środa, 5 lipca 2017

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział ósmy, część trzecia.

***

Cry oczywiście nawet nie zauważył, że jakaś substancja została mu wprowadzona do krwiobiegu. Skrzywił się nieznacznie, gdy Pewds usuwał igłę z jego żyły i przykładał nasączony odkażaczem wacik do małej ranki po ukłuciu. Zgiął ramię, dociskając watę i zamrugał kilkukrotnie. Nie spodziewał się nagłej poprawy w samopoczuciu, ale był mimo wszystko zawiedziony, że nie odczuł jakieś zmiany. Czegokolwiek, co świadczyłoby o poprawie jego stanu czy możliwym uleczeniu.
- Dobrze się czujesz? – spytał Pewdie z lekkim uśmiechem, zaburzonym trochę przez przepełnione niepokojem spojrzenie.
- Bez zmian, nie czuję zmian – odparł zgodnie z prawdą.
- Nie czujesz, żeby było gorzej?
- Nie.
- To chociaż o tyle dobrze – Pewds uśmiechnął się nieco pewniej, dając znak Cry’owi, że ma siedzieć i się nie ruszać. – Na razie wymienię ci opatrunek i dam coś przeciwbólowego, okay? Może serum potrzebuje czasu, by mogło zadziałać.
- Nie jestem pewien, może – odparł Cry. Spojrzał niepewnie w stronę drzwi do gabinetu zastawionych szafą; zombie wciąż się dobijały z głuchym rykiem. – Powinniśmy się stąd szybko zbierać.
- Najpierw rana, potem ucieczka. Spróbujemy wyjść przez drugie drzwi – Pewdie sprawiał wrażenie, jakby się tym nie przejmował, ale ręce minimalnie mu się trzęsły, gdy wyciągał z jednej z szafek kawałek bandażu i jakiś odkażacz. – Nie mam tylko pomysłu, co potem.
- Możemy wyjść tyłem i zobaczyć, czy ktoś się kręci po tamtej stronie. Przodem nie wyjdziemy, horda pewnie jeszcze nie odeszła. Potem… Trzeba się dowiedzieć, czy to co właśnie mi podałeś to antidotum, czy tylko szczepionka na ospę.
- To będzie najtrudniejsze – Pewds odwinął poprzedni opatrunek i obejrzał ranę. Na chwilę obecną ślad wciąż był widoczny, ale posiniał, a obszar wokół niego był napuchnięty. Przemył go znalezionym lekiem i nałożył świeży opatrunek, mocno go zawiązując. Cry syknął z bólu, ale podziękował za pomoc. – Mam nadzieję, że mimo wszystko to było to i będziemy mogli szybko ulotnić się do następnego safe pointu.
- Też mam taką nadzieję – Cry wzruszył ramionami, bez siły. Tak naprawdę wciąż nadziei nie miał; wolał jednak powiedzieć to, niż znowu przechodzić przez kłótnię z ukochanym. Uśmiechnął się więc niewyraźnie, przyjmując podaną mu niewielką dawkę morfiny i starał się sprawiać wrażenie, że wszystko jest z nim w porządku.
Po kilku minutach łupanie do drzwi stało się jeszcze głośniejsze i bardziej agresywne. Szafa, która barykadowała wejście zaczęła lekko drżeć, a ryk dobiegający z korytarza przybrał na sile. Pewdie szybko upewnił się, że Cry jest na siłach, by się stamtąd zabrać w miarę szybko, po czym obaj podeszli do drugich drzwi, na końcu pokoju, by zobaczyć, czy zombie zbierają się też tam, czy tylko przy tych, przez które weszli. Ku ich wielkiej uldze, horda nie odkryła, że do pomieszczenia z ich potencjalnym posiłkiem prowadzi dwoje drzwi i te, których akurat nie okupują, są otwarte i nie zastawione żadnymi ciężkimi obiektami. Ten problem był więc załatwiony. Pozostawał jednak problem tego, że musieli wyjść na korytarz tak czy siak, pokazując się na oczy dość pokaźnej grupie wygłodniałych zombi.
- Czy dasz radę biec? – Pewds zwrócił się do Cry’a natychmiast po zakończeniu swojego rekonesansu. Cry zrobił półprzysiad i podskoczył dwa razy, za każdym razem krzywiąc się z bólu. Zerknął na kostkę, kręcąc stopą kółeczka.
- Boli jak cholera, ale dam radę. Nie za bardzo mam wyjście.
- Plan jest taki: biegniemy. Jak najszybciej. Do końca korytarza. Potem zobaczymy – blondyn nabrał powietrza i wypuścił je głośno, przygotowując się do biegu. Jego ręka spoczywała niepewnie na klamce. – Powodzenia. Nie daj się zaatakować.
Cry tylko skinął głową w odpowiedzi, stając przy nim i także czekając w napięciu na dalsze wydarzenia. W końcu Pewdie dał mu znak dłonią i zdecydowanie pociągnął za klamkę, otwierając drzwi na oścież. To, co wydarzyło się następnie, wydawało się trwać zaledwie parę sekund: gracze wystrzelili na korytarz w pełnym biegu, wymijając zdezorientowane nagłym zdarzeniem zombi i popędzili w stronę klatki schodowej na samym końcu. Słyszeli za sobą narastające pomruki i ryki, ale nie zatrzymali się, by sprawdzić, jak blisko nich jest horda; dopadli schodów i rzucili się w dół, niemalże łamiąc sobie nogi przeskakiwaniem po dwa stopnie. Na dole nic się nie zmieniło: dalej było pusto i spokojnie. Mężczyźni zwolnili więc nieznacznie, kierując się z powrotem do głównego budynku szpitala – na razie nie groziło im otoczenie przez zombi, ale nie chcieli ryzykować tego, że horda ich dogoni. Zatrzymali się dopiero gdy znaleźli się w holu, łapiąc oddech gwałtownie.
- Nie wierzę, że to się udało – wydyszał Cry, opierając się o ścianę. Nieustannie wychylał się i sprawdzał, czy trupy nie podążyły za nimi korytarzem. Chociaż nic na to nie wskazywało, czuł się bezpieczniej upewniając się. – Teraz tylko… wyjść i dowiedzieć się, czy przeżyję.
- Brzmi jak coś, co załatwimy bez problemu – stwierdził Pewds z ironią. – Jak tam twoja noga?
- Dalej boli, dam ci znać jak ulegnie poprawie. Dam radę iść, nie zwlekajmy.
Pewdie spojrzał na niego niepewnie, chyba nie do końca wierząc jego słowom. Nie skomentował tego jednak, tylko skinął głową i, upewniając się wcześniej, że nic za nimi nie idzie, ruszył przed siebie korytarzem prowadzącym na tyły głównego budynku szpitala. Od czasu do czasu oglądał się za siebie, kiedy kroki za nim milknęły nagle, bo Cry musiał się zatrzymać, by na chwilę odpocząć. Za każdym razem mówił, że wszystko z nim w porządku, ale w końcu Pewds nie wytrzymał i zwolnił znacznie, by Cry mógł do niego dołączyć i oprzeć się o jego plecy, gdy blondyn wziął go pod ramię i pomógł mu w dalszej drodze.
- To chyba nie było to serum – prychnął Amerykanin, chociaż wcale go to nie bawiło. – Mam wrażenie, że kostka boli mnie jeszcze bardziej.
- Przynajmniej nie mdlejesz, więc chyba nie jest tak źle – odparł Pewds. Jeszcze miał nadzieję, a o porzuceniu jej byłaby mowa jedynie wtedy, gdyby Cry nagle zaczął rzucać się na ludzi w potrzebie jedzenia mózgów. Na chwilę obecną, wszystko się zgadzało. – Znajdziemy dowód na to, że to było serum, a jak nie, to znajdziemy serum. Kostka może boleć bardziej, bo się goi albo coś. Nie poddawaj się jeszcze.
- Nie poddaję się, zabraniasz mi – Cry uśmiechnął się słabo i położył ciężko głowę na ramieniu swojego chłopaka. – Tylko sobie narzekam.
- Tyle ci wolno.
Zatrzymali się przy dużych, dwuskrzydłowych drzwiach. Wisząca u góry plakietka z napisem „EXIT” upewniła ich, że dotarli do tylnego wyjścia. Problem był jednak jeden i to dosyć duży: niemalże całe drzwi zabite były deskami i zastawione dwoma komodami. Meble same w sobie nie były wcale trudne do usunięcia, ale niestety wyrwanie blokady z desek było zadaniem nieco bardziej skomplikowanym. Pewds zaklął po szwedzku i zaczął krążyć nerwowo, zastanawiając się, jak inaczej mogliby wyjść. Przez chwilę przyszło mu na myśl, że mogą spróbować oknem, ale po szybkim rozejrzeniu się po najbliższym otoczeniu, okazało się, że one także są porządnie zabite i nie ma opcji przejścia.
- Co teraz? Ta droga jest zablokowana, zostaje nam tylko głównym. Zawsze możemy przejść budynek dookoła i tak dostać się na tyły – zaproponował Cry. – Trochę nadłożymy drogi, ale to chyba jedyne wyjście z tej sytuacji.
- Zobaczmy jeszcze, czy nie ma jakichś drzwi we wschodnim skrzydle, co ty na to? Jeśli nie, to chyba rzeczywiście będziemy musieli iść na około – Pewdie westchnął, przecierając twarz. Był trochę podenerwowany i zmęczony całą tą sytuacją.
- Jasne, czemu by nie. Chodźmy.
Ruszyli z powrotem do głównego holu, a potem w lewo, na skrzydło wschodnie. W tej części budynku było dość spokojnie, przynajmniej na parterze, więc gracze bez problemu dotarli do głównego bloku. Cry został w holu, by rozejrzeć się po recepcji w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby się im potem przydać, a Szwed ruszył sprawdzić, czy nie ma tam jakichś drzwi prowadzących na tyły. Gdy wrócił, brunet podniósł na niego wzrok znad trzymanych w dłoni kartek i uśmiechnął się promiennie. Pewds aż nie mógł się powstrzymać od cichego śmiechu.
- Dobrze cię widzieć takiego radosnego. Co się stało?
- Znalazłem raporty z pracy nad serum – odparł, machając plikiem dokumentów. Pewdie wziął je od niego, przeglądając pobieżnie ich treść. – Nie dowiedziałem się wiele więcej niż z dziennika Drevisa, ale znalazłem parę ważnych szczegółów. Na przykład, podanie antidotum zdrowemu człowiekowi nie zmienia jego stanu zdrowia oraz że martwe szczury wyczuwają zdrowe ofiary, ale nie wyczuwają szczurów już zarażonych.
- To by tłumaczyło brak reakcji zombi na ciebie, gdy szliśmy do gabinetu – stwierdził Pewds. Nie podobała mu się świadomość, że zombi uznały Cry’a za jednego ze swoich. – Coś jeszcze ciekawego?
- Da się ich zmylić zapachem, wystarczy się nasmarować ich wnętrznościami – Cry skrzywił się na samą wzmiankę, wiedząc, jak pachną przegnite ciała. – Jeśli dobrze pamiętam, w The Walking Dead było tak samo.
- Obrzydliwe. Obrzydliwe, ale jest jakimś sposobem na poruszanie się po mieście – Pewdie wzruszył ramionami. – Nie ma wyjścia tylnego, musimy obejść budynek. Skoro to, co ci podaliśmy jest serum, to chyba będziemy mogli stąd spadać?
Cry także wzruszył ramionami, przeglądając dokumenty ostatni raz. Nie znalazł tam jednak niczego pomocnego, więc odłożył je z powrotem na blat recepcji.
- Nie wiemy wciąż, czy nie ma gdzieś dopracowanej wersji serum. Zgaduję jednak, że możemy założyć, że to było to i próbować wyjechać z miasta do safe pointu. Jeśli nie wypełniliśmy zadania, to Alice nas pewnie zatrzyma.
- Mam nadzieję, że masz rację. Spadajmy stąd.
Wrócili do głównego budynku szpitala. Cry nie potrzebował już podpierać się przy chodzeniu, ku wielkiej uldze Pewdsa i nie narzekał na ból w nodze. Wydawało się także, że jego twarz odzyskała kolor. Gdy Szwed spytał się go o to, obejrzał się tylko na swoją łydkę i z lekkim uśmiechem oznajmił, że czuje się nieco lepiej. Pewdie chwycił go za dłoń, ściskając delikatnie i uśmiechając się jak głupi. Nie było się jeszcze z czego cieszyć, ale mimo wszystko Pewds czuł ulgę, widząc, że Cry’owi jest już trochę lepiej.
Wychodząc głównym wejściem, spodziewali się ujrzeć hordę dobijającą się do głównej bramy lub, co gorsza, chodzącą już po głównym placu po sforsowaniu żelaznych krat. W zasięgu ich wzroku nie było jednak ani jednego zombi, a otoczenie było stosunkowo ciche. Gracze spojrzeli na siebie niepewnie, mając nadzieję, że ten drugi wie co się dzieje i co powinni teraz zrobić. W końcu, po chwili stania i rozglądania się po otoczeniu, postanowili nie zmieniać planów i ruszyć na tyły szpitala. Z naładowaną bronią zakradli się od strony zachodniej, trzymając się blisko ścian. Ku ich przerażeniu, im bardziej zbliżali się do swojego celu, tym więcej pomruków zombi słyszeli. Gdy w końcu doszli do muru z bramą, oddzielającego teren spacerowy od parkingu, zobaczyli powód, dla którego zabarykadowano drzwi w budynku. Jak się okazało, nie było to po to, by zatrzymać zombi będące w środku, tylko by nie wpuścić tych, które szwendały się po parkingu. Nie było ich znowu aż tak wiele, może z trzydzieści w sumie, ale były zamknięte między murami ogradzającymi szpital i sporo z nich było pewnie pacjentami lub kimś z ich rodzin. Przejście między nimi nie powinno być bardzo trudne, ale mimo wszystko było dużym ryzykiem; im dalej byli od żywych trupów, tym większe mieli szanse, że nie staną się jednymi z nich. Wybór mieli jednak ograniczony: albo szli tędy, albo zawracali i próbowali iść po własnych śladach do głównej drogi, by potem jechać wzdłuż niej przez las i gdziekolwiek ich to poprowadzi. Główne skrzyżowanie przed szpitalem wydawało się być teraz w miarę puste, ale nie wiadomo było, czy nie powtórzy się sytuacja sprzed niecałej godziny, gdzie w przeciągu kilku minut zostali osaczeni ze wszystkich stron. Trzeba było podjąć jakąś decyzję.
- Na tyłach jest ich stosunkowo niewiele i to zamknięta przestrzeń, nie mają skąd przyjść i jak nas zaatakować. Jeśli jednak utkniemy między nimi, to nie ma mowy o ucieczce – Pewds przykucnął za murem i przyciszonym głosem wyjaśnił sytuację. – Od bramy mogą do nas dojść i zaatakować zewsząd, jak ostatnio. Co robimy?
- Jeśli doktor Drevis miał rację… - zaczął Cry, ale Pewdie przerwał mu głuchym warknięciem i przetarł sobie twarz dłońmi.
- Nie mamy innego wyjścia? Nie chcę się smarować flakami martwego człowieka. Stary, to bezczeszczenie zwłok, brak szacunku dla zmarłego i jakby tego było mało, jest obrzydliwe.
- Możemy iść normalnie, w pełni wyprostowani i z uśmiechem na twarzach. Wezmą nas za turystów i albo nas zostawią w spokoju albo spróbują nam wcisnąć pamiątki – odparł Cry ironicznie. – Słuchaj, ostatnio wchodzenie w tłum zombi skończyło się fatalnie, a ja miałem wyjątkowe szczęście w nieszczęściu, bo one założyły z góry, że niewiele mi życia zostało. Jeśli serum właśnie zaczęło działać, to nie wiem, czy wciąż jestem bezpieczny, a nawet jeśli, to nie zaryzykuję możliwości, że będę oglądał hordę zombiaków, które sobie na tobie ucztują.
Pewds westchnął głęboko, ale skinął głową w zgodzie.
- Obyśmy tylko szybko znaleźli safe point, bo coś czuję, że będziemy obaj potrzebowali długiego prysznica.
Brama, przy której się czaili, otworzyła się zaskakująco łatwo, zwracając uwagę jednego z zombi przeciągłym jękiem zardzewiałych zawiasów. Gracze pozostali przyczajeni, gdy trup powlókł się w stronę dźwięku i zaatakowali go dopiero wtedy, gdy wyszedł za mur. Nie zdążył nawet na nich warknąć; gracze nie byli nawet pewni, czy w ogóle zorientował się, że ktoś tu był. Jednym uderzeniem kija Pewds rozwalił mu głowę, uśmiercając na dobre. Zaciągnęli jego ciało nieco bliżej muru, tak, by nie było ich widać przez bramę. Niemal natychmiast przystąpili do maskowania swojego zapachu, z obrzydzeniem i chorą fascynacją odkrywając, że truchło jest przegnite do tego stopnia, że można po prostu włożyć w nie rękę i przejść na wskroś. Cry ukradł mu koszulę, którą miał zarzuconą luźno na plecy i włożył ją na siebie, nim przystąpił do pokrywania swojego ciała krwawo-zieloną-szarą mazią tego, co kiedyś było organami, tłuszczem i mięśniami. Pewds zabrał mu czapkę, którą z trudem wcisnął na głowę, starając się nie myśleć o tym, że dotykała ona resztek czaszki i przegnitej skóry. Najgorszą częścią ich „charakteryzacji” było jednak pokrywanie twarzy. Pewds naprawdę miał wrażenie, że za chwilę zwymiotuje, Cry w pewnym momencie rzucił się w krzaki, wypróżniając zawartość żołądka już drugi raz tego dnia. Po chwili przyzwyczaili się już w miarę do okropnego smrodu zgniłego ciała, ale myśl o tym, co właśnie zrobili nadal była dla nich przerażająca.
- To było podłe – mruknął Cry, patrząc się na to, co zostało jeszcze z zombiaka. W końcu chwycił go za ręce i zaciągnął bliżej rosnących koło muru krzaków, układając na tyle na ile potrafił, po czym ułamał dwie gałązki i ustawił z nich niewielki, dość krzywy krzyż, wbijając go tuż nad miejscem, gdzie niegdyś znajdowała się głowa trupa. Obejrzał przygotowany prowizoryczny pochówek, po czym westchnął głośno. – Przynajmniej tyle możemy dla niego zrobić.
- Prawdopodobnie uratował nam właśnie życie – stwierdził Pewds, chwytając Cry’a za ramię. Też nie czuł się najlepiej z faktem, że potraktował czyjeś ciało z takim brakiem szacunku. Nawet jeśli był to tylko pionek w grze Alice, utworzony przez nią, to nie zmieniało to faktu, że przypominał on częściowo człowieka, co nieprzyjemnie przypominało obu graczom, że równie dobrze to mogły być ich ciała.
W końcu odeszli od trupa, wracając do swojej misji. Wyglądali potwornie, ale chyba właśnie o to chodziło: twarze, ręce i ubrania mieli całe w śmierdzącej zgnilizną brei, która skutecznie maskowała ich własny zapach. Wziąwszy uprzednio parę głębokich oddechów, mężczyźni w końcu ruszyli przez otwartą bramę, wchodząc jak najlepiej potrafili w rolę zombi. Wlokąc więc nogami po ziemi, powoli przesuwali się do przodu wydając gardłowe dźwięki i pomruki w cichej nadziei, że to zadziała. Na szczęście, działało. Szalone bicie ich serc nie było wystarczająco głośne, by zwrócić uwagę żywych trupów i zdradzić ich jako przebierańców. Przeszli spokojnie pół parkingu, starając się nie patrzeć na martwych ludzi w kitlach, piżamach, garniturach czy zwykłych ubraniach codziennych. Niektórzy z nich zatrzymywali się od czasu do czasu, patrząc bacznie na przechodzących graczy, jednak po chwili ich ignorowali i po prostu wracali do bezcelowego krążenia po placu i chowania się między samochodami. Gdy byli już prawie przy bramie wyjazdowej, Pewdie zatrzymał się nagle. Cry początkowo tego nie zauważył, idąc jeszcze kilka kroków do przodu, ale w końcu dostrzegł zniknięcie towarzysza i gwałtownie odwrócił się do tyłu. Pewds próbował, wyglądając jak najbardziej przypadkowo jak mógł, podejść do jednego z samochodów, żeby sprawdzić jego sprawność i spróbować nim wyjechać. Cry ostrożnie wycofał się do niego, ochrzaniając go przez ściśnięte zęby:
- Oszalałeś? Znajdziemy samochód gdzieś, gdzie nie będziemy musieli się martwić o zombi na każdym kroku. Wiem, że chcesz się stąd wydostać jak najszybciej, ale jeśli nie będziemy ostrożni, to…
Nie dane było mu dokończyć, bo nagle za jego plecami rozległ się głośny syk. Jeden z trupów najwyraźniej uznał ich zachowanie za podejrzane, bo ruszył w ich kierunku patrząc się na nich ze wściekłością i wyciągając przed siebie ręce o długich pazurach. Cry klepnął Pewdsa w ramię, dając mu znak, że muszą przyspieszyć. Za chwilę zleci się ich więcej. Brama była blisko, ale woleli nie ryzykować osaczenia, więc dopadli do niej biegiem, wymijając ostatnie kilka zombi w biegu i zatrzaskując za sobą bramę. Nie oglądając się za sobą i nie sprawdzając, czy horda jest w stanie tą bramę sforsować, gracze przeszli jeszcze spory kawałek drogi, zanim zwolnili, by zaczerpnąć oddech. Przez chwilę szli normalnie, bo uliczka, w którą zeszli była pusta, ale gdy tylko zauważyli jakiegoś żywego trupa za rogiem, znów wlekli się powoli, udając niekontrolowane ruchy rąk i nóg i powarkując cicho. Pewds myślał przez chwilę o tym, by znaleźć właz kanalizacji i znów poruszać się kanałami, ale niestety, mapa Kena ani nie miała zaznaczonych kanałów dalej niż do szpitala, ani nie pokazywała tej części miasta w ogóle: niedaleko za oznaczeniem szpitala ciągnęła się poszarpana krawędź kartki, miejsce, w którym Ken przedarł mapę na dwie części. Oznaczało to w takim razie, że Ken i Mary musieli jechać w tym samym kierunku co Pewds i Cry. Zastanawiające było tylko to, dlaczego im o tym nie powiedzieli…?
Pewdie wyrwał się ze swoich przemyśleń, gdy zauważył, że Cry powoli zbacza z prostej ścieżki, powoli kierując się w prawo. Nie zadając pytań i nie wyłamując się ze swojej roli podążył za nim, chociaż był trochę zdezorientowany tym, co się działo. Tym bardziej, że kilka kroków później Cry skoczył nagle w najbliższy ślepy zaułek między budynkami, ciągnąc za sobą Pewdsa.
- Gdzie idziemy i co robimy? – rzucił szybko, zaraz, gdy znaleźli się w głębi pustej na szczęście uliczki. – Trzeba nam planu i samochodu, ale boję się o główną drogę, to raczej głupi pomysł, chyba, że wrócimy do kanałów. Co pokazuje mapa?
- Nic nie pokazuje, sprawdzałem ją zanim opuściliśmy szpital – mruknął Pewds, ale mimo wszystko wyciągnął poskładaną kartkę z kieszeni i podał ją przyjacielowi. – Ken przerwał ją dokładnie w tym miejscu, o, tak jak idzie ta główna ulica po prawej.
- Gdybyśmy się dogadali, moglibyśmy iść razem – stwierdził Cry, spoglądając na mapę. – Z drugiej strony czy Ken nie wspominał o tym, że musi iść na główną drogę w poszukiwaniu samochodu, żeby stąd wyjechać? Daliśmy mu nawet wskazówki, na co uważać i jaki jest stan drogi wyjazdowej. Dlaczego nic wtedy nie wspomniał? Przecież wiedział, że nie mówimy o drodze w mieście, bo szliśmy z drugiej strony i nie mieliśmy pojęcia, gdzie iść dalej…
- Musiał mieć w tym jakiś cel. Nie znaliśmy się przecież dobrze, pomogliśmy sobie tylko do pewnego stopnia, a oni musieli dbać o swoje interesy – odparł Pewdie, drapiąc się po karku. – Nie winię ich, ale cholera, to trochę nam idzie na niekorzyść.
- Ta, trzeba sobie poradzić na własną rękę. Co ustalamy?
- Chodźmy jeszcze trochę między blokami, tutaj jesteśmy dość bezpieczni, a potem odbijemy z powrotem na główną. Najtrudniej będzie znaleźć działające auto w takim czasie, żeby nie sprowadzić na siebie hordy zainteresowanej naszym dziwnym zachowaniem. Potem jedziemy jak najdalej. Tak w ogóle, jak się czujesz?
- Bardzo dobrze – Cry uśmiechnął się promiennie, rozkładając ramiona na boki, jakby to miało pokazać jak dobrze się czuje. – Noga prawie nie boli, głowa już zupełnie przestała. Chyba serum działa.
- Świetnie – Pewds westchnął z ulgą i pozwolił sobie skraść jednego całusa z ust Cry’a, odpowiadając na jego uśmiech takim samym, pełnym radości. – Teraz już nic nas nie zatrzyma.
Cry skinął głową, klepiąc Pewdiego po plecach, po czym wyszedł z alejki chwiejnym krokiem, wracając do udawania zombi. Tym razem jednak gracze szli trochę szybciej, niecierpliwi i w poczuciu względnego bezpieczeństwa dzięki pokrytymi mazią ubraniami i skórą. Doszli do miejsca, gdzie ich droga kończyła się, ustępując skrzyżowaniu. Skręcili w prawo i po chwili skrzyżowanie doprowadziło ich do drogi głównej.
Kręciło się tam zdecydowanie więcej zombi, niż w bocznej alejce, którą szli wcześniej. Nie tworzyły zorganizowanej grupy na szczęście, ale było ich na tyle dużo, że były w stanie się szybko złożyć w hordę i ich osaczyć. Musieli więc być wyjątkowo uważni. Szli powoli, żeby wzbudzać jak najmniej podejrzeń i chociaż wydawało się, że są spokojni, tak naprawdę byli zupełnie przerażeni. Znowu odczuli ten sam rodzaj strachu i napięcia, który towarzyszył im podczas wymykania się ze szpitala przez parking. Starali się iść przed siebie i patrzeć się przed siebie, ale za każdym razem gdy słyszeli za sobą jakiś pomruk lub szelest, mieli ochotę natychmiast się obrócić i zobaczyć, kto za nimi stoi. Gdy szli bocznymi uliczkami, całkiem dobrze im szło niezwracanie uwagi na trupy – było ich mało i szli od nich na tyle daleko, że nawet nie miały jak się zorientować, że mijane właśnie postaci wcale nie są martwe i stanowią całkiem niezły posiłek, jeśli zignorować smród zgnilizny. Teraz jednak wróciło nieprzyjemne wrażenie, że każde zombi w zasięgu ich wzroku ma nieco lepszy węch niż te spotkane do tej pory i że nawet jeśli nie czują zapachu ludzkiego mięsa, to za to wyraźnie czują strach. A niestety, im bliżej byli porzuconych wzdłuż krawężnika samochodów, tym bardziej ten poziom strachu u nich wzrastał, bo obaj wiedzieli, że już mało brakuje im do celu i że za chwilę prawdopodobnie będą musieli zmierzyć się z ruszającą na nich hordą zombie.
Rozdzielili się na dwie strony ulicy: Cry przeszedł na prawą stronę, Pewds na lewą. Jak gdyby nigdy nic zbliżali się po kolei do każdego z samochodów, żeby z zewnątrz ocenić ich stan i sprawdzić, czy jest szansa na włamanie się do środka bez uruchamiania alarmów. Przypadkiem ciągnęli za klamki lub pochylali się, by spojrzeć na przednie siedzenia. W niektórych samochodach siedzieli martwi, zagryzieni ludzie lub, na szczęście zabite po raz drugi, zombi. Jak na razie bardzo dobrze szło im niewzbudzanie podejrzeń. Nikt nie zwracał uwagi na ich niezwykłe zachowanie, więc spokojnie, metodycznie, szli od samochodu do samochodu i sprawdzali, czy nie mają do niego dostępu. Cry’owi udało się znaleźć jeden z otwartymi drzwiami, ale okazało się, że zupełnie nie było w nim paliwa. Pokręcił więc Pewdiemu głową, na znak, że jeszcze nic nie udało mu się znaleźć i po prostu przeszedł do kolejnego auta, warcząc i pojękując, chwiejnym, powolnym krokiem kontynuując swoje poszukiwania. Pewds odebrał jego sygnał i także poszedł dalej, coraz bardziej podenerwowany. Jak do tej pory sprawdził już około dwudziestu pojazdów i żaden z nich nie był otwarty. Powtarzał sobie w myślach, że jeśli niczego tutaj nie znajdą, to jeszcze żadna katastrofa, poszukają na kolejnej ulicy i kolejnej ulicy i jeśli trzeba, przekopią całe miasto w poszukiwaniu tego cholernego auta. Mimo tej próby pocieszenia się, nie potrafił jednak patrzeć pozytywnie na całą tą sytuację. Chciał tylko znaleźć coś, czym będzie mógł się stąd wynieść jak najdalej z tego przeklętego miasta. Męczyła go także cała ta sprawa z Kenem i Mary – nie potrafił zrozumieć, dlaczego niby mieliby iść bez nich, zamiast zabrać się wspólnie? W czwórkę zdecydowanie mieliby więcej szans na przeżycie, niż w parze, poza tym, oznaczałoby to także więcej broni. Nie mieli w stosunku nich złych zamiarów ani nie zrobili niczego, co mogłoby świadczyć o tym, że nie chcą im pomóc. Co więc sprawiło, że zabrali im drugą część mapy i nie powiedzieli, że idą w tym samym kierunku? Jaki mieli interes, w który nie chcieli mieszać Pewdsa i Cry’a i dlaczego? Czy któreś z nich mogło być ugryzione? Czy ich misją było przeszkodzenie im w rozgrywce? Wydawali się być pomocą, ale może Alice nakierowała ich tak, by stali przeciwko nim…
Jego przemyślenia przerwało kliknięcie, które usłyszał po swojej lewej. Zaskoczony spojrzał na samochód, którego drzwi właśnie próbował otworzyć i z uśmiechem na twarzy przywitał fakt, że drzwi te odpuściły i pozwoliły mu wejść do środka. Szybko zajrzał do środka: przednie siedzenia były puste, tylne zawalone jakimiś kocami i przypadkowymi rzeczami użytku codziennego. Mężczyzna otworzył więc drzwi szerzej, by spojrzeć jeszcze na wskaźnik napełnienia baku i sprawdzić, czy udało mu się właśnie znaleźć sprawny, otwarty samochód, którym będą mogli uciec. Nie zdążył jednak wychylić się na tyle, by spojrzeć na kontrolkę, bo nagle coś się koło niego poruszyło. Pewds natychmiast zwrócił się w stronę tylnych siedzeń i z przerażeniem odkrył, że koce, które tam wcześniej zobaczył, przykrywały martwego człowieka, który teraz wstał z ociąganiem, wydając z siebie gardłowe dźwięki. Chociaż poruszał się wolno i nie zarejestrował chyba jeszcze, że w jego otoczeniu znajduje się żywe jedzonko, Pewdie zareagował natychmiast, wychodząc z samochodu gwałtownie, szybko i z krzykiem na ustach. Pokojowo nastawione do niego zombi z pojazdu zrozumiało nareszcie co się dzieje i rzuciło się za nim, rycząc i sycząc, próbując sięgnąć go pazurami. Nie było to jednak jedyne zombi, które zwróciło na niego uwagę – wszystkie trupy chodzące do tej pory spokojnie po ulicy odwróciły się w kierunku dźwięku i ruszyły w stronę Pewdiego, tak samo głodne i wściekłe.
- Cholera jasna! – warknął Cry, porzucając swoją dotychczasową robotę i biegnąc w dół ulicy, od czasu do czasu upewniając się, że nic mu jeszcze nie grozi. Pewds rzucił się za nim, po chwili równając z nim krok. – Trzeba się gdzieś schować i to jak najszybciej.
- Co jest tam na końcu ulicy? – odkrzyknął Pewdie, rozwalając kijem głowę jednego z zombiaków, który próbował zagrodzić mu drogę. Przed nimi widać było jakiś bardzo duży, rozległy budynek z kilkoma banerami na przedniej ścianie. – To chyba centrum handlowe!
- Spróbujmy – odparł Cry. Do budynku zostało może z pięćset metrów i ku ich uldze, droga prowadziła cały czas w dół, ułatwiając im ucieczkę. Potykali się co prawda o własne nogi i parę razy prawie się przewrócili, ale przynajmniej spadek terenu sprawiał, że ich bieg był szybszy niż normalnie. Mieli więc z głowy problem goniących ich trupów, ale niestety nie rozwiązywało to jeszcze sprawy tych, które stały wzdłuż ulicy lub przed nimi. Cry bronił się jak potrafił łomem, czasem strzelając do tych znajdujących się dalej, żeby oczyścić sobie drogę. Pewdiemu już jakiś czas temu skończyły się naboje, więc przerzucił się na swój kij bejsbolowy. Ciężko było trochę walczyć w biegu i wymagało to od niego nieco lepszych refleksów niż zwykle, gdyż zwykle ataki następowały niespodziewanie ze wszystkich stron. Budynek na końcu ulicy, który było teraz widać bardzo wyraźnie, był centrum handlowym, dokładnie tak, jak wydawało się mu wcześniej. Nie było im do niego daleko, widoczna była już nawet brama wjazdowa na parking. Jeśli dobrze pójdzie, za chwilę będą już bezpieczni. Nie mogą sobie teraz odpuścić…
Krzyk Cry’a natychmiast zwrócił jego uwagę. Odwrócił się w jego kierunku, zaniepokojony i z przerażeniem odkrył, że jego najlepszy przyjaciel został zaatakowany przez jednego z żywych trupów. Próbował zrzucić z siebie potwora, ale na próżno – zombi wbiło się w niego pazurami i uparcie próbowało wgryźć się w jego szyję. Okazję wykorzystały też inne trupy, powoli zbliżając się do bezbronnej ofiary, która chociaż jeszcze się szarpała i próbowała sięgnąć łomem któregokolwiek z nich, nie miała szans w sytuacji ataku ze wszystkich stron. Pewds znalazł się przy nim w kilka chwil. Chociaż jeszcze przed chwilą obawiał się, że nie starczy mu sił na ciągłe zabijanie tylu zombi, teraz nagle poczuł taki przypływ adrenaliny – i wściekłości – że jego kij z łatwością rozbił zombiakom głowy, kończąc z widowiskowym trzaskiem na łbie tego, który jako pierwszy odważył się zaatakować Amerykanina. Trochę resztek jego mózgu rozprysnęło się na twarz Cry'a, ale był zbyt przerażony, by na to zareagować, czy chociażby poczuć się obrzydzonym. Podziękował mu krótko, prawie bez tchu i pozwolił się pociągnąć za rękę prosto do centrum handlowego. Idące za nimi zombi trochę nadrobiły odległość, ale to już nie miało znaczenia. Minutę później minęli już szlaban na wjeździe na parking, a następną chwilę potem byli już bezpieczni w budynku Głównego Centrum Handlowego „Savannah”.

***

Na parkingu panowała ciemność, tylko przy wjeździe rozpraszana światłem z zewnątrz. W budynku musiało nie być elektryczności, bo nie świeciły się tam żadne lampy, zmuszając obu graczy do włączenia latarek, by zobaczyć cokolwiek. Gdy tylko Pewds był w stanie dojrzeć w mroku Cry’a, podszedł do niego i nerwowo zaczął sprawdzać, w jakim stanie jest mężczyzna. Jego ramiona wyglądały bardzo niepokojąco: w dwóch miejscach miał dość głębokie rany od wbitych paznokci, a przez całą ich długość ciągnęło się nieskończenie wiele mniej lub bardziej poważnych zadrapań.
- To nic takiego, bywało gorzej – zbagatelizował to Cry, który odkąd został ugryziony żył w przekonaniu, że już nic gorszego nie może zagrażać jego życiu i zdrowiu. Pewdie jednak, tak jak miał w zwyczaju, kompletnie zignorował jego protesty, wyciągając z torby podręczną apteczkę. Po chwili syczenia z bólu i sporadycznych przekleństw, rany były przemyte i opatrzone, pomijając tylko te najdrobniejsze zadrapania. Po setnym zapewnieniu, że nic mu nie jest, Cry w końcu zdołał przekonać Szweda, że powinni się rozejrzeć po parkingu.
Niestety, chociaż spodziewali się znalezienia jakichś sprawnych samochodów, odkryli, że nie było ich wcale tak dużo – większość pewnie została już dawno zabrana przez właścicieli lub ukradziona w próbie ucieczki. Nie zniechęcając się jeszcze, powoli zaczęli sprawdzać stan pozostawionych pojazdów. Dużo z nich miało braki w wyposażeniu; brakowało im albo kół, albo kierownicy, albo paliwa.
- Świetnie, nigdy stąd nie wyjedziemy – mruknął Cry, opierając się o to, co pozostało z jednego z samochodów. Przetarł spocone czoło. Zaczynał się robić naprawdę zmęczony.
- Zostało jeszcze trochę tam, na końcu – odparł Pewds, zaciskając zęby.
Nie chciał się jeszcze poddawać, ale sytuacja nie wyglądała najlepiej. Większość sprawdzonych maszyn nie nadawało się do niczego. Była jeszcze opcja, żeby znaleźć jeden z paliwem i jeden działający i przelać paliwo do działającego, ale niestety nie znaleźli jeszcze żadnego, którym mogliby jechać gdziekolwiek – wszędzie były braki, ukradzione części. Nie był więc zbyt pewny sukcesu, gdy podchodził do wskazanych wcześniej samochodów. Z zaskoczeniem przyjął więc widok dwóch terenówek w kolorze czarnym praktycznie nienaruszonych i wyglądających niemalże na nowe. To wydawało się aż niemożliwe, że nikt nie próbował czegoś z nich zabrać lub w ogóle ukraść ich w całości. Pewds jednak nie zamierzał się nad tym zastanawiać, tylko jak gdyby nic otworzył jeden z samochodów i odpalił go po chwili kombinowania przy kabelkach. Samochód zawarczał przyjemnie i tylko cudem blondyn powstrzymał się od okrzyku radości. Zwabiony obiecującym odgłosem, Cry niemalże natychmiast znalazł się przy pojeździe, oglądając go ze wszystkich stron dokładnie.
- To naprawdę działa – wymamrotał z niedowierzaniem, kiedy po naciśnięciu pedału gazu samochód ruszył powoli do przodu. Pewds uśmiechnął się do przyjaciela szeroko, zatrzymując się parę metrów dalej. Wysiadł z samochodu, klepiąc go po masce, jakby chciał mu dać znać, że odwalił kawał dobrej roboty. – Damy radę wyjechać? Myślisz, że wejście będzie zastawione przez zombi?
- Nie wiem, ale szczerze mówiąc, wcale mnie to nie obchodzi. Bez problemu je tą bestią staranuje-
- Kto tam jest?! Tony, czy to ty? – dość niski, męski głos poniósł się echem po parkingu. Nie brzmiał zbyt przyjemnie, więc gracze natychmiast zgasili swoje latarki i schowali się za najbliższym filarem. Z przerażeniem obserwowali, jak dwóch mężczyzn wchodzi drzwiami ewakuacyjnymi na teren parkingu, rozświetlając ciemności swoimi własnymi latarkami, w których świetle błysnął groźnie kształt dość pokaźnego karabinu. Pewds pociągnął Cry’a za sobą i niemalże na palcach przemknęli się do najbliższego samochodu, by bezpiecznie się za nim schować. Amerykanin dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że przez dobre kilka ostatnich minut wstrzymywał oddech. Nerwowo odnalazł dłoń swojego chłopaka i ścisnął ją mocno. Żywych trupów spodziewali się na każdym kroku, ale innych ludzi – ani trochę. Nie mieli za bardzo ochoty podchodzić do nieznajomych by uciąć sobie z nimi pogawędkę, szczególnie, że w przeciwieństwie do Kena i Mary nie wyglądali oni na zbyt przyjaźnie nastawionych.
- Samochód jest przestawiony – zauważył drugi mężczyzna i dźwięk ładowanego pistoletu rozbrzmiał wraz z jego słowami. Pewds zaczynał się poważnie bać tego, co mogło za chwilę nastąpić. – To na pewno nikt z naszych. Mamy intruzów, Mike.
- Miło będzie zapolować na coś innego, niż zombiaki – nieprzyjemny rechot Mike’a był na tyle głośny, że Pewdie mógł bez obaw mruknąć „Wynosimy się stąd” i pociągnąć równie przerażonego Cry’a za sobą, w kierunku klatki schodowej dla klientów centrum handlowego. Dzięki mrokowi udało im się przejść tam niezauważonymi, chociaż musieli czasem nagle się schylać, kiedy światło latarek zabłądziło w ich kierunku. Serca prawie wyskoczyły im z piersi, kiedy słyszeli jak ich prześladowcy nawołują za nimi, miłymi głosikami zachęcając do wyjścia z ukrycia. Starając się ich nie słuchać, ruszyli schodami w górę, po chwili całkowicie zostawiając niebezpiecznych mężczyzn za sobą, włóczących się po parkingu.
- Jak nic będzie ich więcej – stwierdził Cry, zatrzymując ich na półpiętrze między piętrem minus jeden a zero. Nie czuł się najlepiej, ale wiedział, że po tym co przeżył w ciągu tego dnia było to normalne. Chciał tylko dotrzeć do safe pointu i położyć się spać, zjeść coś, odpocząć. – Jeśli są tak mili jak panowie na dole, to będziemy mieć naprawdę duże szczęście, jak wyjdziemy stąd niepodziurawieni jak szwajcarski ser.
- Tak naprawdę nie wiemy nawet, czy byli źle nastawieni – odparł Pewds nieśmiało, ale widząc spojrzenie drugiego gracza, westchnął ciężko. – Dobra, masz rację. Wyglądają na typ „najpierw strzelam”. Musimy się stąd wydostać, ale najlepiej tak, żeby wyjść po drugiej stronie budynku. Jak wrócimy na parking, to albo załatwią nas zombi przed budynkiem albo sympatyczni panowie z bronią i niezbyt dobrym poczuciem humoru.
- Spróbujmy w takim razie – wzruszył ramionami brunet. – Nie mamy innego wyjścia: tędy nie wyjdziemy, wychodzenie tam, skąd przyszliśmy jest dosyć niebezpieczne. To dość ryzykowne, ale może nam się uda. Bo naprawdę nie chcę skończyć jak ser szwajcarski.
Pewds odmruknął coś w rodzaju „ja też, stary”, sprawdzając stan swojej broni. Pistolety były bezużyteczne, wykorzystał już wszystkie naboje, został mu tylko jego dobry przyjaciel, kij bejsbolowy z gwoździami. Cry miał jakieś resztki nabojów, którymi naładował swoją broń, łom wkładając za szlufkę paska w spodniach. Trzymało się i było pod ręką, chociaż Cry naprawdę nie sądził, że byłby w stanie zaatakować człowieka zwykłym żelaznym łomem. Obawiał się jednak, że będzie do tego zmuszony; jeśli tajemniczy ludzie z centrum nie będą chcieli rozmawiać na spokojnie, tylko za pomocą przemocy, graczom przyświecać będzie tylko jedno motto: „albo my, albo oni”.
Chociaż bardzo ostrożnie wchodzili na klatkę na parterze, nie czekał ich żaden komitet powitalny. Przywitała ich za to cisza, która była tym bardziej niepokojąca, że nie powinna w ogóle panować w dość dużym centrum handlowym. Brakowało śmiechu i żywych rozmów, kolorowych, głośnych reklam na ekranach, czy nawet mechanicznego głosu osoby czytającej komunikaty – „szanowni klienci...”. Nawet brak słyszalnych do tej pory niemalże nieustannie pomruków i powarkiwań zombi wprawiała mężczyzn w stan podenerwowania. Cisza sprawiała, że to miejsce wydawało się zupełnie wymarłe, co potęgował widok opuszczonych, nierzadko zdewastowanych i okradzionych do ostatniej deski sklepów, ciągnących się po obu stronach pasażu. Kroki rozbrzmiewały tak głośno, że Pewds aż bał się ruszać z miejsca. Cała ta galeria handlowa musiała być piękna za czasów jej świetności: nowoczesna, ze szklanym dachem, systemem antywłamaniowym w każdych drzwiach, windami co parę metrów. Gracze byli z jednej strony przytłoczeni pustką tego miejsca, z drugiej strony zachwyceni jego pięknem. Światło słoneczne padało promieniami przez dach, rozświetlając wszystko dookoła. Pewnie staliby tak w miejscu przez nieskończoną ilość czasu, chłonąc tą ciszę i spokój, grzejąc się w przyjemnym słońcu, gdyby Cry nie zreflektował się w końcu i nie chwycił Pewdiego za rękę, delikatnie lecz zdecydowanie prowadząc go w kierunku przeciwnym do tego, z którego przyszli. Wyjścia nie było jeszcze widać, ale mieli nadzieję, że tak jak w większości centrum handlowych takowe tylnie wyjście istnieje. Korytarze i pasaże były w takim stanie, że nie wyglądało na to, żeby ktoś się miał tam czaić, jednak mężczyźni woleli nie sprawdzać, czy mają w tej sprawie rację. Zatrzymali się przy sklepach tylko raz i dosłownie na chwilkę, gdy Pewds korzystając z okazji wszedł do jakiegoś sklepu z bio-żywnością i ukradł stamtąd dwie paczki wafli, które się jeszcze ostały. Potem jednak ruszyli w dalszą drogę, nie robiąc postojów i nie oglądając się za siebie.
Zatrzymali się dopiero, gdy tylne wyjście ukazało im się w oddali. Były to zwykłe drzwi obrotowe, z dwoma wyjściami ewakuacyjnymi po bokach. Na szczęście nie były ani zabarykadowane, ani strzeżone przez kogokolwiek, więc wyjście wydawało się być stosunkowo proste. Pewdie, chociaż wahał się przez chwilę, w końcu postanowił, że powinni zatrzymać się na chwilę przy fontannie stojącej na placu zaraz koło wyjścia. Woda była trochę mętna, a sama fontanna nie działała w ogóle, ale Cry i tak uśmiechnął się szeroko na jej widok, zrzucając z siebie ciężki plecak i podchodząc do brodzika.
- Tego mi było trzeba – stwierdził, przemywając sobie twarz. Woda była cudownie chłodna i chociaż jej kolor i zapach sugerowały, że leżała w tym zbiorniku od dłuższego czasu, Cry absolutnie się tym nie przejmował, szczęśliwy, że może w końcu obmyć się z przegniłych flaków jakiegoś trupa. – Z ubraniami nic nie zrobimy, ale przynajmniej nie wyglądamy już jak pracownicy rzeźni.
- To fakt – Pewds także umył się dokładnie, patrząc się jak woda zmienia swój kolor na zielony, a potem lekko różowy. W przypływie złośliwości nachylił się nad zbiornikiem i ochlapał przyjaciela, który zaprotestował z głośnym jękiem, odskakując gwałtownie. Nie odpuścił sobie jednak zemsty i z pluskiem uderzył w wodę, opryskując ubrania blondyna, który udawał, że jest dogłębnie urażony jego zachowaniem.
- Nie masz prawa do odwetu, kolego – mruknął, podchodząc blisko chichoczącego pod nosem Amerykanina, najwyraźniej bardzo rozbawionego określeniem „kolega”. Zamoczył dłoń w fontannie, po czym korzystając z chwilowej nieuwagi drugiego mężczyzny podciągnął mu koszulkę i dotknął zimną, mokrą ręką jego brzucha. Cry pisnął nienaturalnie wysoko, od razu odtrącając jego rękę i odsuwając się znacznie.
- Łapy przy sobie, zboczeńcu – odparł, chlapiąc go jeszcze raz, tak dla zasady. Już miał mówić, że powinni się zbierać i stąd spadać, kiedy nagle zobaczył jakiś ruch za plecami Pewdsa. Ktoś właśnie schował się tam, za jednym z filarów. – Chyba mamy towarzystwo. Spadamy stąd.
Pewdie nie zdążył nawet zapytać, czy ma na myśli zombi czy ludzi, bo po przejściu zaledwie kilku kroków zza kolumn wyłoniło się dwóch mężczyzn z bronią, którzy celowali nią prosto w graczy.
- Nie radziłbym się ruszać – powiedział głośno jeden z nich, barczysty brunet w nieco przybrudzonych bojówkach i T-shircie. Drugi, także brunet, chociaż znacznie młodszy i nieco słabiej zbudowany od swojego towarzysza, podszedł do nich i ruchem dłoni wskazał im, że mają klęknąć. Bez większego wyboru, powoli schylili się i opadli na kolana, cały czas uważnie obserwując nieznajomych. Na razie nie wyglądali na agresywnie nastawionych, biorąc pod uwagę to, że jeszcze wszyscy żyli, ale podchodzili do nich z dużą dozą nieufności.
- Kim jesteście? – spytał młodszy z mężczyzn, trzymając ich na celowniku. W tym czasie przeszukiwano ich plecaki.
- Na mnie mówią Pewdiepie, ten tutaj to Cryaotic – powiedział Pewdie głośno, nie ruszając się jednak ani trochę. – Jesteśmy tu na chwilę, naprawdę, mamy zamiar odejść stąd w trybie natychmiastowym, jeśli pozwolicie nam wyjść. Nie chcemy żadnych problemów.
- W pozycji, w której jesteście teraz, oczywiście, że nie chcecie żadnych problemów – mruknął starszy sceptycznie, przyglądając im się czujnie. – O co chodzi z tym syfem na waszych koszulkach? I z tą maską?
Cry przez chwilę nie łapał, dlaczego nieznajomy wskazuje na niego, aż nie przypomniał sobie, że na głowie ma tą samą białą maskę, co zawsze.
- Przebranie Halloweenowe – powiedział, wymyślając odpowiedź w ułamek sekundy. Sceptycyzm widoczny w oczach przepytującego go mężczyzny zdawał się ulec pogorszeniu i Cry momentalnie pożałował swojej odpowiedzi. – Nie ważne, taką po prostu noszę. Jest w miarę nieszkodliwa.
- A ten syf to… - Pewds pospieszył z odpowiedzią na drugie pytanie, nie czekając aż ktoś zainteresuje się możliwością, że maska może być zagrożeniem. – To wnętrzności, krew zombi. Maskowaliśmy tym zapach, żeby przejść przez miasto.
- To po co to zmywaliście? – mężczyzna zaśmiał się krótko pod nosem, patrząc na nich spod uniesionych brwi. – Macie jakąś tajną kryjówkę w pobliżu? Zaufajcie mi, w tym mieście nie ma żadnego miejsca, które byłoby bezpieczne. Może poza tym centrum, ale w końcu sami go bronimy.
- Chcieliśmy znaleźć samochód i stąd wyjechać.
- Dokąd, synu? – zaśmiał się znowu, tym razem w duecie ze swoim młodym znajomym. – Drogi są praktycznie nieprzejezdne. Da się poruszać po mieście, ale wyjechać z niego jest potwornie trudno. Nie wiem, czy ktokolwiek żywy się stąd wydostał. Zresztą, znalezienie sprawnego samochodu w tej dziurze graniczy z cudem.
- Dlatego chcieli zabrać nam nasze.
Cała czwórka odwróciła się w stronę, skąd dobiegł ich głos. Z tej samej strony, z której przyszli Cry i Pewds, szła teraz dość pokaźna grupka ludzi: trójka mężczyzn, jeden w podeszłym wieku, jeden około trzydziestki, jeden w wieku licealnym, cztery kobiety i dwójka dzieci. Każdy z nich, poza tymi najmłodszymi miał jakąś broń w ręce, od tych niezbyt groźnych jak proca czy kij, do tych najbardziej śmiertelnych, czyli karabiny lub pistolety ręczne. Na czele tej grupy szedł ten trzydziestoletni mężczyzna, z nowiutkim karabinem na ramieniu i złowrogim uśmiechem na twarzy. Cry poczuł, jak strach ogarnia jego całe ciało, gdy dotarło do niego, że głos tego mężczyzny jest mu znany – to był jeden z tych, którzy szukali ich na parkingu, człowiek imieniem Mike.
- Chcieli nam zwinąć furę? – warknął gość, który przed chwilą ich przesłuchiwał.
- Gorzej, ściągnęli na nas hordę. Musiała ich zauważyć i polazła za nimi na parking – Mike podszedł do nich i przyjrzał się im dokładnie. Lufa jego karabinu nagle znalazła się niebezpiecznie blisko serca Pewdiego. – Wpakowaliście się w niezłe gówno, chłopcy. Dobre dziesięć minut was szukaliśmy, ładnie prosiliśmy, żebyście w końcu wyszli i co? Nathan, powiedz naszym gościom, co się potem stało.
- Zombiak o mało co mnie nie zapierdolił – odezwał się na polecenie licealista, spluwając na bok. – Sprawdzaliśmy za każdym filarem i za każdym wrakiem, a ja akurat trafiłem na pierwszego trupa, który się odłączył od grupy. Zastrzeliłem go w porę, ale było, kurwa, blisko.
- A potem się okazało, że grupa od której się biedak odłączył z wielkim zapałem poszła go szukać – mruknął Mike, kładąc większy nacisk na klatkę piersiową Pewdsa. Szwed wstrzymał oddech, czując, jak poci się ze strachu. – I nagle pusty do tej pory parking zrobił się pełny zombi. Trzeba było wyjść, jak was grzecznie o to prosiłem, bo teraz jestem bardzo bliski od wybuchu wściekłości, kochani. Z tamtego spotkania wyszlibyście co najwyżej poturbowani. Jeśli teraz wyjdziecie z tego żywi, to chyba jakimś cholernym cudem.
Lufa karabinu powędrowała dalej, wzdłuż gardła aż do twarzy blondyna, zatrzymując się w końcu dokładnie między jego oczami, tak, że nie mógł spojrzeć wprost na nią. Zamiast tego więc Pewds patrzył się na swojego agresora. Dopiero teraz był w stanie lepiej mu się przyjrzeć; Mike był mężczyzną dość zadbanym, o muskularnej sylwetce, lekkim, ciemnym zaroście i krótko przystrzyżonych włosach. W jego brązowych oczach kryło się takie okrucieństwo, że Pewds zastanawiał się tylko, czy od zawsze miał taki charakter, czy tak bardzo zmieniły go ciężkie warunki apokalipsy.
Gracz przełknął ślinę nerwowo, kierując jeszcze jedno szybkie spojrzenie w stronę Cry’a. Nie spodziewał się, że umrze w ten sposób. Zakładał raczej, że wydarzy się to w walce z jakimś potworem, heroicznie i z poświęceniem. W najgorszym wypadku w wyniku własnej głupoty lub nieuwagi. Skończenie jako ofiara zastrzelenia przez faceta, którego niechcący, ale dość mocno wkurzył nie było opcją nawet przez chwilę. Niezależnie od tego, właśnie dotarł do swojego końca. Czeka go śmierć z rąk jakiegoś mężczyzny, który może jest wytworem gry, a może innym graczem, który dba o swój interes. Tak czy siak, już nic nie miało znaczenia. Nie wróci do domu. Nie spełni żadnego ze swoich planów. Zginie tu i teraz. A najgorsze jest to, że Cry będzie musiał na to patrzeć.
Dźwięk gwałtownego kaszlu ze strony bruneta wywołał w Pewdiem trzy różne emocje na raz: po pierwsze, o mało co nie dostał zawału przestraszony nagłym hałasem w momencie stresu, po drugie, ulgę, że jego przyszły morderca na chwilę odwrócił od niego uwagę i po trzecie, zupełnie nową dozę strachu, kiedy dotarło do niego, że kaszel nie był udawany w celu zwrócenia na siebie uwagi, tylko był na poważnie. Naprawdę poważnie, bo Cry po prostu nie potrafił złapać powietrza i zaczął pluć krwią przed siebie, brudząc posadzkę.
- Cry, co ci jest? – spytał Pewds, gdy tylko lufa karabinu zniknęła sprzed jego oczu. Nie dostał jednak odpowiedzi, tylko kolejną serię kaszlnięć i świszczące oddechy, gdy Amerykanin próbował nabrać powietrza. Mike nie był zbyt zadowolony z takiego obrotu spraw; gdy tylko Cry uspokoił się trochę, chwycił za łom leżący obok jego ofiary i porządnie się nim zamachnął, uderzając gracza w plecy. Cry jęknął, zwijając się w kłębek, po czym oberwał jeszcze dwa razy. – Zostaw go!
Mike posłał mu tylko nieprzyjemny uśmieszek, upuszczając w końcu łom i klękając przed brunetem. Chwycił go za brodę, unosząc jego twarz do góry i spojrzał mu w oczy uważnie.
- Jeśli się nie mylę, to chyba jesteś pogryziony – powiedział słodkim głosem, puszczając go i pozwalając jego głowie zawisnąć ciężko i bezwładnie. – Jeden z naszych też miał takie objawy. Zastrzeliliśmy go, zanim zdążyło się to rozwinąć. Tobie też możemy pomóc.
- Pozwólcie Pewdiemu odejść – wychrypiał Cry, z trudem podnosząc się z powrotem do pozycji klęczącej. – Wtedy możesz zrobić ze mną, co zechcesz.
- Nie zgadzam się na-
Pewds chciał zaprotestować, ale Nathan zakneblował go kawałkiem jakiegoś materiału. Mógł więc jedynie siedzieć i z przerażeniem mrożącym mu krew w żyłach obserwować, jak Mike ponownie chwyta za swój karabin i powoli przesuwa nim od środka pleców Cry’a, przez cały kręgosłup aż do głowy, gdzie lufa w końcu spoczęła ciężko na jego włosach.
- Kusząca propozycja, ale mam lepszą – zamruczał Mike, zabierając karabin z dala od gracza i zawieszając go z powrotem na ramieniu. – Dawno nie polowałem, jak już wspominałem wcześniej na parkingu, na coś innego niż zombi. Zabawmy się. Jeśli opuścicie budynek zanim was znajdziemy i zastrzelimy, macie szczęście. Jeśli nie, to przynajmniej my będziemy się świetnie bawić – zaśmiał się, a wraz z nim cała reszta grupy. – Brzmi sprawiedliwie, czyż nie?
„Ani trochę” – pomyślał Pewds, ale nie odezwał się; w końcu to nie on miał przewagę liczebną oraz lepszą broń. Skinął więc tylko głową na znak potwierdzenia. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ich szanse na przeżycie są nikłe, ale życie w nadziei przez kilka minut dłużej brzmiało lepiej, niż poddanie się i zostanie zastrzelonym na miejscu. Mike ucieszył się ze zgody swoich ofiar, uśmiechając się do nich szeroko, gdy wstawali z ziemi i zbierali swoją broń, wciąż trzymani na muszce przez kilka osób naraz.
- Mamo, Lilly: zabierzcie stąd dzieciaki, będzie krwawo. Christa, Linda? – spytał Nathan, odwracając się do pozostałych dwóch kobiet. Uśmiechnęły się do niego, przygotowując w dłoniach broń i tym samym dając mu znać, że same chętnie wezmą udział w polowaniu. Od grupy odeszły tylko kobiety z dziećmi oraz najstarszy mężczyzna. Cała reszta najwidoczniej cieszyła się na myśl o polowaniu na ludzi.
- Co robimy, rozdzielamy się czy biegniemy razem? – wyszeptał Pewds, wyjąwszy materiał z ust. – Jak się rozdzielimy, będzie nam łatwiej ich zgubić, ale zgubimy też siebie nawzajem.
- Nie, jeśli się umówimy, że czekamy na zewnątrz – odparł Cry. Jego wargi zabarwione były ciemną czerwienią krwi i był strasznie blady. – Chociaż naprawdę nie sądzę, żebyśmy dali radę stąd uciec. Jest ich więcej, znają teren. Do drzwi nie pozwolą nam dobiec, więc będziemy się musieli bawić w te dziwne… podchody. Mike przecież nie pozwoliłby na to, gdyby nie był pewien, że skończymy martwi.
- Skoro Mike jest taki pewny siebie, to my też bądźmy – Pewdie wzruszył ramionami i uśmiechnął się słabo. – Damy radę.
- To się okaże – Mike pojawił się nagle za nimi. Uśmiechał się, jak zwykle, w sposób bardzo nieprzyjemny i nie zwiastujący niczego dobrego. Poklepał ich obu po plecach i sam ten gest sprawił, że gracze znów poczuli się osaczeni i bezsilni. – Liczę do dziesięciu. Macie do wyboru wszystkie sklepy, jakie widzicie w okolicy. Spróbujcie ruszyć w stronę drzwi, a rozstrzelamy was zanim zdążycie chwycić za klamkę. Grajcie fair panowie, bo każde odbiegnięcie od zasad skończy się natychmiastową śmiercią.
Odsunął się od nich, dołączając do reszty swojej grupy. Patrzyli się na nich z takim tryumfem, jakby już zakładali, że uda im się wygrać. Pewds poczuł się poirytowany ich nastawieniem, ale musiał przyznać im rację. W tej grze mieli zdecydowanie większe szanse zwycięstwa.
- Panie i panowie, zaczynamy polowanie! – obwieścił Mike i parę osób z jego grupy zaczęło gwizdać i bić brawa. Cry ścisnął rękę Pewdiego, patrząc się na niego z przerażeniem. – Byłoby łatwiej zabić naszych gości humanitarnie, ale gdzie w tym zabawa? Damy im pobiegać, rozerwać się na chwilę, zanim my rozerwiemy ich na strzępy.
Cry prawdopodobnie przewróciłby teraz oczami, gdyby nie był w centrum zainteresowania. Nathan oraz dwójka pozostałych mężczyzn zaśmiali się na słowa ich lidera.
- Jakieś słowa od naszych drogich uczestników? – spytał starszy z mężczyzn, patrząc na nich z pogardą.
- Nie poddamy się bez walki.
- Na to właśnie liczymy – odpowiedział Mike, dając znak swoim ludziom, by odsunęli się trochę do tyłu. Zakrył oczy dłonią. – Odliczam. Jeden…
Cry rzucił się po ruchomych schodach na pierwsze piętro, Pewds skoczył w bok, do najbliższego sklepu. Drzwi były zamknięte, więc ruszył do kolejnego.
- Dwa…
Następny sklep na szczęście był otwarty. Pewdie wbiegł do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Udał się na zaplecze, chowając się za jedną z szafek. Jeśli uda mu się wyminąć idący za nim pościg, będzie w stanie spokojnie przejść do drzwi i stamtąd uciec. O ile ktoś nie będzie stał na holu. Mężczyzna o mało co nie uderzył się dłonią w czoło. Cholera jasna. Jeśli nie pójdzie za nim cała grupa i ktoś zostanie na głównym pasażu, nie będzie miał którędy wyjść. Ktoś zawsze będzie tam stał, z bronią i celował do każdej osoby, która wyłoni się ze sklepu. Oznaczało to, że musi znaleźć jakieś inny sposób na przedostanie się do wyjścia.
- Trzy… Dziesięć! Szukam!
Cry wstrzymał oddech. Udało mu się wejść do jakiejś restauracji, ale nie zdołał znaleźć sobie ukrycia. Mike’owi i jego grupie pewnie trochę zajmie, zanim wejdą na górę i zaczną tu szukać, ale jeśli nie znajdzie jakiejś skrytki w trybie natychmiastowym, to może mieć problem. Rozejrzał się więc po najbliższym otoczeniu, aż w końcu jego wzrok zatrzymał się na drzwiach prowadzących zapewne do kuchni. Natychmiast ruszył w tamtym kierunku, układając w głowie cały plan. Mike miał zakryte oczy, ale cała reszta uważnie obserwowała ich ruchy, więc na pewno wiedzą, gdzie ich szukać. To oznacza, że za chwilę przyjdzie tu przynajmniej część grupy, jeśli nie cała. Z łomem Cry nie był w stanie za wiele zrobić, chociaż była to jakaś broń. Jeśli jednak miał bezpiecznie dotrzeć do wyjścia, potrzebował czegoś, co działałoby na większy zasięg. Jedyny sposób, w jaki mógł to zdobyć, to poprzez atak na jednego z łowców. Wszedł więc do pomieszczenia za drzwiami, które zgodnie z jego przypuszczeniami okazało się być kuchnią i ukucnął zaraz za nimi, w kącie, cierpliwie czekając na przyjście jego prześladowców. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, a ręce już były całe spocone. Starał się nie myśleć o tym, co za chwilę się wydarzy i tym, co działo się w chwili obecnej, ale kompletnie mu to nie wychodziło. Słyszał jakieś krzyki i nawoływania, od czasu do czasu śmiech. Było mu słabo i trząsł się potwornie, ale miał wrażenie, że to wcale nie ze strachu. Coś się z nim działo, znowu. Chociaż noga już prawie w ogóle go nie bolała, a jego samopoczucie uległo poprawie, teraz znowu zaczynało się pogarszać. Miał nadzieję, że to nic takiego, że to tylko zmęczenie lub efekt uboczny brania serum, ale niestety jego przeczucie mówiło mu, że to wcale nie to. Mike mógł mieć rację. Może to dalsze objawy ugryzienia. Może po prostu powinien dać sobie spokój i pozwolić się zabić.
Jego myśli powędrowały do Pewdiego. Nie mógł teraz odpuścić. Nie, póki nie będzie miał pewności, że chociaż on wyjdzie z tego cało. Pewds absolutnie nie zasługiwał na rozstrzelanie przez grupę psycholi w jakimś opuszczonym centrum handlowym w samym środku apokalipsy zombi. Zasługiwał na szansę, by walczyć dalej, by iść dalej, a Cry wątpił, że byłby w stanie to zrobić będąc martwym. Miał więc zamiar mu pomóc stąd uciec i to postanowienie znowu dodało mu siły. Mając cel nie chciał umierać. Nawet jeśli jego celem nie było jego własne przeżycie, a raczej przeżycie jego ukochanego.
- Cryaotic? Tak ci było na imię, nie? – usłyszał czyjś donośny głos w sali obok i jego serce znów zaczęło szaleć. Próbował wyrównać oddech, by nie było go słychać, a sam nasłuchiwał swoich prześladowców. Była ich dwójka, sądząc po odgłosach kroków. Głos, który go nawoływał należał do tego drobnego chłopaka o imieniu Nathan, ale Cry nie był w stanie wywnioskować, kto może być tą drugą osobą. W napięciu czekał, aż ktoś tu dojdzie, aż ktoś otworzył drzwi. Gdy w końcu to się stało, działał szybko. Nathan zdołał tylko wejść do kuchni, ale nawet nie zdążył się rozejrzeć; Cry w ułamku sekundy otoczył jego gardło jedną ręką, a drugą zakrył jego usta i nos, podduszając go. Nie pozwalając chłopakowi się wyrwać, poczekał, aż przestanie wierzgać nogami i straci przytomność, by w końcu położyć go na ziemi, zaraz przed drzwiami. Zabrał mu jego pistolet i sprawdził stan nabojów. Magazynek był niemalże pełny, więc gracz z zadowoleniem schował broń i cierpliwie czekał na drugą z polujących na niego osób. Zaraz po nim weszła do pokoju jedna z kobiet, o ciemnej karnacji i z ciemnymi włosami. Nachyliła się nad Nathanem, sprawdzając jego puls. Niestety zauważyła ruch po swojej lewej i zdążyła krzyknąć, nim Amerykanin powalił ją na ziemię i chwyciwszy jej głowę, uderzył nią o posadzkę, także pozbawiając ją przytomności. Cry zabrał także jej pistolet, chwytając go do ręki. Jego maska znów zmieniła się na przerażający uśmiech i tym razem gracz zauważył to, przeglądając się w szybie w drzwiach. Nie przejął się tym jednak ani trochę, tylko wzruszył ramionami i wyszedł do głównej sali restauracyjnej. Najwidoczniej jest mordercą. Nic z tym nie zrobi. Może tylko to wykorzystywać, by Pewdie był bezpieczny.
Pewds natomiast znajdował się w fatalnej sytuacji. Udało mu się schować na zapleczu, ale nic tutaj nie znalazł. Jedyne co miał, to swój nabity gwoźdźmi kij bejsbolowy, który był bardzo skuteczny w walce z zombi, ale niezbyt skuteczny w walce jeden na jeden z uzbrojonym w broń palną człowiekiem. Szczególnie, że schowek do którego wszedł mężczyzna nie był wcale duży i nie było nawet gdzie się ukryć. Jeśli ktoś otworzy drzwi, to zobaczy go od razu. Pewdie chciał nawet zmienić miejsce swojej kryjówki, ale gdy okazało się, że liczenie do dziesięciu jest tak naprawdę liczeniem do czterech, zdołał tylko otworzyć drzwi i dosłownie sekundę później ponownie je zamknąć, słysząc znak rozpoczętych poszukiwań. Teraz siedział tylko, patrząc się przed siebie i mocno ściskając kij w dłoniach. Próbował usłyszeć, gdzie znajduje się grupa i czy już znaleźli miejsce jego pobytu, ale łomot jego własnego serca skutecznie wszystko zagłuszał. Próbował się uspokoić, ale z każdą minutą niepokoił się jeszcze bardziej. Próbował się skupić, ale myśl o tym, że być może Cry został już znaleziony i właśnie go mordują cały czas go rozpraszała. Gdy w końcu usłyszał trzask drzwi i dwa męskie głosy nawołujące go z wnętrza sklepu, w którym się chował, o mało co nie zemdlał z przerażenia. Drżał gwałtownie, czuł, jak serce wyrywa mu się z piersi i jak oblewa go zimny pot. Knykcie zbielały mu od zbyt mocnego trzymania się swojej broni. Usilnie próbował sobie przypomnieć jakąś modlitwę, cokolwiek, co mogłoby mu teraz pomóc, ale jego umysł był niczym czarna otchłań. Mógł tylko czekać.
Tego, co nastąpiło chwilę później, nie spodziewał się ani trochę. Usłyszał strzały dochodzące z pewnej odległości, ale wciąż z wnętrza galerii handlowej. Jego pierwszą myślą było, że dorwali Cry’a, ale zanim łzy zdążyły napłynąć do jego oczu, usłyszał jeszcze głośne przekleństwo i tupot stóp, a potem trzaśnięcie drzwi. Stał przez chwilę w miejscu, cały czas z kijem przygotowanym w pozycji do ataku, ale nikt się do niego nie dobijał. Nie ustały za to krzyki i strzały i chociaż Pewds chciał to przeczekać, w końcu nie wytrzymał i ciekawość wzięła górę. Powoli otworzył drzwi, błagając, by nie była to jakaś pułapka i ku jego wielkiej uldze, nie była. Coraz bardziej zagubiony i niespokojny odważył się podejść do wejścia do sklepu i wyjrzeć przez szybę. Za filarem zaraz koło niego stał jeden z mężczyzn, ten starszy, który z nimi wcześniej rozmawiał. Chował się przed ostrzałem z góry, na który co jakiś czas odpowiadał. Niedaleko niego leżało ciało kobiety, a za zbiornikiem fontanny Pewds mógł dostrzec chowającego się Mike’a. Nie widział tylko kto do nich strzelał. Nie zadając jednak żadnych pytań, dostrzegł szansę i wykorzystał ją: gdy mężczyzna za filarem zajęty był oddawaniem strzałów w stronę atakującego, Szwed otworzył drzwi i cichutko wyślizgnął się z wnętrza sklepu, nie mogąc wręcz uwierzyć w swoje szczęście. Przemykając od kolumny do kolumny, coraz bardziej zbliżał się do wyjścia. Już prawie mu się udało, gdy nagle usłyszał, że ktoś za nim krzyczy. Obejrzał się za siebie, by ujrzeć, że facet którego tak sprytnie ominął niestety zauważył zniknięcie swojej ofiary i teraz celuje do niej z broni. Pewdie już miał się chować przed prawdopodobnym ostrzałem, gdy nagle tajemniczy strzelec z góry jednym celnym trafieniem pozbył się zagrożenia, zabijając kolejnego członka grupy. Pewds spojrzał na balkon na pierwszym piętrze i ujrzał, że tym tajemniczym strzelcem jest jego przyjaciel. Uśmiechnął się do niego w podzięce i biegiem rzucił się do drzwi. Nie miał pojęcia, jak to się stało, ale mieli szansę uciec i to dzięki Amerykaninowi, który wydawał się już dawno porzucić nadzieję.
Cry upewnił się, że Pewds jest bezpieczny i skinął mu dłonią na znak, że wszystko ma pod kontrolą. Nathan oraz towarzysząca mu kobieta leżeli nieprzytomni w restauracji, najstarszy mężczyzna z tej grupy został przed chwilą zastrzelony, tuż po kobiecie numer dwa. Zostało tylko dwóch, jeden bezimienny i oczywiście Mike. Pierwszy z nich schowany był za schodami prowadzącymi na piętro, drugi za fontanną. Wymieniali ogień co chwilę, to chowając się, to oddając strzał. Dwóch na jednego nie było zbyt sprawiedliwą proporcją i Cry musiał wykazać się niesamowitym refleksem, by przeżyć. W końcu jednak poczuł się zmęczony takimi gierkami i przebiegł ze swojej pierwszej bazy do następnej, czyli za kolejny filar. Stamtąd udało mu się załatwić bezimiennego i w końcu mógł skupić się na tym najważniejszym – Mike’u.
- Wymordowałeś mi rodzinę! – wrzasnął Mike z wściekłością, nie wychylając się jednak zza fontanny i czekając na dobrą okazję. – Jak cię dorwę…
- To co, zabijesz mnie? – odkrzyknął Cry, zaciągając ironicznie ostatnie słowa. – Sam mówiłeś, że mam objawy ugryzienia, więc czy ty naprawdę sądzisz, że zależy mi jeszcze na życiu?
- Ale walczysz. Inaczej byś się grzecznie poddał i pozwolił mi poćwiartować się na kawałeczki.
- Widzisz, Mike – Cry poczuł się znudzony czekaniem na kolejny krok przeciwnika, wychylając się i strzelając do niego w prowokacji. Zostały mu trzy naboje. – Sprawa jest prosta. Ja zadarłem z tobą i twoją rodziną, ty zadarłeś ze mną i osobą, którą tak się składa, że kocham. Miałeś pokazać swoim dzieciakom, jaki z ciebie dumny, odważny tatuś, ale nie wyszło. Ja miałem ocalić życie Pewdsa i mi wyszło. Prosta matma.
Słyszał, jak Mike krzyczy ze wściekłości, ale nie przejął się tym w ogóle. Żaden z nich nie był na tyle naiwny, by wystawiać się na niebezpieczeństwo i opuszczać swoje ukrycie. Czekali więc w napięciu, aż nadejdzie ten moment, w którym jedno z nich zaryzykuje i spróbuje wyjść, żeby sprowokować przeciwnika do strzału.
Oczywiście, pierwszy miał dość Cry. Przebiegł szybko do kolejnego filaru i udało mu się nawet pokonać dystans do następnego, nim Mike zorientował się, że może próbować go zastrzelić. W ciszy i spokoju opuszczonego centrum znów rozległy się dźwięki strzałów. Brunet już prawie znalazł się przy schodach, zostało mu dosłownie z pięć metrów. Przebiegając do kolejnej kolumny podjął ryzyko i zatrzymał się na sekundę, tuż po tym jak Mike strzelił w jego stronę. Oddał jeden strzał, ale bardzo celny – kula trafiła go w twarz i nawet jeśli nie uszkodziła mu mózgu, na pewno doprowadziła do jego śmierci. Jego tułów zachwiał się, by w końcu paść do wody w fontannie i zabarwić ją jeszcze bardziej żywym odcieniem szkarłatu. Cry natomiast odczekał jeszcze minutę, dla świętego spokoju, po czym spokojnym krokiem zszedł po schodach, jak gdyby nigdy nic. Przeszedł głównym pasażem, mijając ciała porozrzucane na posadzkach w mniejszych lub większych plamach krwi, zatrzymując się tylko na chwilę, by spojrzeć na ciało Mike’a. Trochę przerażało go to, że nic nie czuł, nic poza odrobiną litości. Facet chciał po prostu chronić swoich ludzi i jednym, wydawałoby się zabawnym pomysłem pozabijał ich wszystkich, sprowadzając śmierć także na siebie.
Prawie wszystkich, poprawił się Cry w myślach, zauważając ruch po swojej prawej. Podniósł wzrok, spoglądając na kobiety, które przyszły na scenę zbrodni. Jedna z nich płakała bezgłośnie, chowając usta za dłonią w niemym przerażeniu. Druga patrzyła na niego z taką nienawiścią, że gdyby wzrok mógł zabijać, brunet już dawno wąchałby kwiatki od spodu. Cry absolutnie jej nie winił. Nie zdziwił się też ani trochę, gdy wyciągnęła swój własny pistolet i wycelowała w niego, zamierzając się na jego głowę.
- Daj mi odejść – poprosił łagodnym głosem. Czuł się zmęczony, chory. Nie mogło mu zostać wiele czasu. Mimo tego chciał jeszcze chociaż na chwilę zobaczyć się z Pewdsem, podziękować mu, powiedzieć mu, jak bardzo go kocha. – Jeśli mi pozwolisz, nie będzie więcej ofiar. Zrobiłem, co musiałem.
- Wymordowałeś wszystkich z zimną krwią – wycedziła przez zęby, poprawiając chwyt. – Straciłam męża, moja córka ojca. Katjaa nie ma już syna.
Katjaa na wspomnienie utraconego dziecka zaczęła łkać już całkiem głośno, upadając na ziemię. Kobieta z bronią, nazwana wcześniej przez Nathana Lilly, spojrzała się na nią przelotnie i wróciła do obserwowania swojego wroga.
- Nathan powinien jeszcze żyć – powiedział spokojnie do płaczącej matki, która podniosła na niego wzrok i za jego znakiem natychmiast rzuciła się po schodach na górę, szukając syna. – Przykro mi z powodu twojego męża.
- Twoje „przykro mi” niczego nie zmieni – odpowiedziała ostro Lilly, odbezpieczając broń. Cry tylko spojrzał na nią, zmęczony już całą sytuacją. Chciał tylko znaleźć samochód i się stamtąd wynieść.
- Pozwól mi wyjść.
- Dlaczego miałabym to robić? Ktoś musi pomścić śmierć mojej rodziny.
- Zabicie mnie nic ci nie da. Umrę tak czy siak. Ty też. Jeśli nie wróci tu mój przyjaciel i nie postanowi zemścić się na tobie za zabicie mnie, to w końcu zabije cię coś innego. Mike miał rację, jestem ugryziony. Nie pożyję długo. Chcę się pożegnać z ostatnią osobą, która mi na tym świecie została. Poza tym, zarówno Mike, jak i twój mąż, jak i cała reszta… Podjęli decyzję i chociaż nie sądzili, że ta sytuacja tak się skończy, to wiedzieli jakie jest ryzyko. Oni chcieli nas zabić, ja nas tylko broniłem.
Lilly stała w ciszy, tylko patrząc się na niego. W oczach miała wiele różnych emocji: wściekłość, smutek, rozpacz, bezsilność. Zacisnęła wargi. Cry uśmiechnął się do niej delikatnie, ze współczuciem, po czym powoli odwrócił się na pięcie i bez pośpiechu ruszył w stronę wyjścia.
- Z-zatrzymaj się! – usłyszał za sobą roztrzęsiony głos Lilly, ale nie zamierzał się jej słuchać. Był tak zmęczony… - Nie mogę tak, nie mogę… Zamordowałeś ich wszystkich! Mam teraz zostać tu sama? Zamordowałeś wszystkich, których kochałam! Nie mogę… Nie mogę pozwolić ci odejść!
Strzał z pistoletu rozbrzmiał w jego uszach i wydawałoby się w tym samym momencie ból przeszył jego ramię. Spojrzał na szkarłatną plamę na swojej koszulce, poczuł jak kręci mu się w głowie i prawie upadłby na posadzkę, gdyby w ostatniej chwili ktoś nie złapał go za ramię i nie oparł o siebie. Cry na ślepo chwycił się pomagającej mu osoby, czując kolejne zawroty głowy. Znowu usłyszał strzały, czyjś krzyk, łkanie. Nie miało to jednak znaczenia, bo w drugim uchu słyszał tylko ciepły, spokojny głos Pewdsa. Nie rozróżniał słów prawie w ogóle, potykał się o własne nogi, obraz zamazywał mu się przed oczami. Wyłapał tylko jedno zdanie: „Trzymam cię, jesteś bezpieczny” i to zdanie powtarzało się w jego umyśle w pętli, aż nie stracił przytomności.

***
Kiedy ponownie się ocknął, leżał na tylnych siedzeniach jakiegoś samochodu. Przykryty był skórzaną kurtką, a jego ciało podskakiwało lekko wraz z pojazdem, kiedy natrafiał on na dziury w drodze. Jechał przez miasto; słońce przebijające się przez budynki zeszło już dość nisko, chyląc się ku zachodowi. Odczuwał suchość w ustach i dokuczał mu ostry ból w łydce oraz w prawym ramieniu. Po chwili walki z obolałym ciałem udało mu się lekko podnieść i rozejrzeć po otoczeniu. Samochód był w środku dość przestronny. Na przednim siedzeniu pasażera leżał tylko plecak, ale przed nim Cry mógł dostrzec jakieś pudełko. Zaraz obok, na miejscu kierowcy, siedział Pewds, uważnie obserwując drogę przed sobą. Odwrócił od niej wzrok tylko na chwilę, gdy dostrzegł w lusterku ruch za sobą.
- Jak się czujesz? – nie zwrócił się w stronę Cry’a, skupiony na jeździe, ale jego głos przepełniony był zmartwieniem. Brunet dokładnie zastanowił się nad odpowiedzią, rozważając, czy znowu nie skłamać i nie dorzucać mu więcej zmartwień.
- Fatalnie – odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie miał sił na okłamywanie Pewdsa. Noga bolała go cholernie, w duecie z pulsującym bólem głowy i ramienia. Czuł się słaby, wyczerpany. Chociaż wcześniej swoje zmęczenie tłumaczył dniem pełnym wrażeń, teraz już nie był tego taki pewien. Mike mógł mieć rację. Może za chwilę się przemieni. – Co się wydarzyło, po tym jak zemdlałem?
Pewdie milczał przez chwilę. Parę razy oblizał wargi, już otwierał usta, już miał mówić… Ale potem zmieniał zdanie, zamykał usta z powrotem, ważył słowa.
- Ta kobieta, Lilly? Nie pamiętam. W każdym razie, strzeliła do ciebie, trafiła w ramię. Mocno krwawiłeś, ale przynajmniej nie trafiła w żaden ważny organ.
- Tyle wiem – przerwał mu Cry. – Co wydarzyło się potem?
- Złapałem cię… - widać było, że Pewds ma problem z dokończeniem historii. Ponownie oblizał wargi, zanim w końcu wyksztusił z siebie resztę. – Zabrałem twój pistolet. Zastrzeliłem ją. Przyszła ta druga kobieta, z półprzytomnym chłopakiem uwieszonym na jej plecach… Zaczęła płakać i krzyczeć… Odwróciłem się i wyszedłem.
- Zrobiłeś, co musiałeś. Ja też. Nie mieliśmy wyjścia.
- Zamordowałem ją. Zamordowałem ją i nawet tego nie żałuję. Tak jak tego gościa w sierocińcu. Ot tak. Jak zwykłe zwierzę.
- Ja zabiłem całą ich grupę.
- Jak może cię to nie ruszać? – Szwed podniósł głos, spoglądając na Cry’a w lusterku. Cry wytrzymał jego wzrok. – To też byli ludzie!
- Ludzie, którzy chcieli cię zabić, Pewds. Działałem w samoobronie. Sprawa była prosta, albo oni, albo my, a ja nie mogłem pozwolić ci umrzeć, rozumiesz?
Pewds zamilkł ponownie, przenosząc swój wzrok na drogę. Zacisnął usta w wąską linię, a w kącikach jego oczu pojawiły się łzy. Szybko otarł je dłonią i wziął kilka głębokich oddechów. Cry nie odzywał się – dał mu chwilę na uspokojenie się. Wiedział, że sytuacja wcale nie była łatwa i nie winił Pewdiego za moment słabości. Powinien być przerażony tym, że zabił tyle osób, albo chociaż tym, że jego przyjaciel tak po prostu pozbawił kogoś życia, już drugi raz w ciągu tej rozgrywki. Nie czuł jednak nic; zero żalu, smutku, winy. Najwidoczniej tak już musi być. Najwidoczniej liczą się tylko oni. Do tego doprowadziła ich tak długa walka o własne życie: nie przejmowało ich nic poza ich własnym bezpieczeństwem i zdrowiem. Może to było między innymi celem Alice? Wydobyć z graczy to, co gnieździło się w najciemniejszych zakamarkach ich dusz, przypomnieć im ich pierwotny, najważniejszy instynkt, instynkt przetrwania. Pokazać im, że nie ma ludzi dobrych i złych. Jest tylko chęć przeżycia.
- Znalazłem samochód na parkingu z tyłu, musiał należeć do nich, bo zostawili trochę zapasów w środku – Pewds wyrwał go z przemyśleń swoim monotonnym głosem. – Dociągnąłem cię tu, opatrzyłem ramię, położyłem z tyłu, modliłem się, żebyś się ocknął. Próbuję wyjechać z miasta i jak na razie idzie mi nieźle, ale jeśli wierzyć słowom tych ludzi z centrum, to pewnie w końcu coś utnie nam drogę ucieczki i trzeba będzie iść pieszo. Dasz radę?
- Nie wiem, może – odparł, siadając i ruszając ranną nogą. Bolało jak cholera i wciąż miał wrażenie, jakby miał za chwilę zemdleć, ale jeśli naprawdę droga z miasta jest nieprzejezdna, to nie będzie miał wyjścia i zmuszony będzie iść. Sięgnął po butelkę wody, wypijając większość jej zawartości i wylewając trochę na swoją twarz. Wziął kilka głębokich oddechów i przetarł twarz. – Ta, dam radę. Spoko. Bez problemu.
- Nie brzmisz przekonująco – prychnął Felix pod nosem, ale Cry od razu się uśmiechnął, słysząc to. Zrobi cokolwiek, żeby go chociaż trochę rozweselić.
- Znam inne metody, żeby cię… - zaczął, ale urwał, widząc, że samochód zwalnia i w końcu się zatrzymuje. Wychylił się do przodu, żeby zobaczyć, co ich powstrzymało i ujrzał przed maską samochodu kilkanaście pozostawionych na środku drogi samochodów. Niektóre z nich były całkiem nowe i nienaruszone, inne już dawno zdobyły rangę wraków. – Niby się tego spodziewałem, ale… Cholera jasna.
- Yhm – przytaknął Pewds, delikatnie i powoli otwierając drzwi. Drugą ręką odszukał swój kij bejsbolowy i plecak, po czym wysiadł z pojazdu. Cry, przy akompaniamencie syków i jęków, też w końcu wydostał się z samochodu, natychmiast opierając się o niego ciężko. Chyba miał większy problem, niż początkowo myślał. – Całkiem pusto, ale coś może się czaić między autami, uważaj na siebie.
- Wiesz co, może ty się przejdź i sprawdź, czy któreś z nich działa – zaproponował Cry, ale widząc minę Pewdiego od razu pokręcił głową w zaprzeczeniu. – Nie, okay, dam radę. Nic mi nie jest.
- Jesteś beznadziejny w kłamaniu – odparł Pewds tylko, podchodząc i biorąc go pod ramię. Cry oparł się na nim i uśmiechnął z wdzięcznością. – Zbierajmy się stąd, zanim znowu zemdlejesz.
Amerykanin natychmiast przestał się uśmiechać, zamiast tego patrząc się pod nogi. Normalnie pewnie by go to rozbawiło, ale w obecnej sytuacji nie mógł nic poradzić na to, że jego umysł podpowiadał mu, że następnym razem gdy zemdleje, ocknie się jako zupełnie ktoś inny.
Większości samochodów nawet nie próbowali otwierać; jedno spojrzenie do środka wystarczyło, by stwierdzić, że pojazd nie nadaje się do niczego, albo ze względu na brak paliwa albo na braki w wyposażeniu. Czasami wewnątrz wraków leżały rozkładające się ciała, martwe lub żywe, patrzące się pusto przed siebie. Gracze starali się omijać je niezauważeni, tak samo jak unikali zombi przechadzających się samotnie między samochodami, zginając się w pół i przechodząc po cichu, ukryci przed ich wzrokiem, słuchem i węchem. Coraz bardziej oddalali się od pojazdu, którym tu dotarli, aż w końcu doszli do skrzyżowania z inną ulicą i usłyszeli warkot silnika w oddali. Przyspieszyli nieznacznie kroku, nie chcąc wzbudzać podejrzeń, ale jednocześnie podekscytowani dźwiękiem działającej maszyny. Gdy w końcu odnaleźli ją w tłumie wielu innych, okazała się być niezbyt nowa i raczej niewielka, w jasnym, czerwonym kolorze. Miała zapalone światła i wydobywał się od niej przyjemny, niski pomruk.
- Bingo – mruknął Pewdie, podchodząc od strony pasażera. W środku znalazł jakąś przemienioną w zombi kobietę o dość długich blond włosach, która pochylała się nad siedzeniem kierowcy, prawdopodobnie zajęta jedzeniem nieszczęśnika. Szwed ostrożnie otworzył drzwi, zwracając uwagę żywego trupa, który rzucił się w jego stronę, upadając ciężko na ziemię. Gracz natychmiast zamachnął się kijem, rozwalając mu głowę i dopiero wtedy przyjrzał się dokładniej ciału rozłożonemu tuż pod jego stopami.
- O mój Boże… - wyszeptał, zakrywając usta dłonią. Chociaż nie był już w stanie rozpoznać twarzy tej postaci, ubrania wydały mu się znajome i w przeciągu kilku sekund dotarło do niego, że patrzy na zwłoki Mary. Jego przypuszczenia potwierdził widok Kena na miejscu kierowcy, z bladą twarzą pokrytą krwią, rozchylonymi wargami, pustym wzrokiem i krwawymi resztkami narządów wystających z samego środka jego brzucha. Pewdie odwrócił na chwilę wzrok, starając się nie zwymiotować, zanim ogarnął się na tyle, by wyciągnąć zwłoki mężczyzny z samochodu i położyć je na ziemi tuż obok jego dziewczyny.
- Czy to jest… - zaczął Cry, ale jedno spojrzenie na Pewdsa upewniło go, że miał rację. Skrzywił się w obrzydzeniu zmieszanym ze smutkiem i powoli podszedł do swojego chłopaka, ściskając jego ramię w geście wsparcia. – Tak mi przykro… Dopiero zaczynali grę, tak naprawdę. Która to była, czwarta?
- Tak – Pewds położył dłoń na jego dłoni, po czym przeniósł wzrok na pozostawiony samochód. Westchnął ciężko. – Musimy wziąć ich auto.
- Musimy – potwierdził Cry po chwili ciszy. Obaj wiedzieli, że nie mieli wyjścia, ale zabieranie samochodu dwójce nieboszczyków wydawało się być naprawdę nieodpowiednie. Cichy pomruk spacerujących zombi, który rozległ się za ich plecami pomógł im jednak podjąć decyzję w trybie natychmiastowym: Pewds pomógł Cry’owi wejść na miejsce pasażera, a potem sam zasiadł za kierownicą. Rzucił ostatnie spojrzenie na swojego chłopaka, zanim ten skinął głową i powoli ruszyli przed siebie, zostawiając ciała swoich niedoszłych przyjaciół, jedynych osób, które chciały im pomóc w przejściu tej gry.
Tak przynajmniej im się wydawało, póki Cry nie rozejrzał się po wnętrzu starego samochodu i nie ujrzał skrawka papieru leżącego na ziemi pod jego stopami. Sięgnął po niego i odkrył, że to właśnie była brakująca część mapy, ta, którą Ken zachował dla siebie. Zaznaczonych na niej było kilka punktów, jakieś kreski na drogach i kilka strzałek, które chociaż szły przez różne ulice, prowadziły to tego samego celu: krawędzi mapy, która głosiła, że jadąc główną drogą można dotrzeć do miasta Maryland. Zaraz pod nazwą tego miasta widniało napisane czarnym markerem hasło „safe point”. Brunet westchnął głośno, zwracając tym uwagę Pewdiego. Zanim zdążył się zapytać, co się stało, Cry po prostu podał mu mapę, bez słowa komentarza. Szwedowi zajęło trochę, żeby przestudiować to co widział, bo musiał uważać na drogę przed sobą, ale gdy w końcu to do niego dotarło przeklął pod nosem cicho, zwracając mapę.
- Nie winię ich, w końcu chcieli się ratować – stwierdził Cry, wzruszając ramionami. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że poczuł się trochę oszukany. Mogli im chociaż dać znać, gdzie powinni szukać safe pointu. Cry rozumiał ryzyko, że jeśli nie udałoby się im tam dojść pierwszymi, to zostaliby bez dachu nad głową, ale i tak. Irytowała go myśl, że tak po prostu im zaufali, chociaż nie łączyło ich nic poza zwykłym interesem. – Niestety, skończyli jak skończyli.
- Czuję się podle z tego powodu – odparł Pewds, przegryzając wargę. – Nie zasługiwali na śmierć. Chcieli stąd tylko wyjechać, a teraz my zabraliśmy im samochód i jedziemy do safe pointu, który miał być ich. Swoją drogą, nawet nie sądziłem, że Mary może być ugryziona. Nie było nic po niej widać.
- Może została ugryziona później, gdy już się rozstaliśmy – Cry wzruszył ramionami, po czym syknął z bólu, czując świeżą ranę z prawej strony. – Skoro już jesteśmy przy tym temacie…
- Żyjesz, jedziemy do safe pointu, nic ci nie będzie.
- Nie wiesz tego. To, co chciałem powiedzieć…
- Nie interesuje mnie to, co chciałeś powiedzieć.
- A powinno – odparł ostro Amerykanin, natychmiast zwracając uwagę Pewdsa, który zerknął na niego, zaskoczony. – Chcę, żebyś miał pistolet przygotowany przy sobie. Jeśli uda nam się dojechać beze mnie umierającego po drodze, to mamy szczęście. Jeśli nie, nie chcę, żebyś skończył jak Ken, okay? Za każdym razem, gdy przypominam sobie jego ciało, automatycznie widzę zamiast niego ciebie. Nie mogę do tego dopuścić, Pewds, nie po tym, co zrobiłem w ciągu tej gry, żeby ratować twój tyłek. Zrób chociaż tyle dla mnie. Weź broń… I jeśli zacznę się dziwnie zachowywać albo nagle stracę przytomność, to…
- Nie mogę cię tak po prostu zastrzelić! – Pewdie zahamował nagle i odwrócił się do przyjaciela. – Nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie, nie będę w stanie wpakować ci kulki w łeb!
- Musisz. Musisz. Nie masz wyjścia. Umieram, powoli, ale umieram, czuję to. Czuję to, jak słabnę z każdą minutą – Cry spojrzał mu w oczy zdecydowanie, pełen determinacji. Musiał mu to wbić do głowy. – Myślę, że Mike miał rację. Znowu czuję się fatalnie i chociaż serum to powstrzymało na chwilę, choroba postępuje dalej. Jeśli dojedziemy do safe pointu i jeśli on mi pomoże i odwróci działanie ugryzienia, to dobrze. Ale masz być przygotowany na to, że ta opcja jednak nie zadziała i że będziesz musiał mnie zabić. Błagam, Pewds. To jedyna moja prośba, ostatnia. Nie marnuj swojego życia na mnie.
- To nie jest marnowanie życia, to jest miłość, okay? – Pewdie przestał być wściekły i teraz był tylko bezsilny. Chwycił Cry’a za rękę, ściskając ją mocno. – Jeśli tego chcesz, dobra. Zgadzam się. Spróbuję iść dalej bez ciebie. Ale nie będę jeszcze niczego zakładał, póki nie dojedziemy do tego cholernego safe pointu, rozumiemy się?
- Brzmi fair – Cry odpowiedział z uśmiechem, delikatnie go całując. Ścisnął jego słoń ostatni raz, zanim ją puścił i wyszeptał: - Zbierajmy się stąd.
Cała reszta jazdy przebiegła w zupełnej ciszy, jeśli nie liczyć kaszlu, który od czasu do czasu atakował płuca bruneta. Na drodze panował niespodziewany spokój – Pewds zgadywał, że Ken i Mary wiedzieli, którymi drogami się poruszać, żeby jazda przebiegła jak najsprawniej i bez niespodzianek. Nie zajęło im więc wiele czasu, by opuścić centrum miasta i wyjechać na obrzeża, a następnie zostawić całe miasto w tyle i widzieć je tylko w bocznym lusterku, gdzie nie mogło im już zagrozić. Na ulicy nie było prawie w ogóle żadnych zombi, poza nielicznymi osobnikami, które pałętały się przy drodze, ale było ich zbyt mało i były zbyt powolne, żeby zaatakować pędzący asfaltem samochód. Jechali przez pola i łąki, lekki, przyjemny wiatr dostawał się do środka pojazdu przez szparę opuszczonej szyby, a słońce już całkiem chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na agresywną wręcz czerwień. Byłoby nawet miło, gdyby Pewds nie miał koło siebie umierającego przyjaciela, a zachód słońca nie przypominał mu tego sprzed zaledwie dwóch dni, kiedy to siedzieli z Cry’em na poręczy tarasu, pijąc piwo, całując się i korzystając z zasłużonego wypoczynku. Kiedy byli bezpieczni i nie musieli się martwić o apokalipsę zombi, śmierć czyhającą na każdym rogu, brak zapasów i nabojów czy bandę żądnych mordu ludzi. Kiedy wszystko było dobrze i gdy żaden z nich nie miał wrażenia, że wali się całe ich dotychczasowe życie. Chociaż Pewds starał się skupić na drodze, mapie, czymkolwiek, nie mógł powstrzymać własnych myśli, które uparcie przypominały mu, że cała tak sytuacja jest jego winą.
Kiedy w końcu minęli znak z napisem „Maryland”, Cry był już w znacznie gorszym stanie. Opierał się o deskę rozdzielczą i oddychał ciężko, od czasu do czasu plując krwią na własne nogi. Jego twarz zroszona była kropelkami potu, które spływały powoli po jego policzkach i czole, skapując w końcu na ziemię, mieszając się z szkarłatną posoką. Pewdie nacisnął pedał gazu, modląc się, żeby zdążył dojechać. Co jakiś czas upewniał się, czy brunet jest jeszcze przytomny i czy kontaktuje, zadając mu różne pytania na temat jego samopoczucia. Fakt, że zamiast odpowiadać sarkastycznymi żarcikami Cry naprawdę, szczerze mówił mu o tym, jak się teraz czuje, przerażał go chyba najbardziej, bo oznaczało to, że było naprawdę poważnie. Kiedy więc w końcu dojechali do Maryland, niezbyt dużego, malowniczego miasteczka, Pewds był tak podenerwowany, że prawie przegapił dość niski budynek mieszkalny stojący przy głównej ulicy, który przy jednym z okien miał wywieszone duże białe prześcieradło z namalowanym czerwoną farbą napisem „SAFE POINT”. Wyhamował z piskiem opon, tak, że Cry’em aż zarzuciło do przodu, powodując u niego kolejny przypływ kaszlu. Przeprosił go szybko, w biegu wysiadając z samochodu i otwierając drzwi pasażera. Cry nie był w stanie wyjść samodzielnie, o mało co nie wywracając się, kiedy w końcu udało mu się stanąć na ziemi. Pewds chwycił go więc pod oba ramiona, zarzucając sobie jego półprzytomne ciało na plecy i szybkim krokiem ruszając w stronę budynku. Gdyby tylko mógł, wbiegłby po schodach, ale obciążenie na jego plecach skutecznie go przed tym powstrzymywało. Ruszył więc tak szybko, jak było to dla niego możliwe, szarpiąc za klamkę każdych drzwi, które napotkał na swojej drodze. Dopiero na trzecim piętrze udało mu się znaleźć jedne otwarte, więc natychmiast wpadł do mieszkania, które się za nimi chowało i rozejrzał się po wnętrzu. Drzwi do łazienki, kuchnia, jakieś szafki. Przeszedł do kolejnego pomieszczenia i jego wzrok od razu padł na duże łóżko, stojące przy ścianie. Położył na nim Cry’a, szybko przebiegł do kuchni po trochę wody i jakiś ręcznik, po czym wrócił do przyjaciela. Wyglądał fatalnie, blady, z krwią barwiącą mu usta i potem zalewającym mu twarz. Pewds zamoczył ręcznik, po czym otarł czoło mężczyzny i usta, dając mu też trochę wody do wypicia. Brunet miał otwarte oczy i uśmiechał się słabo, kiedy Pewdie chwycił go za rękę i pocałował jej wierzch, patrząc się na niego w napięciu.
- Przynajmniej umrę w luksusowych warunkach – wychrypiał cicho, próbując podnieść nieco głowę, ale rezygnując z tego niemalże od razu, zbyt zmęczony, by wykonać coś tak trudnego. Leżał więc tylko, patrząc się na swojego nowego chłopaka i myśląc, że nie zdążył się jeszcze nacieszyć tym, że jego uczucia zostały odwzajemnione. Wyciągnął dłoń do twarzy Szweda i delikatnie musnął jego policzek opuszkami palców, zanim jego ręka znów bezwładnie opadła na łóżko. – Cieszę się, że tu jesteś.
- Nie możesz jeszcze umrzeć, Cry, błagam – głos Pewdsa zabrzmiał słabo, nawet dla jego własnych uszu. Czuł, że za chwilę zupełnie się rozklei. – Nie możesz mnie tu zostawić. Przecież dobrze wiesz, że nie dam sobie bez ciebie rady.
- Nie doceniasz się – zaśmiał się krótko w odpowiedzi, a jego śmiech szybko zniknął w gwałtownym kaszlu. – Wierzę w ciebie, poradzisz sobie.
- Co jeśli nie?
- To mam nadzieję, że będzie to dlatego, że przerośnie cię sytuacja, a nie dlatego, że odpuścisz i dasz się zabić.
Pewdie pokiwał tylko głową twierdząco, przymykając oczy na chwilę. Nie mógł mu tego zrobić, nawet, jeśli pragnął tego z całego serca. Skoro mu przyrzekł, że będzie żyć dalej, to dotrzyma swojej obietnicy.
- Masz ze sobą pistolet? – spytał Cry po chwili, przymykając oczy. Jego klatka piersiowa opadała i wznosiła się bardzo powoli i prawie że niezauważalnie, pozwalając mu na ostatnie oddechy. Pewds wydał z siebie zduszony jęk, a łzy popłynęły obficie po jego policzkach. Z wielkim trudem wyciągnął broń zza paska i uniósł ją do góry, by pokazać drugiemu graczowi. Cry uśmiechnął się słabo, resztkami sił. – Dobrze. Wiesz co musisz zrobić.
- Nie chcę, błagam, zostań, nie chcę tego robić… - z ust Pewdiego zaczął wylewać się potok słów, błagalnych jęków i próśb, pełnych desperacji zdań, jakby mógł zatrzymać nimi czas i sprawić, że to się działo w tym momencie stało się nagle czystą fikcją, czymś nierealnym. Cry uciszył go jednym dotknięciem, z wysiłkiem podnosząc dłoń na tyle, by jeszcze raz umieścić ją na policzku blondyna, chociaż na krótką chwilę. Pewds przytrzymał jego rękę przy swojej twarzy, wtulając się w ten dotyk i urywając nagle swój słowotok. Nie potrafił jednak przestać płakać, patrząc, jak spierzchnięte wargi Cry’a otwierają się z wysiłkiem po raz ostatni, pozwalając wydostać się jeszcze kilku słowom, wypowiedzianym ledwie już słyszalnym szeptem:
- Kochałem cię od samego początku…
- Co? – Pewdie zbliżył się do niego, pewien, że źle usłyszał.
- Odkąd cię poznałem… Już wtedy… Zawsze cię kocha-
Słowa zamarły w jego wciąż otwartych ustach, a klatka piersiowa zatrzymała się wraz z nimi, opadając po raz ostatni. Pewds jęknął znowu, przyciskając usta do bezwładnej dłoni Cry’a i usilnie próbując stłumić krzyk, który próbował wydostać się z jego piersi. Nie widząc nic przez łzy, po omacku znalazł szyję Amerykanina i przyłożył dwa palce do miejsca, w którym znajdowała się tętnica. Z trudem opanowując drżenie dłoni, przykładał palce na całej długości szyi, desperacko szukając pulsu. To nie to miejsce, to nie ten punkt. Kiedy w końcu go znajdzie, poczuje lekkie pulsowanie pod skórą i to da mu nadzieję, a nadzieja da mu motyw do działania i coś wykombinuje, jakoś uda mu się go jeszcze uratować… Nie potrafił jednak wyczuć niczego, poza powoli uciekającym ciepłem. Nie poddawał się jednak jeszcze; przyklęknął przy krawędzi łóżka, umieścił złożone dłonie na środku klatki piersiowej Cry’a, tam, gdzie powinno być serce, po czym zaczął uciskać. Nie pamiętał już, ile miało być uciśnięć. Nie pamiętał nic, uciskał tylko, coraz mocniej i mocniej, aż w końcu opadł bez sił na martwe ciało mężczyzny i pozwolił sobie na krzyk. Krzyczał długo, na tyle, na ile pozwalały mu struny głosowe, krzyczał w agonii, nie widząc nic poza ciemnością, nie czując nic poza smakiem słonych łez, nie słysząc nic poza własnym rozpaczliwym krzykiem. W końcu jednak głos uwiązł mu w gardle i musiał biec do łazienki, potykając się o własne nogi, żeby nie zwymiotować na podłogę, tylko do ubikacji. Przez chwilę wypróżniał swoje wnętrzności i chociaż jego głos już nie mógł, jego umysł wciąż krzyczał. Obraz martwego ciała bruneta wydawał się być przyklejony do wnętrza jego powiek, bo gdy zamykał oczy, obraz ten był jedyną rzeczą, którą widział. Jego słowa odbijały się echem w jego głowie. Kochał go? To było oczywiste, już dawno to ustalili. Odkąd się poznali? To go zaskoczyło. Cry co prawda wspominał, że był w nim zakochany od dłuższego czasu, ale Pewds nigdy nie sądził, że od tak długiego czasu. On nie dał rady wytrzymać kilku dni bez wyznawania swoich uczuć. Cry męczył się z tym… Od trzech lat. Jak to jest, kochać bez wzajemności tak długo? Jak to jest, kiedy po takim czasie w końcu twoje uczucia są odwzajemnione? Kiedy ta osoba też mówi, że cię kocha i zanim zdążysz to przyjąć do wiadomości i przejść z tym do porządku dziennego, wszystko to tak nagle się kończy? Nie wiedział. Sprawiał mu tyle cierpienia przez tyle czasu i zanim zdążył jakoś mu to wynagrodzić, Cry zginął. Zginął przez jego lenistwo i głupotę. A teraz było już za późno, żeby to jakoś naprawić.
Pewdie nie był w stanie spojrzeć sobie w oczy, gdy podniósł się w końcu z łazienkowej posadzki i podszedł do umywalki, by przemyć twarz i przepłukać usta. Ignorował twarz, którą kątem oka dostrzegał w lustrze. Miał wrażenie, że gdyby odważył się na siebie spojrzeć, jego nienawiść do siebie osiągnęłaby w końcu taki poziom, że nie wytrzymałby i zużyłby ostatnią kulę w pistolecie na zabicie samego siebie. Nie mógł na to pozwolić. Jeśli chciał jakoś odkupić swoje winy, przynajmniej trochę, to mógł chociaż spełnić ostatnią wolę swojego przyjaciela. Ciężkim krokiem ruszył z powrotem do sypialni. Starał się odwrócić wzrok od ciała leżącego na łóżku, ale jego oczy zdawały się być przyciągane do tej sceny jak magnes. Usiadł więc obok niego, na przysuniętym tam wcześniej krześle i po prostu chwycił go za dłoń. Była nieruchoma, ale jeszcze ciepła. Powoli przesunął palcami po jego ręce, wzdłuż nadgarstka, przez łokieć i po ramieniu. Już miał dotknąć jego twarzy, pogładzić go po brodzie i policzku, przeczesać jego mokre od potu i wody włosy, kiedy nagle dłoń Cry’a drgnęła lekko i mężczyzna zmarszczył brwi, jęcząc przeciągle. Pewds odskoczył natychmiast, w panice szukając pistoletu. Miał nadzieję, że ma nieco więcej czasu i da radę się przygotować, odpowiednio pożegnać, ale chyba niestety nie było takiej opcji. Podniósł broń z ziemi, gdzie wcześniej ją upuścił i wyprostował się, stając od Cry’a na długość ramienia – tak, że lufa przyłożona była do skroni mężczyzny. Ręce trzęsły mu się okropnie, ale z takiej odległości nie mógł nie trafić. Wziął więc kilka głębokich oddechów, próbując się przekonać do pociągnięcia za spust. „Chcę jeszcze raz spojrzeć mu w oczy i przeprosić”, powiedział sobie w myślach, ocierając drugą dłonią łzy. Miał tylko nadzieję, że rzeczywiście będzie się trzymał tego postanowienia i nie stchórzy w ostatniej chwili.
Kiedy Cry w końcu otworzył oczy, nie wyglądał ani trochę jak zmutowany potwór żądny krwi i mózgów, a raczej, jakby był bardzo zdezorientowany. Rozejrzał się, z głuchym jękiem próbując się ruszyć z miejsca, na co Pewds zareagował od razu, dociskając pistolet do jego skroni. Coś było nie tak. Czyżby tak to wyglądało? Czy za chwilę rzuci się na niego z zębami i będzie próbował go rozszarpać, kiedy opuści gardę? Co ma zrobić, kiedy jego przyjaciel i kochanek patrzy się na niego zszokowany i spanikowany, widząc broń przy swojej głowie?
- Pewds, to ja, Cry. Naprawdę, nie wiem co się dzieje, ale to ja, przysięgam… - zaczął mówić szybko, spanikowany, podnosząc ręce do góry i patrząc się na niego z przerażeniem. Pewdie zaczął trząść się jeszcze bardziej, nie rozumiejąc sytuacji. Nie opuszczając broni, odezwał się głosem znacznie wyższym niż zwykle:
- Pokaż swoją kostkę, już.
Cry natychmiast rzucił się do swojej lewej nogi, podwijając nogawkę niemalże do samego kolana. Chociaż Szwed dobrze widział, że jego przyjaciel był zupełnie zdezorientowany sytuacją tak samo jak on, nie mógł ryzykować. Gdy tylko skóra na kostce została odsłonięta, Pewds zbliżył się ostrożnie, powoli sięgając do miejsca, gdzie znajdowało się wcześniej ugryzienie. Obecnie nie było tam jakiegokolwiek śladu po ranie; dwa ciemne półkola zębów, które odznaczone były wcześniej na nodze bruneta po prostu zniknęły. Łzy znowu napłynęły do oczu Pewdiego, który upuścił broń z powrotem na podłogę, po czym padł na kolana tuż obok niej, mocno chwytając zdezorientowanego Cry’a w pasie i mocno się do niego przytulając. Cry przez chwilę siedział w szoku, tylko oddychając głęboko i próbując przypomnieć sobie cokolwiek, co mogłoby mu podpowiedzieć dlaczego jego najlepszy przyjaciel i ukochany mierzył do niego z broni, po czym zaczął płakać mu w koszulkę. Gdy przypomniał sobie, co wydarzyło się przed tym jak zemdlał, zerknął tylko na swoją nogę, by jeszcze raz się upewnić, że ślad ugryzienia zniknął, po czym nachylił się nad łkającym Pewdiem i objął go mocno, całując w głowę i samemu powstrzymując łzy. Przeżył. Nie wie, jakim cudem i dlaczego, ale przeżył i przynajmniej przez następne dwa dni jest bezpieczny.
- Hej, już w porządku – wyszeptał miękko do Pewdsa, próbując go uspokoić. – Jestem tu, żyję, ty też żyjesz. Wszystko jest w porządku.
- Prawie nacisnąłem spust – wyjąkał Pewds w odpowiedzi, nie odrywając się ani na moment od ciepłego uścisku Cry’a. – Prawie… Cię zabiłem.
- Tak, jak ci kazałem, nie winię cię. Poza tym, nie zrobiłeś tego. Nie ma sensu myśleć teraz nad tym, co by było gdyby. Jesteśmy bezpieczni i żyjemy. To się liczy, okay?
Felix nie odpowiedział, wracając do gwałtownego szlochu. Cry pozwolił mu na to; ta sytuacja musiała być dla niego wyczerpująca emocjonalnie i potrzebował się wypłakać. Zsunął się tylko z łóżka, lądując obok niego i przytulając go w nieco wygodniejszy sposób, jednocześnie rysując kółka i różne wzorki na jego plecach i szepcząc do niego uspokajająco, gdy zauważył, że zaczyna mieć problem z wzięciem oddechu. Gdy trochę już opanował jego panikę, Cry odchylił się nieznacznie od swojego chłopaka, by móc nachylić się do jego ust i skraść z nich wolny, niezbyt głęboki pocałunek, smakujący żelaznym posmakiem krwi i słonymi łzami. Kiedy go przerwał, Pewds spojrzał na niego zaczerwienionymi oczami i pogładził go delikatnie po twarzy, na co Cry odpowiedział uśmiechem, całując wnętrze głaszczącej go dłoni.
- Jak… Jak to możliwe? – wychrypiał Pewdie, nie spuszczając z niego wzroku. – Myślałem, że nie żyjesz… Nie, nie żyłeś. Zatrzymało się twoje serce, przestałeś oddychać. Próbowałem cię reanimować, nie odpowiadałeś. Byłem przekonany, że to koniec, że nie żyjesz, dlaczego-
Cry przytulił go ponownie, widząc, że Szwed znów jest bliski płaczu. Nie znał odpowiedzi na żadne z jego pytań. Tak naprawdę, nie wiedział nic i nie rozumiał nic z tego, co się wydarzyło. Nie wiedział, czy tak miało zadziałać serum, czy to magiczne zdolności safe pointu go uratowały. Sam miał ochotę się rozpłakać, żeby z niego też mogło zejść całe to napięcie związane z przechodzeniem tej koszmarnej gry. Mając jednak w ramionach Pewdsa w stanie zupełnej rozsypki, nie pozwalał sobie na jakąkolwiek słabość. Płakać będzie wtedy, gdy Pewdie będzie w lepszej kondycji psychicznej. Teraz jednak przynajmniej jeden z nich musiał być silny.
Pewds w końcu się wyciszył, nie oznaczało to jednak, że zamierzał chociażby na chwilę puścić Cry’a. Siedzieli na ziemi, wtuleni w siebie, przez Bóg wie jak długi czas, głaszcząc się, całując się i szepcząc sobie słowa pocieszenia. W pokoju powoli zaczynał panować półmrok, kiedy słońce już całkiem zaszło za horyzontem i została tylko poświata barwiąca niebo na wiele odcieni różu i fioletu. Mężczyźni byli teraz coraz to bardziej głodni, ale żaden z nich nie chciał się ruszyć z miejsca, szczególnie, że Cry czuł się w obowiązku siedzieć przy przyjacielu, póki ten nie zadecyduje, że czuje się już całkowicie dobrze. Nie musiał czekać jednak długo, gdy usłyszał ze strony Pewdiego ciche prychnięcie, tak niespodziewane i niepasujące do panującej w pokoju ciszy.
- Co jest? – zagadnął Cry, łapiąc się tego znaku normalności czym tylko mógł.
- Śmierdzisz – mruknął Pewds, opierając ciężko głowę o jego ramię. Amerykanin nie mógł powstrzymać śmiechu.
- Dzięki, właśnie takich komplementów oczekuję od swojego faceta, wiesz jak mi dogodzić – odparł sarkastycznie, szturchając go lekko pod żebra.
- Mogę być szczery albo miły, nie umiem dwóch na raz.
Cry westchnął tylko ciężko, z uśmiechem przyklejonym do twarzy, zanim upewnił się jeszcze raz, że może wstać i iść się umyć i że Pewds nie zrobi niczego głupiego, kiedy go zostawi na chwilę. Spojrzenie, które posłał mu blondyn wręcz krzyczało, że ma go nie traktować jak idioty.
- Jedyną rzecz, którą mam zamiar robić jak będziesz się ogarniał, to kolację. Oczywiście jeśli mi pozwolisz – powiedział, podnosząc się chwiejnie z ziemi i kierując się w stronę kuchni. Cry powstrzymał go w połowie drogi, składając szybkiego buziaka na jego policzku.
- Pozwalam, ale mam nadzieję, że będzie dobre, bo inaczej pomyślę, że mnie nie kochasz
Brunet opuścił pokój, zgarniając z jednej z komód ręcznik i piżamę, po czym udał się do łazienki. Pewds patrzył się przez chwilę za nim, po czym zwrócił się do lodówki, by przejrzeć jej zawartość. Próbował się skupić całkowicie na czynności przygotowywania kanapek, ale jego myśli nie przestawały wędrować do wcześniejszej sytuacji. Nie rozumiał, dlaczego Cry przeżył i oczywiście, cieszył się z tego całym sercem, po prostu… Nie rozumiał dlaczego. Wszystko wskazywało na to, że zginie, a jednak…
-
A jednak wam się udało przeżyć. Moje gratulacje. Chociaż, było blisko.
Pewds usłyszał cichy głos nad swoim uchem i prawie zmarł na zawał, gdy dotarło do niego, czyj jest to głos. Alice ostatnimi czasy rzadko się pojawiała i właściwie komunikowała się tylko przez notes lub wierszyki na kartkach papieru. Nie pamiętał już nawet, kiedy ostatnim razem słyszał ją na żywo. Jej obecność tu i w tym momencie nie wróżyła jednak niczego dobrego i mężczyzna obawiał się tylko, jaki jest jej cel.
- Czego chcesz? - spytał niepewnie, usilnie starając się brzmieć chociaż trochę groźnie. Nie wychodziło mu to ani trochę; był zmęczony i przerażony jej pojawieniem się. Bał się, czy nie będzie próbować zabrać mu Cry’a po tym, jak udało mu się go cudem odzyskać. - Nie możesz nas zostawić w spokoju?
- Oszalałeś? To, że dawno nie dawałam znaku życia nie oznacza wcale, że nie tęskniłam! Tak przy okazji, gratuluję dostania się do poziomu dziewiątego. To naprawdę sukces, muszę przyznać. Chyba za mało się staram – dziewczyna zachichotała słodko, a Pewds powstrzymywał się, żeby nie rzucić czymś w kierunku, z którego dobiegał go głos. - W każdym razie, przyszłam z tobą pogadać.
- Pojęcie rozmowy zakłada, że dwie strony biorą w niej udział i robią to z własnej woli - odparł, odkładając wyciągnięte z lodówki produkty i siadając na krześle przy kuchennym stoliku. – Także, rozmowa zakończona.
- Cry nie przeżyje.
Pewds rozejrzał się, przerażony jej słowami. Tego właśnie się spodziewał. Przyszła tu tylko po to, żeby go zabrać. Ta chwila, którą z nim spędził była po to, by się pożegnać. Pewds poderwał się z siedzenia i ruszył szybkim krokiem w stronę łazienki, nim głos Alice zatrzymał go nagle.
- Gdzie się tak spieszysz? Przyszłam ci coś opowiedzieć, więc siadaj i słuchaj – Pewdie posłusznie usiadł na najbliższym krześle, nie ważąc się jej sprzeciwić. Bał się konsekwencji. - Wiesz, strasznie miło mi obserwować wasze relacje. W świecie gier zawsze umieszczam pary graczy, którzy są ze sobą w przyjacielskich lub romantycznych relacjach, głównie dlatego, że zabawa jest wtedy najlepsza. Gdyby Cry był jakimś przypadkowym gościem, nie próbowałbyś się poświęcić ani razu, tylko prędzej czy później po prostu zostawiłbyś go na śmierć. A tak? "Proszę, nie, tylko nie on!" - udała płaczliwy ton. - Jeśli byłbyś zmuszony, wymordowałbyś dla niego pół miasta. Wiesz, jesteście jedną z najlepszych par jaka mi się trafiła. Jest z wami mnóstwo zabawy, kiedy tak się nawzajem chronicie i robicie rzeczy czasem tak debilne, że aż nie potrafię uwierzyć, że ktoś mógłby na to wpaść.
- Zamknij się, nie chcę tego słuchać - Pewds czuł, jak jego serce zaczyna bić coraz mocniej. – Zostaw nas w spokoju, proszę, i odejdź.
- Jeszcze nie skończyłam - dziewczyna zabrzmiała, jakby była nieco urażona. - W każdym razie muszę ci coś uświadomić. Zwykle pozwalam uczestnikom mojej zabawy działać według własnej woli i wtrącam się w rozgrywkę tylko w momentach, które rzeczywiście tego ode mnie wymagają, ale z wami jest nieco inaczej. Rozumiesz, gdy was wybierałam, mój wybór bazował tylko na informacjach, które o was zebrałam. Dobrzy przyjaciele? Zaznaczone, mogę was ze sobą zabrać. Pierwsza gra jest zawsze grą próbną: jeśli uczestnicy ją przeżywają, informacje, które o nich zebrałam są wykorzystywane do następnych poziomów. Z wami było podobnie. Po pierwszym rozdziale naszej wspólnej historii odkryłam, że Cry jest zdecydowanie silniejszy od ciebie w kwestii psychiki. Był także bardziej pomysłowy i od razu wiedziałam, że ma duże szanse na przeżycie nawet w pojedynkę. A ty? Ty go przed tym powstrzymywałeś, bo zamiast pozwolić mu martwić się o siebie, dostarczałeś mu dodatkowych powodów do strachu. "Czy Pewds żyje? Czy wszystko z nim w porządku? Co się z nim teraz dzieje?". Działałeś na niego jak kula u nogi - ale to nawet lepiej dla mnie.
- Zamknij się! - głos zaczął mu się łamać, gdy krzyknął na dziewczynę. – Błagam, zostaw nas, błagam, proszę…
- Ty wpadłeś na Slendermana, Cry przybiegł ci na ratunek, a ja już zdążyłam zrobić mały wywiad – Alice kontynuowała, zupełnie niewzruszona tym, że był bliski płaczu. - Jak on jest w tobie desperacko zakochany! Odkąd cię poznał było tylko coraz gorzej. Niby się z tym pogodził, a jednak go męczyło, że wolisz Marzię. Wtedy zadecydowałam, że obiorę sobie ciebie jako cel moich ataków. Cry'owi bardziej zależało. Plan został wykreowany, a tu nagle... Niemożliwe, ty też go kochasz! Nie masz o tym pojęcia, dla ciebie to równoznaczne z przyjaźnią, ale wcale nie! Postanowiłam ci to uświadomić. Już czułam tą zbliżającą dramę, twoje zagubienie, złość, smutek... No i jakoś tak wyszło, że plany się zmieniły i na moim celowniku znalazł się Cry. Potem wszystko poszło jak po maśle: ty się bawiłeś w rycerza ratującego pannę w niebezpieczeństwie i jednocześnie powoli do ciebie docierał fakt, że jesteś w tej pannie zakochany. Ja tylko obserwowałam. Na początku tylko się poświęcałeś - ratunek ponad wszystko, dla ciebie zginę, bla bla bla. W końcu postanowiłam cię wolno przyzwyczajać do tego, że stracisz swojego kochanka. Subtelnie, na początku chwilową śmiercią, potem jakimiś innymi formami, tak, żebyś zauważył, jak często cię zostawia, jak często go tu nie ma.
- Ty… - Pewds znowu poczuł, że płacze i zakrył twarz dłońmi. – Wszystko po to, by… Czerpiesz przyjemność z wywoływania u nas traumy, co? Nie mieliśmy na nic wpływu?
- Na bardzo niewiele rzeczy, czego się spodziewałeś? - jej głos był pełen jadu. - Jestem panią tego świata. Wszystko dzieje się po mojej myśli. To, że Cry'owi stała się krzywda w Bloody Trapland nie było przypadkiem. To, że zaatakowano go siekierą, a potem rozstrzelano w Cry of Fear i że miał zostać zaatakowany w Outlaście też nie było przypadkiem. Jak myślisz, dlaczego to on musiał walczyć i ryzykować życie na twoich oczach w Alice: Madness Returns i być katowanym w Rule of Rose? Yume Nikki też nie było zwykłym zdarzeniem losu. Kiedy Cry się wybudził, zostawiając cię samego z tamtym potworem, dla niego trwało to może z piętnaście minut. Dla ciebie? Wieki. Czułeś się, jakbyś siedział w tej upiornej krainie przez co najmniej tysiąc lat. Widziałam twoje myśli. "Czemu Cry mnie zostawił? Nie chcę być tu całkiem sam. Co jeśli coś mu się stało?". Oczywiście, nie wspominam już nawet o ostatniej rozgrywce. Powiedz, jak to jest niemalże doprowadzić do śmierci swojego jedynego przyjaciela?
- SKOŃCZ! - Pewds zakrył uszy dłońmi, chcąc zablokować dźwięk. - NIE CHCĘ CIĘ SŁUCHAĆ!
- Pewds? - Cry wyszedł właśnie z łazienki, ubrany tylko w spodnie, wciąż wycierając włosy ręcznikiem. - Słyszałem twoje krzyki... Pewds?!
Brunet w trzech krokach znalazł się koło mężczyzny, przytrzymując jego wierzgające ciało. W niemalże żelaznym uścisku Szwed nie miał się jak poruszać, objął więc Cry'a, płacząc wtulony w jego ramię.
- Powiedz jej, żeby przestała... - wyjęczał żałośnie, czując, jak Cry przyciąga go bliżej siebie i delikatnym, pełnym czułości gestem gładzi go po plecach. - Ja nie chcę...
- Alice? - spytał tylko, rozglądając się. - Mówi jeszcze do ciebie?

- Tyle płaczu i obwiniania się, tyle strachu - rozbawiony głos Alice rozbrzmiał w głowie blondyna. – O tak, byłeś przerażony. Jesteś tak bardzo uzależniony od niego, że jego utrata prawdopodobnie by cię załamała do końca życia. Ale taki musi być tego koniec. Jeśli dotrwacie do dziesiątego rozdziału naszej wspólnej historii możesz być pewien, że Cry zginie.
Zapanowała chwilowa cisza. Pewds próbował się uspokoić, walcząc o oddech w ramionach ukochanego. Brunet tulił go tylko, od czasu do czasu spoglądając na niego z niepokojem. Tak bardzo chciał mu pomóc, ale nie mógł, gdy wróg był niewidzialny.
- Możesz mnie nienawidzić. Możesz mi grozić, możesz błagać, obiecywać... To nieważne. Zadecydowałam. Wykorzystaj ostatnie chwile ze swoim ukochanym. Jego śmierć jest nieunikniona. Jednakże... To nie moja sprawa. Nie ja będę jego mordercą, Pewdie. Ty nim będziesz.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No elo :D
Wolę nawet nie pytać, ile z was chce mnie teraz zabić xD Kasumi, moja beta najdroższa, zaczęła na mnie krzyczeć i machać we mnie środkowym palcem i dzięki Bogu, że mieszka w Krk, bo mogłaby do mnie przyjść i mi przywalić. Ale hej! Skończyłam rozdział ósmy! Napisałam to, co chciałam napisać od 3 lat! Ja się osobiście bardzo cieszę i mam szczerą nadzieję, że jednak wam się spodobał i znajdzie sobie miejsce w waszym serduszku <3

Przypisy:
1. Centrum "Savannah" ma nazwę wziętą z The Walking Dead, sezonu 1. Tak samo imiona postaci: Katjaa, Lilly, Christa i Linda.
2. Nathan jest tak naprawdę z Life is Strange. To nie miało tak wyglądać, ale jak wymyślałam ludzi z centrum, to mi się tak jakoś nasunął właśnie on i został xD
3. Maryland... To taka mała podpowiedź odnośnie następnej gry. I przy okazji oczko w stronę fanów Hannibala xD

Nie wiem co mam tu napisać, poza tym, że będzie prawdopodobnie rozdział 9 w przyszłym tygodniu? I ogółem zamierzam skończyć pisać do końca wakacji? I profesjonalnie wydrukować tego fanfika w wersji książkowej, żeby mieć dla siebie i ew. sprzedać zainteresowanym? Idk?
Więcej info na ten temat jak skończę rozdział 9 i będę wiedzieć, czy mój plan napisania tego do końca wypali, zostańcie ze mną i oczekujcie dalszego rozwoju wydarzeń xD

Kocham was i ogółem
Czekam na komentarze
Mam nadzieję, że się wam podobało
BROFIST!
~Maru <3