet. – Nie mamy innego wyjścia: tędy nie wyjdziemy, wychodzenie tam, skąd przyszliśmy jest dosyć niebezpieczne. To dość ryzykowne, ale może nam się uda. Bo naprawdę nie chcę skończyć jak ser szwajcarski.
Pewds odmruknął coś w rodzaju „ja też, stary”, sprawdzając stan swojej broni. Pistolety były bezużyteczne, wykorzystał już wszystkie naboje, został mu tylko jego dobry przyjaciel, kij bejsbolowy z gwoździami. Cry miał jakieś resztki nabojów, którymi naładował swoją broń, łom wkładając za szlufkę paska w spodniach. Trzymało się i było pod ręką, chociaż Cry naprawdę nie sądził, że byłby w stanie zaatakować człowieka zwykłym żelaznym łomem. Obawiał się jednak, że będzie do tego zmuszony; jeśli tajemniczy ludzie z centrum nie będą chcieli rozmawiać na spokojnie, tylko za pomocą przemocy, graczom przyświecać będzie tylko jedno motto: „albo my, albo oni”.
Chociaż bardzo ostrożnie wchodzili na klatkę na parterze, nie czekał ich żaden komitet powitalny. Przywitała ich za to cisza, która była tym bardziej niepokojąca, że nie powinna w ogóle panować w dość dużym centrum handlowym. Brakowało śmiechu i żywych rozmów, kolorowych, głośnych reklam na ekranach, czy nawet mechanicznego głosu osoby czytającej komunikaty – „szanowni klienci...”. Nawet brak słyszalnych do tej pory niemalże nieustannie pomruków i powarkiwań zombi wprawiała mężczyzn w stan podenerwowania. Cisza sprawiała, że to miejsce wydawało się zupełnie wymarłe, co potęgował widok opuszczonych, nierzadko zdewastowanych i okradzionych do ostatniej deski sklepów, ciągnących się po obu stronach pasażu. Kroki rozbrzmiewały tak głośno, że Pewds aż bał się ruszać z miejsca. Cała ta galeria handlowa musiała być piękna za czasów jej świetności: nowoczesna, ze szklanym dachem, systemem antywłamaniowym w każdych drzwiach, windami co parę metrów. Gracze byli z jednej strony przytłoczeni pustką tego miejsca, z drugiej strony zachwyceni jego pięknem. Światło słoneczne padało promieniami przez dach, rozświetlając wszystko dookoła. Pewnie staliby tak w miejscu przez nieskończoną ilość czasu, chłonąc tą ciszę i spokój, grzejąc się w przyjemnym słońcu, gdyby Cry nie zreflektował się w końcu i nie chwycił Pewdiego za rękę, delikatnie lecz zdecydowanie prowadząc go w kierunku przeciwnym do tego, z którego przyszli. Wyjścia nie było jeszcze widać, ale mieli nadzieję, że tak jak w większości centrum handlowych takowe tylnie wyjście istnieje. Korytarze i pasaże były w takim stanie, że nie wyglądało na to, żeby ktoś się miał tam czaić, jednak mężczyźni woleli nie sprawdzać, czy mają w tej sprawie rację. Zatrzymali się przy sklepach tylko raz i dosłownie na chwilkę, gdy Pewds korzystając z okazji wszedł do jakiegoś sklepu z bio-żywnością i ukradł stamtąd dwie paczki wafli, które się jeszcze ostały. Potem jednak ruszyli w dalszą drogę, nie robiąc postojów i nie oglądając się za siebie.
Zatrzymali się dopiero, gdy tylne wyjście ukazało im się w oddali. Były to zwykłe drzwi obrotowe, z dwoma wyjściami ewakuacyjnymi po bokach. Na szczęście nie były ani zabarykadowane, ani strzeżone przez kogokolwiek, więc wyjście wydawało się być stosunkowo proste. Pewdie, chociaż wahał się przez chwilę, w końcu postanowił, że powinni zatrzymać się na chwilę przy fontannie stojącej na placu zaraz koło wyjścia. Woda była trochę mętna, a sama fontanna nie działała w ogóle, ale Cry i tak uśmiechnął się szeroko na jej widok, zrzucając z siebie ciężki plecak i podchodząc do brodzika.
- Tego mi było trzeba – stwierdził, przemywając sobie twarz. Woda była cudownie chłodna i chociaż jej kolor i zapach sugerowały, że leżała w tym zbiorniku od dłuższego czasu, Cry absolutnie się tym nie przejmował, szczęśliwy, że może w końcu obmyć się z przegniłych flaków jakiegoś trupa. – Z ubraniami nic nie zrobimy, ale przynajmniej nie wyglądamy już jak pracownicy rzeźni.
- To fakt – Pewds także umył się dokładnie, patrząc się jak woda zmienia swój kolor na zielony, a potem lekko różowy. W przypływie złośliwości nachylił się nad zbiornikiem i ochlapał przyjaciela, który zaprotestował z głośnym jękiem, odskakując gwałtownie. Nie odpuścił sobie jednak zemsty i z pluskiem uderzył w wodę, opryskując ubrania blondyna, który udawał, że jest dogłębnie urażony jego zachowaniem.
- Nie masz prawa do odwetu, kolego – mruknął, podchodząc blisko chichoczącego pod nosem Amerykanina, najwyraźniej bardzo rozbawionego określeniem „kolega”. Zamoczył dłoń w fontannie, po czym korzystając z chwilowej nieuwagi drugiego mężczyzny podciągnął mu koszulkę i dotknął zimną, mokrą ręką jego brzucha. Cry pisnął nienaturalnie wysoko, od razu odtrącając jego rękę i odsuwając się znacznie.
- Łapy przy sobie, zboczeńcu – odparł, chlapiąc go jeszcze raz, tak dla zasady. Już miał mówić, że powinni się zbierać i stąd spadać, kiedy nagle zobaczył jakiś ruch za plecami Pewdsa. Ktoś właśnie schował się tam, za jednym z filarów. – Chyba mamy towarzystwo. Spadamy stąd.
Pewdie nie zdążył nawet zapytać, czy ma na myśli zombi czy ludzi, bo po przejściu zaledwie kilku kroków zza kolumn wyłoniło się dwóch mężczyzn z bronią, którzy celowali nią prosto w graczy.
- Nie radziłbym się ruszać – powiedział głośno jeden z nich, barczysty brunet w nieco przybrudzonych bojówkach i T-shircie. Drugi, także brunet, chociaż znacznie młodszy i nieco słabiej zbudowany od swojego towarzysza, podszedł do nich i ruchem dłoni wskazał im, że mają klęknąć. Bez większego wyboru, powoli schylili się i opadli na kolana, cały czas uważnie obserwując nieznajomych. Na razie nie wyglądali na agresywnie nastawionych, biorąc pod uwagę to, że jeszcze wszyscy żyli, ale podchodzili do nich z dużą dozą nieufności.
- Kim jesteście? – spytał młodszy z mężczyzn, trzymając ich na celowniku. W tym czasie przeszukiwano ich plecaki.
- Na mnie mówią Pewdiepie, ten tutaj to Cryaotic – powiedział Pewdie głośno, nie ruszając się jednak ani trochę. – Jesteśmy tu na chwilę, naprawdę, mamy zamiar odejść stąd w trybie natychmiastowym, jeśli pozwolicie nam wyjść. Nie chcemy żadnych problemów.
- W pozycji, w której jesteście teraz, oczywiście, że nie chcecie żadnych problemów – mruknął starszy sceptycznie, przyglądając im się czujnie. – O co chodzi z tym syfem na waszych koszulkach? I z tą maską?
Cry przez chwilę nie łapał, dlaczego nieznajomy wskazuje na niego, aż nie przypomniał sobie, że na głowie ma tą samą białą maskę, co zawsze.
- Przebranie Halloweenowe – powiedział, wymyślając odpowiedź w ułamek sekundy. Sceptycyzm widoczny w oczach przepytującego go mężczyzny zdawał się ulec pogorszeniu i Cry momentalnie pożałował swojej odpowiedzi. – Nie ważne, taką po prostu noszę. Jest w miarę nieszkodliwa.
- A ten syf to… - Pewds pospieszył z odpowiedzią na drugie pytanie, nie czekając aż ktoś zainteresuje się możliwością, że maska może być zagrożeniem. – To wnętrzności, krew zombi. Maskowaliśmy tym zapach, żeby przejść przez miasto.
- To po co to zmywaliście? – mężczyzna zaśmiał się krótko pod nosem, patrząc na nich spod uniesionych brwi. – Macie jakąś tajną kryjówkę w pobliżu? Zaufajcie mi, w tym mieście nie ma żadnego miejsca, które byłoby bezpieczne. Może poza tym centrum, ale w końcu sami go bronimy.
- Chcieliśmy znaleźć samochód i stąd wyjechać.
- Dokąd, synu? – zaśmiał się znowu, tym razem w duecie ze swoim młodym znajomym. – Drogi są praktycznie nieprzejezdne. Da się poruszać po mieście, ale wyjechać z niego jest potwornie trudno. Nie wiem, czy ktokolwiek żywy się stąd wydostał. Zresztą, znalezienie sprawnego samochodu w tej dziurze graniczy z cudem.
- Dlatego chcieli zabrać nam nasze.
Cała czwórka odwróciła się w stronę, skąd dobiegł ich głos. Z tej samej strony, z której przyszli Cry i Pewds, szła teraz dość pokaźna grupka ludzi: trójka mężczyzn, jeden w podeszłym wieku, jeden około trzydziestki, jeden w wieku licealnym, cztery kobiety i dwójka dzieci. Każdy z nich, poza tymi najmłodszymi miał jakąś broń w ręce, od tych niezbyt groźnych jak proca czy kij, do tych najbardziej śmiertelnych, czyli karabiny lub pistolety ręczne. Na czele tej grupy szedł ten trzydziestoletni mężczyzna, z nowiutkim karabinem na ramieniu i złowrogim uśmiechem na twarzy. Cry poczuł, jak strach ogarnia jego całe ciało, gdy dotarło do niego, że głos tego mężczyzny jest mu znany – to był jeden z tych, którzy szukali ich na parkingu, człowiek imieniem Mike.
- Chcieli nam zwinąć furę? – warknął gość, który przed chwilą ich przesłuchiwał.
- Gorzej, ściągnęli na nas hordę. Musiała ich zauważyć i polazła za nimi na parking – Mike podszedł do nich i przyjrzał się im dokładnie. Lufa jego karabinu nagle znalazła się niebezpiecznie blisko serca Pewdiego. – Wpakowaliście się w niezłe gówno, chłopcy. Dobre dziesięć minut was szukaliśmy, ładnie prosiliśmy, żebyście w końcu wyszli i co? Nathan, powiedz naszym gościom, co się potem stało.
- Zombiak o mało co mnie nie zapierdolił – odezwał się na polecenie licealista, spluwając na bok. – Sprawdzaliśmy za każdym filarem i za każdym wrakiem, a ja akurat trafiłem na pierwszego trupa, który się odłączył od grupy. Zastrzeliłem go w porę, ale było, kurwa, blisko.
- A potem się okazało, że grupa od której się biedak odłączył z wielkim zapałem poszła go szukać – mruknął Mike, kładąc większy nacisk na klatkę piersiową Pewdsa. Szwed wstrzymał oddech, czując, jak poci się ze strachu. – I nagle pusty do tej pory parking zrobił się pełny zombi. Trzeba było wyjść, jak was grzecznie o to prosiłem, bo teraz jestem bardzo bliski od wybuchu wściekłości, kochani. Z tamtego spotkania wyszlibyście co najwyżej poturbowani. Jeśli teraz wyjdziecie z tego żywi, to chyba jakimś cholernym cudem.
Lufa karabinu powędrowała dalej, wzdłuż gardła aż do twarzy blondyna, zatrzymując się w końcu dokładnie między jego oczami, tak, że nie mógł spojrzeć wprost na nią. Zamiast tego więc Pewds patrzył się na swojego agresora. Dopiero teraz był w stanie lepiej mu się przyjrzeć; Mike był mężczyzną dość zadbanym, o muskularnej sylwetce, lekkim, ciemnym zaroście i krótko przystrzyżonych włosach. W jego brązowych oczach kryło się takie okrucieństwo, że Pewds zastanawiał się tylko, czy od zawsze miał taki charakter, czy tak bardzo zmieniły go ciężkie warunki apokalipsy.
Gracz przełknął ślinę nerwowo, kierując jeszcze jedno szybkie spojrzenie w stronę Cry’a. Nie spodziewał się, że umrze w ten sposób. Zakładał raczej, że wydarzy się to w walce z jakimś potworem, heroicznie i z poświęceniem. W najgorszym wypadku w wyniku własnej głupoty lub nieuwagi. Skończenie jako ofiara zastrzelenia przez faceta, którego niechcący, ale dość mocno wkurzył nie było opcją nawet przez chwilę. Niezależnie od tego, właśnie dotarł do swojego końca. Czeka go śmierć z rąk jakiegoś mężczyzny, który może jest wytworem gry, a może innym graczem, który dba o swój interes. Tak czy siak, już nic nie miało znaczenia. Nie wróci do domu. Nie spełni żadnego ze swoich planów. Zginie tu i teraz. A najgorsze jest to, że Cry będzie musiał na to patrzeć.
Dźwięk gwałtownego kaszlu ze strony bruneta wywołał w Pewdiem trzy różne emocje na raz: po pierwsze, o mało co nie dostał zawału przestraszony nagłym hałasem w momencie stresu, po drugie, ulgę, że jego przyszły morderca na chwilę odwrócił od niego uwagę i po trzecie, zupełnie nową dozę strachu, kiedy dotarło do niego, że kaszel nie był udawany w celu zwrócenia na siebie uwagi, tylko był na poważnie. Naprawdę poważnie, bo Cry po prostu nie potrafił złapać powietrza i zaczął pluć krwią przed siebie, brudząc posadzkę.
- Cry, co ci jest? – spytał Pewds, gdy tylko lufa karabinu zniknęła sprzed jego oczu. Nie dostał jednak odpowiedzi, tylko kolejną serię kaszlnięć i świszczące oddechy, gdy Amerykanin próbował nabrać powietrza. Mike nie był zbyt zadowolony z takiego obrotu spraw; gdy tylko Cry uspokoił się trochę, chwycił za łom leżący obok jego ofiary i porządnie się nim zamachnął, uderzając gracza w plecy. Cry jęknął, zwijając się w kłębek, po czym oberwał jeszcze dwa razy. – Zostaw go!
Mike posłał mu tylko nieprzyjemny uśmieszek, upuszczając w końcu łom i klękając przed brunetem. Chwycił go za brodę, unosząc jego twarz do góry i spojrzał mu w oczy uważnie.
- Jeśli się nie mylę, to chyba jesteś pogryziony – powiedział słodkim głosem, puszczając go i pozwalając jego głowie zawisnąć ciężko i bezwładnie. – Jeden z naszych też miał takie objawy. Zastrzeliliśmy go, zanim zdążyło się to rozwinąć. Tobie też możemy pomóc.
- Pozwólcie Pewdiemu odejść – wychrypiał Cry, z trudem podnosząc się z powrotem do pozycji klęczącej. – Wtedy możesz zrobić ze mną, co zechcesz.
- Nie zgadzam się na-
Pewds chciał zaprotestować, ale Nathan zakneblował go kawałkiem jakiegoś materiału. Mógł więc jedynie siedzieć i z przerażeniem mrożącym mu krew w żyłach obserwować, jak Mike ponownie chwyta za swój karabin i powoli przesuwa nim od środka pleców Cry’a, przez cały kręgosłup aż do głowy, gdzie lufa w końcu spoczęła ciężko na jego włosach.
- Kusząca propozycja, ale mam lepszą – zamruczał Mike, zabierając karabin z dala od gracza i zawieszając go z powrotem na ramieniu. – Dawno nie polowałem, jak już wspominałem wcześniej na parkingu, na coś innego niż zombi. Zabawmy się. Jeśli opuścicie budynek zanim was znajdziemy i zastrzelimy, macie szczęście. Jeśli nie, to przynajmniej my będziemy się świetnie bawić – zaśmiał się, a wraz z nim cała reszta grupy. – Brzmi sprawiedliwie, czyż nie?
„Ani trochę” – pomyślał Pewds, ale nie odezwał się; w końcu to nie on miał przewagę liczebną oraz lepszą broń. Skinął więc tylko głową na znak potwierdzenia. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ich szanse na przeżycie są nikłe, ale życie w nadziei przez kilka minut dłużej brzmiało lepiej, niż poddanie się i zostanie zastrzelonym na miejscu. Mike ucieszył się ze zgody swoich ofiar, uśmiechając się do nich szeroko, gdy wstawali z ziemi i zbierali swoją broń, wciąż trzymani na muszce przez kilka osób naraz.
- Mamo, Lilly: zabierzcie stąd dzieciaki, będzie krwawo. Christa, Linda? – spytał Nathan, odwracając się do pozostałych dwóch kobiet. Uśmiechnęły się do niego, przygotowując w dłoniach broń i tym samym dając mu znać, że same chętnie wezmą udział w polowaniu. Od grupy odeszły tylko kobiety z dziećmi oraz najstarszy mężczyzna. Cała reszta najwidoczniej cieszyła się na myśl o polowaniu na ludzi.
- Co robimy, rozdzielamy się czy biegniemy razem? – wyszeptał Pewds, wyjąwszy materiał z ust. – Jak się rozdzielimy, będzie nam łatwiej ich zgubić, ale zgubimy też siebie nawzajem.
- Nie, jeśli się umówimy, że czekamy na zewnątrz – odparł Cry. Jego wargi zabarwione były ciemną czerwienią krwi i był strasznie blady. – Chociaż naprawdę nie sądzę, żebyśmy dali radę stąd uciec. Jest ich więcej, znają teren. Do drzwi nie pozwolą nam dobiec, więc będziemy się musieli bawić w te dziwne… podchody. Mike przecież nie pozwoliłby na to, gdyby nie był pewien, że skończymy martwi.
- Skoro Mike jest taki pewny siebie, to my też bądźmy – Pewdie wzruszył ramionami i uśmiechnął się słabo. – Damy radę.
- To się okaże – Mike pojawił się nagle za nimi. Uśmiechał się, jak zwykle, w sposób bardzo nieprzyjemny i nie zwiastujący niczego dobrego. Poklepał ich obu po plecach i sam ten gest sprawił, że gracze znów poczuli się osaczeni i bezsilni. – Liczę do dziesięciu. Macie do wyboru wszystkie sklepy, jakie widzicie w okolicy. Spróbujcie ruszyć w stronę drzwi, a rozstrzelamy was zanim zdążycie chwycić za klamkę. Grajcie fair panowie, bo każde odbiegnięcie od zasad skończy się natychmiastową śmiercią.
Odsunął się od nich, dołączając do reszty swojej grupy. Patrzyli się na nich z takim tryumfem, jakby już zakładali, że uda im się wygrać. Pewds poczuł się poirytowany ich nastawieniem, ale musiał przyznać im rację. W tej grze mieli zdecydowanie większe szanse zwycięstwa.
- Panie i panowie, zaczynamy polowanie! – obwieścił Mike i parę osób z jego grupy zaczęło gwizdać i bić brawa. Cry ścisnął rękę Pewdiego, patrząc się na niego z przerażeniem. – Byłoby łatwiej zabić naszych gości humanitarnie, ale gdzie w tym zabawa? Damy im pobiegać, rozerwać się na chwilę, zanim my rozerwiemy ich na strzępy.
Cry prawdopodobnie przewróciłby teraz oczami, gdyby nie był w centrum zainteresowania. Nathan oraz dwójka pozostałych mężczyzn zaśmiali się na słowa ich lidera.
- Jakieś słowa od naszych drogich uczestników? – spytał starszy z mężczyzn, patrząc na nich z pogardą.
- Nie poddamy się bez walki.
- Na to właśnie liczymy – odpowiedział Mike, dając znak swoim ludziom, by odsunęli się trochę do tyłu. Zakrył oczy dłonią. – Odliczam. Jeden…
Cry rzucił się po ruchomych schodach na pierwsze piętro, Pewds skoczył w bok, do najbliższego sklepu. Drzwi były zamknięte, więc ruszył do kolejnego.
- Dwa…
Następny sklep na szczęście był otwarty. Pewdie wbiegł do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Udał się na zaplecze, chowając się za jedną z szafek. Jeśli uda mu się wyminąć idący za nim pościg, będzie w stanie spokojnie przejść do drzwi i stamtąd uciec. O ile ktoś nie będzie stał na holu. Mężczyzna o mało co nie uderzył się dłonią w czoło. Cholera jasna. Jeśli nie pójdzie za nim cała grupa i ktoś zostanie na głównym pasażu, nie będzie miał którędy wyjść. Ktoś zawsze będzie tam stał, z bronią i celował do każdej osoby, która wyłoni się ze sklepu. Oznaczało to, że musi znaleźć jakieś inny sposób na przedostanie się do wyjścia.
- Trzy… Dziesięć! Szukam!
Cry wstrzymał oddech. Udało mu się wejść do jakiejś restauracji, ale nie zdołał znaleźć sobie ukrycia. Mike’owi i jego grupie pewnie trochę zajmie, zanim wejdą na górę i zaczną tu szukać, ale jeśli nie znajdzie jakiejś skrytki w trybie natychmiastowym, to może mieć problem. Rozejrzał się więc po najbliższym otoczeniu, aż w końcu jego wzrok zatrzymał się na drzwiach prowadzących zapewne do kuchni. Natychmiast ruszył w tamtym kierunku, układając w głowie cały plan. Mike miał zakryte oczy, ale cała reszta uważnie obserwowała ich ruchy, więc na pewno wiedzą, gdzie ich szukać. To oznacza, że za chwilę przyjdzie tu przynajmniej część grupy, jeśli nie cała. Z łomem Cry nie był w stanie za wiele zrobić, chociaż była to jakaś broń. Jeśli jednak miał bezpiecznie dotrzeć do wyjścia, potrzebował czegoś, co działałoby na większy zasięg. Jedyny sposób, w jaki mógł to zdobyć, to poprzez atak na jednego z łowców. Wszedł więc do pomieszczenia za drzwiami, które zgodnie z jego przypuszczeniami okazało się być kuchnią i ukucnął zaraz za nimi, w kącie, cierpliwie czekając na przyjście jego prześladowców. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, a ręce już były całe spocone. Starał się nie myśleć o tym, co za chwilę się wydarzy i tym, co działo się w chwili obecnej, ale kompletnie mu to nie wychodziło. Słyszał jakieś krzyki i nawoływania, od czasu do czasu śmiech. Było mu słabo i trząsł się potwornie, ale miał wrażenie, że to wcale nie ze strachu. Coś się z nim działo, znowu. Chociaż noga już prawie w ogóle go nie bolała, a jego samopoczucie uległo poprawie, teraz znowu zaczynało się pogarszać. Miał nadzieję, że to nic takiego, że to tylko zmęczenie lub efekt uboczny brania serum, ale niestety jego przeczucie mówiło mu, że to wcale nie to. Mike mógł mieć rację. Może to dalsze objawy ugryzienia. Może po prostu powinien dać sobie spokój i pozwolić się zabić.
Jego myśli powędrowały do Pewdiego. Nie mógł teraz odpuścić. Nie, póki nie będzie miał pewności, że chociaż on wyjdzie z tego cało. Pewds absolutnie nie zasługiwał na rozstrzelanie przez grupę psycholi w jakimś opuszczonym centrum handlowym w samym środku apokalipsy zombi. Zasługiwał na szansę, by walczyć dalej, by iść dalej, a Cry wątpił, że byłby w stanie to zrobić będąc martwym. Miał więc zamiar mu pomóc stąd uciec i to postanowienie znowu dodało mu siły. Mając cel nie chciał umierać. Nawet jeśli jego celem nie było jego własne przeżycie, a raczej przeżycie jego ukochanego.
- Cryaotic? Tak ci było na imię, nie? – usłyszał czyjś donośny głos w sali obok i jego serce znów zaczęło szaleć. Próbował wyrównać oddech, by nie było go słychać, a sam nasłuchiwał swoich prześladowców. Była ich dwójka, sądząc po odgłosach kroków. Głos, który go nawoływał należał do tego drobnego chłopaka o imieniu Nathan, ale Cry nie był w stanie wywnioskować, kto może być tą drugą osobą. W napięciu czekał, aż ktoś tu dojdzie, aż ktoś otworzył drzwi. Gdy w końcu to się stało, działał szybko. Nathan zdołał tylko wejść do kuchni, ale nawet nie zdążył się rozejrzeć; Cry w ułamku sekundy otoczył jego gardło jedną ręką, a drugą zakrył jego usta i nos, podduszając go. Nie pozwalając chłopakowi się wyrwać, poczekał, aż przestanie wierzgać nogami i straci przytomność, by w końcu położyć go na ziemi, zaraz przed drzwiami. Zabrał mu jego pistolet i sprawdził stan nabojów. Magazynek był niemalże pełny, więc gracz z zadowoleniem schował broń i cierpliwie czekał na drugą z polujących na niego osób. Zaraz po nim weszła do pokoju jedna z kobiet, o ciemnej karnacji i z ciemnymi włosami. Nachyliła się nad Nathanem, sprawdzając jego puls. Niestety zauważyła ruch po swojej lewej i zdążyła krzyknąć, nim Amerykanin powalił ją na ziemię i chwyciwszy jej głowę, uderzył nią o posadzkę, także pozbawiając ją przytomności. Cry zabrał także jej pistolet, chwytając go do ręki. Jego maska znów zmieniła się na przerażający uśmiech i tym razem gracz zauważył to, przeglądając się w szybie w drzwiach. Nie przejął się tym jednak ani trochę, tylko wzruszył ramionami i wyszedł do głównej sali restauracyjnej. Najwidoczniej jest mordercą. Nic z tym nie zrobi. Może tylko to wykorzystywać, by Pewdie był bezpieczny.
Pewds natomiast znajdował się w fatalnej sytuacji. Udało mu się schować na zapleczu, ale nic tutaj nie znalazł. Jedyne co miał, to swój nabity gwoźdźmi kij bejsbolowy, który był bardzo skuteczny w walce z zombi, ale niezbyt skuteczny w walce jeden na jeden z uzbrojonym w broń palną człowiekiem. Szczególnie, że schowek do którego wszedł mężczyzna nie był wcale duży i nie było nawet gdzie się ukryć. Jeśli ktoś otworzy drzwi, to zobaczy go od razu. Pewdie chciał nawet zmienić miejsce swojej kryjówki, ale gdy okazało się, że liczenie do dziesięciu jest tak naprawdę liczeniem do czterech, zdołał tylko otworzyć drzwi i dosłownie sekundę później ponownie je zamknąć, słysząc znak rozpoczętych poszukiwań. Teraz siedział tylko, patrząc się przed siebie i mocno ściskając kij w dłoniach. Próbował usłyszeć, gdzie znajduje się grupa i czy już znaleźli miejsce jego pobytu, ale łomot jego własnego serca skutecznie wszystko zagłuszał. Próbował się uspokoić, ale z każdą minutą niepokoił się jeszcze bardziej. Próbował się skupić, ale myśl o tym, że być może Cry został już znaleziony i właśnie go mordują cały czas go rozpraszała. Gdy w końcu usłyszał trzask drzwi i dwa męskie głosy nawołujące go z wnętrza sklepu, w którym się chował, o mało co nie zemdlał z przerażenia. Drżał gwałtownie, czuł, jak serce wyrywa mu się z piersi i jak oblewa go zimny pot. Knykcie zbielały mu od zbyt mocnego trzymania się swojej broni. Usilnie próbował sobie przypomnieć jakąś modlitwę, cokolwiek, co mogłoby mu teraz pomóc, ale jego umysł był niczym czarna otchłań. Mógł tylko czekać.
Tego, co nastąpiło chwilę później, nie spodziewał się ani trochę. Usłyszał strzały dochodzące z pewnej odległości, ale wciąż z wnętrza galerii handlowej. Jego pierwszą myślą było, że dorwali Cry’a, ale zanim łzy zdążyły napłynąć do jego oczu, usłyszał jeszcze głośne przekleństwo i tupot stóp, a potem trzaśnięcie drzwi. Stał przez chwilę w miejscu, cały czas z kijem przygotowanym w pozycji do ataku, ale nikt się do niego nie dobijał. Nie ustały za to krzyki i strzały i chociaż Pewds chciał to przeczekać, w końcu nie wytrzymał i ciekawość wzięła górę. Powoli otworzył drzwi, błagając, by nie była to jakaś pułapka i ku jego wielkiej uldze, nie była. Coraz bardziej zagubiony i niespokojny odważył się podejść do wejścia do sklepu i wyjrzeć przez szybę. Za filarem zaraz koło niego stał jeden z mężczyzn, ten starszy, który z nimi wcześniej rozmawiał. Chował się przed ostrzałem z góry, na który co jakiś czas odpowiadał. Niedaleko niego leżało ciało kobiety, a za zbiornikiem fontanny Pewds mógł dostrzec chowającego się Mike’a. Nie widział tylko kto do nich strzelał. Nie zadając jednak żadnych pytań, dostrzegł szansę i wykorzystał ją: gdy mężczyzna za filarem zajęty był oddawaniem strzałów w stronę atakującego, Szwed otworzył drzwi i cichutko wyślizgnął się z wnętrza sklepu, nie mogąc wręcz uwierzyć w swoje szczęście. Przemykając od kolumny do kolumny, coraz bardziej zbliżał się do wyjścia. Już prawie mu się udało, gdy nagle usłyszał, że ktoś za nim krzyczy. Obejrzał się za siebie, by ujrzeć, że facet którego tak sprytnie ominął niestety zauważył zniknięcie swojej ofiary i teraz celuje do niej z broni. Pewdie już miał się chować przed prawdopodobnym ostrzałem, gdy nagle tajemniczy strzelec z góry jednym celnym trafieniem pozbył się zagrożenia, zabijając kolejnego członka grupy. Pewds spojrzał na balkon na pierwszym piętrze i ujrzał, że tym tajemniczym strzelcem jest jego przyjaciel. Uśmiechnął się do niego w podzięce i biegiem rzucił się do drzwi. Nie miał pojęcia, jak to się stało, ale mieli szansę uciec i to dzięki Amerykaninowi, który wydawał się już dawno porzucić nadzieję.
Cry upewnił się, że Pewds jest bezpieczny i skinął mu dłonią na znak, że wszystko ma pod kontrolą. Nathan oraz towarzysząca mu kobieta leżeli nieprzytomni w restauracji, najstarszy mężczyzna z tej grupy został przed chwilą zastrzelony, tuż po kobiecie numer dwa. Zostało tylko dwóch, jeden bezimienny i oczywiście Mike. Pierwszy z nich schowany był za schodami prowadzącymi na piętro, drugi za fontanną. Wymieniali ogień co chwilę, to chowając się, to oddając strzał. Dwóch na jednego nie było zbyt sprawiedliwą proporcją i Cry musiał wykazać się niesamowitym refleksem, by przeżyć. W końcu jednak poczuł się zmęczony takimi gierkami i przebiegł ze swojej pierwszej bazy do następnej, czyli za kolejny filar. Stamtąd udało mu się załatwić bezimiennego i w końcu mógł skupić się na tym najważniejszym – Mike’u.
- Wymordowałeś mi rodzinę! – wrzasnął Mike z wściekłością, nie wychylając się jednak zza fontanny i czekając na dobrą okazję. – Jak cię dorwę…
- To co, zabijesz mnie? – odkrzyknął Cry, zaciągając ironicznie ostatnie słowa. – Sam mówiłeś, że mam objawy ugryzienia, więc czy ty naprawdę sądzisz, że zależy mi jeszcze na życiu?
- Ale walczysz. Inaczej byś się grzecznie poddał i pozwolił mi poćwiartować się na kawałeczki.
- Widzisz, Mike – Cry poczuł się znudzony czekaniem na kolejny krok przeciwnika, wychylając się i strzelając do niego w prowokacji. Zostały mu trzy naboje. – Sprawa jest prosta. Ja zadarłem z tobą i twoją rodziną, ty zadarłeś ze mną i osobą, którą tak się składa, że kocham. Miałeś pokazać swoim dzieciakom, jaki z ciebie dumny, odważny tatuś, ale nie wyszło. Ja miałem ocalić życie Pewdsa i mi wyszło. Prosta matma.
Słyszał, jak Mike krzyczy ze wściekłości, ale nie przejął się tym w ogóle. Żaden z nich nie był na tyle naiwny, by wystawiać się na niebezpieczeństwo i opuszczać swoje ukrycie. Czekali więc w napięciu, aż nadejdzie ten moment, w którym jedno z nich zaryzykuje i spróbuje wyjść, żeby sprowokować przeciwnika do strzału.
Oczywiście, pierwszy miał dość Cry. Przebiegł szybko do kolejnego filaru i udało mu się nawet pokonać dystans do następnego, nim Mike zorientował się, że może próbować go zastrzelić. W ciszy i spokoju opuszczonego centrum znów rozległy się dźwięki strzałów. Brunet już prawie znalazł się przy schodach, zostało mu dosłownie z pięć metrów. Przebiegając do kolejnej kolumny podjął ryzyko i zatrzymał się na sekundę, tuż po tym jak Mike strzelił w jego stronę. Oddał jeden strzał, ale bardzo celny – kula trafiła go w twarz i nawet jeśli nie uszkodziła mu mózgu, na pewno doprowadziła do jego śmierci. Jego tułów zachwiał się, by w końcu paść do wody w fontannie i zabarwić ją jeszcze bardziej żywym odcieniem szkarłatu. Cry natomiast odczekał jeszcze minutę, dla świętego spokoju, po czym spokojnym krokiem zszedł po schodach, jak gdyby nigdy nic. Przeszedł głównym pasażem, mijając ciała porozrzucane na posadzkach w mniejszych lub większych plamach krwi, zatrzymując się tylko na chwilę, by spojrzeć na ciało Mike’a. Trochę przerażało go to, że nic nie czuł, nic poza odrobiną litości. Facet chciał po prostu chronić swoich ludzi i jednym, wydawałoby się zabawnym pomysłem pozabijał ich wszystkich, sprowadzając śmierć także na siebie.
Prawie wszystkich, poprawił się Cry w myślach, zauważając ruch po swojej prawej. Podniósł wzrok, spoglądając na kobiety, które przyszły na scenę zbrodni. Jedna z nich płakała bezgłośnie, chowając usta za dłonią w niemym przerażeniu. Druga patrzyła na niego z taką nienawiścią, że gdyby wzrok mógł zabijać, brunet już dawno wąchałby kwiatki od spodu. Cry absolutnie jej nie winił. Nie zdziwił się też ani trochę, gdy wyciągnęła swój własny pistolet i wycelowała w niego, zamierzając się na jego głowę.
- Daj mi odejść – poprosił łagodnym głosem. Czuł się zmęczony, chory. Nie mogło mu zostać wiele czasu. Mimo tego chciał jeszcze chociaż na chwilę zobaczyć się z Pewdsem, podziękować mu, powiedzieć mu, jak bardzo go kocha. – Jeśli mi pozwolisz, nie będzie więcej ofiar. Zrobiłem, co musiałem.
- Wymordowałeś wszystkich z zimną krwią – wycedziła przez zęby, poprawiając chwyt. – Straciłam męża, moja córka ojca. Katjaa nie ma już syna.
Katjaa na wspomnienie utraconego dziecka zaczęła łkać już całkiem głośno, upadając na ziemię. Kobieta z bronią, nazwana wcześniej przez Nathana Lilly, spojrzała się na nią przelotnie i wróciła do obserwowania swojego wroga.
- Nathan powinien jeszcze żyć – powiedział spokojnie do płaczącej matki, która podniosła na niego wzrok i za jego znakiem natychmiast rzuciła się po schodach na górę, szukając syna. – Przykro mi z powodu twojego męża.
- Twoje „przykro mi” niczego nie zmieni – odpowiedziała ostro Lilly, odbezpieczając broń. Cry tylko spojrzał na nią, zmęczony już całą sytuacją. Chciał tylko znaleźć samochód i się stamtąd wynieść.
- Pozwól mi wyjść.
- Dlaczego miałabym to robić? Ktoś musi pomścić śmierć mojej rodziny.
- Zabicie mnie nic ci nie da. Umrę tak czy siak. Ty też. Jeśli nie wróci tu mój przyjaciel i nie postanowi zemścić się na tobie za zabicie mnie, to w końcu zabije cię coś innego. Mike miał rację, jestem ugryziony. Nie pożyję długo. Chcę się pożegnać z ostatnią osobą, która mi na tym świecie została. Poza tym, zarówno Mike, jak i twój mąż, jak i cała reszta… Podjęli decyzję i chociaż nie sądzili, że ta sytuacja tak się skończy, to wiedzieli jakie jest ryzyko. Oni chcieli nas zabić, ja nas tylko broniłem.
Lilly stała w ciszy, tylko patrząc się na niego. W oczach miała wiele różnych emocji: wściekłość, smutek, rozpacz, bezsilność. Zacisnęła wargi. Cry uśmiechnął się do niej delikatnie, ze współczuciem, po czym powoli odwrócił się na pięcie i bez pośpiechu ruszył w stronę wyjścia.
- Z-zatrzymaj się! – usłyszał za sobą roztrzęsiony głos Lilly, ale nie zamierzał się jej słuchać. Był tak zmęczony… - Nie mogę tak, nie mogę… Zamordowałeś ich wszystkich! Mam teraz zostać tu sama? Zamordowałeś wszystkich, których kochałam! Nie mogę… Nie mogę pozwolić ci odejść!
Strzał z pistoletu rozbrzmiał w jego uszach i wydawałoby się w tym samym momencie ból przeszył jego ramię. Spojrzał na szkarłatną plamę na swojej koszulce, poczuł jak kręci mu się w głowie i prawie upadłby na posadzkę, gdyby w ostatniej chwili ktoś nie złapał go za ramię i nie oparł o siebie. Cry na ślepo chwycił się pomagającej mu osoby, czując kolejne zawroty głowy. Znowu usłyszał strzały, czyjś krzyk, łkanie. Nie miało to jednak znaczenia, bo w drugim uchu słyszał tylko ciepły, spokojny głos Pewdsa. Nie rozróżniał słów prawie w ogóle, potykał się o własne nogi, obraz zamazywał mu się przed oczami. Wyłapał tylko jedno zdanie: „Trzymam cię, jesteś bezpieczny” i to zdanie powtarzało się w jego umyśle w pętli, aż nie stracił przytomności.

***
Kiedy ponownie się ocknął, leżał na tylnych siedzeniach jakiegoś samochodu. Przykryty był skórzaną kurtką, a jego ciało podskakiwało lekko wraz z pojazdem, kiedy natrafiał on na dziury w drodze. Jechał przez miasto; słońce przebijające się przez budynki zeszło już dość nisko, chyląc się ku zachodowi. Odczuwał suchość w ustach i dokuczał mu ostry ból w łydce oraz w prawym ramieniu. Po chwili walki z obolałym ciałem udało mu się lekko podnieść i rozejrzeć po otoczeniu. Samochód był w środku dość przestronny. Na przednim siedzeniu pasażera leżał tylko plecak, ale przed nim Cry mógł dostrzec jakieś pudełko. Zaraz obok, na miejscu kierowcy, siedział Pewds, uważnie obserwując drogę przed sobą. Odwrócił od niej wzrok tylko na chwilę, gdy dostrzegł w lusterku ruch za sobą.
- Jak się czujesz? – nie zwrócił się w stronę Cry’a, skupiony na jeździe, ale jego głos przepełniony był zmartwieniem. Brunet dokładnie zastanowił się nad odpowiedzią, rozważając, czy znowu nie skłamać i nie dorzucać mu więcej zmartwień.
- Fatalnie – odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie miał sił na okłamywanie Pewdsa. Noga bolała go cholernie, w duecie z pulsującym bólem głowy i ramienia. Czuł się słaby, wyczerpany. Chociaż wcześniej swoje zmęczenie tłumaczył dniem pełnym wrażeń, teraz już nie był tego taki pewien. Mike mógł mieć rację. Może za chwilę się przemieni. – Co się wydarzyło, po tym jak zemdlałem?
Pewdie milczał przez chwilę. Parę razy oblizał wargi, już otwierał usta, już miał mówić… Ale potem zmieniał zdanie, zamykał usta z powrotem, ważył słowa.
- Ta kobieta, Lilly? Nie pamiętam. W każdym razie, strzeliła do ciebie, trafiła w ramię. Mocno krwawiłeś, ale przynajmniej nie trafiła w żaden ważny organ.
- Tyle wiem – przerwał mu Cry. – Co wydarzyło się potem?
- Złapałem cię… - widać było, że Pewds ma problem z dokończeniem historii. Ponownie oblizał wargi, zanim w końcu wyksztusił z siebie resztę. – Zabrałem twój pistolet. Zastrzeliłem ją. Przyszła ta druga kobieta, z półprzytomnym chłopakiem uwieszonym na jej plecach… Zaczęła płakać i krzyczeć… Odwróciłem się i wyszedłem.
- Zrobiłeś, co musiałeś. Ja też. Nie mieliśmy wyjścia.
- Zamordowałem ją. Zamordowałem ją i nawet tego nie żałuję. Tak jak tego gościa w sierocińcu. Ot tak. Jak zwykłe zwierzę.
- Ja zabiłem całą ich grupę.
- Jak może cię to nie ruszać? – Szwed podniósł głos, spoglądając na Cry’a w lusterku. Cry wytrzymał jego wzrok. – To też byli ludzie!
- Ludzie, którzy chcieli cię zabić, Pewds. Działałem w samoobronie. Sprawa była prosta, albo oni, albo my, a ja nie mogłem pozwolić ci umrzeć, rozumiesz?
Pewds zamilkł ponownie, przenosząc swój wzrok na drogę. Zacisnął usta w wąską linię, a w kącikach jego oczu pojawiły się łzy. Szybko otarł je dłonią i wziął kilka głębokich oddechów. Cry nie odzywał się – dał mu chwilę na uspokojenie się. Wiedział, że sytuacja wcale nie była łatwa i nie winił Pewdiego za moment słabości. Powinien być przerażony tym, że zabił tyle osób, albo chociaż tym, że jego przyjaciel tak po prostu pozbawił kogoś życia, już drugi raz w ciągu tej rozgrywki. Nie czuł jednak nic; zero żalu, smutku, winy. Najwidoczniej tak już musi być. Najwidoczniej liczą się tylko oni. Do tego doprowadziła ich tak długa walka o własne życie: nie przejmowało ich nic poza ich własnym bezpieczeństwem i zdrowiem. Może to było między innymi celem Alice? Wydobyć z graczy to, co gnieździło się w najciemniejszych zakamarkach ich dusz, przypomnieć im ich pierwotny, najważniejszy instynkt, instynkt przetrwania. Pokazać im, że nie ma ludzi dobrych i złych. Jest tylko chęć przeżycia.
- Znalazłem samochód na parkingu z tyłu, musiał należeć do nich, bo zostawili trochę zapasów w środku – Pewds wyrwał go z przemyśleń swoim monotonnym głosem. – Dociągnąłem cię tu, opatrzyłem ramię, położyłem z tyłu, modliłem się, żebyś się ocknął. Próbuję wyjechać z miasta i jak na razie idzie mi nieźle, ale jeśli wierzyć słowom tych ludzi z centrum, to pewnie w końcu coś utnie nam drogę ucieczki i trzeba będzie iść pieszo. Dasz radę?
- Nie wiem, może – odparł, siadając i ruszając ranną nogą. Bolało jak cholera i wciąż miał wrażenie, jakby miał za chwilę zemdleć, ale jeśli naprawdę droga z miasta jest nieprzejezdna, to nie będzie miał wyjścia i zmuszony będzie iść. Sięgnął po butelkę wody, wypijając większość jej zawartości i wylewając trochę na swoją twarz. Wziął kilka głębokich oddechów i przetarł twarz. – Ta, dam radę. Spoko. Bez problemu.
- Nie brzmisz przekonująco – prychnął Felix pod nosem, ale Cry od razu się uśmiechnął, słysząc to. Zrobi cokolwiek, żeby go chociaż trochę rozweselić.
- Znam inne metody, żeby cię… - zaczął, ale urwał, widząc, że samochód zwalnia i w końcu się zatrzymuje. Wychylił się do przodu, żeby zobaczyć, co ich powstrzymało i ujrzał przed maską samochodu kilkanaście pozostawionych na środku drogi samochodów. Niektóre z nich były całkiem nowe i nienaruszone, inne już dawno zdobyły rangę wraków. – Niby się tego spodziewałem, ale… Cholera jasna.
- Yhm – przytaknął Pewds, delikatnie i powoli otwierając drzwi. Drugą ręką odszukał swój kij bejsbolowy i plecak, po czym wysiadł z pojazdu. Cry, przy akompaniamencie syków i jęków, też w końcu wydostał się z samochodu, natychmiast opierając się o niego ciężko. Chyba miał większy problem, niż początkowo myślał. – Całkiem pusto, ale coś może się czaić między autami, uważaj na siebie.
- Wiesz co, może ty się przejdź i sprawdź, czy któreś z nich działa – zaproponował Cry, ale widząc minę Pewdiego od razu pokręcił głową w zaprzeczeniu. – Nie, okay, dam radę. Nic mi nie jest.
- Jesteś beznadziejny w kłamaniu – odparł Pewds tylko, podchodząc i biorąc go pod ramię. Cry oparł się na nim i uśmiechnął z wdzięcznością. – Zbierajmy się stąd, zanim znowu zemdlejesz.
Amerykanin natychmiast przestał się uśmiechać, zamiast tego patrząc się pod nogi. Normalnie pewnie by go to rozbawiło, ale w obecnej sytuacji nie mógł nic poradzić na to, że jego umysł podpowiadał mu, że następnym razem gdy zemdleje, ocknie się jako zupełnie ktoś inny.
Większości samochodów nawet nie próbowali otwierać; jedno spojrzenie do środka wystarczyło, by stwierdzić, że pojazd nie nadaje się do niczego, albo ze względu na brak paliwa albo na braki w wyposażeniu. Czasami wewnątrz wraków leżały rozkładające się ciała, martwe lub żywe, patrzące się pusto przed siebie. Gracze starali się omijać je niezauważeni, tak samo jak unikali zombi przechadzających się samotnie między samochodami, zginając się w pół i przechodząc po cichu, ukryci przed ich wzrokiem, słuchem i węchem. Coraz bardziej oddalali się od pojazdu, którym tu dotarli, aż w końcu doszli do skrzyżowania z inną ulicą i usłyszeli warkot silnika w oddali. Przyspieszyli nieznacznie kroku, nie chcąc wzbudzać podejrzeń, ale jednocześnie podekscytowani dźwiękiem działającej maszyny. Gdy w końcu odnaleźli ją w tłumie wielu innych, okazała się być niezbyt nowa i raczej niewielka, w jasnym, czerwonym kolorze. Miała zapalone światła i wydobywał się od niej przyjemny, niski pomruk.
- Bingo – mruknął Pewdie, podchodząc od strony pasażera. W środku znalazł jakąś przemienioną w zombi kobietę o dość długich blond włosach, która pochylała się nad siedzeniem kierowcy, prawdopodobnie zajęta jedzeniem nieszczęśnika. Szwed ostrożnie otworzył drzwi, zwracając uwagę żywego trupa, który rzucił się w jego stronę, upadając ciężko na ziemię. Gracz natychmiast zamachnął się kijem, rozwalając mu głowę i dopiero wtedy przyjrzał się dokładniej ciału rozłożonemu tuż pod jego stopami.
- O mój Boże… - wyszeptał, zakrywając usta dłonią. Chociaż nie był już w stanie rozpoznać twarzy tej postaci, ubrania wydały mu się znajome i w przeciągu kilku sekund dotarło do niego, że patrzy na zwłoki Mary. Jego przypuszczenia potwierdził widok Kena na miejscu kierowcy, z bladą twarzą pokrytą krwią, rozchylonymi wargami, pustym wzrokiem i krwawymi resztkami narządów wystających z samego środka jego brzucha. Pewdie odwrócił na chwilę wzrok, starając się nie zwymiotować, zanim ogarnął się na tyle, by wyciągnąć zwłoki mężczyzny z samochodu i położyć je na ziemi tuż obok jego dziewczyny.
- Czy to jest… - zaczął Cry, ale jedno spojrzenie na Pewdsa upewniło go, że miał rację. Skrzywił się w obrzydzeniu zmieszanym ze smutkiem i powoli podszedł do swojego chłopaka, ściskając jego ramię w geście wsparcia. – Tak mi przykro… Dopiero zaczynali grę, tak naprawdę. Która to była, czwarta?
- Tak – Pewds położył dłoń na jego dłoni, po czym przeniósł wzrok na pozostawiony samochód. Westchnął ciężko. – Musimy wziąć ich auto.
- Musimy – potwierdził Cry po chwili ciszy. Obaj wiedzieli, że nie mieli wyjścia, ale zabieranie samochodu dwójce nieboszczyków wydawało się być naprawdę nieodpowiednie. Cichy pomruk spacerujących zombi, który rozległ się za ich plecami pomógł im jednak podjąć decyzję w trybie natychmiastowym: Pewds pomógł Cry’owi wejść na miejsce pasażera, a potem sam zasiadł za kierownicą. Rzucił ostatnie spojrzenie na swojego chłopaka, zanim ten skinął głową i powoli ruszyli przed siebie, zostawiając ciała swoich niedoszłych przyjaciół, jedynych osób, które chciały im pomóc w przejściu tej gry.
Tak przynajmniej im się wydawało, póki Cry nie rozejrzał się po wnętrzu starego samochodu i nie ujrzał skrawka papieru leżącego na ziemi pod jego stopami. Sięgnął po niego i odkrył, że to właśnie była brakująca część mapy, ta, którą Ken zachował dla siebie. Zaznaczonych na niej było kilka punktów, jakieś kreski na drogach i kilka strzałek, które chociaż szły przez różne ulice, prowadziły to tego samego celu: krawędzi mapy, która głosiła, że jadąc główną drogą można dotrzeć do miasta Maryland. Zaraz pod nazwą tego miasta widniało napisane czarnym markerem hasło „safe point”. Brunet westchnął głośno, zwracając tym uwagę Pewdiego. Zanim zdążył się zapytać, co się stało, Cry po prostu podał mu mapę, bez słowa komentarza. Szwedowi zajęło trochę, żeby przestudiować to co widział, bo musiał uważać na drogę przed sobą, ale gdy w końcu to do niego dotarło przeklął pod nosem cicho, zwracając mapę.
- Nie winię ich, w końcu chcieli się ratować – stwierdził Cry, wzruszając ramionami. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że poczuł się trochę oszukany. Mogli im chociaż dać znać, gdzie powinni szukać safe pointu. Cry rozumiał ryzyko, że jeśli nie udałoby się im tam dojść pierwszymi, to zostaliby bez dachu nad głową, ale i tak. Irytowała go myśl, że tak po prostu im zaufali, chociaż nie łączyło ich nic poza zwykłym interesem. – Niestety, skończyli jak skończyli.
- Czuję się podle z tego powodu – odparł Pewds, przegryzając wargę. – Nie zasługiwali na śmierć. Chcieli stąd tylko wyjechać, a teraz my zabraliśmy im samochód i jedziemy do safe pointu, który miał być ich. Swoją drogą, nawet nie sądziłem, że Mary może być ugryziona. Nie było nic po niej widać.
- Może została ugryziona później, gdy już się rozstaliśmy – Cry wzruszył ramionami, po czym syknął z bólu, czując świeżą ranę z prawej strony. – Skoro już jesteśmy przy tym temacie…
- Żyjesz, jedziemy do safe pointu, nic ci nie będzie.
- Nie wiesz tego. To, co chciałem powiedzieć…
- Nie interesuje mnie to, co chciałeś powiedzieć.
- A powinno – odparł ostro Amerykanin, natychmiast zwracając uwagę Pewdsa, który zerknął na niego, zaskoczony. – Chcę, żebyś miał pistolet przygotowany przy sobie. Jeśli uda nam się dojechać beze mnie umierającego po drodze, to mamy szczęście. Jeśli nie, nie chcę, żebyś skończył jak Ken, okay? Za każdym razem, gdy przypominam sobie jego ciało, automatycznie widzę zamiast niego ciebie. Nie mogę do tego dopuścić, Pewds, nie po tym, co zrobiłem w ciągu tej gry, żeby ratować twój tyłek. Zrób chociaż tyle dla mnie. Weź broń… I jeśli zacznę się dziwnie zachowywać albo nagle stracę przytomność, to…
- Nie mogę cię tak po prostu zastrzelić! – Pewdie zahamował nagle i odwrócił się do przyjaciela. – Nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie, nie będę w stanie wpakować ci kulki w łeb!
- Musisz. Musisz. Nie masz wyjścia. Umieram, powoli, ale umieram, czuję to. Czuję to, jak słabnę z każdą minutą – Cry spojrzał mu w oczy zdecydowanie, pełen determinacji. Musiał mu to wbić do głowy. – Myślę, że Mike miał rację. Znowu czuję się fatalnie i chociaż serum to powstrzymało na chwilę, choroba postępuje dalej. Jeśli dojedziemy do safe pointu i jeśli on mi pomoże i odwróci działanie ugryzienia, to dobrze. Ale masz być przygotowany na to, że ta opcja jednak nie zadziała i że będziesz musiał mnie zabić. Błagam, Pewds. To jedyna moja prośba, ostatnia. Nie marnuj swojego życia na mnie.
- To nie jest marnowanie życia, to jest miłość, okay? – Pewdie przestał być wściekły i teraz był tylko bezsilny. Chwycił Cry’a za rękę, ściskając ją mocno. – Jeśli tego chcesz, dobra. Zgadzam się. Spróbuję iść dalej bez ciebie. Ale nie będę jeszcze niczego zakładał, póki nie dojedziemy do tego cholernego safe pointu, rozumiemy się?
- Brzmi fair – Cry odpowiedział z uśmiechem, delikatnie go całując. Ścisnął jego słoń ostatni raz, zanim ją puścił i wyszeptał: - Zbierajmy się stąd.
Cała reszta jazdy przebiegła w zupełnej ciszy, jeśli nie liczyć kaszlu, który od czasu do czasu atakował płuca bruneta. Na drodze panował niespodziewany spokój – Pewds zgadywał, że Ken i Mary wiedzieli, którymi drogami się poruszać, żeby jazda przebiegła jak najsprawniej i bez niespodzianek. Nie zajęło im więc wiele czasu, by opuścić centrum miasta i wyjechać na obrzeża, a następnie zostawić całe miasto w tyle i widzieć je tylko w bocznym lusterku, gdzie nie mogło im już zagrozić. Na ulicy nie było prawie w ogóle żadnych zombi, poza nielicznymi osobnikami, które pałętały się przy drodze, ale było ich zbyt mało i były zbyt powolne, żeby zaatakować pędzący asfaltem samochód. Jechali przez pola i łąki, lekki, przyjemny wiatr dostawał się do środka pojazdu przez szparę opuszczonej szyby, a słońce już całkiem chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na agresywną wręcz czerwień. Byłoby nawet miło, gdyby Pewds nie miał koło siebie umierającego przyjaciela, a zachód słońca nie przypominał mu tego sprzed zaledwie dwóch dni, kiedy to siedzieli z Cry’em na poręczy tarasu, pijąc piwo, całując się i korzystając z zasłużonego wypoczynku. Kiedy byli bezpieczni i nie musieli się martwić o apokalipsę zombi, śmierć czyhającą na każdym rogu, brak zapasów i nabojów czy bandę żądnych mordu ludzi. Kiedy wszystko było dobrze i gdy żaden z nich nie miał wrażenia, że wali się całe ich dotychczasowe życie. Chociaż Pewds starał się skupić na drodze, mapie, czymkolwiek, nie mógł powstrzymać własnych myśli, które uparcie przypominały mu, że cała tak sytuacja jest jego winą.
Kiedy w końcu minęli znak z napisem „Maryland”, Cry był już w znacznie gorszym stanie. Opierał się o deskę rozdzielczą i oddychał ciężko, od czasu do czasu plując krwią na własne nogi. Jego twarz zroszona była kropelkami potu, które spływały powoli po jego policzkach i czole, skapując w końcu na ziemię, mieszając się z szkarłatną posoką. Pewdie nacisnął pedał gazu, modląc się, żeby zdążył dojechać. Co jakiś czas upewniał się, czy brunet jest jeszcze przytomny i czy kontaktuje, zadając mu różne pytania na temat jego samopoczucia. Fakt, że zamiast odpowiadać sarkastycznymi żarcikami Cry naprawdę, szczerze mówił mu o tym, jak się teraz czuje, przerażał go chyba najbardziej, bo oznaczało to, że było naprawdę poważnie. Kiedy więc w końcu dojechali do Maryland, niezbyt dużego, malowniczego miasteczka, Pewds był tak podenerwowany, że prawie przegapił dość niski budynek mieszkalny stojący przy głównej ulicy, który przy jednym z okien miał wywieszone duże białe prześcieradło z namalowanym czerwoną farbą napisem „SAFE POINT”. Wyhamował z piskiem opon, tak, że Cry’em aż zarzuciło do przodu, powodując u niego kolejny przypływ kaszlu. Przeprosił go szybko, w biegu wysiadając z samochodu i otwierając drzwi pasażera. Cry nie był w stanie wyjść samodzielnie, o mało co nie wywracając się, kiedy w końcu udało mu się stanąć na ziemi. Pewds chwycił go więc pod oba ramiona, zarzucając sobie jego półprzytomne ciało na plecy i szybkim krokiem ruszając w stronę budynku. Gdyby tylko mógł, wbiegłby po schodach, ale obciążenie na jego plecach skutecznie go przed tym powstrzymywało. Ruszył więc tak szybko, jak było to dla niego możliwe, szarpiąc za klamkę każdych drzwi, które napotkał na swojej drodze. Dopiero na trzecim piętrze udało mu się znaleźć jedne otwarte, więc natychmiast wpadł do mieszkania, które się za nimi chowało i rozejrzał się po wnętrzu. Drzwi do łazienki, kuchnia, jakieś szafki. Przeszedł do kolejnego pomieszczenia i jego wzrok od razu padł na duże łóżko, stojące przy ścianie. Położył na nim Cry’a, szybko przebiegł do kuchni po trochę wody i jakiś ręcznik, po czym wrócił do przyjaciela. Wyglądał fatalnie, blady, z krwią barwiącą mu usta i potem zalewającym mu twarz. Pewds zamoczył ręcznik, po czym otarł czoło mężczyzny i usta, dając mu też trochę wody do wypicia. Brunet miał otwarte oczy i uśmiechał się słabo, kiedy Pewdie chwycił go za rękę i pocałował jej wierzch, patrząc się na niego w napięciu.
- Przynajmniej umrę w luksusowych warunkach – wychrypiał cicho, próbując podnieść nieco głowę, ale rezygnując z tego niemalże od razu, zbyt zmęczony, by wykonać coś tak trudnego. Leżał więc tylko, patrząc się na swojego nowego chłopaka i myśląc, że nie zdążył się jeszcze nacieszyć tym, że jego uczucia zostały odwzajemnione. Wyciągnął dłoń do twarzy Szweda i delikatnie musnął jego policzek opuszkami palców, zanim jego ręka znów bezwładnie opadła na łóżko. – Cieszę się, że tu jesteś.
- Nie możesz jeszcze umrzeć, Cry, błagam – głos Pewdsa zabrzmiał słabo, nawet dla jego własnych uszu. Czuł, że za chwilę zupełnie się rozklei. – Nie możesz mnie tu zostawić. Przecież dobrze wiesz, że nie dam sobie bez ciebie rady.
- Nie doceniasz się – zaśmiał się krótko w odpowiedzi, a jego śmiech szybko zniknął w gwałtownym kaszlu. – Wierzę w ciebie, poradzisz sobie.
- Co jeśli nie?
- To mam nadzieję, że będzie to dlatego, że przerośnie cię sytuacja, a nie dlatego, że odpuścisz i dasz się zabić.
Pewdie pokiwał tylko głową twierdząco, przymykając oczy na chwilę. Nie mógł mu tego zrobić, nawet, jeśli pragnął tego z całego serca. Skoro mu przyrzekł, że będzie żyć dalej, to dotrzyma swojej obietnicy.
- Masz ze sobą pistolet? – spytał Cry po chwili, przymykając oczy. Jego klatka piersiowa opadała i wznosiła się bardzo powoli i prawie że niezauważalnie, pozwalając mu na ostatnie oddechy. Pewds wydał z siebie zduszony jęk, a łzy popłynęły obficie po jego policzkach. Z wielkim trudem wyciągnął broń zza paska i uniósł ją do góry, by pokazać drugiemu graczowi. Cry uśmiechnął się słabo, resztkami sił. – Dobrze. Wiesz co musisz zrobić.
- Nie chcę, błagam, zostań, nie chcę tego robić… - z ust Pewdiego zaczął wylewać się potok słów, błagalnych jęków i próśb, pełnych desperacji zdań, jakby mógł zatrzymać nimi czas i sprawić, że to się działo w tym momencie stało się nagle czystą fikcją, czymś nierealnym. Cry uciszył go jednym dotknięciem, z wysiłkiem podnosząc dłoń na tyle, by jeszcze raz umieścić ją na policzku blondyna, chociaż na krótką chwilę. Pewds przytrzymał jego rękę przy swojej twarzy, wtulając się w ten dotyk i urywając nagle swój słowotok. Nie potrafił jednak przestać płakać, patrząc, jak spierzchnięte wargi Cry’a otwierają się z wysiłkiem po raz ostatni, pozwalając wydostać się jeszcze kilku słowom, wypowiedzianym ledwie już słyszalnym szeptem:
- Kochałem cię od samego początku…
- Co? – Pewdie zbliżył się do niego, pewien, że źle usłyszał.
- Odkąd cię poznałem… Już wtedy… Zawsze cię kocha-
Słowa zamarły w jego wciąż otwartych ustach, a klatka piersiowa zatrzymała się wraz z nimi, opadając po raz ostatni. Pewds jęknął znowu, przyciskając usta do bezwładnej dłoni Cry’a i usilnie próbując stłumić krzyk, który próbował wydostać się z jego piersi. Nie widząc nic przez łzy, po omacku znalazł szyję Amerykanina i przyłożył dwa palce do miejsca, w którym znajdowała się tętnica. Z trudem opanowując drżenie dłoni, przykładał palce na całej długości szyi, desperacko szukając pulsu. To nie to miejsce, to nie ten punkt. Kiedy w końcu go znajdzie, poczuje lekkie pulsowanie pod skórą i to da mu nadzieję, a nadzieja da mu motyw do działania i coś wykombinuje, jakoś uda mu się go jeszcze uratować… Nie potrafił jednak wyczuć niczego, poza powoli uciekającym ciepłem. Nie poddawał się jednak jeszcze; przyklęknął przy krawędzi łóżka, umieścił złożone dłonie na środku klatki piersiowej Cry’a, tam, gdzie powinno być serce, po czym zaczął uciskać. Nie pamiętał już, ile miało być uciśnięć. Nie pamiętał nic, uciskał tylko, coraz mocniej i mocniej, aż w końcu opadł bez sił na martwe ciało mężczyzny i pozwolił sobie na krzyk. Krzyczał długo, na tyle, na ile pozwalały mu struny głosowe, krzyczał w agonii, nie widząc nic poza ciemnością, nie czując nic poza smakiem słonych łez, nie słysząc nic poza własnym rozpaczliwym krzykiem. W końcu jednak głos uwiązł mu w gardle i musiał biec do łazienki, potykając się o własne nogi, żeby nie zwymiotować na podłogę, tylko do ubikacji. Przez chwilę wypróżniał swoje wnętrzności i chociaż jego głos już nie mógł, jego umysł wciąż krzyczał. Obraz martwego ciała bruneta wydawał się być przyklejony do wnętrza jego powiek, bo gdy zamykał oczy, obraz ten był jedyną rzeczą, którą widział. Jego słowa odbijały się echem w jego głowie. Kochał go? To było oczywiste, już dawno to ustalili. Odkąd się poznali? To go zaskoczyło. Cry co prawda wspominał, że był w nim zakochany od dłuższego czasu, ale Pewds nigdy nie sądził, że od tak długiego czasu. On nie dał rady wytrzymać kilku dni bez wyznawania swoich uczuć. Cry męczył się z tym… Od trzech lat. Jak to jest, kochać bez wzajemności tak długo? Jak to jest, kiedy po takim czasie w końcu twoje uczucia są odwzajemnione? Kiedy ta osoba też mówi, że cię kocha i zanim zdążysz to przyjąć do wiadomości i przejść z tym do porządku dziennego, wszystko to tak nagle się kończy? Nie wiedział. Sprawiał mu tyle cierpienia przez tyle czasu i zanim zdążył jakoś mu to wynagrodzić, Cry zginął. Zginął przez jego lenistwo i głupotę. A teraz było już za późno, żeby to jakoś naprawić.
Pewdie nie był w stanie spojrzeć sobie w oczy, gdy podniósł się w końcu z łazienkowej posadzki i podszedł do umywalki, by przemyć twarz i przepłukać usta. Ignorował twarz, którą kątem oka dostrzegał w lustrze. Miał wrażenie, że gdyby odważył się na siebie spojrzeć, jego nienawiść do siebie osiągnęłaby w końcu taki poziom, że nie wytrzymałby i zużyłby ostatnią kulę w pistolecie na zabicie samego siebie. Nie mógł na to pozwolić. Jeśli chciał jakoś odkupić swoje winy, przynajmniej trochę, to mógł chociaż spełnić ostatnią wolę swojego przyjaciela. Ciężkim krokiem ruszył z powrotem do sypialni. Starał się odwrócić wzrok od ciała leżącego na łóżku, ale jego oczy zdawały się być przyciągane do tej sceny jak magnes. Usiadł więc obok niego, na przysuniętym tam wcześniej krześle i po prostu chwycił go za dłoń. Była nieruchoma, ale jeszcze ciepła. Powoli przesunął palcami po jego ręce, wzdłuż nadgarstka, przez łokieć i po ramieniu. Już miał dotknąć jego twarzy, pogładzić go po brodzie i policzku, przeczesać jego mokre od potu i wody włosy, kiedy nagle dłoń Cry’a drgnęła lekko i mężczyzna zmarszczył brwi, jęcząc przeciągle. Pewds odskoczył natychmiast, w panice szukając pistoletu. Miał nadzieję, że ma nieco więcej czasu i da radę się przygotować, odpowiednio pożegnać, ale chyba niestety nie było takiej opcji. Podniósł broń z ziemi, gdzie wcześniej ją upuścił i wyprostował się, stając od Cry’a na długość ramienia – tak, że lufa przyłożona była do skroni mężczyzny. Ręce trzęsły mu się okropnie, ale z takiej odległości nie mógł nie trafić. Wziął więc kilka głębokich oddechów, próbując się przekonać do pociągnięcia za spust. „Chcę jeszcze raz spojrzeć mu w oczy i przeprosić”, powiedział sobie w myślach, ocierając drugą dłonią łzy. Miał tylko nadzieję, że rzeczywiście będzie się trzymał tego postanowienia i nie stchórzy w ostatniej chwili.
Kiedy Cry w końcu otworzył oczy, nie wyglądał ani trochę jak zmutowany potwór żądny krwi i mózgów, a raczej, jakby był bardzo zdezorientowany. Rozejrzał się, z głuchym jękiem próbując się ruszyć z miejsca, na co Pewds zareagował od razu, dociskając pistolet do jego skroni. Coś było nie tak. Czyżby tak to wyglądało? Czy za chwilę rzuci się na niego z zębami i będzie próbował go rozszarpać, kiedy opuści gardę? Co ma zrobić, kiedy jego przyjaciel i kochanek patrzy się na niego zszokowany i spanikowany, widząc broń przy swojej głowie?
- Pewds, to ja, Cry. Naprawdę, nie wiem co się dzieje, ale to ja, przysięgam… - zaczął mówić szybko, spanikowany, podnosząc ręce do góry i patrząc się na niego z przerażeniem. Pewdie zaczął trząść się jeszcze bardziej, nie rozumiejąc sytuacji. Nie opuszczając broni, odezwał się głosem znacznie wyższym niż zwykle:
- Pokaż swoją kostkę, już.
Cry natychmiast rzucił się do swojej lewej nogi, podwijając nogawkę niemalże do samego kolana. Chociaż Szwed dobrze widział, że jego przyjaciel był zupełnie zdezorientowany sytuacją tak samo jak on, nie mógł ryzykować. Gdy tylko skóra na kostce została odsłonięta, Pewds zbliżył się ostrożnie, powoli sięgając do miejsca, gdzie znajdowało się wcześniej ugryzienie. Obecnie nie było tam jakiegokolwiek śladu po ranie; dwa ciemne półkola zębów, które odznaczone były wcześniej na nodze bruneta po prostu zniknęły. Łzy znowu napłynęły do oczu Pewdiego, który upuścił broń z powrotem na podłogę, po czym padł na kolana tuż obok niej, mocno chwytając zdezorientowanego Cry’a w pasie i mocno się do niego przytulając. Cry przez chwilę siedział w szoku, tylko oddychając głęboko i próbując przypomnieć sobie cokolwiek, co mogłoby mu podpowiedzieć dlaczego jego najlepszy przyjaciel i ukochany mierzył do niego z broni, po czym zaczął płakać mu w koszulkę. Gdy przypomniał sobie, co wydarzyło się przed tym jak zemdlał, zerknął tylko na swoją nogę, by jeszcze raz się upewnić, że ślad ugryzienia zniknął, po czym nachylił się nad łkającym Pewdiem i objął go mocno, całując w głowę i samemu powstrzymując łzy. Przeżył. Nie wie, jakim cudem i dlaczego, ale przeżył i przynajmniej przez następne dwa dni jest bezpieczny.
- Hej, już w porządku – wyszeptał miękko do Pewdsa, próbując go uspokoić. – Jestem tu, żyję, ty też żyjesz. Wszystko jest w porządku.
- Prawie nacisnąłem spust – wyjąkał Pewds w odpowiedzi, nie odrywając się ani na moment od ciepłego uścisku Cry’a. – Prawie… Cię zabiłem.
- Tak, jak ci kazałem, nie winię cię. Poza tym, nie zrobiłeś tego. Nie ma sensu myśleć teraz nad tym, co by było gdyby. Jesteśmy bezpieczni i żyjemy. To się liczy, okay?
Felix nie odpowiedział, wracając do gwałtownego szlochu. Cry pozwolił mu na to; ta sytuacja musiała być dla niego wyczerpująca emocjonalnie i potrzebował się wypłakać. Zsunął się tylko z łóżka, lądując obok niego i przytulając go w nieco wygodniejszy sposób, jednocześnie rysując kółka i różne wzorki na jego plecach i szepcząc do niego uspokajająco, gdy zauważył, że zaczyna mieć problem z wzięciem oddechu. Gdy trochę już opanował jego panikę, Cry odchylił się nieznacznie od swojego chłopaka, by móc nachylić się do jego ust i skraść z nich wolny, niezbyt głęboki pocałunek, smakujący żelaznym posmakiem krwi i słonymi łzami. Kiedy go przerwał, Pewds spojrzał na niego zaczerwienionymi oczami i pogładził go delikatnie po twarzy, na co Cry odpowiedział uśmiechem, całując wnętrze głaszczącej go dłoni.
- Jak… Jak to możliwe? – wychrypiał Pewdie, nie spuszczając z niego wzroku. – Myślałem, że nie żyjesz… Nie, nie żyłeś. Zatrzymało się twoje serce, przestałeś oddychać. Próbowałem cię reanimować, nie odpowiadałeś. Byłem przekonany, że to koniec, że nie żyjesz, dlaczego-
Cry przytulił go ponownie, widząc, że Szwed znów jest bliski płaczu. Nie znał odpowiedzi na żadne z jego pytań. Tak naprawdę, nie wiedział nic i nie rozumiał nic z tego, co się wydarzyło. Nie wiedział, czy tak miało zadziałać serum, czy to magiczne zdolności safe pointu go uratowały. Sam miał ochotę się rozpłakać, żeby z niego też mogło zejść całe to napięcie związane z przechodzeniem tej koszmarnej gry. Mając jednak w ramionach Pewdsa w stanie zupełnej rozsypki, nie pozwalał sobie na jakąkolwiek słabość. Płakać będzie wtedy, gdy Pewdie będzie w lepszej kondycji psychicznej. Teraz jednak przynajmniej jeden z nich musiał być silny.
Pewds w końcu się wyciszył, nie oznaczało to jednak, że zamierzał chociażby na chwilę puścić Cry’a. Siedzieli na ziemi, wtuleni w siebie, przez Bóg wie jak długi czas, głaszcząc się, całując się i szepcząc sobie słowa pocieszenia. W pokoju powoli zaczynał panować półmrok, kiedy słońce już całkiem zaszło za horyzontem i została tylko poświata barwiąca niebo na wiele odcieni różu i fioletu. Mężczyźni byli teraz coraz to bardziej głodni, ale żaden z nich nie chciał się ruszyć z miejsca, szczególnie, że Cry czuł się w obowiązku siedzieć przy przyjacielu, póki ten nie zadecyduje, że czuje się już całkowicie dobrze. Nie musiał czekać jednak długo, gdy usłyszał ze strony Pewdiego ciche prychnięcie, tak niespodziewane i niepasujące do panującej w pokoju ciszy.
- Co jest? – zagadnął Cry, łapiąc się tego znaku normalności czym tylko mógł.
- Śmierdzisz – mruknął Pewds, opierając ciężko głowę o jego ramię. Amerykanin nie mógł powstrzymać śmiechu.
- Dzięki, właśnie takich komplementów oczekuję od swojego faceta, wiesz jak mi dogodzić – odparł sarkastycznie, szturchając go lekko pod żebra.
- Mogę być szczery albo miły, nie umiem dwóch na raz.
Cry westchnął tylko ciężko, z uśmiechem przyklejonym do twarzy, zanim upewnił się jeszcze raz, że może wstać i iść się umyć i że Pewds nie zrobi niczego głupiego, kiedy go zostawi na chwilę. Spojrzenie, które posłał mu blondyn wręcz krzyczało, że ma go nie traktować jak idioty.
- Jedyną rzecz, którą mam zamiar robić jak będziesz się ogarniał, to kolację. Oczywiście jeśli mi pozwolisz – powiedział, podnosząc się chwiejnie z ziemi i kierując się w stronę kuchni. Cry powstrzymał go w połowie drogi, składając szybkiego buziaka na jego policzku.
- Pozwalam, ale mam nadzieję, że będzie dobre, bo inaczej pomyślę, że mnie nie kochasz
Brunet opuścił pokój, zgarniając z jednej z komód ręcznik i piżamę, po czym udał się do łazienki. Pewds patrzył się przez chwilę za nim, po czym zwrócił się do lodówki, by przejrzeć jej zawartość. Próbował się skupić całkowicie na czynności przygotowywania kanapek, ale jego myśli nie przestawały wędrować do wcześniejszej sytuacji. Nie rozumiał, dlaczego Cry przeżył i oczywiście, cieszył się z tego całym sercem, po prostu… Nie rozumiał dlaczego. Wszystko wskazywało na to, że zginie, a jednak…
-
A jednak wam się udało przeżyć. Moje gratulacje. Chociaż, było blisko.
Pewds usłyszał cichy głos nad swoim uchem i prawie zmarł na zawał, gdy dotarło do niego, czyj jest to głos. Alice ostatnimi czasy rzadko się pojawiała i właściwie komunikowała się tylko przez notes lub wierszyki na kartkach papieru. Nie pamiętał już nawet, kiedy ostatnim razem słyszał ją na żywo. Jej obecność tu i w tym momencie nie wróżyła jednak niczego dobrego i mężczyzna obawiał się tylko, jaki jest jej cel.
- Czego chcesz? - spytał niepewnie, usilnie starając się brzmieć chociaż trochę groźnie. Nie wychodziło mu to ani trochę; był zmęczony i przerażony jej pojawieniem się. Bał się, czy nie będzie próbować zabrać mu Cry’a po tym, jak udało mu się go cudem odzyskać. - Nie możesz nas zostawić w spokoju?
- Oszalałeś? To, że dawno nie dawałam znaku życia nie oznacza wcale, że nie tęskniłam! Tak przy okazji, gratuluję dostania się do poziomu dziewiątego. To naprawdę sukces, muszę przyznać. Chyba za mało się staram – dziewczyna zachichotała słodko, a Pewds powstrzymywał się, żeby nie rzucić czymś w kierunku, z którego dobiegał go głos. - W każdym razie, przyszłam z tobą pogadać.
- Pojęcie rozmowy zakłada, że dwie strony biorą w niej udział i robią to z własnej woli - odparł, odkładając wyciągnięte z lodówki produkty i siadając na krześle przy kuchennym stoliku. – Także, rozmowa zakończona.
- Cry nie przeżyje.
Pewds rozejrzał się, przerażony jej słowami. Tego właśnie się spodziewał. Przyszła tu tylko po to, żeby go zabrać. Ta chwila, którą z nim spędził była po to, by się pożegnać. Pewds poderwał się z siedzenia i ruszył szybkim krokiem w stronę łazienki, nim głos Alice zatrzymał go nagle.
- Gdzie się tak spieszysz? Przyszłam ci coś opowiedzieć, więc siadaj i słuchaj – Pewdie posłusznie usiadł na najbliższym krześle, nie ważąc się jej sprzeciwić. Bał się konsekwencji. - Wiesz, strasznie miło mi obserwować wasze relacje. W świecie gier zawsze umieszczam pary graczy, którzy są ze sobą w przyjacielskich lub romantycznych relacjach, głównie dlatego, że zabawa jest wtedy najlepsza. Gdyby Cry był jakimś przypadkowym gościem, nie próbowałbyś się poświęcić ani razu, tylko prędzej czy później po prostu zostawiłbyś go na śmierć. A tak? "Proszę, nie, tylko nie on!" - udała płaczliwy ton. - Jeśli byłbyś zmuszony, wymordowałbyś dla niego pół miasta. Wiesz, jesteście jedną z najlepszych par jaka mi się trafiła. Jest z wami mnóstwo zabawy, kiedy tak się nawzajem chronicie i robicie rzeczy czasem tak debilne, że aż nie potrafię uwierzyć, że ktoś mógłby na to wpaść.
- Zamknij się, nie chcę tego słuchać - Pewds czuł, jak jego serce zaczyna bić coraz mocniej. – Zostaw nas w spokoju, proszę, i odejdź.
- Jeszcze nie skończyłam - dziewczyna zabrzmiała, jakby była nieco urażona. - W każdym razie muszę ci coś uświadomić. Zwykle pozwalam uczestnikom mojej zabawy działać według własnej woli i wtrącam się w rozgrywkę tylko w momentach, które rzeczywiście tego ode mnie wymagają, ale z wami jest nieco inaczej. Rozumiesz, gdy was wybierałam, mój wybór bazował tylko na informacjach, które o was zebrałam. Dobrzy przyjaciele? Zaznaczone, mogę was ze sobą zabrać. Pierwsza gra jest zawsze grą próbną: jeśli uczestnicy ją przeżywają, informacje, które o nich zebrałam są wykorzystywane do następnych poziomów. Z wami było podobnie. Po pierwszym rozdziale naszej wspólnej historii odkryłam, że Cry jest zdecydowanie silniejszy od ciebie w kwestii psychiki. Był także bardziej pomysłowy i od razu wiedziałam, że ma duże szanse na przeżycie nawet w pojedynkę. A ty? Ty go przed tym powstrzymywałeś, bo zamiast pozwolić mu martwić się o siebie, dostarczałeś mu dodatkowych powodów do strachu. "Czy Pewds żyje? Czy wszystko z nim w porządku? Co się z nim teraz dzieje?". Działałeś na niego jak kula u nogi - ale to nawet lepiej dla mnie.
- Zamknij się! - głos zaczął mu się łamać, gdy krzyknął na dziewczynę. – Błagam, zostaw nas, błagam, proszę…
- Ty wpadłeś na Slendermana, Cry przybiegł ci na ratunek, a ja już zdążyłam zrobić mały wywiad – Alice kontynuowała, zupełnie niewzruszona tym, że był bliski płaczu. - Jak on jest w tobie desperacko zakochany! Odkąd cię poznał było tylko coraz gorzej. Niby się z tym pogodził, a jednak go męczyło, że wolisz Marzię. Wtedy zadecydowałam, że obiorę sobie ciebie jako cel moich ataków. Cry'owi bardziej zależało. Plan został wykreowany, a tu nagle... Niemożliwe, ty też go kochasz! Nie masz o tym pojęcia, dla ciebie to równoznaczne z przyjaźnią, ale wcale nie! Postanowiłam ci to uświadomić. Już czułam tą zbliżającą dramę, twoje zagubienie, złość, smutek... No i jakoś tak wyszło, że plany się zmieniły i na moim celowniku znalazł się Cry. Potem wszystko poszło jak po maśle: ty się bawiłeś w rycerza ratującego pannę w niebezpieczeństwie i jednocześnie powoli do ciebie docierał fakt, że jesteś w tej pannie zakochany. Ja tylko obserwowałam. Na początku tylko się poświęcałeś - ratunek ponad wszystko, dla ciebie zginę, bla bla bla. W końcu postanowiłam cię wolno przyzwyczajać do tego, że stracisz swojego kochanka. Subtelnie, na początku chwilową śmiercią, potem jakimiś innymi formami, tak, żebyś zauważył, jak często cię zostawia, jak często go tu nie ma.
- Ty… - Pewds znowu poczuł, że płacze i zakrył twarz dłońmi. – Wszystko po to, by… Czerpiesz przyjemność z wywoływania u nas traumy, co? Nie mieliśmy na nic wpływu?
- Na bardzo niewiele rzeczy, czego się spodziewałeś? - jej głos był pełen jadu. - Jestem panią tego świata. Wszystko dzieje się po mojej myśli. To, że Cry'owi stała się krzywda w Bloody Trapland nie było przypadkiem. To, że zaatakowano go siekierą, a potem rozstrzelano w Cry of Fear i że miał zostać zaatakowany w Outlaście też nie było przypadkiem. Jak myślisz, dlaczego to on musiał walczyć i ryzykować życie na twoich oczach w Alice: Madness Returns i być katowanym w Rule of Rose? Yume Nikki też nie było zwykłym zdarzeniem losu. Kiedy Cry się wybudził, zostawiając cię samego z tamtym potworem, dla niego trwało to może z piętnaście minut. Dla ciebie? Wieki. Czułeś się, jakbyś siedział w tej upiornej krainie przez co najmniej tysiąc lat. Widziałam twoje myśli. "Czemu Cry mnie zostawił? Nie chcę być tu całkiem sam. Co jeśli coś mu się stało?". Oczywiście, nie wspominam już nawet o ostatniej rozgrywce. Powiedz, jak to jest niemalże doprowadzić do śmierci swojego jedynego przyjaciela?
- SKOŃCZ! - Pewds zakrył uszy dłońmi, chcąc zablokować dźwięk. - NIE CHCĘ CIĘ SŁUCHAĆ!
- Pewds? - Cry wyszedł właśnie z łazienki, ubrany tylko w spodnie, wciąż wycierając włosy ręcznikiem. - Słyszałem twoje krzyki... Pewds?!
Brunet w trzech krokach znalazł się koło mężczyzny, przytrzymując jego wierzgające ciało. W niemalże żelaznym uścisku Szwed nie miał się jak poruszać, objął więc Cry'a, płacząc wtulony w jego ramię.
- Powiedz jej, żeby przestała... - wyjęczał żałośnie, czując, jak Cry przyciąga go bliżej siebie i delikatnym, pełnym czułości gestem gładzi go po plecach. - Ja nie chcę...
- Alice? - spytał tylko, rozglądając się. - Mówi jeszcze do ciebie?

- Tyle płaczu i obwiniania się, tyle strachu - rozbawiony głos Alice rozbrzmiał w głowie blondyna. – O tak, byłeś przerażony. Jesteś tak bardzo uzależniony od niego, że jego utrata prawdopodobnie by cię załamała do końca życia. Ale taki musi być tego koniec. Jeśli dotrwacie do dziesiątego rozdziału naszej wspólnej historii możesz być pewien, że Cry zginie.
Zapanowała chwilowa cisza. Pewds próbował się uspokoić, walcząc o oddech w ramionach ukochanego. Brunet tulił go tylko, od czasu do czasu spoglądając na niego z niepokojem. Tak bardzo chciał mu pomóc, ale nie mógł, gdy wróg był niewidzialny.
- Możesz mnie nienawidzić. Możesz mi grozić, możesz błagać, obiecywać... To nieważne. Zadecydowałam. Wykorzystaj ostatnie chwile ze swoim ukochanym. Jego śmierć jest nieunikniona. Jednakże... To nie moja sprawa. Nie ja będę jego mordercą, Pewdie. Ty nim będziesz.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No elo :D
Wolę nawet nie pytać, ile z was chce mnie teraz zabić xD Kasumi, moja beta najdroższa, zaczęła na mnie krzyczeć i machać we mnie środkowym palcem i dzięki Bogu, że mieszka w Krk, bo mogłaby do mnie przyjść i mi przywalić. Ale hej! Skończyłam rozdział ósmy! Napisałam to, co chciałam napisać od 3 lat! Ja się osobiście bardzo cieszę i mam szczerą nadzieję, że jednak wam się spodobał i znajdzie sobie miejsce w waszym serduszku <3

Przypisy:
1. Centrum "Savannah" ma nazwę wziętą z The Walking Dead, sezonu 1. Tak samo imiona postaci: Katjaa, Lilly, Christa i Linda.
2. Nathan jest tak naprawdę z Life is Strange. To nie miało tak wyglądać, ale jak wymyślałam ludzi z centrum, to mi się tak jakoś nasunął właśnie on i został xD
3. Maryland... To taka mała podpowiedź odnośnie następnej gry. I przy okazji oczko w stronę fanów Hannibala xD

Nie wiem co mam tu napisać, poza tym, że będzie prawdopodobnie rozdział 9 w przyszłym tygodniu? I ogółem zamierzam skończyć pisać do końca wakacji? I profesjonalnie wydrukować tego fanfika w wersji książkowej, żeby mieć dla siebie i ew. sprzedać zainteresowanym? Idk?
Więcej info na ten temat jak skończę rozdział 9 i będę wiedzieć, czy mój plan napisania tego do końca wypali, zostańcie ze mną i oczekujcie dalszego rozwoju wydarzeń xD

Kocham was i ogółem
Czekam na komentarze
Mam nadzieję, że się wam podobało
BROFIST!
~Maru <3