wtorek, 18 kwietnia 2017

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział ósmy, część druga.

***
- Cry! Kurwa, błagam, obudź się!
Brunet nie zdążył nawet otworzyć oczu, gdy nagle coś zepchnęło go z łóżka, rzucając na twardą podłogę. Uderzył się głową o parkiet i na chwilę go zamroczyło, kiedy ból rozlał się po jego ciele. Nie zdążył nawet mruknąć przekleństwa pod nosem, bo chwilę później znowu usłyszał czyjeś wołanie, które z opóźnieniem zidentyfikował jako Pewdiego, a potem serię strzałów z broni palnej. Dopiero gdy dotarł do niego dźwięk używanego pistoletu, ogarnął się na tyle, by przemóc jakoś ból tłumiący jego myśli i otworzyć oczy. Na początku nie zobaczył za wiele: oślepiło go poranne światło, do którego chwilę musiał się przyzwyczajać, a gdy już był w stanie cokolwiek zobaczyć, ujrzał tylko spód łóżka, z którego wcześniej spadł. Do jego uszu wciąż dobiegały jednak odgłosy strzałów zmieszane z nerwowym głosem Szweda zadającym mu jakieś pytania i jakiś nienaturalny ryk. W najszybszym tempie, na jakie go było stać w stanie lekkiego otępienia i rozespania, Cry wstał na nogi, włożył okulary i rozejrzał się po pokoju, nareszcie będąc w stanie zrozumieć to, co działo się od kilku minut.
Drzwi do domku były otwarte, chociaż przecież nie było opcji, by zostawili je tak przed snem. Pewds stał naprzeciw nich z pistoletem w dłoniach, strzelając do czegoś, co znajdowało się na zewnątrz. Po kilku strzałach przestał na chwilę, by spojrzeć na Cry’a, krzyknąć do niego by łapał za broń, po czym znów wrócić do walki. Brunet nie pytał o nic, tylko znalazł plecak i szybko wyszarpał z niego coś nieco większego kalibru, dubeltówkę, nie wiedząc za bardzo z czym tak właściwie będzie miał do czynienia. Wystarczyło jednak, by się obrócił, żeby się tego dowiedzieć.
Pewds wycofał się w głąb domku, nerwowo przeładowując broń. Za nim do środka weszło kilka postaci, które włócząc nogami po ziemi i wydając z siebie głuche mruknięcia sunęły powoli w stronę blondyna. Cry’owi nie zajęło dużo czasu by zorientować się, że widzi przed sobą bandę martwych, na wpół już rozłożonych ludzi, którzy z jakiegoś powodu wrócili do życia. Hordę zombie. Gdy tylko zdał sobie sprawę z tego co się dzieje, od razu podniósł strzelbę do oczu i wycelował w stwora, który był najbliżej Pewdiego. Blondyn odskoczył, zaskoczony, ale chwilę później uśmiechnął się do niego w podzięce i wrócił do strzelania do zombie. Cry podszedł nieco bliżej, by mieć pewność, że trafi je dokładnie w głowę i nie zmarnuje niechcący nabojów. Serce biło mu mocno i czuł, że poci się z nerwów, ale o dziwo ręce w ogóle mu się nie trzęsły i był w stanie wymierzyć i nacisnąć spust bez większego problemu. Pomruki zombiaków powoli cichły, a i z werandy wchodziło ich coraz mniej.
- Musimy zabarykadować czymś drzwi! – krzyknął Pewds, chociaż nie było już potrzeby podnoszenia głosu.
- Najłatwiej będzie łóżkiem, jest najbliżej! – odpowiedział Cry, powoli wycofując się w stronę wspomnianego mebla. Pewds stanął przy drzwiach i korzystając z rzuconej mu przez drugiego gracza dubeltówki starał się zabić jak najwięcej żywych trupów, by zdążyć zamknąć drzwi i pomóc przy przesuwaniu łóżka. Kiedy pole przed domkiem było już chociaż trochę oczyszczone, natychmiast zatrzasnął drzwi i zaryglował je, po czym podbiegł do Amerykanina. Wspólnie przesunęli ciężki mebel pod drzwi, po czym położyli na nim jeszcze małą szafkę nocną i komodę, z której przeniesieniem mieli nieco więcej kłopotu. Upewnili się, że okna są pozasłaniane i odetchnęli z ulgą, mając nadzieję, że uda im się zapobiec kolejnemu wtargnięciu.
- Jak to w ogóle możliwe? Budzik nie zadzwonił? – spytał Cry, przecierając spocone czoło. Dalej był w stresie, chociaż zagrożenie zostało chwilowo oddalone i na razie nie zostało po nim nic poza pomrukami zombi za drzwiami i paroma trupami leżącymi w domku.
- Nie mam pojęcia, co się stało – Pewds zerknął na zegar tarczowy w kuchni, który wyraźnie wskazywał, że jest już po ósmej. - Wstałem dziesięć minut przed tym jak to się zaczęło, ale nie słyszałem sygnału budzika, więc założyłem, że mogę jeszcze chwilę poleżeć. Po chwili otworzyły się drzwi i do środka zaczęły wchodzić pierwsze zombi, ja natychmiast się poderwałem z łóżka, poleciałem po broń i chociaż wołałem cię wielokrotnie, to nie chciałeś wstać. Nie miałem za wiele czasu, więc zrzuciłem cię z łóżka w nadziei, że szybko się ogarniesz i pomożesz mi w powstrzymaniu inwazji żywych trupów. Sorki, tak w ogóle, to pewnie nie było zbyt przyjemne.
- Nie mam pretensji, spoko. Też bym tak zrobił na twoim-
Cry urwał w połowie zdania, krzycząc nagle w zaskoczeniu i w bólu. Spojrzał w dół, by zobaczyć jedno z zombi uczepione jego kostki, więc starał się jak najszybciej je zrzucić, przerażony i spanikowany. Gdy w końcu udało mu się wyszarpać, Pewds natychmiast strzelił prosto w głowę stwora, zmieniając ją w czerwoną, śmierdzącą breję. Cry zsunął się po ścianie bezwładnie, lądując na podłodze i jęcząc z bólu. Wciąż trzymał się za ranną nogę i gdy Pewds uklęknął przy nim zauważył, że z pomiędzy palców Amerykanina sączy się krew.
- Cry, mów do mnie! Podrapał cię? – spytał blondyn, nawet nie pytając o inną możliwość. Te kilka sekund nim mężczyzna odsłonił ranę i odezwał się, wydawały się trwać w nieskończoność, ale Pewdie żałował, że rzeczywiście tyle nie trwały, bo to co usłyszał, było jak cios prosto w serce.
- Nie, Pewds. Zostałem ugryziony.
***
Chociaż Cry ponownie zakrył zakrwawione ślady zębów na swojej nodze, rzeczywistość nie uległa dzięki temu zmianie i rana nie zniknęła magicznie. Krew dalej sączyła się mu przez palce, on sam miał wzrok spuszczony na kolana i oddychał ciężko. Pewds patrzył się na niego w szoku, czując, jak łzy same napływają mu do oczu. Został ugryziony. Przez zombi. Nie ważne, jakimi zasadami kierowała się gra, którą właśnie bezwłasnowolnie zaczęli: wszędzie, w filmach, książkach i wszystkich grach o tej tematyce, jakie Pewds był w stanie wymienić, panowała ta sama nieodmienna zasada – ugryzienie oznaczało śmierć i przemianę w zombi. Pozostawała tylko kwestia tego, ile czasu upłynie zanim to nastąpi.
- Kurwa mać – Cry przeklął pod nosem, jeszcze mocniej ściskając miejsce, gdzie znajdowała się rana. – To koniec. Byliśmy tak blisko końca i przez moją nieuwagę wszystko jest stracone i umrę i nigdy więcej się nie obudzę i dlaczego muszę być takim-
- Zamknij się – powiedział Pewdie, może tylko trochę za ostro. Cry podniósł głowę natychmiast, zaskoczony nagłym przerwaniem jego monologu. – Po pierwsze, to nie twoja wina, po drugie… Nie pozwolę ci umrzeć.
- Tak? Jakbyś miał cokolwiek w tej sprawie do powiedzenia – brunet odparł podwyższonym tonem, a przerażenie widoczne na jego twarzy jeszcze chwilę temu zmieniło się natychmiast we wściekłość. – Jestem ugryziony, Pewds. Choćbyś nie wiem jak bardzo w to nie wierzył i próbował to negować, takie są fakty. Tak naprawdę to już jestem chodzącym trupem.
- Nie pozwolę ci się tak po prostu poddać! Jak to sobie wyobrażasz, hmm? Mam cię tu zostawić tak po prostu i uznać, że trudno, zombi wtargną do środka i zjedzą cię żywcem albo wyczują, że już niewiele ci zostało i dołączysz do hordy? Mam iść dalej ze świadomością, że za chwilę przyjdą tu kolejni gracze i nie będą się ciebie pytać, kim jesteś i jaka jest twoja historia życia, nie dowiedzą się, jak ważny byłeś dla innych i jak wielkie miałeś plany w życiu, tylko po prostu wpakują ci kulkę w łeb i pójdą dalej? Albo ugryziesz któregoś z nich? Cry, nie zostawiam cię, nie poddaję się, nie pozwalam ci umrzeć. Idziesz ze mną, choćbym cię miał nieść na rękach.
Na chwilę zapanowała cisza. Gracze patrzyli się sobie w oczy intensywnie, każdy z nich uparty w swej racji, ale równie pogrążony w tysiącu silnych emocji przechodzących od strachu przez wściekłość aż po rozpacz i uczucie beznadziei. Nie próbowali udawać, że sprawa nie ma znaczenia, że rozwiązanie mogą znaleźć później, że są silni i nic ich nie rusza. Obaj mieli załzawione oczy i w ich głowach szalała burza, walka racjonalnych myśli z racjami serca.
- Mógłbyś po prostu zostawić mi pistolet i wyjść – odezwał się w końcu Cry cicho, nie patrząc jednak blondynowi w twarz. – A jeśli chcesz mieć pewność, mógłbyś… sam mnie zabić.
- Cry, do jasnej cholery, zamknij się – powtórzył Pewdie, ale już bez wcześniejszej złości, raczej z rezygnacją i smutkiem. Chwycił twarz ukochanego w dłonie i przyłożył czoło do jego czoła, biorąc głęboki wdech. – Nie po to ratowałem ci życie tyle razy, żeby teraz tak po prostu pozwolić ci umrzeć, okay? Błagam cię, przynajmniej pozwól mi spróbować. Jeśli mi się nie uda, obiecuję się poddać i pozwolić ci… załatwić to na własną rękę. Błagam.
- Jeśli ci się nie uda i umrę… Obiecujesz, że będziesz się starał dojść do końca gry mimo wszystko? To będzie boleć, ale musisz mi obiecać, że wrócisz do życia i zapomnisz, okay?
Pewds nie chciał mu niczego obiecywać. Nie wiedział, czy byłby w stanie iść dalej. Kiedy jednak spojrzał na zaczerwienione oczy Cry’a patrzące na niego z nadzieją, nie mógł mu odmówić, nie mógł go okłamać. Nie miał na to teraz czasu.
- Okay, tak, obiecuję – pocałował go krótko, ale przekazał mu w ten sposób jak bardzo zrozpaczony był i jak bardzo mu na nim zależało. Cry poddał się pocałunkowi, nieco zluźniając chwyt na swojej kostce i natychmiast reagując sykiem na ból, który odczuł. Pewds odsunął się od niego momentalnie, nachylając się nad raną. – Zaczniemy od przemycia tego, w porządku? Nie zatrzyma to infekcji, ale przynajmniej nie wdadzą się w to żadne inne zakażenia. Opatrzę ci to i jeśli będziesz w stanie iść, to wyjdziemy przez werandę, co?
- Jasne – Cry skinął głową twierdząco, ale wzrok miał pusty i utkwiony w podłodze. Kompletnie pozbawiony nadziei. – Musimy się stąd szybko zebrać.
Pewdie nie próbował na siłę go rozbawiać ani pocieszać; wiedział, że nie ma to żadnego sensu i byłoby teraz co najmniej nieodpowiednie, a nawet mogłoby spowodować kolejną kłótnię, która szczególnie teraz nie była wskazana. Zamiast podejmować więc rozmowę, ruszył w stronę komody, mając nadzieję na znalezienie w niej jakiejś apteczki. Zanim zdążył jednak otworzyć pierwszą szufladę, jego wzrok przykuł list, leżący na wierzchu mebla. Szwed od razu rozpoznał pismo i charakterystyczny czerwony atrament, którego używała Alice. Zgarnął kartkę do jednej dłoni, w drugą chwycił znalezioną chwilę później apteczkę i ruszył z powrotem do Cry’a. Mężczyzna podniósł gwałtownie głowę, zainteresowany kartką papieru podsuwaną mu przed oczy. Chwycił list w obie ręce i gdy Pewds zajmował się odkażaniem i zawijaniem jego rannej kostki w bandaż, Cry starał się rozczytać słowa, które nieco rozmazywały mu się przed oczami z powodu łez i trzęsących się dłoni. W końcu jednak udało mu się przeczytać jego treść na głos:

VIII: Miłość
Choć początek tej gry trudny, wciąż nic nie jest stracone
Ugryzienia przekleństwo może być odwrócone
Antidotum znalezione w mieście nagrodzi zmagania
Oddalając nieco w czasie moment pożegnania

- Jest antidotum – Pewds westchnął z ulgą, na chwilę odwracając wzrok od rany i spoglądając na Cry’a z uśmiechem. – To da się jeszcze uratować.
- Nie jestem pewien – odparł Amerykanin i chociaż odpowiedział uśmiechem, to był to raczej uśmiech smutny, bez nadziei. – Ostatni wers brzmi… Jakby to antidotum pozwalało mi przeżyć tylko trochę dłużej, zanim umrę. Co oznacza, że tak czy siak się kiedyś zmienię.
- Gdyby tak było, nie nazywałoby się to antidotum – zaprzeczył Pewdie, ale niezbyt przyjemna możliwość zagnieździła się już w jego umyśle. – Rozumiem, że nie chcesz pokładać w tym zbytniej nadziei, ale poważnie mówię, nie poddawaj się jeszcze. Chociaż je znajdźmy, okay? Jeśli nie zadziała to wtedy będziemy się martwić.
- Okay – Cry nie miał ochoty się dalej wykłócać. Nie do końca docierało do niego jeszcze, w jak fatalnej pozycji się znajdował; od czasu do czasu zerkał na ślad ugryzienia, jakby chciał się upewnić, że to naprawdę się zdarzyło. Jego myśli galopowały w szaleńczym tempie, mówiąc mu coś o śmierci, o cierpieniu, o utracie człowieczeństwa i o żałobie. W końcu nie wytrzymał i zaczął płakać, na początku bezdźwięcznie, samymi łzami płynącymi po policzkach, potem nieco głośniej, w urywanych oddechach i cichych jękach szlochu. Pewds szybko dokończył pracować przy opatrunku i podczołgał się na kolanach bliżej Cry’a, by delikatnie, lecz stanowczo przyciągnąć go do siebie i objąć ramionami. Mężczyzna przestał się powstrzymywać i schował twarz w piersi Pewdie’go, płacząc już całkiem głośno, prawie krzycząc. Szwed nie komentował niczego, nie próbował go uciszać czy mówić, że wszystko będzie dobrze, gdy sam nie miał stu procentowej pewności, że tak będzie. Gładził go tylko po głowie, od czasu do czasu całując w czoło lub we włosy i powoli kołysząc się w przód i w tył, próbując uspokoić go w ten sposób. Po chwili Cry zaczął dławić się własnym szlochem i Pewds zmuszony był odsunąć się trochę i zacząć mówić do przyjaciela spokojnym tonem, mając nadzieję, że to pomoże mu nieco opanować nieco rozpacz i powtrzyma go przed wymiotowaniem. O dziwo, zadziałało trochę i płacz nie był już tak gwałtowny, że Pewds musiał się martwić. Brunet wrócił z powrotem do przytulania się, mocno uczepiony ramion ukochanego i próbował wyrównać oddech.
- Nie chcę umierać – wyznał łamiącym się głosem, zacieśniając chwyt na materiale koszulki Pewdie’go.
- Wiem, Cry, wiem. Dlatego zrobimy wszystko, żeby do tego nie dopuścić, w porządku? Będę starał się ze wszystkich sił, ale musisz ze mną współpracować, jeśli mamy to zrobić, okay? Obiecuję ci, że cię nie zostawię, więc proszę cię, walcz i staraj się nie zostawić mnie. Nie dam sobie rady bez ciebie, przecież wiesz – odparł Pewds, jeszcze raz całując go w głowę i przytulając go mocniej. – Zawsze z tobą, pamiętasz?
W odpowiedzi usłyszał tylko przytłumiony jęk, ale wystarczyło mu to. Spokojnie, bez pośpiechu czekał, aż Amerykanin poczuje się na siłach, by w końcu ruszyć w podróż, chociaż wiedział, że im szybciej się stąd zabiorą, tym lepiej. Pozwolił jednak, żeby Cry jeszcze chwilę popłakał, póki nie uspokoił się w końcu całkowicie. Kiedy już jego oddech był w miarę równy, a on sam przestał trząść się tak bardzo, Pewdie odsunął się od niego nieznacznie, tak, by mógł spojrzeć na jego twarz. Policzki wciąż miał mokre, a oczy zaczerwienione, ale nie odwracał już wzroku i wysilił się nawet na lekki, słaby uśmiech, który chociaż był tylko niewielkim uniesieniem kącików ust, znaczył naprawdę bardzo wiele. Chwilę potem Cry chwycił Pewdsa za kark i pocałował go nagle, chaotycznie, w desperacji. Blondyn posłusznie odpowiedział na pocałunek, ale nie przejął inicjatywy; dał Cry’owi rozładować jakoś emocjonalne napięcie, przekazać uczucia za pomocą czynu, nie słów. Nie było to romantyczne, nie było to piękne. Było za to gwałtowne, niezaplanowane, pośpieszne, jakby brakowało im czasu, jakby miał być to ostatni ich pocałunek. W końcu brunet odsunął się, tak samo niespodziewanie i westchnął, śmiejąc się nawet cicho i krótko, pod nosem.
- Musimy iść, jeśli mamy zdążyć – stwierdził Cry, odwracając wzrok niezręcznie. Rumienił się lekko, chociaż Pewds zdał sobie sprawę, że to mogła wcale nie być jego zasługa. Szybko otrząsnął się jednak z tej myśli i uklęknął na jedno kolano, gotowy do wstania z podłogi.
- Już okay? Mogę cię zostawić samego? – upewnił się jeszcze raz. – Postaram się ogarnąć jak najszybciej, ale chcę wiedzieć, czy dasz sobie radę.
- Pewds, proszę cię, przecież nic sobie nie zrobię. Ustaliliśmy to chyba.
- Nie mówię o tym. Mam na myśli, że jeśli potrzebujesz, żebym został z tobą jeszcze chwilę, to powiedz, mogę posiedzieć trochę – Pewdie udał, że pomysł tego, że Cry mógłby odebrać sobie życie przez jego nieobecność w ogóle nie przeszedł mu przez myśl.
- Dam sobie radę. Rzuć mi tylko ubrania, to też się ogarnę – gracz obdarzył go uśmiechem, trochę zmęczonym, ale szczerym. – Będziemy mogli szybciej wyjść.
Pewds skinął głową, odpowiadając uśmiechem i ruszył do szafy, wyciągając stamtąd dwa zestawy ubrań. Jeden z nich zaniósł brunetowi, drugi wziął ze sobą do łazienki. Samo przebranie nie stanowiło dla niego żadnego kłopotu – szybko wciągnął na siebie spodnie, wymienił koszulkę z piżamy na nowy t-shirt, włożył jakieś skarpety. Dopiero gdy spojrzał na siebie w lustrze napotkał problem. Jego twarz nie zmieniła się jakoś drastycznie; oczy miał zaczerwienione, ale tylko trochę, od płaczu. Dolna warga skażona była cienką, czerwoną linią po lewej stronie: musiał sobie ją przegryźć, nawet nie zauważył. No i włosy miał roztrzepane, po całej nocy snu, ale to nie tak, że normalnie wyglądały inaczej. Pewds jednak nie mógł rozpoznać tego, co widział na tafli lustra. Jakby patrzył się na niego łudząco do niego podobny, ale jednak nieznajomy mężczyzna i w dodatku patrzył się z pogardą i wyrzutem, jakby pytając: Dlaczego do tego dopuściłeś? Jak mogłeś tego nie dopilnować? Dlaczego w ogóle zaproponowałeś tak ryzykowny plan, by zostać dzień dłużej? Jesteś skończonym idiotą, Felix, i teraz będzie to miało śmiertelne skutki. To twoja wina.
Pewdie wziął głęboki oddech, czując, jak zaczyna się trząść. Spuścił wzrok, spoglądając na swoje drżące dłonie. Spieprzył sprawę. Było tyle rzeczy, które mógł zrobić, by temu zapobiec, tyle możliwości. Mógł upewnić się, że pozostałe w domu ciała na pewno są martwe; zmarnowałby trochę nabojów, ale nikomu nie stałaby się krzywda. Mógł upewnić się, że budzik jest ustawiony na dobrą godzinę. Albo najlepiej, mógł po prostu przekonać Cry’a, że powinni wstać, ubrać się i wyjść dzień wcześniej. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy i teraz jego najlepszy przyjaciel, którego znał od dobrych kilku lat i którego, jak się okazało, kochał mocniej niż kogokolwiek innego siedzi z opatrzoną zakrwawionym bandażem nogą i czeka, aż zmieni się w głodnego ludzkiego mięsa chodzącego trupa. Siedzi i jakby tego było mało, obwinia się jeszcze za całe zdarzenie. Pewds chyba wolałby, żeby to na niego spadła cała wina, ale był mądrzejszy i wiedział, że bawienie się w „to moja wina, nie, to moja wina” nie ma najmniejszego sensu – obaj byli zbyt uparci, by zgodzić się z jedną wersją wydarzeń. Zresztą, nie mieli na to czasu. Tak jak on nie miał czasu na użalanie się nad sobą. Przemył więc twarz lodowatą wodą, odgarnął włosy z czoła, osuszył się ręcznikiem i opuścił łazienkę, posyłając jedno, zdecydowane spojrzenie w stronę swojego wrogiego sobowtóra w lustrze.
Gdy tylko wrócił do głównego pomieszczenia, dotarło do niego, że zostawianie Cry’a samego na chociażby minutę w stanie, w którym był, było najgorszym pomysłem, jaki mógł mieć. Brunet siedział skulony tam, gdzie Pewds go zostawił, z przebraną już koszulką i spodniami naciągniętymi zaledwie do kolan. Musiał poddać się w połowie ubierania i teraz siedział tylko, trzymając się dalej za kostkę i cicho płacząc, chowając twarz między kolanami. Pewdie powoli podszedł do niego, nie chcąc go bardzo wystraszyć, po czym uklęknął obok, kładąc dłoń na jego ramieniu, by zwrócić na siebie uwagę. Cry podniósł wzrok, pociągając nosem i przetarł policzki wierzchem dłoni, starając się zetrzeć ślady łez.
- Hej, spokojnie, damy sobie radę – powiedział, uśmiechając się słabo. Miał nadzieję, że nie widać po nim jego małego załamania sprzed chwili. – Pomóc ci z ubieraniem się?
- Jeśli… Mógłbyś pomóc mi wstać… - wymamrotał Amerykanin w odpowiedzi, spoglądając gdzieś w bok. Pewds nie skomentował jego zachowania, tylko podniósł się na nogi i podał mu dłoń, po chwili podciągając go do góry i chwytając za ramiona, by mógł stać stabilnie. Cry schylił się trochę, wciągając spodnie na tyłek i zapinając je. Gestem dłoni dał znać, że blondyn ma go puścić i spróbował przejść parę kroków bez jego asysty. Trochę utykał i syczał z bólu, ale nie potrzebował się niczego trzymać, więc nie było wcale tak źle. Posunął się nawet do tego, by przejść pod ścianę i chwycić swój plecak, po czym odwrócić się do Pewdie’go z uśmiechem.
- Dam radę iść, jest dobrze – powiedział, jeszcze raz ocierając twarz dłońmi i biorąc parę głębokich oddechów, by nieco go uregulować. – Możemy… Możemy się stąd zbierać.
- Jesteś pewien? Przy drzwiach się trochę uspokoiło, nie jesteśmy pod natarciem, możemy jeszcze chwilę poczekać…
- Na pewno, nie ma czasu do stracenia. Musimy szybko znaleźć to antidotum.
Pewds nie umiał powstrzymać uśmiechu, gdy usłyszał te słowa. Założył na siebie swój plecak, upewnił się, że broń jest naładowana, po czym zwrócił się w kierunku Cry’a, wyciągając do niego zaciśniętą pięść.
- O, jak dawno tego nie było – uśmiechnął się gracz w odpowiedzi, przybijając żółwika. – Brofist.
- Brofist – odparł Pewdie usatysfakcjonowany, po czym wziął głęboki oddech, posłał przyjacielowi jeszcze jedno zdecydowane spojrzenie i ruszył do drzwi na werandę.

***

Z tyłu, za domem, nie było zbyt wielu zombi: gracze widzieli je po obu stronach domku, jednak były to nieliczne jednostki. Oczywiście, gdy Cry zerknął przez lornetkę, okazało się, że im bliżej miasta, tym więcej się ich tam znajduje. Przejście do miasta prosto, przez łąkę, było najgłupszą możliwą opcją – byliby na widoku i chociaż przy pojedynczym trupie nie byłoby problemu, tak w wypadku otoczenia przez hordę, zginęliby na miejscu. Mogliby przebiegać od jednego domku do drugiego, ale nie daj Boże utknęliby osaczeni w jednym z nich i tak samo, byłoby po nich. Jedyną słuszną drogą, jaką mogli w tej sytuacji obrać, była ścieżka prowadząca przez las, na około, a potem przez pola pszenicy. W lesie zawsze można było próbować wejść na drzewo i uratować się w ten sposób, było też tam wystarczająco dużo krzaków by móc się ukryć przynajmniej na chwilę i była mniejsza szansa niż na otwartej przestrzeni, że coś by ich mogło okrążyć i zaatakować ze wszystkich stron. Pszenica zaś była na tyle wysoka i tak gęsto posiana, że na wpół zgięci mogliby przejść prawie niezauważeni. Co prawda, zostałoby im potem trochę do przebiegnięcia przez łąkę, ale i tak byłby to mniejszy odcinek, niż droga prosto. Jak tylko uda im się dobiec do budynków, będzie już w miarę bezpiecznie, przynajmniej, jeśli chodzi o możliwość bycia otoczonym przez hordę. Potem tylko dowiedzieć się, gdzie znajduje się antidotum… To był największy problem. Cała ta droga, cały ten plan jak dostać się do miasta w najbezpieczniejszy sposób to nic, żadna zagwozdka. Znaleźć tą jedną, tak niewielką a tak ważną rzecz… To było wyzwanie.
- Mam nadzieję, że będzie to bardzo wyraźnie oznaczone – stwierdził Pewds, czekając aż zombi odejdą na tyle daleko, by można było niepostrzeżenie przemknąć się wzdłuż brzegu i zanurzyć się w ciemnym lesie. – Albo w tak oczywistym miejscu i formie, że nie będzie mowy o przegapieniu go.
- Też mam taką nadzieję – westchnął Cry, zawieszając sobie lornetkę na szyi i rozglądając się dookoła, upewniając się, że nic ich nie widzi i nic do nich nie idzie. – Czysto jest, czyściej nie będzie. Lepiej teraz niż jak zejdą się tu te, co wcześniej dobijały nam się do drzwi.
Pewdie skinął głową, zgadzając się z nim, po czym podparł się rękami o balustradę i przeskoczył na drugą stronę, lądując na ziemi. Sprawdził, czy jego lądowanie nie narobiło zbyt dużo hałasu i nie ściągnęło żadnych żywych trupów, a gdy miał już pewność, że nikt nie zwrócił na niego uwagi, kiwnął dłonią na drugiego gracza, że też może schodzić. Cry także zeskoczył więc z poręczy i, przechwycony w locie przez Pewdsa by nie uszkodzić sobie bardziej kostki, także miękko stanął na ziemi. Od razu ruszyli w drogę, starając się nie robić hałasu i nie rzucać się w oczy; szli dość powoli, wiedząc, że gwałtowny ruch na pewno zwróciłby uwagę zombi. Poruszali się wzdłuż brzegu morza, po plaży, niemalże podmywani przez fale. Chcieli mieć pewność, że w wypadku bycia zauważonym, wciąż będą mieli gdzie uciec – ryzykując mokre ubrania lepiące się do ciał, mogliby wejść głębiej w wodę i mieć nadzieję, że zombi umieją tylko chodzić, ale niekoniecznie pływać. Starali się poruszać szybko, by móc zaraz wejść między drzewa i nie być tak bardzo na widoku, ale niestety mała kontuzja Cry’a trochę im to utrudniała. Mężczyzna starał się iść szybkim krokiem, ale zapadający mu się pod stopami piasek nie był żadną pomocą i non stop noga utykała mu w brązowej mazi, sprawiając, że musiał ją stamtąd wygrzebywać, sprawiając sobie jeszcze większy ból. Pewdie oczywiście też trochę się zatapiał, ale nie było to dla niego bolesne, co najwyżej męczące i spowalniające. Cry natomiast starał się ze wszystkich sił nie zabrudzić sobie bandaża, zawiązanego tuż powyżej kostki, a wyszarpywanie stopy z piasku nie było zbyt dobrym pomysłem, gdyż za każdym razem jego rana zgłaszała protest ostrym, przeszywającym bólem.
- Dajesz radę? – spytał w końcu Pewds, zauważając, że drugi gracz zostaje coraz bardziej w tyle. – Czy mogę ci jakoś pomóc?
- Nie, dam sobie radę – odpowiedział Cry, udając, że wcale nie skrzywił się przed chwilą, tylko uśmiechnął. – Nie martw się mną, to tylko ta przeklęta noga trochę mnie stopuje, ale nadążam, spokojnie.
- Jasne, właśnie widzę jak nadążasz – odparł Pewds, po czym wrócił się do niego i chwycił go pod ramię. – Może tak ci będzie łatwiej.
- Dzięki – mruknął brunet po chwili, gdy okazało się, że rzeczywiście tak jest mu wygodniej. Wspierając się na ramionach przyjaciela, nie musiał stawiać rannej stopy z takim samym naciskiem na ziemię jak wcześniej. – Boli jak cholera.
- Pewnie trochę minie, zanim przestanie – odparł Pewdie, posyłając mu zmartwione spojrzenie. – Jeśli znajdziemy coś przeciwbólowego po drodze, to szybciej, jeśli nie, to niestety dopiero po antidotum.
- Spoko, tak długo jak jestem w stanie iść nie jest tragicznie. Jak przestanę chodzić, będziemy mieli problem.
- No to oby się tak nie stało, bo już raz cię niosłem i jesteś ciężki jak cholera.
- Uznam to jako uwagę, że jestem gruby i przestanę się do ciebie odzywać.
W końcu przeszli wzdłuż brzegu i powoli zbliżali się do rosnącego zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej lasu. Nie był on przesadnie gęstym lasem, ale i tak był znacznie lepszy od całkowicie otwartej przestrzeni, na której najłatwiej można było zostać otoczonym i zaatakowanym. Tu przynajmniej mieli ochronę w postaci drzew. Był też o tyle lepszy, że rozłożyste korony dawały nieco cienia, który po wędrówce w słońcu przynosił chłód i ulgę. Pewdie wziął głęboki wdech, czując przyjemny zapach iglaków. Cry natomiast oparł się o drzewo i stał tak przez chwilę, odciążając kostkę i odpoczywając po męczącej drodze. Nie sądził, że noga będzie boleć aż tak bardzo, ale starał się nie poddawać i iść mimo rozdzierającego mu całą kończynę bólu. Miał jednak nadzieję, że znajdą jeszcze jakieś użyteczne leki nim ostatecznie dostaną się do antidotum, bo jeśli nie, ta droga może się jeszcze bardzo wydłużyć.
Z przemyśleń wyrwał go Pewds, który trącił go łokciem. Cry otworzył oczy, trochę nieprzytomny i zauważył, że mężczyzna wyciąga do niego dłoń z pokaźną górą poziomek i jagód. Z wdzięcznością przyjął od niego owoce, w dłoniach czyszcząc każde z nich, by potem rozkoszować się słodkim smakiem.
- Przypomniałem sobie, że nic nie zjedliśmy – Pewdie wzruszył ramionami, klękając znowu przy krzaczku i zbierając więcej poziomek. – To niewiele, może nie starczyć na długo, ale pomyślałem, że lepiej zjeść cokolwiek niż iść kompletnie głodnymi, nie?
- Jasne – Cry odpowiedział uśmiechem i, wspomagając się ręką, przysiadł obok niego, zbierając jedzenie dla siebie. Rzeczywiście, cała ta panika tego poranka sprawiła, że obaj zapomnieli zupełnie o tym, by coś zjeść na śniadanie, albo chociaż spakować coś do plecaków, na drogę. Teoretycznie mogliby się wrócić po prowiant do domku, ale po pierwsze musieliby znów iść drogą, którą co dopiero przebyli, a po drugie, jedyne możliwe wejście było od przodu, a nie mieli pewności, że nie zwrócą na siebie uwagi zombie i nie skończą zamknięci w domu z zombiakami. To, oczywiście, wszystko przy założeniu, że w ogóle udałoby im się do tego domku wejść – bo drzwi wciąż były zabarykadowane łóżkiem i kilkoma szafami. Opcja powrotu po jedzenie odpadała więc od razu, więc jedyne, co im zostało to podjadać leśne owoce znalezione po drodze i modlić się, że znajdą gdzieś pakiet dużych ilości prowiantu z toną leków przeciwbólowych.
Decydując się nie marnować więcej czasu, gracze powoli ruszyli między drzewami, nie zagłębiając się za bardzo w las, by nie stracić orientacji w terenie i cały czas kierować się w stronę pola pszenicy. W lesie było bardzo cicho, aż niepokojąco cicho. Nie było słychać nawet ptaków czy chociażby szumu drzew, którego można się było w takim miejscu spodziewać. Jedyny dźwięk, jaki dobiegał ich uszu, to szelest i trzask gałązek czy roślinek, które trafiali pod ich stopy, gdy przemierzali kolejne metry. Plusów tego było wiele – jeśli niczego nie słyszeli, to oznaczało to, że ich słuch był bardziej wyczulony na dźwięk, więc szybciej zareagują na zagrożenie, a poza tym nie słyszenie niczego oznaczało także nie słyszenie pomruków zombi, co oznaczało, że ich nie było i że byli bezpieczni, przynajmniej teraz. Pozwoliło im to odetchnąć z ulgą, ale tylko trochę, bowiem minusy były takie, że ta przejmująca cisza powodowała u nich niepokój związany z nienaturalnością całej tej sytuacji. Cry, chociaż nie wspierał się już na ramieniu Pewdsa i szedł samodzielnie, sięgnął jego dłoni, by dodać jemu i sobie nieco otuchy. Pewdie ścisnął ją lekko, posyłając przyjacielowi uśmiech i kontynuował podróż, nie komentując tego nagłego gestu. Szli w milczeniu, bo nie chcieli zwracać na siebie uwagi zbyt głośnym rozmawianiem. Byli teraz bardziej ostrożni. Tak naprawdę jednak każdy z nich miał tysiące pytań do zadania i milion rzeczy do powiedzenia. Cry już zaczął przygotowywać mowę pożegnalną – wydawało mu się, że nie ma nic do powiedzenia, ale gdy chwilę się nad tym zastanowił, mógłby dosłownie napisać esej o tym, ile w jego życiu znaczyła jego mama i młodszy brat i siostra… Wszyscy przyjaciele, miał im tyle do powiedzenia, za tyle chciał przeprosić, tyle obiecać. Nie miał im jak tego powiedzieć osobiście, ale jeśli Pewds przeżyje, jeśli mu się uda, to mógłby go poprosić, żeby im to przekazał, żeby wiedzieli… Westchnął głęboko. To nie miało sensu. Jeśli umrze, to zostanie na dobre wymazany z historii. Nikt nie będzie go pamiętał, jego słowa trafią do kobiety, która miała tylko dwójkę dzieci: syna, który miał tylko siostrę i córkę, która miała brata, owszem, ale tylko jednego. Ludzie, z którymi Cry spędzał swój wolny czas na rozmowach i zabawie wzruszą ramionami, gdy usłyszą, że jakiś nieznajomy mężczyzna mówi im, że wiele dla niego znaczą i że chciałby ich jeszcze raz zobaczyć. Sam Pewdie może obudzić się z resztkami słów gdzieś w pamięci, nie wiedząc skąd się tam wzięły i kim jest ten tajemniczy głos, który każe mu je przekazać grupie nieznanych mu osób, po czym zignorować to i wrócić do spania.
Pewds. Jemu chciał chyba powiedzieć najwięcej. Wszystko co mógł. Rzeczy o swoim życiu, których nie miał okazji lub odwagi mu powiedzieć. Filmy i książki, które kochał, chciał o nich opowiedzieć, chciał powiedzieć Pewdiemu, że ma je sprawdzić i chociaż miałby się wynudzić na śmierć, to ma je przecierpieć i zrozumieć, co takiego Cry w nich uwielbiał. Opowiedzieć mu też historię pewnego mężczyzny, którego Cry początkowo zignorował, by po czterech miesiącach w końcu się do niego odezwać i tym samym popełnić największy błąd lub może podjąć najlepszą decyzję swojego życia. Chciał mu powiedzieć o ich pierwszych, niezręcznych rozmowach, które natychmiast zmieniły się w wielogodzinne, nieprzerwane pogawędki o wszystkim i o niczym i o momencie, gdy dotarło do niego, że jest w tym mężczyźnie zakochany. Chciał go przeprowadzić przez każdy moment smutku, radości i wściekłości czy strachu, spowodowany tym nieszczęśliwym zakochaniem. To wszystko chciał mu powiedzieć, żeby Pewdie mógł zrozumieć, jak wiele tak naprawdę dla niego znaczył. Chociaż wiedział, że pewnie Szwed i tak o tym zapomni, że i tak tego nie pojmie, chciał po prostu, żeby chociaż wiedział. I Pewds mógł liczyć na zbawienie, na cudotwórcze działanie antidotum, na wyjście z tej sytuacji, ale Cry już powoli zaczął akceptować śmierć. Nie robił sobie nadziei, że się na nią przygotuje, bo wiedział, że śmierć zawsze przychodzi za wcześnie. Miał jednak poczucie pogodzenia się z marnym końcem i chociaż to dawało mu spokój.
Blondyn natomiast przez połowę drogi głównie się obwiniał. Nieprzyjemny ścisk w żołądku nie łagodniał wcale, a wydawał się nawet być coraz gorszym. Zaschło mu w ustach. Nie płakał; nawet się nie krzywił. Nie mógł, w końcu przynajmniej jeden z nich musiał być teraz silny, a Pewdie na pewno nie chciał zwalać tej odpowiedzialności na Cry’a, który, koniec końców, był w stanie tragicznym i przez ból w nodze i przez konsekwencje tego, co się jego nodze stało. Uśmiechał się więc, kiedy ukochany na niego patrzył, a gdy tylko odwracał wzrok, Pewds wracał znów do smutnego wyrazu twarzy. W jego głowie wciąż powtarzały się słowa nienawiści pod jego własnym adresem, które jadowitym tonem przypominały mu przykrą prawdę – to twoja wina. Zawalił na całej linii i chociaż okazało się, że może to jeszcze naprawić dzięki antidotum, nie przynosiło mu to żadnej ulgi. Nie trzeba byłoby w ogóle szukać jakiegokolwiek leku, gdyby tylko był nieco bardziej ogarnięty, spostrzegawczy, ostrożny. Wiedział, że mógł temu zapobiec, ale nie zrobił tego i teraz użerał się z własnym poczuciem winy, łagodząc je poprzez pomaganie Cry’owi w każdy możliwy sposób. Wiedział, że jeśli nie znajdzie antidotum lub okaże się ono jednym wielkim kłamstwem, może nie dać sobie rady. Nie zgadzał się na odebranie przyjacielowi życia, a nie chciał też, żeby zmienił się w potwora do zabicia przez kolejnych graczy. Opcje pozostawały mu w tym wypadku dwie: honorowo zabić siebie i Cry’a lub zostawić go na pastwę losu, ale zostać wraz z nim i wraz z nim skończyć życie jako zombie, włóczące się po tym świecie snów aż ktoś nie ulży im w cierpieniu. Nie widział innej opcji. Jeśli Cry miał zginąć, to mógłby chociaż wziąć za to odpowiedzialność. Był pewien, że brunet nie poprze jego decyzji, ale było już za późno. Decyzja została podjęta. Pytanie pozostawało tylko, jak go o tym poinformować.
Dotarli do drogi, którą parę dni wcześniej przejechali w podróży do safe pointu. Wydawała się być pusta, ale mężczyźni i tak zaczekali chwilę, by upewnić się, że nic ich nie przejedzie. Gdy już byli pewni, ruszyli prędko przez dwupasmową ulicę, nie ryzykując wpadnięcia pod nagle przejeżdżający samochód. Nie mieli się czego obawiać, ponieważ nie przejeżdżało tamtędy nic i wyglądało na to, że nie ma zamiaru przejeżdżać. Z jednej strony było to pocieszające, bo o wiele trudniej byłoby im przejść gdyby ulica była ruchliwa, z drugiej strony dość niepokojące – najwidoczniej nie było do czego jechać, skoro nikt nie wybierał się w stronę miasta, a w mieście… Prawdopodobnie nie było już nikogo, kto chciałby stamtąd wyjechać.
- Nie sądzisz, że byłoby nieco więcej samochodów na głównej drodze do miasta, gdyby rzeczywiście było tam antidotum? – spytał Cry, spoglądając na jezdnię. – Każdy normalny człowiek by się na nie rzucił.
- Może nie ma nikogo żyjącego, który chciałby po nie iść? – odparł Pewdie pytaniem. – Może droga jest nieprzejezdna lub brakuje paliwa w samochodach? Na pewno jest jakieś racjonalne wyjaśnienie dla tego zjawiska – zerknął na drogę, patrząc jak ciągnie się aż do obrzeży miasta w oddali. – Może pójdziemy za nią, co? Nie zgubimy się, a prowadzi wprost do celu.
- Głupi pomysł – stwierdził Cry niemalże od razu, chwytając przyjaciela za ramię i kierując go z powrotem do lasu. – Otwarta przestrzeń, na drodze na pewno stoi mnóstwo samochodów, przynajmniej bliżej miasta, a to oznacza jedno: jeśli nic nas nie zaatakuje tutaj, na widoku, to we wrakach i między nimi na pewno znajdzie się kilka trupów. Nie ryzykowałbym.
Pewds tylko skinął głową, w milczeniu, po czym ruszył przed siebie. Wrócili do chrzęstu ściółki pod stopami i nienaturalnej ciszy ptaków i drzew. Dopiero gdy zbliżali się już do pola pszenicy, usłyszeli jakieś dźwięki, które niestety też nie były naturalne. Na początku były to tylko jakieś szmery nieznanego pochodzenia, następnie głuche warknięcia. Cry zatrzymał się, dając znak Pewdiemu, że ma stać na czatach i uklęknął, zdejmując jednocześnie plecak. Chwilę w nim grzebał nim wyciągnął z niego łom i kij do baseballu. Podał kij blondynowi, a sam zamknął plecak i zarzucił go na ramię, po czym chwycił oburącz za swoją broń. Znów zaczęli iść przed siebie, mając nadzieję, że nie zostaną zauważeni przez wydających te dźwięki umarlaków. Gdy jednak dotarli do skraju lasu i ujrzeli już pierwsze kłosy pszenicy majaczące im gdzieś zza drzew, okazało się, że właśnie w tym miejscu snuje się parę żywych trupów. Pewds wskazał Cry’owi pole i machnął ręką, na znak, że ma tam iść, gdy on zostanie by odwrócić uwagę zombi od niego. Amerykanin spojrzał się na niego niepewnie, ale w oczach Pewdiego było tyle determinacji, że bez słowa zgodził się, kiwając mu głową na potwierdzenie i, z jeszcze jednym pytającym spojrzeniem, w końcu zostawił go i powoli ruszył w stronę pola, starając się nie narobić hałasu i nie zwrócić na siebie uwagi. Pewds natomiast rozejrzał się po najbliższym otoczeniu, szukając czegoś, co mogłoby na chwilę odwrócić uwagę przeciwników. W końcu znalazł jakiś niewielki kamień i wstrzymując oddech rzucił nim o drzewo. Uderzenie zabrzmiało słabym puknięciem, ale zainteresowało to dwóch z trzech potworów, więc nie było najgorzej. Gracz zdecydował się zaryzykować i wycofał się trochę, chcąc być jak najbliżej wyjścia z lasu, po czym zaczął wolno iść przed siebie. Widział Cry’a, wcale nie tak daleko od siebie, który też kierował się w stronę pola. Niestety, mężczyźni zapomnieli, że poza całkiem dobrym słuchem, zombi bardzo dobrze czują też zapach świeżego mięsa ludzkiego. Przynajmniej tak Pewdie wytłumaczył sobie powód nagłego, niespodziewanego zwrócenia się przegniłej głowy trupa stojącego najbliżej nich i nieco już głośniejszy ryk, który z siebie wydał, ruszając powoli w ich stronę. Po chwili dołączyły do niego te zombi, które Pewds wcześniej zainteresował dźwiękiem kamienia uderzającego o drzewo, oraz kilka innych, których gracze wcześniej nie zauważyli. Cry spojrzał na nich spanikowany, a potem przeniósł swój wzrok na ukochanego.
- Ruszaj, zajmę się tym – rzucił do niego Pewdie, po czym wstrzymał oddech i w dwóch krokach znalazł się bliżej pierwszego zombiaka, robiąc porządny zamach i rozwalając mu głowę. Obrzydliwa breja, która opryskała mu ubrania niemalże doprowadziła go do wymiotów, ale powstrzymał odruch i zaczął szybko się wycofywać, mając nadzieję, że zdąży ich zgubić w polu zanim go dopadną. Od czasu do czasu odwracał się, gdy warknięcia stawały się zbyt głośne i zbyt bliskie i likwidował kolejne stwory. Zombi, paradoksalnie, nie malało; najpewniej zostały przywołane hałasem wywołanym przez swoich towarzyszy. Pewds odszukał wzrokiem swojego towarzysza: Cry właśnie znikał między kłosami, goniony przez dwóch trupów. Pewdie zmobilizował się więc, jeszcze bardziej zwiększając szybkość swojego kroku i niemalże wypadając z lasu, zostawił za sobą jeszcze dwa bezgłowe ciała i po przejściu krótkiego, trawiastego odcinka, w końcu wszedł między kłosa. Mruknięcia zombi trochę przycichły i oddaliły się, ale nie mógł jeszcze odetchnąć z ulgą, pierw musiał znaleźć Cry’a. Okazało się to niezbyt trudne; gdy tylko rozpoczął swoje poszukiwania, usłyszał gdzieś na prawo jego zaskoczony krzyk i głośne warknięcie zombi. Natychmiast ruszył w tamtym kierunku i ruszył z kijem na żywego trupa, który właśnie chciał zaatakować leżącego na ziemi Cry’a. Zwłoki potwora zwaliły się bezwładnie u jego stóp, a Cry odetchnął z ulgą, zamykając oczy i kładąc się ze spokojem na ziemi.
- Nic ci nie jest? – Pewds ukucnął przy nim, robiąc dokładny ogląd jego ciała w poszukiwaniu ran i siniaków. Brunet spojrzał na niego, wciąż oddychając trochę ciężko.
- Udało mi się jednego załatwić, próbowałem uciec przed drugim, ale poszedł tu za mną. Ten ból w nodze trochę pokrzyżował mi plany zwiania przed nim jak najszybciej, przewróciłem się i straciłem łom. Gdyby nie ty, byłoby po mnie – wyciągnął do niego dłoń, a Pewdie pociągnął go, by mógł wstać na nogi. Od razu po tym mocno go przytulił. – Hej, wszystko w porządku. W końcu nic tak nie wzmacnia relacji jak apokalipsa zombi, co?
- Mało zabawne – mruknął w odpowiedzi, całując go w szyję i ściskając mocno w ramionach. – Cholernie się bałem.
- Ja też. Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw – odparł Cry i odsunął się trochę. Posłał mu uśmiech. – Ale nic mi nie jest i ty też jesteś cały, więc… chyba możemy powoli iść.
Pewds niechętnie się zgodził, całując go krótko i odsuwając się całkowicie. Chwycił go jednak za rękę, zanim znowu ruszyli przed siebie. Droga wśród pszenicy miała swoje plusy w postaci dobrego skrycia przez możliwym atakiem, ale była niestety długa. Oczywiście, gracze zdawali sobie sprawę z tego, że idąc przez łąkę musieliby poświęcić taki sam czas na dotarcie do miasta i to w warunkach mniej korzystnych i bezpiecznych, jednak nie przeszkadzało im to w narzekaniu na słońce, na gorąco i na długość podróży. Co jakiś czas Pewdie podsadzał Cry’a, by usiadł na barana na jego ramionach i wyjrzał ponad dość wysokie kłosy, by zobaczyć, ile jeszcze im zostało do przejścia. Droga wydawała się jednak nie skracać, a mężczyźni byli coraz bardziej zmęczeni, spoceni i przede wszystkim głodni. Teraz już naprawdę żałowali, że nie wzięli ze sobą chociażby jednej kanapki czy owocu, żeby mieć coś do przekąszenia w czasie drogi. Jedyne co im zostało, to dwie butelki wody, ale przy takiej pogodzie i woda powoli zaczynała im się kończyć, chociaż starali się ją sobie racjonować, zamiast wypijać od razu pół butelki za jednym razem. W końcu jednak dotarli do końca pola, nagle wychodząc na rozległą łąkę. Było na niej kilka domków, na początku małych, jednopiętrowych, drewnianych lub ceglanych, pomalowanych białą farbą, a im bliżej miasta, tym większych, nieco bardziej nowoczesnych, zmieniających się powoli w kamienice, sześciopiętrowe bloki i w końcu wieżowce, nowoczesne budowle centrum miasta. Zanim tam dotarli, musieli jednak przejść między tymi niewielkimi domami na obrzeżach. W pobliżu nie było widać żadnych zombi, ale to chyba było tylko bardziej niepokojące. Gracze ruszyli powoli w stronę domów, widząc już znajdujące się przy nich ogrody czy niewielkie stodoły dla zwierząt czy jedzenia. Kusiło ich, żeby wejść i przeszukać te mieszkania za jedzeniem, zajrzeć do spiżarni, obejrzeć wnętrze stodoły, ale obaj wiedzieli, że skoro nie było zagrożenia na zewnątrz, to na pewno kryło się ono właśnie w domach i oborach dla zwierząt. Sady wydawały się jednak być bezpieczne, więc gdy Cry wskazał jakąś samotną jabłoń obok jednego z domów, Pewds tylko uśmiechnął się i natychmiast do niego podbiegł, zbierając z niego ładniejsze, lepiej wyglądające owoce i rzucając je do bruneta, by mógł schować je do plecaka. Cry zerkał nerwowo to na niego, upewniając się, że nie spadnie albo nie rzuci mu jabłkiem w głowę, to na otoczenie, spodziewając się ujrzeć niebezpieczeństwo.
- Coś widzę na horyzoncie – powiedział do Pewdiego, próbując zgadnąć, czy jest to zombi czy żywy człowiek. Druga opcja wcale nie była taka pocieszająca, bo mógł okazać się agresywny i niezbyt przyjaźnie nastawiony, jednak z człowiekiem można było chociaż negocjować. Niestety, ociężałe, chaotyczne ruchy nieznajomej sylwetki na horyzoncie utwierdziły go w przekonaniu, że zbliża się do niego trup, który może za sobą pociągnąć całą hordę. – Pewds, zbierajmy się stąd.
- Już – Szwed nie mógł się powstrzymać od zerwania jeszcze jednego owocu, ale chwilę później już gramolił się z powrotem na ziemię. Chwycił jabłko, wbił się w nie zębami i zgarnął Cry’a ramieniem, kierując się w stronę miasta szybkim krokiem. Cry naprawdę nie chciał go stopować, ale musiał, gdy ból w kostce stał się bardziej dokuczliwy i przypomniał mu, że ma naruszony mięsień.
- Przepraszam – powtórzył po raz kolejny, gdy Pewdie pociągnął go za rękę, a on zaprotestował głośnym syknięciem, gdy poczuł pieczenie w nodze.
- Nie masz za co – słyszał tą samą odpowiedź, chociaż widać było, że blondyn jest kłębkiem nerwów, szczególnie gdy coraz więcej niepokojących postaci wyłaniało się zza domków, idąc za nimi z głuchym jękiem. Jeśli szybko nie znajdą schronienia, mogą utknąć otoczeni przez hordę, a to byłoby najgorsze. – Jesteś pewien, że dasz radę iść?
- Nie będziesz biegł ze mną na plecach, kiedy masz na nich plecak. Na ramiona też mnie nie weźmiesz. Dam sobie radę, boli tylko trochę – skłamał Cry i zaciskając zęby, próbował przyspieszyć kroku i udowodnić, że ból go nie rusza, chociaż miał wrażenie, że jeśli tak dalej pójdzie to mimo krzyków i błagań Pewdiego, w końcu amputuje sobie nogę. Pierwsze kamienice były coraz bliżej i chociaż nie były zbyt pewnym schronieniem, dawały nadzieję na to, że nie zostaną otoczeni. Gracze wiedzieli, że w mieście będzie tylko gorzej: więcej ludzi, więcej trupów, więcej zombi. Hordy na ulicach, snujące się bez celu i wyglądające na niewzruszone czymkolwiek, co się działo dookoła nich, o ile nie było to coś żywego, co próbowało przejść obok. Wtedy zaczynała się krwawa jatka. Nie mieli pojęcia, gdzie jest antidotum, którego szukają, ale niezależnie od tego, wiedzieli jaka jest rzeczywistość i wiedzieli, gdzie za chwilę trafią i co będą musieli przeżyć. W obecnej sytuacji jednak miasto wydawało się najlepszą opcją i mężczyźni niemalże biegli w jego kierunku, czując za sobą grupę wygłodniałych zombi, które z głuchymi warknięciami powoli ich otaczały. Z niesamowitą ulgą przyjęli więc otworzone na parterze jednej z kamienic okno, z którego wystawała twarz jakiegoś mężczyzny, który energicznie machał do nich rękami, by weszli do środka. Podeszli więc bliżej, pod samo okno i Pewds podsadził Cry’a, by nieznajomy mężczyzna mógł go wciągnąć do środka. Sam wyciągnął broń i gdy Cry opierał się o jego ramiona stopami, pozbył się kilku zombi, tych, które podeszły ich najbliżej i przegniłymi dłońmi z pazurami próbowały sięgnąć ich ramion, by zatopić zęby w ich ciałach. Owszem, pistolet narobił trochę huku, ale teraz mógł go używać bez obaw, że przyciągnie więcej zombi – i tak była już tu taka horda, że parę więcej nie mogło już zrobić wielkiej różnicy. Szczególnie, że po chwili Pewds usłyszał krzyk Cry’a, chwycił się jego dłoni i zapierając się nogami o ścianę, wdrapał się przez okno do bezpiecznego, jak miał nadzieję, wnętrza kamienicy.
Okno za nimi natychmiast zostało zamknięte i zastawione szafą – teoretycznie było zbyt wysoko, by wejść przez nie bez pomocy, ale nikt nie chciał ryzykować. Pokój, w którym się znaleźli, był kiedyś czyjąś sypialnią, z dużym łóżkiem, paroma komodami i właśnie tą szafą, która teraz służyła za barykadę. Sądząc po wystroju, należał do osoby starszej, bo urządzony był w meble i dekoracje, które pamiętały czasy przynajmniej pięciu dekad wstecz. Poza tym, świadczyło też o tym parę zdjęć w ramkach, przedstawiających dzieci lub całą rodzinę na wycieczce czy urodzinach czy pięćdziesiątej rocznicy małżeństwa. Właściciel chyba jednak nie był obecny w mieszkaniu, bo w tym pokoju siedziała tylko dwójka dość młodych ludzi, może trochę starszych od Pewdsa i Cry’a. Był to mężczyzna o ciemnych, zielonkawych oczach i ciemnych włosach, ze starannie przyciętą brodą. Chociaż teraz uważnie obserwował swoich gości z pewną dozą niepokoju, w kącikach oczu zaczęły mu się robić delikatne zmarszczki, pewnie od częstego uśmiechania się. Była z nim dziewczyna, blondynka z błękitnymi, dużymi oczami, ładnie umalowana, ale w nieco przybrudzonym t-shircie i spodniach, noszących ślady błota, pyłu i krwi. Uśmiechała się do nich nieśmiało, tak samo nieufna jak jej towarzysz. W końcu mężczyzna z brodą odezwał się:
- Pomogliśmy wam, bo wydawało się, że potrzebujecie pomocy, ale chcemy wam coś wyjaśnić, teraz. Jeśli nie przyszliście z dobrymi zamiarami, nie będę się targował tylko od razu wyrzucę was przez okno.
Spojrzał się na broń trzymaną przez Pewdiego. Gracz zreflektował się natychmiast i położył na ziemi swój pistolet, a po chwili także cały plecak. Cry podążył w jego ślady, zostawiając swoje rzeczy na widoku i uniósł ręce do góry, pokazując, że nie jest szkodliwy.
- Bardzo dziękujemy za pomoc, bez was nie dalibyśmy sobie rady – zaczął od podziękowań, nie chcąc wydać się niewdzięczny. – Zapewniamy, że nie mamy złych intencji. Doceniamy waszą pomoc i chcemy spokojnie pogadać, zanim ruszymy w dalszą drogę.
Nieznajomy przez chwilę rozważał jego słowa. Spojrzał na swoją towarzyszkę, która skinęła do niego głową i natychmiast się rozpromienił, uśmiechając szeroko.
- Witamy w naszych skromnych, choć tymczasowych progach. Jestem Ken, a to moja dziewczyna, Mary – podszedł do nich i uścisnął ich dłonie. – Zgaduję, że też jesteście graczami, hmm? Utknęliście tu tak jak my?
- Tak, dokładnie – Pewds przytaknął, nieco się rozluźniając. Nikt nie miał ochoty na walki i jeszcze mogło coś z tego być. Musiał jednak przyznać, że spotkanie innych graczy było dla niego trochę szokujące, bo nie sądził, że kiedykolwiek na jakichś trafią. – Jedziemy na tym samym wózku. Cieszę się, że tylko jeszcze dwie gry przed nami i wyrwiemy się z tego koszmaru.
- Dwie? – Mary odezwała się po raz pierwszy, odkąd tu byli. Miała przyjemny głos. – To nasza czwarta rozgrywka.
- Och – tylko tyle był z siebie wydać Pewds, zaskoczony, że nie u wszystkich gra wygląda tak samo. – Nasza ósma. To w takim razie… powodzenia.
- Dzięki, na pewno się przyda. Na razie jakoś to wychodzi – odparł Ken, nieporuszony tym wcale. – A ty… Nie jesteś przypadkiem PewDiePie? Wyglądasz trochę jak on…
- Tak, to ja, miło mi poznać – odparł niezręcznym śmiechem. Nie lubił być rozpoznawany. Za plecami usłyszał ciche prychnięcie Cry’a. – Właśnie… To mój – zawahał się na chwilę i spojrzał na ukochanego, szukając jego przyzwolenia, które otrzymał w jednym skinięciu głową. – To mój chłopak, Cry.
Ken zrobił zaskoczoną minę, ale nie powiedział nic na ten temat, tylko kilkukrotnie pokiwał głową, drapiąc się po brodzie. W końcu uśmiechnął się, tak samo szczerze jak wcześniej i wskazał im miejsce na łóżku, by mogli usiąść.
- Wybacz, nie spodziewałem się tego, jakoś zawsze z góry się zakłada, że jak ktoś jest sławny to musi być hetero – mruknął w przeprosinach, ale Pewds nie przejął się jego zachowaniem ani trochę; sytuacja była skomplikowana, a mu nie chciało się teraz tłumaczyć i usprawiedliwiać. – Jak tu trafiliście?
- W czasie snu. Wylądowaliśmy w Slenderze.
- Tak samo, chyba lubi zaczynać od tej gry. Potem co, Amnesia?
- Nie, Bloody Trapland. O Boże, obyśmy nie dostali Amnesii, nienawidzę tej gry.
- Co, Pewds, trauma?
- Zamknij się, Cry.
Rozmawiali trochę, głównie o przebytych grach. Ken i Mary zdawali się nie znać wszystkich gier, które przechodzili Pewds z Cry’em, a gry, które przeszli nowo poznani znajomi były dla Pewdiego i Cry’a totalną nowością lub ledwie zapamiętaną grą, którą przeszli sto lat temu. Wypytywali się nawzajem o Alice: czy z wami rozmawiała? Czy też zostawia liściki? Czy też próbuje was zabić na każdym kroku? Okazało się, że jeśli o nią chodzi, żadnych różnic nie było i była równie podła dla wszystkich pionków w swojej grze. Potem zeszli na tematy prywatne, próbując się lepiej poznać i spędzili chwilę nad zachwycaniem się wyglądem i mechaniką „Shadows”. W końcu jednak Pewds zauważył, że dłonie Cry’a lekko się trzęsą, a na jego czole pojawiły się krople potu. Zaalarmowany tym, delikatnie szturchnął go w ramię i szeptem spytał się go, czy wszystko w porządku.
- Boli bardziej niż wcześniej – odparł tylko brunet, zaciskając zęby. Musiał wyglądać źle nie tylko dla czujnego wzroku Pewdiego, bo po chwili usłyszeli głos Mary, dość zaniepokojony:
- Cry, dobrze się czujesz? Pobladłeś bardzo…
Cry starł pot z czoła i uśmiechnął się słabo, próbując udawać, że nic mu nie jest, ale nie nabrał tym Mary. Dziewczyna spojrzała zamiast tego na Pewdsa.
- Gdy uciekaliśmy z domu przed zombiakami, zranił się w nogę – wytłumaczył, nieco ukrywając prawdę. – Zabandażowałem mu ją, ale nie mieliśmy żadnych leków przeciwbólowych przy sobie, a musieliśmy ruszać w drogę. Chyba mu się pogorszyło.
- Obejrzeć ją? – spytała, ale Pewds zaprzeczył, mówiąc, że niedawno na nią patrzył i tylko opuchła trochę, ale rana była czysta i nie ropiała. Miał nadzieję, że nie zaprzeczył za szybko i nie wzbudził jej podejrzeń.
- Po prostu potrzebuję czegoś na ból, żeby trochę zelżało – mruknął Cry. – I jeśli wiecie, gdzie w tym mieście znajduje się szpital, to też bardzo by nam pomogło.
- Szpital jest w samym centrum, trochę niebezpiecznie tam iść – stwierdził Ken, patrząc się na nich z niepokojem. Zdążyli się już polubić. – Zaraz przejrzymy apteczkę, może znajdzie się coś chociażby na chwilę.
- Dziękuję, naprawdę będę bardzo wdzięczny – Cry uśmiechnął się do Kena i przysunął dłoń bliżej dłoni Pewdsa, by móc ją ścisnąć. – Mimo wszystko, potrzebujemy tego szpitala. Alice kazała nam tam iść, jeśli chcemy skończyć grę.
- Widzę, że chce was wysłać na pewną śmierć – stwierdził brodacz, wzdychając głośno. – Roi się tam od zombi, w końcu to szpital, sporo ludzi tam umarło. Nie da się obejść jakoś jej rozkazu? No chyba, że przez „skończyć grę” miała na myśli śmierć.
- Nie wiem, ale nie mamy za bardzo wyboru – Pewds odezwał się, głosem nieco bardziej podenerwowanym niż by tego chciał. Cry jeszcze się jakoś trzymał, ale nie wiadomo na jak długo; musieli znaleźć antidotum jak najszybciej, a jak na razie szpital wydawał się jedyną słuszną opcją, przynajmniej mieli gdzie zacząć poszukiwania. Nawet jeśli go tam nie będzie, może chociaż będzie można uśmierzyć jakoś ból w nodze, nim ruszą dalej. – Jesteśmy jak marionetki w jej dłoniach, kieruje nami jak chce, a my posłusznie wykonujemy jej rozkazy. Mamy jakieś inne wyjście?
- Nie, jasne, że nie – Ken przeszedł po całym pokoju, nim wrócił do swoich gości. – Wybaczcie, po prostu chciałbym wam jakoś pomóc. Skoro wszyscy w tym siedzimy, to czemu by sobie nie pomagać?
- Jeśli chcesz nam pomóc, wskaż nam drogę do szpitala. Nie prosimy o więcej, a jeśli już, to o to, żebyście się z Mary zabierali stąd jak najszybciej, póki jeszcze żyjecie. Też chcielibyśmy wam pomóc, ale nie za bardzo mamy jak. Potrzebujecie broni? To jedyne, co możemy wam zaproponować.
- Nie wiem, czy to nie za dużo, ale przydałyby się naboje do strzelby. Kończą się nam powoli, a musimy jeszcze dotrzeć jakoś na główną drogę, dorwać samochód i stąd odjechać – wtrąciła się Mary, nim Ken zdążył zaprotestować i podziękować za propozycję. Dziewczyna podeszła do Cry’a i podała mu jakąś plastikową tubkę oraz szklankę wody. – Znalazłam jakiś paracetamol, może trochę ci pomoże.
- Dziękuję – Cry uśmiechnął się z wdzięcznością i za jednym zamachem połknął dwie tabletki, popijając szybko. Pewds także się do niej uśmiechnął, wyciągając ze swojego plecaka spore pudełko z nabojami oraz dwa jabłka, tak w bonusie.
- Cieszę się, że mogłem z tobą robić interesy – powiedział, na co Mary przytaknęła tylko, ale widać było, że była równie zadowolona. – Nie będziemy wam robić więcej kłopotów, też musimy już ruszać. Gdzie mamy się kierować do szpitala?
- Pokażę wam, jak wyjdziemy – zaoferował Ken, szukając jeszcze przez chwilę w swojej torbie i w końcu znajdując jakiś kawałek papieru, który okazał się być mapą. Przedarł ją w jednym miejscu, dając jeden z kawałków Pewdiemu, a samemu biorąc resztę. – Dojdziemy razem do głównej drogi, a potem wskażę wam kierunek i możecie pójść według mapy. Ja i Mary pójdziemy na poszukiwania samochodu. Brzmi okay?
- Jasne, to nawet więcej pomocy, niż oczekiwaliśmy – Pewds uśmiechnął się szeroko, po czym pomógł Cry’owi wstać, gotując się do drogi. Jeszcze raz upewnił się, że jego przyjacielowi nic nie jest, po czym skinął głową na towarzyszy. – Jak będę mógł was znaleźć, gdy już wrócimy do żywych? Jesteś naprawdę spoko gościem, poza tym, czuję, jakbyśmy nie odwdzięczyli się wam wystarczająco dobrze.
- CinnamonToastKen i SuperMaryFace do usług – odparł Ken, stając przy drzwiach i nasłuchując dźwięków z zewnątrz. – Mam nadzieję, że zapamiętasz, bo fajnie byłoby wybić się na twoim kanale.
- Jeśli w ten sposób mogę się odpłacić za twoją dobroć, to możesz być pewien, że dobijesz do pięćdziesięciu milionów w przeciągu roku – odparł Pewdie z rozbawieniem, ale natychmiast spoważniał, widząc, jak brodacz powoli uchyla drzwi z mieszkania i wygląda na zewnątrz. Na szczęście korytarz był pusty i gracze mogli opuścić schronienie bezpiecznie.
Wyjście z budynku było zaraz po lewej – wystarczyło przejść parę kroków korytarzem i zejść po schodkach w dół, by znaleźć się przy drzwiach. Gdy już przy nich stanęli, sytuacja stała się bardziej skomplikowana: trzeba było wyjść poza budynek, przejść niezauważonymi lub chociaż nienaruszonymi do głównej drogi, a potem radzić sobie już na własną rękę. Mary przeładowała broń, Cry mocniej zacisnął dłoń na łomie, a Pewds upewnił się, że w razie skończenia się nabojów w pistolecie będzie mógł łatwo sięgnąć po kij bejsbolowy. Ken znów delikatnie uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz. W zasięgu jego wzroku nie było żadnego zagrożenia, ale wyraźnie słychać było jakieś warknięcia i zawodzenie, więc dał znak swoim towarzyszom, że mają się nie ruszać, nim otworzył drzwi szerzej i wyszedł przed nie, by lepiej się rozejrzeć. Wrócił niemalże natychmiast.
- Nie ma nic przed nami i chyba nie ma nic po prawej stronie budynku. Po lewej jest pokaźna horda, wciąż próbują się dobijać do okna naszego mieszkania – zrelacjonował szybko. – Proponuję iść od kamienicy do kamienicy, zanim znajdziemy się nieco bliżej centrum i dopiero wtedy odbić w kierunku głównej drogi. Ktoś ma jakieś obiekcje lub inny pomysł?
Wszyscy pokręcili głowami, zgadzając się na plan Kena. Brodacz skinął głową, po czym opuścił budynek, dając znak, że reszta ma za nim podążać. Gracze wymknęli się z kamienicy i natychmiast przeszli na prawo, by skryć się za budynkiem. Po krótkiej chwili czekania, jak najszybciej mogli, przebiegli do kolejnej kamienicy i obeszli ją, by znów znaleźć ukrycie za jedną ze ścian. Powtórzyli to jeszcze kilkukrotnie, nim nie wyszli z tego osiedla i nie trafili na obszar bardziej zabudowany, z rzędami bloków jeden za drugim. Za przewodnictwem Kena, najwidoczniej najbardziej zorientowanego w terenie, odbili w lewo i przemykając się między blokami w końcu dotarli do głównej ulicy. Kryjąc się znów za jednym z budynków, uważnie obserwowali teren, szukając zagrożeń.
- Znajdźcie najbliższe wejście do kanałów i zejdźcie na dół. Na mapie macie zaznaczoną markerem sieć kanalizacji, najlepiej i najbezpieczniej poruszać się nimi. Pałęta się tam trochę zombi, ale na tyle mało, że nie ma ryzyka osaczenia. Poza tym, łatwo się ich pozbyć, tak na dobrą sprawę wystarczy je wrzucić do wody i powinny się utopić albo gdzieś podryfować. Nieważne, będziecie je mieli z głowy – wytłumaczył Ken półgłosem. – Myślę, że się w tym połapiecie.
- Też mamy taką nadzieję – przytaknął Pewds i uścisnął jego dłoń, pozwalając mu na szybkie przytulenie się i poklepanie po plecach. Podszedł do Mary i przytulił też ją. – Trzymajcie się. Uważajcie na tej ulicy, sporo trupów się pałęta i jest ich pewnie trochę w samochodach. Droga jest pusta, jeśli przejedziecie między tymi wrakami tutaj, to potem już nie ma żadnych trudności.
- Będziemy ostrożni. Wy też się trzymajcie. Cieszę się, że na siebie wpadliśmy.
Cry szybko pożegnał się z ich nowymi przyjaciółmi i już po chwili Mary i Ken przebiegli pochyleni w pół do najbliższego wraku pojazdu. Nie minęło dużo czasu, jak zniknęli wśród samochodów, kontynuując swoją grę. Pewds i Cry natomiast postanowili przejść wzdłuż bloku i dopiero wtedy podejść bliżej ulicy, jednak wciąż szukając czegokolwiek, co zasłoniłoby ich przed ewentualnym atakiem, chociażby z jednej strony. Pewdie rozwinął mapę, kucając pod jedną ze ścian budynku, przy którym akurat stali i znalazł swoje położenie. Najbliższe zejście do kanalizacji niestety znajdowało się na głównej drodze i to na przestrzeni zamkniętej z każdej strony przez różne budowle. Jeśli nic ich nie znajdzie, dotarcie tam nie powinno być zbyt problematyczne. Większy problem był, jeśli zostaną zauważeni.
- Jak tam twoja noga? Leki coś pomogły? – spytał się szybko Cry’a, wsuwając mapkę do tylnej kieszeni spodni i wstając na nogi.
- Ból trochę zelżał, ale mogło być lepiej – przyznał. Wciąż czuł odrętwienie w tym miejscu i wciąż coś szarpało go w kostce, gdy się poruszał, ale przynajmniej w stanie spoczynku nie dokuczała mu tak bardzo jak wcześniej. Być może za jakiś czas przestanie go boleć całkowicie. – Dam radę iść, nie martw się o to. Ile mamy drogi do tego wejścia?
- Jakieś kilkadziesiąt metrów, tak na oko – Pewds próbował przeliczyć szybko skalę w głowie, zastanawiając się, ile centymetrów może być między miejscem, w którym stali, a miejscem do którego mieli dojść. – Myślę, że maksymalnie do dziesięciu minut.
- To dam radę. Okolica jest dość spokojna, może nawet obejdzie się bez żadnych nagłych ataków – Cry wzruszył ramionami, rozglądając się jeszcze raz dookoła. Oczywiście musieli zachować ostrożność, ale nie musieli przesadzać i iść niemalże w kuckach.
- Obyś miał rację – westchnął Pewdie, po czym poprawił swój chwyt na rączce pistoletu. Powoli ruszył przed siebie, ale tylko lekko pochylony, rozglądając się nerwowo dookoła. Wyglądało na to, że przynajmniej na razie są bezpieczni.
Cisza i spokój jaka panowała w tej okolicy była niesamowicie niepokojąca. W porównaniu do hordy, która zaatakowała ich w drodze do miasta, tutaj nie było nikogo i niczego – czasami między dachami samochodów mignęła czyjaś głowa, a w oddali słychać było cichy pomruk, ale żadne z tych stworzeń nie zwracało uwagi na przemykających się obok nich mężczyzn. Spodziewali się, że w mieście będą praktycznie szli w tłumie zombi, ale zapowiadało się na to, że jak na razie nic ich tutaj złego nie spotka. Cała droga przeszła niemalże bezstresowo, z jednym wyjątkiem, gdzie dosłownie metr od nich przeszedł zagubiony między samochodami żywy trup, powłócząc nogami i jęcząc głucho. Nie zauważył ich, ale mężczyźni i tak wstrzymali oddech i z sercem łomocącym w piersi ze strachu uważnie obserwowali jego ruchy, modląc się, by nagle ich nie poczuł lub nie zobaczył. Na szczęście i z tego spotkania wyszli niezauważeni i już po chwili znaleźli się nad metalowym, okrągłym wejściem do ścieków.
- Coś jest mocno nie tak – mruknął Cry, rozglądając się po okolicy. Pewds klęczał obok niego i próbował łomem podważyć wieko, żeby móc wejść do środka. – To jest miasto. W mieście są ludzie, mnóstwo ludzi. To oznacza, że powinno być tu też mnóstwo trupów, nie?
- Chyba, że zjawił się tu ktoś, kto ich wszystkich powybijał – Pewdie wzruszył ramionami. Cry posłał mu ciężkie spojrzenie. – No co? Słuchaj, też nie znam powodu i też uważam, że to dziwne, ale tak długo jak to się dzieje na naszą korzyść, tak długo nie mamy się czym przejmować.
Wrócił do mocowania się z pokrywą, sapiąc głośno. Amerykanin wrócił do oglądania się za niebezpieczeństwami, aż nie usłyszał głośnego dźwięczenia metalowego zaworu i usatysfakcjonowanego okrzyku Pewdiego, które szybko zmieniło się w krzyk zaskoczenia.
Z otworu prowadzącego do kanałów wystawała czyjaś ręka, nieco pobrudzona i o nienaturalnym, zielono-białym zabarwieniu. Ręka machała we wszystkie strony, próbując sięgnąć któregoś z graczy długimi pazurami. Pewds bez chwili zastanowienia nachylił się nad wejściem i odnalazł właściciela ręki, po czym oddał w jego stronę strzał. Nie trafił w głowę, ale potwora odrzuciło do tyłu i spadł z drabinki. Okazało się, że na dole ma jeszcze kilku towarzyszów, więc Pewdie, na tyle na ile widział w słabym świetle padającym przez otwór, każdego z nich zabił, strzelając im w głowę. Kiedy już nie słyszał żadnych głosów dochodzących z dołu, skinął na Cry’a i obaj szybko zeszli po drabince, zamykając za sobą wejście, by nie podążyły za nimi żadne zaalarmowane dźwiękiem strzałów zombi. Gdy tylko znaleźli się na dole. Pewds oddał jeszcze raz po strzale w głowę każdemu z trupów. Już raz się nie upewnił i to był błąd, nie zamierzał go powtarzać. Cry w tym czasie wyciągnął z torby latarkę i poświecił na ściany, orientując się w terenie. Zabrał mapę od blondyna i dokładnie się jej przyjrzał, szukając na niej palcem obecnego położenia.
- Ken zapomniał nam powiedzieć, że jest ich tu mało, ale są głównie przy wejściach – mruknął Pewdie, chowając broń za pasek. Zerknął na mapę, po czym chwycił przyjaciela pod ramię i poprowadził wzdłuż tunelu. Okropnie tu śmierdziało, woda płynąca obok nich była czarna, a pod stopami albo znajdywali śmieci, albo szczury, albo przegnite ciała. Nic więc dziwnego, że Cry po zaledwie kilku minutach tam spędzonych, w końcu nie wytrzymał i zwymiotował wprost do ścieków.
- Hej, stary, wszystko okay? – Pewds natychmiast znalazł się przy nim, kucając obok i głaszcząc go po plecach. Cry w końcu skończył zwracać wnętrzności i wziął głęboki oddech, czując łzy w kącikach oczu. – Wiem, ten zapach jest obrzydliwy. I te szczury…
- Przestań, bo znowu rzygnę – wybełkotał brunet, przyjmując butelkę wody i wlewając sobie jej trochę do ust, żeby chociaż je przepłukać. Obmył też wargi. Nie chciał się przyznawać, że mdliło go już od dłuższego czasu. – Prawie mi przeszło, lepiej się zbierajmy. Mam nadzieję, że nic nas nie usłyszało.
- Nawet jeśli, nie wiem czy w ogóle zauważyłoby nas w tych ciemnościach – Pewdie poklepał go jeszcze po ramieniu, w geście pocieszenia, ale na jego twarzy malowało się zmartwienie. Pomógł mu wstać. – Dalej cię mdli?
- Nie, już mi trochę lepiej – skłamał, uśmiechając się blado. – Zostało nam jeszcze sporo drogi, zbierajmy się.
Pewds ścisnął go za ramię i puścił, ruszając przed siebie. Cry posłusznie szedł obok, ale musiał przyznać, że nie uważał za bardzo na to, co dzieje się dookoła. Pogrążony był w myślach, jak ostatnio często mu się zdarzało. Jego moment słabego samopoczucia sprzed chwili nie był spowodowany śmierdzącym powietrzem, chociaż pewnie to ostatecznie sprawiło, że zwymiotował. Nudności czuł jednak już odkąd siedzieli z Kenem i Mary. Poza bólem w kostce, który rzeczywiście zelżał wraz z przyjętymi lekami, bolała go także głowa i czuł się rozbity, jak w gorączce. Coraz bardziej ciążył mu plecak i momentami miał wrażenie, że nie jest w stanie już dłużej utrzymać łomu. Nie wiedział, ile z tych objawów widział Pewdie, ale coś na pewno musiał zauważyć, przynajmniej wtedy w mieszkaniu, gdy pytał się go, jak się czuję. Cry czuł się coraz gorzej i miał tylko nadzieję, że dotrze do antidotum zanim ta trucizna biegnąca jego żyłami w końcu ogarnie jego ciało, pozbawiając go życia i znów go ożywiając, ale już jako kogoś innego.
Ocknął się ze swoich myśli dość gwałtownie, gdy skręcili łagodnym zakrętem w lewo i snop światła z latarki natrafił na grupę zombi, stojących pod kolejnym zaworem. Rażone światłem potwory od razu ruszyły na nich z sykiem i rykiem, potykając się o porozrzucane na ziemi rzeczy i ślepo idąc w ich kierunku, podążając tylko za światłem. Pewds przestał już reagować przerażeniem, ale i tak poczuł przypływ adrenaliny. Wyciągnął rękę do przodu i posłał serię strzałów w stronę nadciągających żywych trupów, wspomagany przez Cry’a, który w końcu wyciągnął ze swojej torby swój własny pistolet. Nie minęło wiele czasu, aż czwórka atakujących ich stworów poległa na brudną ziemię. Pewdie naładował broń. Kończyły mu się naboje.
- Gdzie jest to wyjście koło szpitala? – spytał Cry, omijając ciała na ziemi i idąc dalej. W dłoniach trzymał mapę i próbował dojrzeć coś w świetle latarki. – Jeszcze dwa, nie?
- Chyba tak – Pewds zajrzał mu przez ramię i wskazał miejsce, gdzie znajdował się ich cel. Powinni dojść tam do pół godziny. – Jeszcze dwa i potem, następne. Dasz radę?
- Przestań ciągle pytać – westchnął Amerykanin, ocierając czoło z potu. – Jasne, że dam.
- To dobrze. Nie zatrzymujmy się, w takim razie.
Do ciemności można było przywyknąć. Nawet zapach przestał być po pewnym czasie tak bardzo dokuczliwy, do stopnia, że przestali go w ogóle czuć. Czasem podskakiwali na dźwięk czegoś trzaskającego im pod stopami czy popiskiwań szczurów, ale ogółem szło im się całkiem spokojnie. Jedyne momenty stresu jakie przeżywali, to gdy natrafiali na jakieś zbłąkane w korytarzach lub czatujące przy otworach wyjściowych zombi. Poza tym, było dosyć spokojnie i gracze tylko martwili się, czy tak spokojnie będzie też w, zapewne, pełnym żywych trupów szpitalu. Im bardziej zbliżali się do swojego celu, tym bardziej ich to stresowało, zostawiając nieprzyjemne uczucie ścisku w żołądku. Gdzieś po drodze Pewds chwycił Cry’a za dłoń, jakby od niechcenia, jakby chciał mu dodać otuchy, ale tak naprawdę sam potrzebował pocieszenia i miał nadzieję, że chociaż taka forma dotyku nieco uspokoi jego rozszalałe serce. Musiał go jednak puścić, gdy dotarli w końcu do ostatniego wyjścia. Nie marnując już więcej nabojów na zaledwie dwóch przeciwników, Pewdie po prostu pozwolił im do siebie podejść, nim załatwił obu dwoma mocnymi uderzeniami w głowę. Już po chwili ich ciała tonęły w mętnej wodzie, a gracze, jeszcze raz upewniając się, że to tu mają wyjść, powoli zaczęli się wdrapywać po drabince.
Pewds uchylił pokrywę i jednym mocnym ruchem zepchnął ją na bok. Wygramolił się na zewnątrz i niemalże natychmiast musiał przymknąć oczy, gdy poraziło go jasne światło dnia. W nozdrza uderzyło go świeże powietrze i przyrzekł sobie w duchu, że w drogę powrotną będzie szedł na powierzchni i już nigdy nie wróci do tych cuchnących kanałów. Pomógł wyjść Cry’owi ze studzienki. Brunet też wydawał się być oślepiony po tak długim czasie spędzonym w ciemnościach ledwie rozpraszanych słabą latarką. Pewdie zaśmiał się pod nosem z jego reakcji, gdy przymrużył gwałtownie oczy i zasłonił się obiema rękami, niczym jakiś wampir, ale już po chwili śmiech zamarł mu w ustach. Hałas wywołany przez odsuwaną pokrywę włazu przywołał do nich pojedyncze zombi, ale gdy Szwed rozejrzał się dookoła, okazało się, że jest ich znacznie więcej, szwędających się w różnych kierunkach. Jeśli jednak zainteresowało się nimi kilka żywych trupów, to pewnie za chwilę reszta pójdzie za nimi i nie będą mieli jak stąd uciec. Pewds natychmiast zgarnął Cry’a, ciągnąc go za rękę, którą trzymał w żelaznym uścisku.
- Kręci mi się w głowie – wymamrotał Cry, ale Pewdie nie miał czasu się teraz tym przejmować. Pociągnął Cry’a raz jeszcze, w końcu obejmując go w pasie i zmuszając, żeby ruszył przed siebie. Szpital był niedaleko; jego stalowa brama z tabliczką z grawerem widoczna była dość dobrze. Ulica, na której teraz znajdowali się gracze, prowadziła prosto do niej, łącząc się z inną ulicą, która biegła wzdłuż murów tego masywnego budynku. Pewds ruszył więc do niej jak najszybciej mógł, nie zważając na protesty Cry’a i jego ciche pojękiwania, gdy niefortunnie stanął na rannej nodze. Nie mieli na to czasu. Jak na razie horda szła za nimi tylko od tyłu, ale jeśli zbiorą się też zombi z równoległych ulic, nie będą mieli jak przed nimi uciec.
Brama zbliżała się do nich coraz bardziej, ale również krzyki i jęki za nimi stawały się coraz głośniejsze. Pewdie próbował się odwrócić i strzelać chociaż do stworów najbliżej niego, ale było to trochę ciężkie, gdy starał się biec i jednocześnie ciągnąć ze sobą Cry’a, który trzymał się za głowę i wyglądał gorzej niż wcześniej. Pewds przyśpieszył kroku. Tylko za bramę, tylko za bramę i będą bezpieczni. Byli tak blisko, że ani śniło mu się teraz rezygnować. Oddał kilka strzałów na oślep, mając nadzieję, że chociaż jeden trafił. Zombi nie właziły im jeszcze na plecy, ale gracz wolał mieć jednak trochę luzu, zamiast poczuć czyjeś pazury rozdzierające mu skórę. Wbiegł na skrzyżowanie ulic i z przerażeniem odkrył, że z obu stron nacierają nowe ilości żywych trupów i że Cry stracił przytomność, nagle zwalając się na jego ramię z całą swoją ciężkością. Wzmocnił swój chwyt, trzymając go pod pachami i praktycznie dociągnął go do wejścia, suwając jego stopami po ziemi. Niezbyt delikatnie szarpnął za bramę, wskoczył do środka i zatrzasnął ją za sobą, z ulgą odkrywając, że na metalowych prętach wisi gruby, stalowy łańcuch z kłódką. W ostatniej chwili zatrzasnął ją, zamykając bramę nieco trwalej i cudem uniknął wyciągniętych w jego kierunku pazurów. Odskoczył do tyłu, przyglądając się dokładniej przerażającym twarzom. Niektóre z nich miały jeszcze włosy i kawałki skóry, niektóre były już całkiem przegnite. W ich pustych oczach nie było nic poza wściekłością, ale nie wiadomo na kogo lub na co. Widać było ich połamane zęby, kiedy krzyczały i warczały. Czasami prześwitywały gdzieś pod warstwą zzieleniałych mięśni i mięsa białe kości. Były tak nieludzkie i ludzkie jednocześnie, że Pewds poczuł, jak ciarki przebiegają mu po plecach, gdy zdał sobie sprawę z tego, w co zmienili się ludzie, którzy kiedyś wyglądali, rozumieli i czuli tak jak on. Spojrzał na Cry’a. Nie mógłby znieść tego, gdyby on też stał się takim bezrozumnym potworem, kierującym się tylko głodem. Odwrócił więc swoją uwagę od hordy próbującej się dorwać do jego żywego jeszcze ciała i w milczeniu odszedł na schody prowadzące do głównych drzwi szpitala.

***
Cry ocknął się dopiero po wylaniu na niego całej pozostałej zawartości butelki wody na jego twarz. Obraz rozmazywał mu się przed oczami i zajęło mu trochę, by rozpoznać twarz, która się nad nim pochylała. Pewds uśmiechał się do niego, ale widać było, że jest zmartwiony. Cry zamrugał kilkukrotnie, nim powoli podniósł się z jego kolan i rozejrzał po otoczeniu. Głowa mu pulsowała tępym bólem.
- Gdzie jesteśmy? – wychrypiał. Ostatnie co pamiętał, to ostre światło i hałas. Nie za wiele mu to mówiło.
- Przy szpitalu. Bałem się, że już się nie obudzisz – Pewdie przytulił go, ignorując to, że Cry był cały spocony i koszulka lepiła mu się do ciała. – Jesteśmy tak blisko, musisz jeszcze chwilę wytrzymać, okay?
- Jasne. Jak się tu znaleźliśmy?
- Przytachałem cię tu, pod ramię. Przepraszam, trochę tobą pomiatałem.
- To ja przepraszam, że w ogóle musiałeś. Nie wiem, co się ze mną stało – mruknął Cry, odwracając wzrok. W oczach miał łzy.
- Nieważne już – odparł Pewds. – Jesteśmy u celu. Może na lekach będzie ci się nieco lepiej iść. A może nawet znajdziemy tu antidotum.
Pomógł mu wstać, już tysięczny raz tego dnia. Cry spojrzał na niego niepewnie, po czym przytaknął energicznie i zwrócił się do drzwi, gotowy wejść do środka. Pewdie natychmiast stanął obok niego i razem z nim popchnął ciężkie wrota, wchodząc do środka.
Na całe szczęście, w głównym holu nikogo nie było. Mężczyźni weszli do środka, rozglądając się niespokojnie. Wnętrze było trochę poprzewracane, z wózkami leżącymi w nieładzie przy ścianie i papierami rozwalonymi po podłodze. Panowała tu jednak cisza i spokój i przynajmniej na razie nie roiło się tu od zombiaków. Pewds przeszedł za ladę recepcji, szukając w dokumentach jakiejkolwiek informacji o antidotum lub chociażby o miejscu gabinetu pierwszej pomocy, gdzie mógłby znaleźć coś użytecznego. Cry uklęknął natomiast na ziemi i zajął się przeszukiwaniem rozwalonych na ziemi papierów.
- Jakaś szpitalna apteka jest tu, na parterze, we wschodnim skrzydle – odezwał się Pewdie, machając mapką szpitala ze zaznaczonymi salami. – Wymienimy ci chociaż opatrunek.
- Znalazłem coś ciekawszego – odparł Cry, z trudem podnosząc się z ziemi. W dłoni miał jakiś świstek. – Do doktora Drevisa, pisze coś o przekazaniu serum przeciwko nowemu wirusowi do laboratorium na drugim piętrze. Myślisz, że tego szukamy?
- Nie wiem, ale można sprawdzić, to jedyny trop – Pewds starał się nie pokładać w tym zbyt dużej nadziei, ale i tak poczuł nagły przypływ energii, gdy o tym usłyszał. – Gabinet Drevisa jest na pierwszym piętrze, na zachodnim skrzydle. Laboratorium na szczęście też na zachodnim, ale piętro wyżej i w innym korytarzu. Nie powinno być problemu z dotarciem tam.
- Dobrze, to w takim razie po kolei. Mogę zostać i przeszukać gabinet doktora, a ty poszukasz w laboratorium, okay?
- To niebezpieczne. Jesteś pewien, że dasz sobie radę? Poza tym, jak się dogadamy, kiedy już coś znajdziemy? Nie będziemy do siebie przecież krzyczeć – zaprotestował Pewds. Nie chciał zostawiać Cry’a samego, szczególnie po tym, jak nagle stracił przytomność.
- Moglibyśmy spotkać się w określonym miejscu – Amerykanin wzruszył ramionami, ale gdy zobaczył wzrok swojego chłopaka westchnął ciężko i uniósł ręce do góry. – Okay, w porządku, pójdziemy tam razem.
Przeszli wzdłuż korytarza na zachodnie skrzydło szpitala. O dziwo, był pusty, jeśli nie liczyć walających się łóżek i kilku, nieruchomych na szczęście, ciał. Czasami zza drzwi słychać było jakieś trzaski czy pomruki, ale jeśli coś za tymi drzwiami było, to i tak było tam zamknięte na amen i gracze nie mieli się czego obawiać. Gorzej zrobiło się na piętrze. Schowali się za rogiem i niespokojnie obserwowali włóczących się po korytarzu. Mieli na sobie jeszcze szpitalne kitle lub luźne piżamy. Nie było ich wielu, ale ciężko było przejść obok nich niezauważonymi, a musieli przejść korytarz do połowy, by móc wślizgnąć się do gabinetu.
- Próbujemy laboratorium pierw, zamiast tego? – spytał Pewds szeptem, spoglądając na Cry’a. Brunet pokręcił głową.
- Damy radę. Przebiegniemy, w razie czego mamy kij bejsbolowy, może się uda. Na górze pewnie będzie tak samo, jeśli nie gorzej. Na piętrach jest mnóstwo sal szpitalnych, na parterze były głównie przychodnie, dlatego nie było tam nikogo. Zaryzykujmy.
- Oby było tam to antidotum, bo inaczej mamy problem – Pewdie westchnął. – Staraj się iść powoli i niezdarnie, chyba, że będziesz pewien, że cię zobaczyli, wtedy biegiem. Sala 203. Jeśli zwrócimy sobą uwagę, trzeba będzie zamknąć i zabarykadować drzwi. Jeśli jakimś cudem nas nie zauważą to dobrze, ale przygotuj się na to, że trzeba będzie zużyć dużo amunicji przy wychodzeniu.
Cry skinął tylko głową i, biorąc ostatni głęboki wdech, ruszył przed siebie. Szedł tak, jak mu kazano, próbując naśladować kroki zombi. Posunął się nawet do cichego, gardłowego warczenia i niekontrolowanych ruchów rękami. Serce wyrywało mu się z piersi, ale starał się niczego po sobie nie pokazywać. Przeszedł koło jednego trupa i nie zwrócił on na niego uwagi, potem jak gdyby nigdy nic minął kolejnego. Zaczynał się niepokoić, ale spokojnie podszedł do drzwi o numerze 203, oznaczonych tabliczką z napisem „A.Drevis”, otworzył je i wszedł do środka, zostawiając je lekko uchylone, by mógł wejść za nim Pewds. Z niecierpliwością czekał na zjawienie się blondyna i zamarł, gdy usłyszał syknięcie jednego z zombi i głośne tupanie czyichś butów. Po chwili Pewdie wpadł do gabinetu i zatrzasnął drzwi, natychmiast dosuwając na nie najbliżej stojącą szafę.
- Co się stało? – spytał Cry, oglądając Pewdsa dokładnie. Wyglądało na to, że nic mu nie jest, ale na twarzy był blady z przerażenia.
- Nie wiem, musiałem im się wydać podejrzany – odparł, przecierając twarz i rozglądając się po pomieszczeniu. Gabinet doktora Drevisa wyglądał bardziej jak kolejne laboratorium niż jak klasyczne biuro z biurkiem, krzesłem, komputerem i książkami medycznymi na regałach. W jednej części pokoju był rozkładany fotel dla pacjentów, mnóstwo sprzętu medycznego i całe regały zastawione różnymi lekami i odczynnikami, a za kotarą, w drugiej części, duży stół wyłożony kaflami, na którym znajdowały się różne palniki, próbówki, pipety i nowoczesne mikroskopy. Gracze rozejrzeli się, ale nic nie wyglądało im z tego znajomo. Pewds ruszył do szafek i zaczął przeglądać leki, a Cry udał się prosto do biurka lekarza, szukając jakiejś wskazówki. Przez chwilę grzebał w jego dzienniku badań, nim trafił na interesujący go fragment.
- Pisze trochę o objawach we wczesnym stadium – powiedział do towarzysza, który natychmiast przestał bawić się pipetą z jednorazowymi końcówkami i podszedł bliżej. – Gorączka, suchość w gardle i ustach, omdlenia, nudności. Dobrze wiedzieć, że to jeszcze wczesne stadium…
- Co z lekiem na to?
- Chwila, szukam… Prowadził badania przez ostatni miesiąc, na razie prowadził testy tylko na zarażonych szczurach i na… świeżo zmarłym pacjencie zarażonym wirusem. Wirus przenoszą jakieś… zwierzęta, nie wiem, łacińska nazwa, oraz ludzie zarażeni, poprzez ugryzienie. Ludzie zmarli śmiercią naturalną, jeśli nie zostaną natychmiast pochowani są narażeni na pośmiertny powrót do życia, ale nie odkryto na jakich warunkach. Za mało badań i zbyt szybko rozwijająca się epidemia – westchnął Cry, przewracając kolejne kartki. – Nie znają stuprocentowej przyczyny, te zwierzątka to tylko teoria, bo zaobserwowano u nich taką samą chorobę. Serum zadziałało na niektórych szczurach, ale pisze, że odporność na lek jest cechą indywidualną. Na człowieka nie zadziałało, ale nie wie, czy dlatego, że był martwy, czy dlatego, że był odporny, czy że po prostu nie działa na ludzi.
- Czyli to wersja próbna, cały czas w testach – mruknął Pewds. Nie zapowiadało się to zbyt dobrze.
- Tak. Tutaj zrobiło się zbyt niebezpiecznie, więc wyjechał. Na tym kończy się jego wpis – Cry zamknął notes, odkładając go na biurku. – Nie wiem, czy to to, Pewds. To może być tylko mylący trop, a może też być lekiem. Ale nietestowanym na ludziach, tak naprawdę. Ryzykownie.
- Nie mamy chyba innego wyjścia, jak spróbować – Szwed wrócił do przeszukiwania pokoju. W części laboratoryjnej gabinetu znajdowała się pokaźna lodówka i to właśnie do niej skierował się mężczyzna. – Gdzieś tu musi być. Jeśli nie, pójdziemy do laboratorium. Jeśli tam też nie, spadamy stąd i szukamy dalej. Nie poddam się, póki jest jeszcze nadzieja.
Cry uśmiechnął się słabo, ale nie było mu do śmiechu. Szanse na przeżycie miał niewielkie, bał się, że zrobi Pewdiemu krzywdę albo że zginą obaj szukając tego cholernego serum. Pewds mówił o nadziei, ale on już ją chyba stracił.
- To może być to – krzyknął Pewdie, biegnąc z jakąś fiolką zamkniętą plastikowym korkiem. Na etykietce napisane było, że to próbka testowa, a leżała ona razem z kilkoma innymi fiolkami w pudełku oznaczonym jako „lab s.408”, więc wychodziło na to, że to właśnie to próbne serum miało trafić do laboratorium na drugim piętrze. Gracz przez chwilę szukał strzykawki w szufladzie niedaleko fotela dla pacjentów, po czym podszedł do Cry’a. – Chcesz zaryzykować? Nie wiem, jaki efekt będzie to na ciebie miało, ale to jedyne, co znaleźliśmy. Jeśli nie jesteś pewien, powiedz mi tylko.
- Co mi może zrobić ten lek? I tak powoli umieram, może chociaż skróci cierpienia, jeśli nie wyleczy – Cry wzruszył ramionami, uśmiechając się z rezygnacją. – Nie mam nic do stracenia.
Pewds zawahał się przez chwilę, ale w końcu niepewnie skinął głową. Cry wyprostował lewą rękę, by lepiej było mu widać żyły i spojrzał na twarz drugiego mężczyzny.
- Kocham cię, wiesz? – Pewdie podniósł na niego wzrok, zaskoczony jego słowami.
- Nie mów tak, jakby to rzeczywiście był twój koniec – poprosił cicho, napełniając strzykawkę do pełna przeźroczystym płynem z fiolki. – Też cię kocham. Wytrzymaj jeszcze trochę, okay?
Cry nie odpowiedział, tylko przymknął oczy. Oddychał równo, nawet gdy poczuł, jak Pewds przeciera mu chłodnym, namoczonym w jakimś środku odkażającym wacikiem zgięcie łokciowe i jak wbija mu igłę strzykawki w żyłę. Po kilku sekundach, które zdawały się trwać wieki, nacisnął tłok.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Moja beta mówi, że rozdział niezły. W pełnym zaufaniu do niej wstawiam tutaj xD

Dzień dobry wszystkim! Trochę spóźnione Wesołych Świąt Wielkanocnych! Jeszcze tylko dwa i pół miesiąca szkoły! *dużo radości*
No i chyba znowu muszę was przeprosić za zwłokę. Od lutego zaczęłam pisać taką dosyć obszerną pracę do szkoły, zwaną Extended Essay (można sobie wyguglać dla zainteresowanych xD) i nie mam czasu, jak się pewnie mogliście domyśleć. Teraz dostałam półtora tygodnia wolnego i  nagle 19 stron w 4 dni. Nie pytajcie, jak to się stało, sama nie wiem xD Rozdział jest jaki jest, bardzo się starałam, żeby wyszedł ciekawy i modlę się, by taki był. Oczywiście jak zawsze proszę o opinie w komentarzach :D Kolejnej, ostatniej już części spodziewać się możecie najwcześniej w czerwcu - teraz kwiecień/maj jestem zbyt zalatana - uczę się do próbnych maturek i trochę mam do wkucia, także musicie mi wybaczyć.

No więc, odnośnie rozdziału: oby był dla was emocjonujący i pełen napięcia, czy coś. Starałam się jak mogłam, ale mam wrażenie, że nie wyszło mi coś i mogło być lepiej. Gdybym jednak miała poprawiać 100 razy każdy rozdział, jaki opublikuję, musiałabym zrezygnować z pisania xD
W tej części pojawiają się przelotnie dwie postaci, Ken i Mary. Niektórzy mogą Kena kojarzyć, bo z Pewdsem i Cry'em trochę grał i prowadził podcast i ogółem się kumplują xD Mary to jego dziewczyna, jest cosplayerką i prowadzi własny kanał na yt:
MarySuperFace:
CinnamonToastKen:
Poza nimi, jest jeszcze jeden mały easter egg pod koniec rozdziału; dotyczy on pewnej gry RPG maker, którą lubię. Możecie poszukać :D

To chyba tyle na dzisiaj <3 Mam nadzieję, że jeszcze ze mną zostaniecie.
Informuję także, że być może zacznę powoli wstawiać to opowiadanie na wattpada, po części co jakiś czas, bo szukam rozgłosu. Jak coś już się tam pojawi, to dam wam znać, jeśli komuś byłoby wygodniej to tak czytać.
Anyway,
Brofist!
~Maru <3

PS. Przepraszam za wulgaryzmy. Usprawiedliwiam to sytuacją przedstawioną w pierwszych fragmentach.
PPS. I znowu zmieniło mi czcionkę, ale tego chyba nigdy nie ogarnę :c

sobota, 31 grudnia 2016

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział ósmy, część pierwsza.

VIII

Był w niesamowicie dobrym nastroju. Najchętniej wróciłby na górę i znów całował się z nowym chłopakiem niezliczoną ilość razy, ale wiedział, że będzie bardziej spokojny mogąc to zrobić w następnym safe poincie. Zajął więc myśli robieniem śniadania, które chociaż proste, wymagało przygotowania. Posmarował chleb masłem, nałożył na kromki ser, wędliny, pomidor, ogórek… Woda w czajniku już się grzała, a na kuchennym blacie ustawione były kubki z ciemnym, brązowym proszkiem w środku. Pewds wiedział, że kawa będzie najlepszym wyjściem w obecnej sytuacji, ponieważ jeśli mają gdziekolwiek dojechać, potrzebują porządnego kopa energii. Kiedy zalał już kawę wrzątkiem, ustawił naczynia na stole i ruszył na piętro, by zawołać Cry’a na śniadanie. Ku jego zdziwieniu, nie znalazł go w pokoju, jednak dźwięki, które dobiegły go z łazienki natychmiast zdradziły miejsce pobytu bruneta – mężczyzna nucił coś pod nosem wesoło, najwidoczniej będąc przed lub po kąpieli.
- Cry, jedzenie gotowe! – zawołał przez drzwi, dla pewności pukając w nie mocno.
- Zejdę za chwilę, daj mi minutę! – usłyszał odpowiedź. Nie chcąc mu przeszkadzać, wrócił do jadalni i zasiadł przy stole. Spodziewał się, że „minuta” znaczy u Cry’a tyle, co „kwadrans”, więc zdziwił się, gdy chwilę później jego uszu dobiegły odgłosy kroków na schodach. Amerykanin wciąż wycierał włosy ręcznikiem, ale był już w pełni ubrany, właściwie rzecz biorąc gotowy do wyjścia. Dołączył do Pewdie’go przy stole, siadając naprzeciw niego i posłał mu uśmiech.
- Cóż przygotował dziś szef kuchni?
- Specjalność zakładu, kanapki – odparł Pewds ze śmiechem. Tęsknił za taką swobodą rozmów i ciepłem w ich relacji. Teraz żałował tylko, że nie mówił mu o swoich odczuciach na bieżąco. Być może potoczyłoby się to szybciej i nigdy nie musieliby się kłócić? Nie był w stanie tego sprawdzić, ale mimo wszystko cieszył się, że wszystko wróciło do normy, nawet jeśli oznaczało to zmianę ich relacji o sto osiemdziesiąt stopni i wywrócenie wszystkiego do góry nogami. Nie mieli pojęcia, gdzie ich to zaprowadzi, ale Pewdie na pewno nie żałował swojej decyzji.
Rozmawiali podczas posiłku dość swobodnie, chociaż nieśmiałość dalej wkradała się do ich spojrzeń i gestów, gdy obaj nie byli pewni tego, co mogą i czego nie mogą zrobić. Kanapki zniknęły z ich talerzy w rekordowym tempie, Pewds w kilka sekund dopił swoją kawę i poszedł się przebrać w ubrania codzienne, żeby w końcu mogli wyjść z mieszkania i znaleźć sobie inne miejsce na spokojny nocleg. Cry został w jadalni, narzekając i mamrocząc coś o tym, jak bardzo nie lubi pić kawy i jakże ona mu nie smakuje, jednak ostatecznie wypił wszystko do ostatniej kropli, czując, jak ogarnia go ogólne znużenie. Następnie zebrał wszystkie naczynia, włożył je do zlewu i tam zostawił, stwierdzając, że i tak nie potrzebuje ich myć. Nie pakowali żadnych rzeczy, nie wiedząc za bardzo co mogliby wziąć na krótką wycieczkę do następnego safe pointu, więc gdy Pewdie zszedł do salonu po prostu opuścili mieszkanie, zamykając za sobą drzwi.
- Jak myślisz, będziemy musieli długo iść? – spytał Cry, wychodząc z budynku na chłodne, poranne powietrze. Musiało być jakoś przed siódmą, bo słońce jeszcze wisiało dość nisko, rzucając przyjemną różową poświatę. – Nie sądzę, żebym miał ochotę na spacer.
- Na takim powietrzu trochę ruchu ci się przyda, pomaga się obudzić – odparł Pewds, powoli ruszając powoli wzdłuż głównej drogi, jednak nagle zatrzymał się. Zanim Amerykanin zdążył spytać dlaczego, zauważył nadjeżdżający w ich kierunku autobus, taki sam jak ten, którym tu przyjechali dwa dni temu. Obaj gracze odczuli wielką ulgę widząc, że zostaną dowiezieni do celu i nie będą musieli się włóczyć nie wiadomo ile czasu w nieznanym im nawet kierunku, by dotrzeć do nowego mieszkania. Natychmiast podeszli więc do stojącego teraz przy krawężniku busa i wsiedli do środka, tak jak wcześniej kompletnie zignorowani przez kierowcę. Wnętrze pojazdu było jednak w większości zajęte ludźmi, którzy także nie zwrócili najmniejszej uwagi na nowo przybyłych. Postacie nie wyróżniały się bardzo, nosząc zwykłe, nudne ubrania w nudnych barwach i nie wypowiadając ani słowa. Pewds i Cry przecisnęli się przez wąskie przejście, zajmując dwa wolne miejsca koło siebie. Autobus powoli ruszył i gdyby nie szum opon na jezdni panowałaby cisza niemal idealna.
Obecność innych ludzi wprawiała mężczyzn w lekki niepokój – chyba podczas całej przebytej gry nie mieli do czynienia z taką grupą osób, przynajmniej nie żywych. Chociaż nikt się nie ruszał i nie wydawał żadnych dźwięków, ten brak ruchu i rozmów i wpatrzone przed siebie postaci sprawiały, że gracze czekali tylko na niespodziewany atak. Gdy jednak przez dziesięć minut nic się nie działo, nieco się rozluźnili, mając nadzieję, że jest to tylko sztuczny tłum i że bus dowiezie ich do celu w miarę bezpiecznie. Cry zapatrzył się w widok za oknem, obserwując, jak domy powoli znikają i ustępują drzewom i łąkom, gdy wyjeżdżali z miasta. Niebo miało przyjemny, lekko zaróżowiały odcień i brunet nie mógł powstrzymać uśmiechu. Było cicho i spokojnie, a tego właśnie potrzebował. Kawa, której tak bardzo nie lubił pić dawała mu jednak efekty, bo przestał czuć się tak senny. Być może była to też zasługa szybkiego, chłodnego prysznica, ale najważniejsze było to, że sen go nie łapał i nie musiał się martwić o to, że przegapią swój przystanek. Nie można było tego powiedzieć o Pewdie’m, który po kilkunastu minutach od wyjazdu oparł się ciężko o ramię Amerykanina, przymykając oczy.
- Będziesz spał? – zagadnął go Cry, wciąż się uśmiechając. Miał wrażenie, że już nic nie jest w stanie zepsuć mu humoru odkąd w końcu zdecydował się być z ukochaną osobą.
- Nie, tylko odpoczywam – mruknął Pewds w odpowiedzi, ale sądząc po głosie nie było szans, żeby długo wytrzymał przytomny. – Jestem padnięty.
- Jak chcesz, to się zdrzemnij. Będę nas pilnował – odparł, chwytając Pewdsa za dłoń i ściskając ją lekko. – Obudzę cię, jak będziemy na miejscu.
- Jesteś pewien? – Pewdie spojrzał na niego, ale gdy Cry skinął mu głową twierdząco, wrócił do leżenia na jego ramieniu. – Dzięki. Jakbyś zaczynał przysypiać, to mnie szturchnij, możemy się potem zamienić.
- Jasne.
Zajęło mu dosłownie chwilę, żeby pogrążyć się w głębokim śnie. Cry odczuł to, gdy ciężar na jego ramieniu zwiększył się, ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Pozwolił mu spać, samemu znów zwracając się w stronę okna. Widoki zmieniły się znacznie, teraz w zasięgu jego wzroku znajdowały się głównie pola i niewielkie domki gdzieś w oddali, na horyzoncie. Krajobraz ulegał ciągłej zmianie i nie minęło nawet pół godziny, gdy Cry dostrzegł, że zamiast domków jest teraz ciemna, błękitna linia wody. Ucieszył go ten widok; chociaż nie miał w sumie bardzo daleko do morza, zważając na to, w jakiej części Stanów mieszkał, to mimo wszystko perspektywa spędzania czasu na plaży w towarzystwie Szweda bardzo mu się podobała. Jeszcze bardziej ucieszył się, gdy jego nadzieje się potwierdziły i autobus zatrzymał się w końcu, a przez szyby dobrze widoczny był piasek i podmywające go morskie fale, błyszczące od wschodzącego słońca. Natychmiast obudził Pewdsa, ciągnąc go dość nieprzytomnego do wyjścia, by w końcu wyjść wprost na przystanek. Z przystanku była tylko jedna, prosta, wydeptana ścieżka i nawet stąd było widać, że prowadzi ona do niewielkiego domu. Pewdie nie do końca ogarniał, co się dzieje, ale pozwolił Cry’owi poprowadzić się do domku, rozglądając się po najbliższym otoczeniu. Powietrze było rześkie i dość chłodne, niosło za sobą zapach słonej wody. Pewds oprzytomniał więc w końcu i już nieco bardziej świadomy rozejrzał się po otoczeniu. Nowy safe point położony był dość daleko od miasta, którego budynki ledwie było stąd widać i znajdował się w otoczeniu niemalże samych pól i łąk, z kilkoma małymi gospodarstwami porozrzucanymi wśród nich. Cały krajobraz dawał poczucie spokoju i obaj gracze byli bardzo zadowoleni, że będą mogli spędzić następne dwa dni w tak przyjemnym miejscu.
 Beżowy dom z drewnianą werandą i tarasem stał w idealnym miejscu by dobrze widzieć morze i nie słyszeć dźwięków, które mogłyby dobiegać z ulicy. Powoli wdrapali się na werandę po schodkach i otworzyli drzwi, by wejść do środka. Wnętrze domku było standardowo wyposażone; łazienka z prysznicem, ubikacją i umywalką wykafelkowana na biało, mała kuchnia z zapasami na dwa dni, kilka półek z książkami, szafa, komoda… Dwie rzeczy, które mogły ich zaskoczyć, były niewielkim radiem stojącym na szafce nocnej oraz łóżkiem, wyjątkowo podwójnym zamiast dwóch pojedynczych.
- Nie mamy wyjścia, musisz spać ze mną – uśmiechnął się Pewds, szturchając Cry’a w ramię. Brunet nie przejął się tym w ogóle, ściągając z siebie buty i spodnie i kierując się w stronę łóżka. Pewdie zaśmiał się lekko. – Nie w tym sensie, ale skoro nalegasz…
- Zamknij się, idę spać – wymamrotał Cry, chyba bardziej do poduszki niż do Szweda. Pewds westchnął ciężko, ale wciąż z uśmiechem na twarzy. Podszedł do łóżka i siadł na jego skraju, po czym wsunął palce w miękkie włosy mężczyzny.
- Nie idziesz się myć? – spytał cicho, nie chcąc przeszkadzać mu za bardzo.
- Już się myłem.
- To przebierz się chociaż w piżamę?
- Nie jesteś moją matką, nie mów mi co mam robić. Idę spać.
- Okay, okay – Pewdie od razu odpuścił, ale nie mógł powstrzymać parsknięcia. Nachylił się do Amerykanina i delikatnie pocałował go w czoło, a Cry natychmiast otworzył oczy. Patrzył się na niego przez chwilę dziwnym spojrzeniem bez emocji i Pewds chciał już przepraszać, myśląc, że być może ten gest nie był odpowiedni.
- Kocham cię – wymamrotał Cry, zanim Pewds zdążył cokolwiek powiedzieć. Wyraźnie było widać, że brunet powoli odpływa i już nie do końca wie, co się dzieje.
- Ja ciebie też – odparł, spoglądając na niego ciepło i czując ulgę, że tylko to chciał mu powiedzieć. – Śpij dobrze.
- Yhmm.
Pewdie ruszył do łazienki, zabierając po drodze piżamę i ręcznik z szafy. Potrzebował szybkiego prysznica i bardzo długiego snu. Czuł się wrakiem człowieka, był zmęczony i brudny i bardzo niezadowolony ze swojego obecnego stanu fizycznego. Ruszył więc do kabiny, z wielką ulgą przyjmując chłodną wodę oblewającą jego ciało. Chociaż niewiele mógł się wybrudzić biegając w świecie snów i koszmarów, nie zmieniało to ani trochę faktu, że czuł się bardzo spocony i zdecydowanie trzeba mu było w życiu żelu do mycia ciała i możliwości wysmarowania się nim dokładnie, by nareszcie móc poczuć się czystym. Woda pomogła mu także nieco otrzeźwieć i się zrelaksować, pozwalając na chwilę nie myśleć i nie martwić się tym, czy czekają go jeszcze jakieś koszmary, czy może jednak dla odmiany będzie mógł się nareszcie wyspać. Prysznic nie trwał bardzo długo; Pewds chciał tylko porządnie się wymyć i na chwilę zapomnieć o wszystkim, a to drugie niezbyt mu wychodziło na samą myśl o tym, że za ścianą leży pogrążony w śnie Cry i że prawdopodobnie jest przy tym niesamowicie uroczy. Przebrał się więc szybko w piżamę, wyszedł z łazienki i nim położył się do łóżka, pozasłaniał wszystkie okna zasłonami, by jak najmniej światła wpadało do pokoju. W końcu jednak legł blisko bruneta, uprzednio spychając go nieco na bok, żeby mógł się spokojnie położyć. Cry niezbyt reagował, nie ważne co robił z nim Pewds, śpiąc snem twardym i nieprzerwanym, więc blondyn nawet się o to nie martwił i po prostu próbował ułożyć się tak, jak mu wygodnie. W końcu przestał się wiercić, znajdując idealną pozycję dokładnie naprzeciw śpiącego Amerykanina, twarzą w jego stronę i z nogą między jego nogami oraz jednym ramieniem luźno przerzuconym przez jego talię, a drugim blisko siebie, tak, by jego dłoń mogła trzymać podczas snu dłoń Cry’a. Przez długą chwilę patrzył się na jego oblicze, jednocześnie zastanawiając się nad jego pięknem i nad tym, jak w ogóle do tego doszło, że potrzebował aż tyle czasu, by dotarło do niego, że jest w nim kompletnie zakochany. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę i przymknęło mu oczy, pozwalając mu odpocząć nareszcie w długim, nieprzerwanym śnie.

***
Gdy obudził się kilka godzin później, Cry’a nie było już przy nim, a on sam przykryty był kołdrą, chociaż pamiętał, że zasypiał bez niej. Niezbyt jeszcze przytomny podniósł się na łokciu i rozejrzał po otoczeniu, szukając wzrokiem bruneta. Znalazł go w kuchni, gotującego do jakiejś wesołej melodii, którą nucił pod nosem. Zapach gotowanej przez niego potrawy był bardzo przyjemny i dopiero wtedy do Pewdsa dotarło, że jest dość głodny i że bardzo chętnie coś przekąsi.
- Dzień dobry – wymamrotał, na tyle głośno, by Cry go usłyszał. – Długo już jesteś na nogach?
- Dzień dobry – Amerykanin odwrócił się do niego, posyłając mu uśmiech. – Nie, niezbyt długo, może z pół godziny. Nie raczyłem się nawet przebrać.
Pewdie obejrzał go z góry do dołu i rzeczywiście, Cry wciąż nosił te same ubrania co wcześniej, teraz były tylko nieco bardziej wygniecione. Jego włosy też nie wyglądały najlepiej, stercząc we wszystkie strony.
- Nie, żeby było ci to potrzebne – odparł, uśmiechając się nieco drwiąco. Cry nie zwrócił na niego większej uwagi, pochłonięty czymkolwiek co znajdowało się na patelni. – Ile spałem?
- Nie wiem, kiedy zasnąłeś, ale zakładając, że około ósmej… to dziewięć godzin. Musiało ci się bardzo dobrze spać.
- Tak, w końcu spałem w twoich ramionach.
Za ten komentarz został nagrodzony głośnym śmiechem ze strony Cry’a, który najwyraźniej docenił tak słaby tekst.
- Jesteś absolutnie beznadziejnym przypadkiem, mam nadzieję, że nie rzucasz takimi tekstami do Marzii – brunet nareszcie przestał się śmiać, wracając do gotowania. Pewds automatycznie skrzywił się na wspomnienie dziewczyny.
- Cry, możemy o niej nie mówić? – poprosił cicho, tracąc dobry nastrój. – Czuję się wystarczająco źle z jej powodu, nie musisz mi o tym przypominać.
- Przepraszam – Cry odpowiedział niemalże natychmiast, zostawiając na chwilę swoje zajęcie, żeby podejść nieco bliżej Szweda. – Jeszcze… Jeszcze nie do końca ogarniam, jak się zachowywać. W sensie… Dalej wydaje mi się to cudownie pięknym żartem albo snem. Cóż, gdyby tak na to spojrzeć, to jest to sen…
- Nie jest, okay? Nie jest – głos Pewdsa stał się ostrzejszy. – To nie żart, Cry. To, co czuję jest na poważnie i chcę to traktować poważnie. Sprawę z Marzią załatwię, jak wrócimy do świata rzeczywistego, okay? Teraz o tym nie mówmy.
- Okay. Okay, przepraszam – Cry nachylił się w jego stronę i po krótkiej chwili wahania pocałował go lekko w czoło. – Już więcej o niej nie wspomnę.
- Dzięki – Pewds westchnął, po czym uśmiechnął się słabo, bardzo chcąc zmienić temat. – Co tam pichcisz?
- Ryż z kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym. Proste, ale smaczne. Przynajmniej taką mam nadzieję. Co o tym myślisz?
- Na pewno będzie pyszne.
Cry wrócił do gotowania, pozwalając blondynowi położyć się jeszcze na chwilę. Pewdie szybko stwierdził jednak, że leżenie mu się znudziło, więc ruszył do łazienki, by umyć twarz zimną wodą i w miarę ogarnąć włosy. Zdecydował się nie przebierać w ubrania codzienne i po prostu zostać w piżamie do końca dnia. Czuł się dość rozregulowany przez niezbyt normalne dla niego godziny snu i jedyne o czym mógł myśleć, to o tym o której godzinie pójdą spać teraz i jak przestawią się z powrotem do normalnego trybu funkcjonowania. Spojrzał półprzytomnie na swoją twarz i w lustrze zobaczył jak bardzo podkrążone ma oczy, co nie miało dla niego żadnego sensu biorąc pod uwagę to, ile spał i jak wyspany się teraz czuł. W jego wyglądzie nie pomagał też fakt, że miał coraz to większy zarost i że naprawdę powinien zastanowić się nad tym, czy go nie zgolić. W końcu dał sobie jednak spokój i najzwyczajniej w świecie opuścił łazienkę, dochodząc do wniosku, że nie patrząc na siebie nie będzie się zastanawiał nad takimi głupotami jak własny wygląd. Zaskoczyło go jednak to, że wcześniej nie było to dla niego niczym ważnym, a teraz nagle bardzo przejmował się tym, w jakim stanie jest jego twarz. Aż tak bardzo chciał zaimponować Cry’owi?
Gdy wyszedł z pomieszczenia, obiadokolacja była już gotowa. W całym pokoju unosił się przyjemny zapach potrawy, która rozłożona na dwóch dużych talerzach czekała na stole na spożycie. Cry donosił jeszcze sztućce i szklanki na wodę, ale gdy tylko zauważył obecność Pewdsa uśmiechnął się do niego, ruchem głowy wskazując, że może już usiąść. Pewdie czuł się trochę niezręcznie z jakiegoś powodu i coś mu mówiło, że ma to związek z tym, jak normalnie odbierał tą sytuację. Jakby nie było nic znaczącego w tym, że Cry dla niego gotuje, że się całują, że zasypiają blisko siebie. Jakby już zawsze tak było.
- Smacznego – z przemyśleń wyrwał go głos Amerykanina, który zdążył już zasiąść na krześle po drugiej stronie stołu i który zabierał się właśnie za jedzenie. Felix odpowiedział na to pod nosem, ale najwyraźniej Cry w ogóle się tym nie przejął, zabierając się za swoją porcję kurczaka z ryżem. Pewds musiał przyznać, to danie było wyjątkowo smaczne jak na coś, co dało się przygotować w niecałą godzinę i co było daniem raczej prostym, niewymagającym przepisu. Szwed nawet nie zdążył się zorientować, kiedy dokładnie potrawa zniknęła z jego talerza i wylądowała w jego żołądku, ale szczerze żałował, że nie mógł dostać dokładki.
- Było przepyszne, dziękuję – odezwał się głośno, patrząc na Cry’a z lekkim uśmiechem, który natychmiast został odwzajemniony.
- Nie ma za co, cieszę się, że smakowało. Może jest jakaś szansa, że chciałoby ci się pomyć naczynia teraz…?
- Jasne, niech ci będzie – Pewdie zaśmiał się pod nosem, unikając kontaktu wzrokowego. Jak na coś, na co tak bardzo czekał, jego zachowanie ani trochę nie przypominało osoby w związku romantycznym. Starał się, żeby wszystko było miłe i przyjemne, ale chyba nie docierało do niego, na jaki rodzaj związku się zgodził. Trochę dziwnie było traktować Cry’a w sposób inny niż przyjacielski i nie wychodzący poza ten schemat. Nawet jeśli ostatnie parę dni spędził na palącym pragnieniu zmiany ich relacji na taką, która pozwalałaby mu na więcej dotyku.
- Hej, Pewds, wszystko w porządku? – Cry chyba w końcu zauważył w nim coś nienormalnego albo widział to wcześniej, ale grzecznie nie poruszał tematu i teraz było już tak źle, że nie mógł się powstrzymać. – Jakoś dziwnie się zachowujesz. Czy chodzi o tą rozmowę wtedy? Tą o Marzii? Bo jeśli tak, to naprawdę przepraszam, to się już nie powtó-
- Nie, nie, jest okay – Pewds przerwał mu, co może nie było miłe, ale nie chciał jeszcze raz przerabiać tematu swojej dziewczyny. – Po prostu nie do końca wiem, co z tobą… robić.
- Nie ustaliliśmy, że będziemy się zachowywać tak jak wcześniej? Bez żadnych zmian poza okazywaniem sobie czułości?
- Tak staram się robić, ale… - Pewdie zamilkł na chwilę, ważąc słowa. – Nie wiem, co jest odpowiednie, a czego nie powinienem robić. Nie chcę spieszyć tej relacji, bo jest dla mnie bardzo ważna, wiesz o czym mówię?
Cry tylko skinął w odpowiedzi, po czym wstał z krzesła. Nim blondyn zdążył zapytać, co się dzieje, Cry gestem dłoni wskazał, że też ma się podnieść do pozycji stojącej. Kiedy już stał na nogach i gorączkowo myślał, co powiedzieć, by uniknąć kłótni, brunet uśmiechnął się do niego ciepło i podszedł bliżej.
- Wiem, że jest to trochę dla nas nienaturalne, ale początki zawsze są takie. Musisz się po prostu przemóc, a potem przyzwyczaić. Na przykład… do pocałunków. Najlepszym sposobem na przyzwyczajenie się jest dużo praktyki.
Pewds sam musiał się uśmiechnąć, słysząc tą próbę zmuszenia go do pocałunku. Nie zmieniało to jednak faktu, że Cry miał trochę racji i że zdecydowanie była to dobra taktyka. Położył więc dłoń na policzku drugiego mężczyzny i powoli przybliżył swoje usta do jego, dając sobie chwilę na wahanie. Cry nie był jednak tak cierpliwy i w kilka sekund zmniejszył dystans między ich wargami, łącząc ich w przyjemnym, wolnym pocałunku. Pewds był dosyć zaskoczony tym, jak przyjemny był ten gest. Obcy, a zarazem znajomy; coś, co robił wielokrotnie w życiu, a jednocześnie nie robił nigdy. Automatycznie przysunął się bliżej, podążając za miłym dotykiem i zaczął odpowiadać na pocałunek, leniwie, bez pośpiechu. Mieli jeszcze mnóstwo czasu na bycie gwałtownymi i pełnymi pasji. Teraz szli powoli, próbując, sprawdzając, testując się nawzajem. Delikatne, pełne czułości dotknięcia, ręce niepewnie badające nowe, jeszcze nie znane im ciało. Chociaż trochę im to zajęło, w końcu odsunęli się od siebie, kończąc całkiem głośnym cmoknięciem, które z jakiegoś powodu dość ich rozbawiło. Cry spojrzał się na blondyna, jakby wygrał wszelkie pieniądze świata, ale w jego oczach kryło się także zdziwienie, jakby był zaskoczony tym, że to jest możliwe, że to aż tak przyjemne. Uśmiechnął się radośnie, przymykając oczy i pozwalając sobie na jeszcze jeden, krótki pocałunek w czoło.
- Mógłbym się do tego przyzwyczaić - mruknął Pewds, odpowiadając na uśmiech. Amerykanin zaśmiał się cicho pod nosem, mierzwiąc włosy przyjaciela, po czym odsunął się od niego jeszcze bardziej i zwrócił się w stronę kuchni, w oczywisty sposób próbując ukryć zawstydzenie.
- Herbaty? – spytał, ale i tak wyciągnął z szafki dwa kubki, nie czekając nawet na odpowiedź. Pewdie przytaknął odruchowo, zanim dotarło do niego, że Cry go nie widzi.
- Tak – odparł w końcu, zbierając talerze i kierując się do kuchni. – Zostaw, skoro i tak myję naczynia, to mogę też zrobić herbatę. Jaką chcesz?
- Czarną, dzięki – Cry nagrodził go uśmiechem i szybkim całusem w policzek. – Idę się nieco ogarnąć i potem będę siedział na tarasie, chcesz do mnie dołączyć?
- Będziemy oglądać zachód słońca? Super, a skrzypce w tle też będą?
- Zamknij się, jak nie chcesz, to nie. Sam też mogę wypoczywać – Cry wydawał się nie wzruszony jego docinkami i spokojnie udał się do łazienki, nawet nie racząc blondyna spojrzeniem. Pewds mimowolnie uśmiechnął się pod nosem, całkiem z siebie dumny i w takim dobrym nastroju zabrał się za zmywanie. W kilka minut naczynia były pomyte, a herbaty zaparzone i posłodzone. Pewdie położył je na stoliku, po czym ruszył do półki, by włączyć muzykę i chwycić jakąś książkę, zanim udał się na taras.
Niebo dopiero zaczynało przybierać fioletowo-różowy odcień, gdyż słońce było jeszcze dość wysoko. Wiatr wiał delikatnie, niosąc ze sobą cudowny zapach morza i odgłosy szumu fal. Pewds wziął głęboki oddech, uśmiechając się sam do siebie i przymykając oczy. Romantyczne czy nie, spędzenie wieczoru na świeżym powietrzu było znacznie lepszą perspektywą niż siedzenie w pokoju – szczególnie po tym, jak utknęli w jednym na całą noc bez możliwości wyjścia. Szwed zostawił więc książkę na małym stoliczku i wrócił się do środka po herbatę. Usiadł wygodnie na tarasowym krześle, stawiając kubki na tym samym stoliku co swoją lekturę i bardzo zadowolony zapatrzył się w bezkresny horyzont, czekając, aż Cry do niego dołączy. Na szczęście nie musiał czekać zbyt długo, bo zaledwie kilka minut później brunet dosiadł się na krześle obok, przebrany w nowe ubrania i z nieco bardziej ogarniętymi włosami. Upił łyk swojej herbaty, odłożył ją i spojrzał się na Pewdie’go z udawanym zaskoczeniem.
- A więc jednak zdecydowałeś się zaszczycić mnie swoją obecnością? Nie sądziłem, że jestem tego godzien…
- Stwierdziłem, że mogę poświęcić ci odrobinę mojego czasu, chociaż mam go niewiele jako najsławniejszy youtuber – Felix płynnie i bez zawahania odpowiedział na docinek, zakładając na twarz swój cwaniacki uśmieszek. – Tylko jedna zasada: to prywatne i nie sprzedajesz tego do gazet, a jak już to zrobisz, to chcę połowę kasy.
- Do gazet? Nie opłaca się. Lepiej napisać książkę. Będzie się nazywać „100 zachodów słońca z gwiazdą Youtube”, a jej opis będzie zaczynał się od „Romans niczym z gier komputerowych”. Co ty na to?
- Chciałbyś – odparł Pewds, ale mimo wszystko zaśmiał się. – Żadnych książek nie będzie, na razie się skup i spróbuj wydostać z tego koszmaru.
- Dobrze nam idzie, nie narzekam – mruknął Cry, ale spuścił wzrok na kolana i jego uśmiech stracił swoją radość, wyglądając teraz dość smutno. – Ale gdy już stąd wyjdziemy… Nie myślałem o tym wcześniej, ale zakładając, że dalej będziemy razem… Jak załatwisz to z fanami i mediami? Będziesz musiał ogłosić swoje zerwanie z Marzią, to nieuniknione: jeśli nie zrobisz tego ty, to na pewno zrobi to ona. Co potem? Co innego przyjaźń z tobą, co innego związek. Nie wiem, czy będę mógł dalej pozostać anonimowy, będę się musiał przeprowadzić albo ty się przeprowadzisz, co z tym zrobimy? To oznacza mnóstwo poświęceń, czy aby na pewno jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić?
- Cry, spokojnie – Pewdie przerwał jego potok słów, skutecznie zwracając uwagę Amerykanina na siebie. Cry spojrzał mu w oczy nieudolnie próbując się uśmiechnąć, lecz jednocześnie wyłamując sobie palce w stawach. Pewds sięgnął po jego dłoń nad stolikiem, którą Cry podał mu z pewnym zawahaniem, zanim odwrócił wzrok. – Wszystko będzie w porządku. Chcę, żebyśmy mogli skupić się teraz na grze, bo jest najważniejsza. Jak wrócimy, zadecydujemy. Będę musiał ogłosić światu fakt, że nie jestem już dłużej z Marzią, ale nie muszę im ogłaszać tego, że jestem z tobą. Nie możesz się przeprowadzić, to ja to zrobię. Możemy też znaleźć sobie wspólne mieszkanie i spróbować w ten sposób. Obiecuję ci, że będę starał się jak mógł, żebyś dalej pozostał anonimowy. Jeśli jednak uznasz, że związek ze mną jest dla ciebie zbyt dużą odpowiedzialnością, ryzykiem lub kłopotem i będziesz chciał odejść, to na pewno nie będę cię zatrzymywał. Chcę, żebyśmy obaj mogli być szczęśliwi w tym wszystkim, okay?
- Okay – wymamrotał Cry, znów patrząc się na niego. Gdzieś w tle można było usłyszeć wesołą melodię lecącą właśnie w radiu. Uśmiechnęli się do siebie: Cry z niepewnością, Pewdie w geście wsparcia i by dodać mu otuchy. Kiedy już upewnił się, że wszystko jest załatwione, odchylił się z powrotem w krześle, wygodnie opierając się o nie, ale nie puścił dłoni chłopaka, cały czas trzymając je oparte na stoliczku. Cry nie wycofał się z uścisku, wręcz przeciwnie: po chwili jego kciuk zaczął głaskać delikatnie wierzch dłoni Pewdsa, a on sam wrócił do podziwiania widoków.
Blondyn postanowił zabrać się za czytanie książki, którą ze sobą przyniósł. Jej fabuła była prosta, nieangażująca zbyt mocno, pozwalała na zwykłą, bierną obserwację działań bohaterów. Spokojna obyczajówka. Bez dramatu, silnych emocji, zawrotnej akcji. Dokładnie taki rodzaj pisania jaki pozwalał się zrelaksować i wręcz idealnie pasował do złotych promieni słońca padających na białe kartki oraz szumu morza i odgłosów mew. Pewdie nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu, który sam cisnął mu się na usta. Czytał przez przynajmniej godzinę, robiąc przerwy na odpoczynek. Obok niego Cry albo obserwował horyzont albo przymykał oczy i osuwał się w krześle, tak, że Pewds co chwilę musiał sprawdzać, czy przypadkiem nie śpi. Nie przysnął jednak ani na chwilę, a po już bardzo długim czasie podniósł się w końcu z siedzenia, alarmując tym drugiego mężczyznę.
- Gdzie idziesz? – spytał Pewdie, podnosząc gwałtownie wzrok znad książki. Cry machnął na niego ręką, zbierając ze stolika puste już kubki i wracając do środka. Szwed natychmiast ruszył za nim, trochę zaskoczony jego zachowaniem.
- Nie musisz mnie pilnować cały dzień – mruknął brunet, zostawiając naczynia w kuchni i wyciągając z lodówki dwie butelki piwa. Następnie chwycił z łóżka koc i wrócił z powrotem na taras, dając Pewdsowi znak ręką, że powinien iść za nim.
- Teraz zacznie się najlepsze – stwierdził, stawiając butelki na balustradzie i samemu się na nią wdrapując. Przez chwilę szukał dobrej pozycji, by nie spaść przypadkiem z poręczy, po czym otworzył jedną z butelek i obejrzał się na swojego chłopaka. – Dopiero teraz będzie zachodzić. Siadasz?
Pewdie stał przez krótką chwilę, próbując ogarnąć niespodziewaną sytuację, by w końcu zdecydować się na odłożenie książki na stolik i na wskoczenie na poręcz balustrady, siadając tuż obok Cry’a, który podał mu już otwarte piwo. Mężczyzna pociągnął spory łyk, patrząc przed siebie. Rzeczywiście, niebo przybrało czerwono-różowy odcień, a słońce zdecydowanie zbliżyło się do horyzontu. Było… naprawdę dosyć romantycznie i Pewds nie mógł się powstrzymać od spojrzenia na nowego chłopaka. Cry chyba to zauważył, bo zwrócił się w jego stronę i przez chwilę patrzyli się na siebie intensywnie. W końcu Cry oblizał nerwowo wargi, a jego wzrok na bardzo krótki, ledwie zauważalny moment ześlizgnął się na usta Pewdie’go, by powrócić do jego oczu i… Felix nie wytrzymał. Uśmiechnął się pod nosem, po czym pochylił się w stronę Cry’a, delikatnie całując kącik jego ust. Amerykaninowi chyba to jednak nie wystarczyło, bo szybkim i zdecydowanym ruchem chwycił go za kark, angażując w pocałunek konkretny i… nieco bardziej namiętny. Pewds ostrożnie odstawił swoje piwo na bok, nie przerywając jednak całowania, by móc położyć swoją dłoń na policzku Cry’a, a drugą przykryć jego dłoń, wciąż spoczywającą na drewnianej balustradzie tarasu. Całowali się tak kilka dobrych minut, pozwalając sobie na krótkie przerwy by zaczerpnąć oddechu i wracając do tej czynności z jeszcze większym zapałem. Pewdie czuł ciepło słońca na swoim policzku i ciepło bijące od ciała mężczyzny naprzeciw i ciepło rozlewające się w jego wnętrzu i szczerze mówiąc, nie potrafił sobie wyobrazić niczego, co mogłoby być lepsze od tego momentu. Gdyby pozwolono mu wybrać chwilę z życia, którą mógłby przeżywać w kółko przez całą wieczność, prawdopodobnie wybrałby właśnie tą.
W końcu jednak odsunęli się od siebie; Cry nawet zaśmiał się cicho pod nosem, widząc rozczarowanie na twarzy drugiego gracza.
- Co, czyżby ci się jednak podobała perspektywa romantycznego wieczoru przy zachodzie słońca? – spytał, wyraźnie wyśmiewając się z jego wcześniejszych docinków. – Z tego co pamiętam, to niezbyt ci się ten pomysł spodobał.
- Nie sądziłem, że będzie aż tak przyjemny – odparł Pewds, niezrażony. Dalej trzymali się za ręce, chociaż było między nimi znacznie więcej przestrzeni, a Cry wrócił już nawet do swojego piwa. – Z jakiegoś powodu zapomniałem, że będę to spędzał z tobą.
- Samemu też jest fajnie, jak lubi się ładne widoki. Robiłem tak często w lato, jak zachciało mi się wybrać na plażę.
- Masz blisko od domu?
- Niezbyt, ale w wakacje wybierałem się czasem na wybrzeże razem z rodziną albo ze znajomymi. Jest tam znacznie głośniej, bo dużo mieszkańców i turystów też lubi tam spędzać czas, ale jak się poświęci nieco czasu na przejście wzdłuż brzegu, to można trafić do paru ukrytych zatoczek, gdzie nie ma ludzi prawie wcale. Tam zwykle przesiadywałem; było spokojniej, ciszej i czułem się, jakby ten zachód był czymś wyjątkowym. Tylko dla mnie, byłem jedynym świadkiem jego piękna. Takie tam romantyczne pierdoły – podsumował Cry, jednak po melancholijnym uśmiechu na jego twarzy widać było, że bardzo dobrze wspomina tamte chwile.
- Zabierzesz mnie tam kiedyś? – spytał Pewds, patrząc się w dal. Dopiero po chwili dotarło do niego, co właściwie powiedział mu Cry, więc dodał: - Chyba, że to zbyt prywatne, to zostanę przy piciu piwa na werandzie. Też jest super.
- Nie, mogę cię zabrać. Powodem, dla którego siedziałem tam sam było między innymi to, że nie miałem tam kogo zabrać. Nikt nie był na tyle cierpliwy – odparł brunet, spoglądając na niego. – Bo wiesz, tak dla twojej informacji: to jest spory kawałek drogi.
- Z tobą wszędzie – zapewnił Pewdie z uśmiechem, po czym dosunął się nieco bliżej i położył głowę na ramieniu Cry’a. – Zawsze i wszędzie.
- Tak teraz mówisz, a jak będziesz przez pół godziny chodził po sypkim piasku to w końcu będziesz miał dość.
- Pewnie tak, ale hej – ja nie dam rady? Przecież cię nie zostawię.
Przez następne pół godziny spokojnie oglądali zachód słońca, oparci o siebie, popijając powoli piwo z butelki. Nie rozmawiali w ogóle: zamiast tego słuchali morza, oddychali rześkim powietrzem, grzali się w ostatnich promieniach słońca, podziwiali piękny widok czerwonej kuli znikającej za horyzontem, malującej niebo na wszelkie odcienie różu i fioletu. Było tak przyjemnie i relaksująco, że aż nierealnie. Niczym nie przypominało to szybkiego, gwałtownego tempa, którym żyli przez cały ten koszmar. W całym tym szaleństwie znaleźli taki jeden moment spokoju i chociaż w pełni na niego zasługiwali, z drugiej strony mieli wrażenie, że być może na niego nie zasługują. Było to absurdalne, ale paranoja powoli wkradała się do ich umysłów i chociaż wiedzieli, że teraz nic im nie zrobi krzywdy, wciąż mieli przeczucie, że coś za chwilę ich zaatakuje. Starali się tym nie przejmować, skupiając się bardziej na przyjemności wypoczynku i bliskości drugiej osoby i wychodziło im to całkiem nieźle, choć męczące głosy w głębi umysłu wciąż mówiły coś o tym, że powinni uważać, nie tracić czujności. Ta gra naprawdę zaczęła im mieszać w głowach. Jeśli tak dalej pójdzie, to będą się z tym zmagać jeszcze przez długi czas po powrocie do rzeczywistości.
Nieświadomie przysunęli się jeszcze bliżej siebie i Cry puścił dłoń Pewdie'go po to, by położyć ją na jego ramieniu. Próbowali stworzyć sobie atmosferę bezpieczeństwa i o dziwo zadziałało, gdy siedzieli już praktycznie wtuleni w siebie, patrząc, jak słońce znika już zupełnie gdzieś za morzem, zostawiając już tylko pełne kolorów niebo. Pewds z jakiegoś powodu poczuł się niesamowicie wzruszony i ze zdziwieniem odkrył, że po policzku lecą mu łzy. Próbował je dyskretnie zetrzeć z twarzy, ale Cry od razu się zorientował.
- Hej, co się dzieje? – odsunął się lekko, spoglądając na niego z troską, chcąc się upewnić, że mu się nie przewidziało. – Coś się stało? Pomyślałeś o czymś? Pewds, mów do mnie.
- To… nic takiego. Sam nie wiem – Pewdie zaśmiał się krótko, chociaż nie wyglądało to przekonująco. – Chyba się wzruszyłem. Wiesz… Jestem bardzo szczęśliwy teraz i to, że jesteśmy tutaj razem i żywi i możemy to oglądać jakoś… Jakoś tak do mnie trafiło, że to w końcu minie i co gorsza, skończy się już za niedługo. Przepraszam, to bzdura, nie chciałem cię zmartwić, szczerze mówiąc sam jestem zaskoczony swoją reakcją. To naprawdę nic.
- Nie przepraszaj, jak nie masz za co. To jest ważne – Cry uśmiechnął się do niego, trzymając jego twarz w dłoniach i patrząc mu w oczy. – Nie myśl o tym co będzie, okay? Mamy jeszcze dzień. Do momentu gry o tym nie myśl, po prostu spędź ten czas ze mną i bądź szczęśliwy, jeśli tego chcesz. Płakanie ze szczęścia jest w porządku, ale tylko takie.
Pewdie skinął głową niepewnie, ale odwzajemnił uśmiech, za co został nagrodzony pocałunkiem w czoło. Wrócił do opierania się o jego ramię i patrzenia na niebo, bardzo starając się wyłączyć. Udało mu się to tylko dzięki powolnemu przyśnięciu, z którego i tak został wybudzony dość szybko, gdy brunet szturchnął go w ramię, chcąc zejść z balustrady.
Nawet nie zauważył, kiedy róże i fiolety nieba zmieniły się w granat, a morze w czarną, bezkresną toń. Zrobiło się także chłodniej, czego przyczyną było wejście Amerykanina z powrotem do domku. Pewds natychmiast podążył za nim, nieco rozespany i zdezorientowany, ale na tyle trzeźwy, by wrócić do ciepła zamkniętego domu.
- Jesteś głodny? Będę sobie robił kanapki – powiedział Cry, grzebiąc w lodówce.
- Tak, chętnie zjem, dzięki – odparł, kierując się do szafy po jakieś okrycie i znajdując sweter w stylu skandynawskim, granatowy z białymi wzorkami i czerwonymi gwiazdami, mającymi zapewne wyglądać jak śnieżynki. Pewds włożył go na siebie, trochę zdziwiony typowo zimowym, jak mu się wydawało, fasonem. Sweter okazał się niesamowicie ciepły. – Może herbaty albo kawy do tego? Mogę zrobić.
- Herbata to dobry pomysł, lepiej nie pić kawy na noc. I tak mamy już strasznie zaburzony tryb snu, nie przeginajmy.
- Też racja – mruknął Pewds i dołączył do niego w kuchni, wyciągając kubki i wkładając do każdego z nich po torebce. Włączył wodę w czajniku i oparł się o szafkę, obserwując, jak Cry przygotowuje jedzenie. Podobało mu się to. Dzięki temu miał wrażenie, że ich życie jest tak naprawdę normalne i spokojne. Domowe. – Na jak długo przysnąłem?
- Nie wiem, może z pół godziny? – Cry spojrzał na zegar i zrobił zdziwioną minę. – Łał, wychodzi na to, że siedzieliśmy tam ponad cztery godziny w sumie. Jakoś strasznie szybko to zleciało, nie sądzisz?
- Nie wiem, przespałem połowę. Co teraz robimy? Jakby się uzbroić w ciepłe ubrania, to można by tam jeszcze chwilę posiedzieć, jeśli chcesz…
- Jasne, czemu nie. Gwiazdy też są bardzo romantyczne.
Dość szybko zjedli kanapki, nie rozmawiając zbyt wiele. Cry znalazł sobie jakąś bluzę, zapalił światło na tarasie i udał się tam ze swoim kubkiem herbaty, a Pewds podążył za nim. Rzeczywiście, nocne niebo było niemalże tak samo piękne jak podczas zachodu słońca. Było nieco po dwudziestej drugiej, ale żaden z graczy nie czuł się jeszcze zmęczony. Usiedli na krzesłach, ale odsunęli stolik tak, żeby mogli siedzieć tuż obok siebie i mieć swoje herbaty przed sobą. Cry otulił ich obu kocem i siedzieli tak, patrząc się w niebo, słuchając muzyki z radia stojącego w domku, popijając herbatę i rozmawiając o wszystkim, co tylko przyszło im do głowy. Trochę anegdot ze swoich żyć, trochę pomysłów na przyszłość, trochę wykładów na temat lubianych czy znienawidzonych filmów, gier czy muzyków. Cała część rozmowy poświęcona grze To the Moon, bo z tym skojarzyły im się gwiazdy, połączona ze wspominaniem smutnej fabuły i nuceniem pod nosem piosenki, która zawarta była w tej grze. Komplementy Cry’a, który uznał, że Pewds wygląda świetnie w tym swetrze i że koniecznie powinien w nim chodzić do końca gry oraz że może się spodziewać takiego swetra jako prezentu na święta lub na urodziny, bo mu w tej kwestii nie odpuści. Całowanie się, przytulanie, więcej całowania. Szukanie konstelacji na niebie, chociaż znali tylko trzy rodzaje i to te najbardziej i najłatwiej rozpoznawalne. Głupie pomysły wskakiwania nago do zimnej wody morza i chlapania się nawzajem. Jeszcze więcej pocałunków i chwile ciszy, kiedy patrzyli się sobie w oczy albo nie patrzyli na siebie wcale, woląc oglądać punkciki światła na ciemnym niebie lub pieniące się fale na tle czarnej wody. Kilka dobrych godzin spędzonych w swoim towarzystwie na odpoczynku i niewymagających żadnych trudnych emocji rozmowach. Na czymś, czego obaj potrzebowali bardzo mocno, chociaż nie docierało to do nich aż do tego momentu.
W końcu jednak zrobiło się tak zimno, że nie wytrzymali i byli już zmuszeni wrócić do środka, bo nawet ciepłe swetry i koc nie pomagały im już w utrzymaniu temperatury cieplejszej niż powietrza. Zabrali więc wszystko z tarasu, dokładnie zamknęli drzwi i zgasili światło na zewnątrz.
- Nie chce mi się jeszcze spać – stwierdził Pewds, myśląc sobie, że być może rześka i chłodna noc tak bardzo go rozbudziła, jeśli nie fakt, że wstał dopiero kilka godzin temu. – Chyba jeszcze trochę posiedzę, masz coś przeciwko?
- Nie, ani trochę, też jeszcze nie idę spać. Tak czy siak będę się musiał do tego przymusić, bo zdecydowanie rozregulowałem sobie swój zegar biologiczny – westchnął Cry, podgłaśniając minimalnie radio i schylając się do półki z książkami. – Chyba sobie coś poczytam.
- Dobry pomysł, ja chyba wrócę do swojej lektury – Pewdie usiadł wygodnie na łóżku, podkładając sobie poduszkę pod plecy i opierając się o ścianę, po czym poklepał miejsce obok siebie. – Dotrzymasz mi towarzystwa?
- Zawsze – Cry jeszcze przez chwilę szukał odpowiedniej książki na półce, zanim usiadł obok swojego chłopaka i pogrążył się w lekturze.
Przez pierwsze kilkanaście minut szło im dobrze: trzymali się za ręce, ale nie przeszkadzali sobie w ogóle, pochłonięci czytaniem. W końcu jednak Felix poczuł się znużony fabułą swojej książki i zaczął zerkać na drugiego mężczyznę co chwilę, nie potrafiąc się już skupić na powieści. Próbował zmienić pozycję, kładąc się bardziej, przewracając na bok, opierając tom o ramę łóżka, ale nic nie wydawało mu się dostatecznie wygodne. W końcu rozłożył się na udach bruneta, nie czekając na jego pozwolenie i próbował czytać w ten sposób, ale to też nie działało. W końcu odłożył książkę, wzdychając ciężko i wzdychając jeszcze ciężej, kiedy Cry nie zareagował na pierwszy raz. Niestety, na drugi też nie zareagował, najwyraźniej zainteresowany swoją lekturą, więc Pewds zaczął mu przeszkadzać, próbując zwrócić na siebie uwagę. Głośno narzekał na to, że jego książka jest monotonna i że nie lubi jednej z postaci i chociaż na początku Cry udawał, że go słucha i mruczał mu coś w odpowiedzi, tak w końcu zirytował się i uprzejmie poprosił, aby zamknął usta i przestał gadać, bo próbuje się skupić.
- Co ty tak właściwie czytasz? – Pewdie podniósł głowę i zerknął na okładkę. Była dość prosta, czarna, ze zdjęciem kredowego obrysu ciała jak przy morderstwach i wysypanymi dookoła różami. Tytuł brzmiał „Martwe kwiaty”. – To jakiś kryminał?
- Tak wnioskuję z pierwszych dwóch rozdziałów – odparł Amerykanin, przewracając kartkę.
- I jak, dobry?
- Zapowiada się naprawdę nieźle. Fajny styl, wciąga.
Pewds stwierdził, że brzmi to zdecydowanie lepiej niż obyczajówka, którą on czytał. Jasne, miała ona swoje zalety, szczególnie wtedy, gdy był czas na relaks i rozrywkę niewymagającą myślenia, ale z jakiegoś powodu w chwili obecnej Pewdie był wyjątkowo znudzony i miał potrzebę spędzania z Cry’em czasu w formie, która zakłada interakcję między nimi. Słowem, zachowywał się jak zakochany nastolatek, który usycha z tęsknoty sekundę po odejściu ukochanej. Z tą różnicą, że ukochana była mężczyzną i nigdzie nie odeszła, ale siedziała tuż obok. Problem był w tym, że była zajęta nie tym, co trzeba.
- Myślisz, że by mi się spodobała?
- Nie wiem, Pewds, przeczytałem dwa rozdziały. Zaczyna się naprawdę dobrze, ale więcej ci nie jestem w stanie powiedzieć. Dasz mi w końcu to przeczytać?
- A będziesz czytał na głos? – Pewdie zrozumiał, że odciąganie go od lektury nie ma sensu, więc spróbował inaczej i postanowił zaangażować się w czytanie w sposób pośredni. – Też chcę zobaczyć, co cię tak pochłonęło.
- Tak naprawdę chcesz posłuchać mojego głosu, przyznaj się – odparł Cry z uśmiechem, wracając do początku książki. Bardzo miło z jego strony, chociaż miał całkowitą rację: Pewds chciał posłuchać jego czytania, spokojnego, niskiego i pięknego głosu i szczerze mówiąc zwisało mu to, od jakiego momentu książki zacznie. Skoro jednak będzie czytał to jeszcze raz od początku, to blondyn będzie musiał uważać i przynajmniej próbować podążać za fabułą.
- Masz piękny głos, nie możesz mnie za to winić – odpowiedział, wzruszając ramionami, po czym wyprostował się i usiadł obok niego, opierając głowę na jego ramieniu, by mieć wgląd do treści. – Przy okazji poznam nową książkę, to też mi nie zaszkodzi.
Cry skinął tylko głową lekko, na ile mógł, po czym odchrząknął i rozpoczął czytanie rozdziału pierwszego.
Historia była prowadzona z dwóch punktów widzenia: policjanta z sennego miasteczka, któremu przypadło zajęcie się sprawą kilku morderstw następujących dzień po dniu oraz pewnej młodej kobiety, która jako świeżo wyszkolony kryminolog ma zidentyfikować sprawcę. Nie jest to jednak prostym zadaniem: ofiar nic nie łączy i są całkowicie przypadkowe, na żadnym z miejsc popełnienia morderstwa nie znaleziono jakichkolwiek wskazówek prowadzących do sprawcy i jedynym czynnikiem dowodzącym, że są to zabójstwa dokonane przez tą samą osobę, były czerwone i białe róże, które morderca zostawia przy swoich ofiarach. Oczywiście, do całej tej zagadki dochodziły jeszcze prywatne problemy policjanta i pani kryminolog, wątek społeczny konfliktów między czarnoskórą ludnością miasteczka a policją, składającą się głównie z białych mężczyzn i parę podejrzanie zachowujących się osób, przez co możliwych morderców było tam mnóstwo. Książka rozwijała się wolno, ale to chyba było jej największą zaletą: żaden wątek nie został pośpieszony albo pominięty, autor dokładnie przedstawił bohaterów i to w taki sposób, żeby czytelnik mógł go poznać i zrozumieć jego działania oraz dopracował tło swojej historii. Zdecydowanie, styl był przyjemny i fabuła też była niesamowicie wciągająca.
Po czwartym rozdziale głos Cry’a zaczął powoli chrypnąć, zmęczony tak długim czytaniem. Chociaż upierał się, że da radę skończyć rozdział piąty, Pewds go nie słuchał i wyrwał mu książkę z rąk, samemu zabierając się za czytanie.
- Spróbuj się tylko śmiać z mojego akcentu, a uderzę cię tym tomem, przysięgam – ostrzegł na samym wstępie, zanim zaczął kolejny rozdział. Cry siedział cicho i bardzo starał się niczego nie mówić, ale w momencie, gdy Pewds wypowiedział jakieś słowo zupełnie inaczej niż powinno się je czytać, nie mógł powstrzymać parsknięcia. Zarobił za to w ramię książką w twardej oprawie, ale przynajmniej go poprawił i za drugim razem Szwed powiedział to jak należy. Taka sytuacja zdarzyła się jeszcze kilka razy i Cry wyszedł z tego nieco posiniaczony, ale zdecydowanie było warto: przynajmniej się trochę pośmiał. Pewdie nie był tym tak bardzo rozbawiony, mamrocząc coś pod nosem o tym, że będzie musiał iść na kurs angielskiego, bo najwidoczniej za słabo mówi i nawet przeprosiny drugiego gracza nie poprawiły mu humoru. Ostentacyjnie stwierdził, że więcej nie czyta i że jest śmiertelnie obrażony, po czym oświadczył, że idzie się myć i spać. Cry pozwolił mu iść, cały czas powtarzając jego szczególnie zabawną pomyłkę pod nosem i nie potrafiąc powstrzymać śmiechu. Trzask łazienkowych drzwi, którym uraczył go Pewds tylko pogorszył sprawę, bo zaczął śmiać się jeszcze głośniej. Usłyszał coś jeszcze o tym, że będzie spał dzisiaj na podłodze, ale wiedział, że to próba wywołania u niego żalu za popełnione czyny i nie przejął się tym w ogóle, w odpowiedzi krzycząc, że też go kocha.
W końcu jednak trochę się ogarnął i poszedł szukać w szafie piżamy oraz ręcznika, żeby móc się przygotować do snu. Była prawie druga, a on wciąż nie był śpiący, chociaż bardzo chciał odczuć zmęczenie. Myślał, że czytanie książki jakoś mu pomoże w zaśnięciu, że będzie na tyle nudna lub monotonna, że przy niej odpłynie. Tak się jednak nie stało, powieść jak na złość okazała się być wciągająca i świetnie napisana, a dodatkowo wzbudzała w nim jakieś niezwykłe zainteresowanie, które w ogóle sprawiło, że sięgnął akurat po nią. Historia nie była jakoś porażająco świeża: nigdy nie czytał kryminału z wątkiem zostawiania kwiatów przy trupach, ale kryminały o sfrustrowanych policjantach, młodych kobietach zamieszanych w główną sprawę i konfliktach, które tylko dokładają motywów do zabójstwa czytał mnóstwo, bo sporo się opiera na właśnie takich wątkach. W tej konkretnej książce było jednak coś niezwykłego, jakiś element, który przyciągał go do lektury. Cry nie był w stanie tego nazwać, ale wiedział, że to jedna z tych lektur, którą koniecznie będzie musiał skończyć.
Pewds wyszedł z łazienki po dziesięciu minutach i od razu rzucił się na łóżko, wyrywając drugiego mężczyznę z jego przemyśleń. Cry uśmiechnął się do niego przyjaźnie, mając nadzieję, że foch już mu nieco przeszedł, po czym udał się do łazienki, żeby wziąć ciepły i szybki prysznic i móc nareszcie położyć się i chociaż spróbować zasnąć. Ogarnięcie się i przebranie w piżamę nie zabrało mu zbyt wiele czasu, ale gdy po wyjściu zastał Pewdie'go siedzącego na łóżku i patrzącego się pusto w przestrzeń, był mimo wszystko zaskoczony, że jeszcze się nie położył.
- Hej, wszystko w porządku? – spytał, nieco zaniepokojony. Ręcznik, którym wycierał sobie włosy rzucił na krzesło, a sam podszedł do Szweda, siadając obok niego.
- Tak, zamyśliłem się – uśmiech, którym go obdarzył, był jak najbardziej szczery i to uspokoiło Cry’a od razu. – Świetnie spędziłem dzisiaj czas, wiesz?
- Też było mi miło, przyznaję – Cry szturchnął go łokciem w ramię, by zwrócić na siebie jego wzrok. Zadziałało. – Kładziemy się? Możemy chociaż udawać, że śpimy.
- Jasne, już gaszę światło.
Pokój utonął w ciemności. Cry okrył się niezbyt grubą kołdrą i w napięciu czekał, aż Pewds dotrze do łóżka i położy się obok. Ostatnimi czasy nie za bardzo przepadał za brakiem światła. W końcu jednak usłyszał, jak sprężyny materaca skrzypią po drugiej stronie łóżka, dając znak, że ktoś na nim siada i po chwili poczuł ciepło bijące od Pewdie'go, gdy wsunął się pod pierzynę i przysunął tak, żeby leżeć jak najbliżej Cry’a. Ledwie widzieli się w mroku, ale nie przeszkadzało im to w wygodnym ułożeniu się obok siebie, tak, by ich ciała mogły do siebie przylegać.
- Jezu, jesteś gorący – skomentował Pewds, obejmując go czule. Cry zaśmiał się cicho.
- Dzięki, też jesteś niczego sobie.
Blondyn wydał z siebie przeciągłe warknięcie frustracji, zanim się poprawił:
- Miałem na myśli, że twoje ciało emituje bardzo dużo ciepła, czy teraz jaśniej?
- Mogłeś udawać, że specjalnie to powiedziałeś, żeby podkreślić, że jestem seksowny – Cry dobrze wiedział o co mu chodziło, ale łapanie Pewdsa za słowa było dość zabawne. W odpowiedzi usłyszał kolejne mruknięcie i ze śmiechem na ustach pocałował go w czoło. – Tylko się droczę, daj spokój.
- Powtórzymy to jeszcze? Jeśli będzie ładna pogoda, posiedzimy znowu na tarasie? – Pewdie odezwał się po krótkiej chwili ciszy, ale jego głos był szeptem, ledwie słyszalnym.
- Jasne, jeśli tylko chcesz – Cry spoważniał i także zaczął mówić szeptem. – Ale musimy ustalić, o której stąd wychodzimy. Mamy czas do jutra, do ósmej rano. Nocujemy tu jeszcze jedną noc, czy wychodzimy dzisiaj?
- Możemy w sumie przenocować – stwierdził Pewds niepewnie, rozważając w myślach wszelkie za i przeciw. – Jeden dzień odpoczynku więcej nam nie zaszkodzi, a jak wstaniemy odpowiednio wcześnie, to spokojnie opuścimy ten dom przed ósmą. Co ty na to?
- Myślę, że damy radę wstać, więc rzeczywiście jeden dzień dłużej nam nie zaszkodzi.
- Okay, to ustalone – Pewdie westchnął ciężko i pogładził policzek Cry’a, przymykając oczy. – Naprawdę cię kocham, wiesz o tym?
- Tak mi mówisz, więc ci wierzę. Ja ciebie też kocham – Cry złożył krótki pocałunek na jego ustach i odsunął się nieznacznie. Uśmiechnął się do niego, ale nie wiedział, czy w tych ciemnościach Pewds w ogóle był w stanie to zauważyć.
- To dobrze. Tylko o tym nie zapominaj.
- Jakoś nie potrafię, nie martw się – Amerykanin nie wiedział, czy te znikąd wzięte, lecz absolutnie urocze wyznania miłosne są wynikiem wewnętrznej potrzeby Pewdsa czy po prostu zwykłym zmęczeniem, ale nie dopytywał. Przygarnął go tylko bliżej siebie, całując jeszcze ostatni raz w czoło, po czym zamknął oczy. – Chodźmy już spać, dobrze? Przyda nam się trochę wypoczynku.
- Yhmm. Dobranoc…
- Dobranoc.
I chociaż żaden z nich nie był w stanie zasnąć jeszcze przez długą chwilę, czuli się bezpiecznie i dobrze leżąc wtuleni pod kołdrą i słuchając swoich równych oddechów, które w końcu, choć powoli, zmusiły ich do odpłynięcia w głęboki i niezmącony sen.

***
Jak zazwyczaj pierwszy wstał Pewds, chociaż tym razem nie musiał długo czekać na swojego towarzysza, który z łóżka wygramolił się zaledwie pół godziny później. Było ponad kwadrans po dziesiątej, co oznaczało, że pospali dosyć konkretnie. Cry nie był do końca zadowolony, bo dalej nie wrócili do normalnego trybu snu, ale miał nadzieję, że może dzisiaj przynajmniej pójdą spać o normalnej godzinie i wstaną następnego dnia o szóstej, tak by ze wszystkim się zorganizować zanim nastanie ósma i dom przestanie być bezpieczny. Z jego niezadowolenia wyciągnął go poranny prysznic i fakt, że gdy spod niego wrócił, w jadalni już czekało na niego jedzenie i kubek gorącej herbaty. Pewds o dziwo jeszcze nie zabrał się za śniadanie, tylko cierpliwie na niego czekał, siedząc przed swoim nakryciem.
- Jesteś cudowny – wypalił Cry, z zachwytem w oczach patrząc na tosty z dżemem i nutellą. – Mam wrażenie, że za mało ci to mówię.
- Nie zaszkodzi powtarzać w kółko, chętnie posłucham – Pewdie uśmiechnął się do niego. – Siadaj, to jedzenie nie jest do oglądania.
Cry’owi nie potrzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast zasiadł przy stole, zabierając się za pokryty nutellą chleb. Zaledwie po pierwszym kęsie odchylił głowę do tyłu, przymknął oczy i zamruczał z zadowoleniem, co bardzo rozbawiło blondyna, nie spodziewającego się takiej reakcji.
- Musisz bardzo lubić nutellę, z tego co widzę – skomentował. – Jeszcze nigdy nie widziałem takiej reakcji na jakiekolwiek jedzenie.
- Nutella jest najlepszym wymysłem tej cywilizacji – powiedział Cry i Pewds musiał się bardzo wysilić, żeby zrozumieć sens zdania przerywany mlaskaniem.
- Cieszę się, że trafiłem w twoje gusta w takim razie.
Śniadanie zniknęło w kilka minut, bo jak się okazało, Cry był bardzo głodny. W podziękowaniu za przygotowanie go, Amerykanin zadeklarował się, że pozmywa. Pewdie udał się do łazienki, by nieco ogarnąć swoje roztrzepane włosy i wyraźnie niewyspaną twarz, żeby mógł w końcu wyglądać w miarę dobrze. Trochę mu zeszło, bo postanowił jednak zgolić coraz to bardziej widoczny zarost i spędził trochę czasu nad układaniem włosów, chociaż jednocześnie ochrzaniał się za to w myślach i powtarzał, że przecież i tak nikt nie zwraca szczególnej uwagi na jego wygląd, więc po co się stara. W końcu poczuł się tak sfrustrowany, że po prostu wyszedł z łazienki. Zastał Cry’a przy otwartej komodzie, z dwoma plecakami na wierzchu i porozrzucaną dookoła bronią wszelkiego rodzaju.
- Co robisz? Mogę jakoś pomóc?
- Nie, daję sobie radę, dzięki – Cry podniósł wzrok znad kartki z listą potrzebnych im rzeczy i spojrzał na Pewdie'go. – O, ogoliłeś się. Dobrze wyglądasz, jakoś tak młodziej.
- Dzięki – Pewds starał się brzmieć normalnie, chociaż bardzo ucieszyło go to, że jego starania zostały dostrzeżone. – Pakujesz nas do gry?
- Tak, wolę mieć to zrobione teraz, żeby jutro rano się tylko ubrać, zjeść coś i wyjść.
- Skąd wiesz, że będziemy potrzebowali tego do rozgrywki? – spytał Szwed, nieco sceptycznie nastawiony. – Ostatnim razem plecaki do niczego nam się nie przydały.
- Nie wiem tego, ale zgaduję, że skoro w komodzie jest mnóstwo broni, to może być ona bardzo potrzebna podczas gry.
- Nie brzmi to zbyt dobrze.
- Owszem, też mnie to niepokoi – westchnął Cry, spoglądając na różne rodzaje pistoletów, noży i kijów, które leżały dookoła niego. – Coś czuję, że nie będziemy mieli zbyt łatwej drogi do kolejnego poziomu.
Pewds nie odezwał się, tylko podszedł do radia i włączył je, puszczając jakąś żywą melodię. Położył się na podłodze, biorąc głęboki wdech i usilnie starając się nie wyobrażać sobie, do czego może być mu potrzebna broń. Miał odpocząć i wyluzować się podczas tych dwóch dni, nie może sobie pozwolić na psucie nastroju. Odgonił więc od siebie czarne myśli i dotarło do niego… że nie ma co robić i w sumie to się nudzi. Spojrzał na półkę, ale nie miał na razie ochoty na czytanie. Siedzenie na tarasie samemu też wydawało mu się nużące. W safe poincie nie było nic, co mogłoby go zainteresować, chyba że Cry, ale on był zajęty. Pewds wypuścił głośno powietrze i postanowił się w takim razie zająć słuchaniem muzyki. Nie wszystkie kawałki odpowiadały jego gustom muzycznym, ale parę z nich było całkiem fajnych. Nagle z głośników poleciał jeden z utworów Muse i Pewdie, bardzo ucieszony możliwością usłyszenia ulubionego zespołu, zaczął cicho nucić pod nosem melodię. Nie minęła nawet minuta, a Cry zwrócił mu uwagę, że jego mruczenie go irytuje. Pewds, będąc znudzonym i nieco wrednym sobą, zaczął śpiewać z tekstem, nie przejmując się tym, że fałszuje. Utwór prawie się skończył i już miał wyciągać tą ostatnią, falsetową nutę, gdy Cry usiadł na nim okrakiem i pocałował go nagle, przyszpilając do ziemi. Pewdie, chociaż zaskoczony, odpowiedział na pocałunek, który jednak urwał się szybko, tak samo niespodziewanie jak się zaczął.
- Kazałem ci się przymknąć – wyszeptał Cry, z twarzą tak blisko, że praktycznie ocierał się wargami o usta drugiego mężczyzny. Pewds tylko skinął głową, kompletnie zaskoczony i w takim szoku pozostał jeszcze przez kilka minut, nim się ocknął.
Próbował tej metody jeszcze dwa razy, ale za drugim razem zamiast otrzymać pocałunek otrzymał uderzenie w ramię i obietnicę, że jeśli nie przestanie wyć, będzie mógł zapomnieć o jakimkolwiek całowaniu do końca swojego życia. Podziałało i Pewds zamilkł już na dobre.
Z braku lepszych zajęć zaczął czytać pierwszą lepszą książkę wyjętą z półki, ale nie była go w stanie wciągnąć, więc wyciągnął kolejną. Przejrzał chyba z sześć różnych powieści, lecz niestety, żadna z nich nie zatrzymała go na dłużej niż do drugiego rozdziału. Potem przeszedł na taras, gdzie chwilę posiedział, ale znowu zaczął myśleć o czekającej go grze, więc poirytowany wrócił do środka. Znów spytał się Cry’a, czy może mu jakoś pomóc przy sprawdzaniu pakowanych rzeczy, ale dostał odpowiedź, że już prawie skończył i tylko się upewnia, że wszystko na liście jest już w plecakach. Pewds pokręcił się więc jeszcze trochę bezcelowo po pokoju, poszukał na radiu, czy nie ma innych stacji (niestety, nie było) i w końcu siadł na łóżku, wzdychając ciężko. Chyba naprawdę nie zostawało mu nic innego, jak czytać książki, podziwiać widok morza lub mierzyć się z własnymi demonami i spędzić dzień na myśleniu. To ostatnie zdecydowanie odpadało, więc postanowił jednak zmusić się do czytania, wracając do książki zaczętej dnia poprzedniego. Po krótkiej chwili dołączył do niego Cry, także z jakąś lekturą i gdyby Pewds się tym nie zainteresował, przegapiłby fakt, że brunet zabiera się za dalsze czytanie „Martwych kwiatów”.
- Hej, jak chcesz to czytać, to mi mów, czytamy razem – ochrzanił go, ciesząc się, że zorientował się zanim Cry zaszedł w fabule gdzieś dalej. – Nie znasz tej zasady? Jak zaczynamy coś razem, to kończymy razem. Co prawda, głównie tyczy się to seriali, ale skoro już czytamy tą książkę, to też chcę wiedzieć co dalej.
- Okay, okay, przepraszam – odparł ze śmiechem, opierając sobie książkę na kolanach. – Skończyliśmy na rozdziale szóstym?
Pewds stwierdził, podczas słuchania niskiego głosu swojego chłopaka, kilka rzeczy: po pierwsze, Cry miał idealny głos do kryminałów, po drugie, ta książka była prawdziwym zbawieniem. Nie dość, że była wciągająca, to jeszcze dobrze napisana i pozwalała obu graczom spędzić czas razem, ale nie wymagała od nich poświęcania sobie uwagi. W ten sposób Pewds mógł leżeć na biodrze Cry’a, słuchając jego czytania i czując jego dłoń wolno przeczesującą jego włosy. Chociaż nie narzekał na sen poprzedniej nocy, spokój jaki wprowadziła w nim ta chwila sprawiła, że przyłapał się na tym, że powoli odpływa. Musiał ostatecznie przysnąć, bo gdy wróciła mu świadomość, Cry’a już przy nim nie było. Rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju, dostrzegając gracza w kuchni, przeglądającego jakąś książkę.
- Długo spałem? – wymamrotał, przecierając twarz.
- Nie, może z godzinę – odparł Cry, sprawdzając zapasy lodówki. – Robię obiad. Ryba z frytkami?
- Brzmi dobrze, chętnie zjem.
Na jedzenie musiał poczekać ponad pół godziny i ten czas spędził na pomaganiu w przygotowaniu posiłku lub rozpraszaniu Amerykanina nagłymi pocałunkami w kark, przez które mężczyzna nagle się kulił, żaląc się, że to łaskocze. W końcu jednak obiad był gotowy i okazał się być przepyszny, co nie było wcale jakimś wielkim zdziwieniem: Pewds przekonał się ostatnimi czasy, że Cry naprawdę dobrze radzi sobie w kuchni. Potem klasycznie, Pewdie zabrał się za zmywanie naczyń w formie podziękowania za jedzenie, a Cry stwierdził, że tak się najadł, że musi się położyć i odpocząć. Oczywiście, Felix nie mógł przegapić takiej okazji i zaraz po skończeniu mycia położył się obok niego, na początku naruszając jego przestrzeń osobistą tylko stykającymi się ramionami i nogami. Potem jednak zaczął się przybliżać bardziej, obejmując go ramieniem, zmuszając do tego, by zwrócił się do niego twarzą, trzymając jego nogę między swoimi. Rozmawiali trochę, przerywali sobie wolnymi, leniwymi pocałunkami i potem znów wracali do rozmowy. Czasem się od siebie odsuwali, żeby podkreślić coś gestem, zaznaczyć ważność słów, ale zaraz do siebie wracali. W pewnym momencie Pewds musiał wyjść do toalety, co pierw musiał wynegocjować z Cry’em, by w ogóle wstać z łóżka, a potem wytłumaczyć mu, że nawet jeśli będzie go błagał, to i tak musi iść i nic na to nie poradzi. Poza tym, było dużo patrzenia sobie w oczy, dotykania się i czułego głaskania, a także trochę narzekania, że któremuś ścierpła ręka albo że gniecie go poduszka jak leży w tej pozycji. Było bardzo przyjemnie, chociaż Cry przyłapywał się na momentach, gdy wpatrywał się w leżącego przed nim mężczyznę z niedowierzaniem, jakby wciąż nie pojmując, że to co się dzieje jest prawdziwe. Przestał sobie jednak odmawiać przyjemności, chociaż wciąż nie potrafił sobie przetłumaczyć, że bardziej odpowiednim słowem na Pewdie'go jest teraz „chłopak” niż „przyjaciel”.
- Boże, ta relacja jest taka pokręcona... Uwierzysz, że byłem kiedyś twoim przyjacielem? - Cry zaśmiał się cicho, wtulając policzek we włosy Pewdie'go.
- Nadal nim jesteś.
- Taa, nie do końca. Bardziej seks-przyjacielem.
- Jeszcze nie - odparł Pewds ze śmiechem.
- Jeszcze nie - zgodził się Cry. - Ale to i tak pochrzaniony związek.
- Wcale nie, wszystko jest w porządku. O ile mnie kochasz.
- Kocham cię. A ty?
- Naaah, nie jestem pewien - powiedział Pewdie, za co Cry dźgnął go boleśnie pod żebra. - Ała! Za co to?
- Powinieneś powiedzieć, że mnie uwielbiasz i że jestem najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego znasz - odpowiedział mu brunet, przysuwając się znowu do niego.
- Mogę to powiedzieć, nie skłamałbym. Ale gdybyś chciał usłyszeć, że jesteś najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego widziałem...
- Leonardo DiCaprio, hmm?
- Znasz mnie, stary.
Romantyczne przytulanie też się jednak skończyło, kiedy Cry stwierdził, że ma ochotę się przewietrzyć i wyszedł na balkon, prosząc Pewdie’go, by dał mu chwilę na odpoczynek w samotności. Oczywiście się zgodził, bo za bardzo go szanował, żeby mu odmówić, ale doprowadziło to do kolejnej godziny wypełnionej dobijającą go nudą. Czytał książki (znowu), śpiewał pod nosem ulubione piosenki (znowu) i robił inne rzeczy, które mogłyby mu zająć czas, jak na przykład przekopywanie wszystkich szuflad w komodzie i szafie, tylko po to, by poskładać te rzeczy z powrotem i włożyć je na swoje miejsce. Z wielką ulgą przywitał więc widok Cry’a wracającego z tarasu z uśmiechem na twarzy i jego zapytanie, czy nie siądzie z nim na zewnątrz, bo jest ładna pogoda. Pewds natychmiast się zerwał, pomagając mu z przygotowaniem kawy i ciasta, po czym wyszedł razem z nim by usiąść przy stoliku i cieszyć się słońcem, które już nie grzało tak mocno, jak kilka godzin temu. Nie rozmawiali, ale nie było to ważne: przynajmniej miło spędzali czas. Zjedli po kawałku czekoladowego ciasta, które Cry znalazł w lodówce i sam jego słodki smak polepszył im nastroje. Wypili po filiżance dość słabej kawy z dużą ilością mleka i było fajnie. Po jakimś czasie zgłodnieli i zrobili sobie prostą kolację z kanapek i sałatki z pomidorami. Cry przeczytał jeszcze dwa rozdziały „Martwych kwiatów”, a potem zaczęło zachodzić słońce i źle się czytało przy takim świetle, więc musiał zamknąć książkę. Nie było to wielkim dramatem, bo i tak chwilę później siedział na balustradzie, dokładnie tak jak dzień wcześniej i trzymając Pewdsa za dłoń może tylko trochę mocniej wpatrywał się w czerwoną tarczę znikającą za horyzontem. Tym razem to on położył głowę na jego ramieniu i przymknął oczy, starając się oczyścić umysł, nie myśleć o niczym. Było tak dobrze, tak spokojnie. Monotonnie i może nawet nudno, ale wolał zanudzić się na śmierć niż umrzeć zaatakowany przez potwora. Pragnął tego nicnierobienia, ciszy i bezpieczeństwa. Dostał je. Było tak dobrze i tak bardzo bolało go to, że kolejna gra mu je odbierze. Miał tylko nadzieję, że chociaż Pewds przy nim zostanie. Utraty jego mógłby już nie przeżyć.

Z potoku czarnych myśli wyrwał go głos Pewdie'go, który postanowił nagle zwrócić uwagę na wyjątkowe ułożenie chmur na niebie. Chociaż prawdopodobnie był to komentarz, który miał go jakoś zachęcić do rozmowy, Cry nie przejął się tym w ogóle. Podniósł wzrok powoli, spoglądając na niebo i… uśmiechnął się sam do siebie. Rzeczywiście, był to ten rodzaj chmur, który przybierał różne formy i kształty, przypominając smoki, psy albo twarze jakichś postaci. Był to temat bardzo głupi, wręcz dziecięco naiwny. Przyziemny. Chyba właśnie to zachęciło bruneta do odpowiedzenia na komentarz i zaprzeczenia, że tamta chmura wcale nie wygląda jak dinozaur tylko ewidentnie jest smokiem, bo tamte dwa obłoki? Te po lewej? To są jego skrzydła. Spędzili dobre dwie minuty na kłócenie się na ten temat, ale nie miało to już większego znaczenia: smoko-dinozaur rozmył się w zupełnie inny kształt, który wyglądał teraz jak wojownik z mieczem czekający na potwora, z którym będzie mógł zawalczyć. Podziwiali chmury jeszcze przez długi czas, do momentu, gdy niebo i chmury nie zrobiły się tak ciemne, że nie było już widać kształtów. Zrobiło się też zimniej, więc wrócili do środka, świadomi, że powoli muszą się przygotowywać do spania. Przebrali się w piżamy dość wcześnie, żeby nie przysnąć w ubraniach, gdyby zmorzył ich sen, ale Pewds przekonał Cry’a, żeby przeczytali jeszcze przynajmniej dwa rozdziały książki przed snem, bo koniecznie chce się dowiedzieć, czy główna bohaterka zostanie uwolniona z rąk tajemniczej grupy przestępczej związanej z serią morderstw. Cry zgodził się, bez problemu, ale ostrzegł Pewdie'go, że to on będzie odpowiedzialny za czytanie, bo brunet jest już zbyt zmęczony, żeby skupić się na składaniu logicznych zdań. Pewds zabrał się więc za kolejny rozdział, naprawdę starając się mówić wyraźnie i poprawnie. W przeciwieństwie jednak do dnia poprzedniego, teraz o dziwo nie słyszał żadnych wrednych komentarzy ze strony Amerykanina, który skulony leżał z głową na jego udzie i tylko jego reakcje na zwroty akcji zdradzały, że jeszcze nie śpi.
- Lubię twój głos – wymamrotał w pewnym momencie, kompletnie zbijając czytającego z tropu. – Ma taką przyjemną barwę, szczególnie, jak czytasz jakiś tekst.
- Jeszcze wczoraj słyszałem, że mam beznadziejny akcent i nie umiem angielskiego – zwrócił mu uwagę Pewds, starając się udawać, że wciąż chowa urazę.
- Nie, twój akcent jest uroczy. Chociaż prawda, powinieneś popracować nad wymową – Cry uśmiechnął się pod nosem. – To nie zmienia faktu, że lubię barwę twojego głosu. Myślę, że nawet gdybyś mówił po szwedzku wciąż by mi się podobała.
- Miło mi to słyszeć.
- Ogólnie… Cały jesteś niesamowity – kontynuował Cry. – Jesteś przystojny i zabawny i ciepły i troskliwy i powiem ci, bardzo inteligentny, chociaż udajesz, że wcale nie…
- Jesteś zmęczony, idź spać.
- Wiesz, oczekuję przynajmniej podziękowań za komplementy, tak się na nie zwykle odpowiada.
- Bardzo mi miło, że tak o mnie myślisz, ale zaczynasz bredzić od rzeczy, więc może lepiej idź spać – odparł Pewds, zsuwając jego głowę ze swoich nóg na poduszkę i okrywając go kołdrą. – Zresztą, jest odpowiednia godzina na sen, jeśli mamy jutro wstać o szóstej.
- Wstajemy o szóstej? Od kiedy?
- Od wtedy, od kiedy musimy wyjść przed ósmą, a ja wolę mieć czasu w zapasie, niż go nie mieć. Im szybciej zaśniesz, tym więcej pośpisz.
- Nastawiłeś budzik jakiś? – Cry odwrócił się do niego, patrząc się ze zmartwieniem na jego twarz. – Nie wstaniemy tak sami z siebie przecież.
- Już ustawiam – Pewds zwrócił się w stronę zegara elektronicznego stojącego przy łóżku i po chwili prób i błędów nastawił go na godzinę szóstą. Cyfry na wyświetlaczu mówiły, że jest już prawie dwudziesta druga, więc Pewdie upewnił się szybko, że budzik na pewno jest ustawiony i zgasił światło, pogrążając pokój w kompletnych ciemnościach. Nie widząc nawet, gdzie idzie, dotarł w końcu do łóżka i po wgramoleniu się pod kołdrę, przytulił Cry’a od tyłu, całując go jeszcze ostatni raz w szyję.
- Też cię kocham – wymamrotał brunet i słychać było, że jest ledwo przytomny. – Branoc.
- Dobranoc – Pewds wtulił się w niego i w tak miłej i przyjemnej atmosferze powoli zasnął, modląc się tylko, żeby mógł tak zasypiać już do końca życia.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Witam wszystkich po długiej przerwie! Z tajemnych źródeł (opinii znajomych i komentarzy na fanpejdżu) wiem, że trochę ludu na to czekało, więc bierzcie i czytajcie, bo zasłużyliście :D
W tym miejscu chciałam was także bardzo przeprosić za zwłokę, ale przyznaję się bez bicia - szkoła zabrała mi dużo czasu i nic nie mogłam na to poradzić. Na szczęście, już za niedługo ferie i wtedy postaram się napisać jak najwięcej, żeby wam to jakoś wynagrodzić. Trzymajcie za mnie kciuki :)
Rozdział trochę słodki, ale jestem z niego niesamowicie zadowolona. Najwidoczniej długie przerwy w pisaniu dobrze działają na moją samoocenę. Jest uroczo, jest miło, jest fajnie i mam nadzieję, że wam też się to spodoba. W końcu trzeba było długo na to czekać. Jak jednak widzicie, wszystko się fajnie układa i jest super romantycznie. Tak jak miało być xD
Odnośnie następnych dwóch części, mam na to tylko gifa:
Krótko mówiąc, jest na co czekać panie i panowie :D

Życzę wam wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku i oby PewdieCry dostarczył nam w 2017 dużo fajnych momentów :D
Brofist!
~Maru <3

UWAGA: Razem z koleżankami i kolegą z klasy napisaliśmy książkę na konkurs i bardzo mało nam brakuje, by przejść do kolejnego etapu. Potrzeba nam głosów! Jeśli macie chwilę czasu i chcecie pomóc mi jakoś w wygraniu tego, to proszę wejdźcie na https://ridero.eu/pl/books/Automat_z_czarna_kawa/ i oddajcie głos. Będę bardzo wdzięczna <3