czwartek, 3 marca 2016

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział szósty, część druga.

***
Obudził się z sporym bólem głowy, światło wydawało mu się szczególnie jaskrawe, chociaż niebo za oknem było szare i zachmurzone, bez nawet odrobiny słońca. Jednym ruchem zrzucił z siebie kołdrę i zwlókł się z łóżka, kompletnie nieprzytomny. Ile spał? Sądząc po ostrym łupaniu w czaszce miał wrażenie, że zdecydowanie za długo, chociaż gdy zerknął na zegar, pokazywał on godzinę ósmą. Postanowił poleżeć jeszcze chwilę i poczekać, aż ból głowy nieco mu zejdzie. Gdy jego sytuacja poprawiła się nieco, wstał, rozciągnął się i podszedł do szafy wybrać sobie ubrania. Od razu zauważył, że jego dzisiejszy strój przeznaczony jest specjalnie na grę: była to biała koszula, na którą najwidoczniej musiał włożyć marynarkę w kolorze khaki i dobrać sobie do nich spodnie w tym samym kolorze. Pod szyją wpiętą miał broszkę, o złotym obramowaniu i czerwonej róży wyrzeźbionej na środku. Buty miał brązowe, z klamrą; proste i wygodne. Pewds nawet nie chciał myśleć o tym, jak zareaguje Cry widząc na nim taki strój. Ze zdziwieniem zauważył też, że były to jedyne ubrania pozostałe w szafie. Czyżby Amerykanin obudził się wcześniej od niego? Chociaż dość niespotykane, wszystko na to wskazywało. Pewdie wyszedł na korytarz, rozglądając się. Nie słyszał, by Cry wchodził mu do pokoju. Naprawdę tak mocno spał? Zdecydowanie zapukał do drzwi pokoju przyjaciela. Nie otrzymał odpowiedzi. Czyżby nie było go w środku?
- Cry? – wszedł do pokoju i zastał puste pomieszczenie. Kołdra była zupełnie rozkopana, jednak wszystko wydawało się być w porządku. Pewds zaczął się jednak niepokoić, a niepokój wzrastał wraz z każdym kolejnym sprawdzonym przez niego pokojem w tym domu. Salon – pustka, łazienka – nikogo nie ma, kuchnia – cisza. Jego nawołujący głos był coraz bardziej zdesperowany. Cry’a nie było nigdzie w domu. Nie mógł przecież wyjść sam i go tu zostawić, prawda?
Pewds zaczął panikować. Gdy nie znalazł przyjaciela w jego pokoju nieco go to zdziwiło, ale gdy odkrył, że brunet zniknął kompletnie z miejsca ich chwilowego pobytu, jego serce nagle zaczęło bić szybciej. Jeszcze raz udał się do pokoju o beżowych ścianach, chcąc dokładniej je sprawdzić w nadziei znalezienia jakiejś wiadomości lub wskazówki. Cry raczej nie był tak lekkomyślny i głupi, żeby całkiem samemu rozpocząć kolejną rozgrywkę, nie informując o tym Pewdie’go w jakikolwiek sposób. Musiał mu zostawić jakąś notkę, chociażby skrawek papieru z krótkim wyjaśnieniem. Takie przekonanie było dla niego najprzyjemniejszą opcją – Cry pewnie wyszedł z jakiegoś powodu i wróci, a jeśli nie, to da mu znać, gdzie będą mogli się spotkać. Jeśli jednak sytuacja wyglądała inaczej… Pewds starał się nie myśleć o tym, że Alice mogła wymazać Amerykanina z gry lub przenieść go gdzieś indziej; bał się także, że tę rozgrywkę będzie musiał przechodzić sam, bez żadnej pomocy przyjaciela, która w sytuacji gry, o której blondyn nie miał bladego pojęcia była bardzo przydatna. Z wielką ulgą przyjął więc widok kartki papieru wsuniętej pod poduszkę, której najwidoczniej nie zauważył, gdy był tu poprzednio. Jego ulga zniknęła jednak dość szybko, gdy zauważył, co jest na niej napisane. Szkarłatne pismo układało się w litery, one w słowa, te zaś tworzyły zdania, których Pewds zdecydowanie nie chciał czytać. Zmusił się jednak do przebrnięcia przez tekst, próbując opanować roztrzęsione dłonie.

Twój najdroższy został porwany i przebywa teraz w sierocińcu, jednak dokładniejsze miejsce jego pobytu musisz już odkryć sam. Pytaj się mieszkańców i wykonuj ich polecenia, a nic nie powinno ci się stać. Zanim ruszysz do swojego celu, przeszukaj stodołę na wschodniej części wzgórza, być może znajdziesz tam coś ciekawego. Życzę powodzenia w twej wyprawie. Radziłabym się pospieszyć, jeżeli chcesz jeszcze zobaczyć Cry’a w całości. Wszystko zależy od ciebie.
Twoja Alice

Zgniótł list w dłoni, starając się nie wybuchnąć w niekontrolowanej wściekłości. Wziął kilka głębokich oddechów, po czym wyszedł z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Nawet nie raczył założyć na siebie jakiegoś okrycia: wsunął tylko buty i ściskając list w dłoni wybiegł z domu. Chłód przeszył jego ciało, ale nie zwrócił na to uwagi. Ruszył ścieżką prosto, docierając do skrzyżowania. Chociaż sierociniec znajdował się na wprost, Pewds postanowił przeszukać pierw wschodnią część Strange Hill, według wskazówek Alice. Skręcił więc w lewo i po kilku minutach dotarł do starej, zniszczonej przez upływ lat stodoły. Bez chwili zastanowienia wszedł do środka, rozglądając się nerwowo. Ku jego niezadowoleniu Cry’a nie było wewnątrz, za to na ziemi znalazł dwa przedmioty. Pierwszym z nich była skórzana, brązowa obroża z wyrytym w niej napisem "Brown". Pewdie podniósł ją, zdziwiony, że odnalazł coś tak niespotykanego. Jednak ta właśnie niezwykłość sprawiła, że postanowił zabrać ją ze sobą - według prostej i podstawowej zasady większości gier zawsze należało brać przedmioty, które się wyróżniały lub były dziwne, bo niemalże zawsze okazywały się potrzebne. Przyczepiona była do niego karteczka, mały, prostokątny skrawek. Kredkami świecowymi napisane było na niej „Przepustka” i „Klub Czerwonej Kredki”, a większość jej powierzchni zajmował rysunek ryby. Pewds schował przedmioty do kieszeni marynarki i pochylił się znowu, po kolejną rzecz.
Drugim przedmiotem była kartka, zbrązowiała i poniszczona. Widać było, że została tam pozostawiona już jakiś czas temu: miała ten charakterystyczny zapach starych stronic książkowych, zużytego papieru. Pewds obejrzał ją dokładniej w słabym świetle wpadającym do stodoły przez szczeliny, dostrzegając dokładnie wyrysowany plan sierocińca. Złożył kartkę na pół, uważając, by nie uszkodzić delikatnego materiału. Schował ją do kieszeni, po czym rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu, szukając innych przedmiotów czy wskazówek odnośnie pobytu Cry’a. Wyglądało jednak na to, że nie znajdzie tam już nic przydatnego. Opuścił więc stodołę, szybkim marszem wracając do skrzyżowania i tym razem udając się wzdłuż głównej ścieżki, prosto pod bramę Sierocińca „Ogród Róż”.
Różne myśli chodziły mu po głowie, gdy szybkim krokiem pokonywał kolejne dystanse: od domu do stodoły i do sierocińca. Uczucia, które głównie panowały nad nim były wściekłością i strachem, wymieszanymi ze sobą, prawie nie do odróżnienia. Wściekły był głównie na siebie i na Alice. Na siebie ze względu na to, że stracił czujność i dopuścił do takiej sytuacji. Chociaż porwanie Cry’a nie było bezpośrednio jego winą, mimo wszystko czuł się odpowiedzialny za swojego przyjaciela i ciężko było mu zaakceptować fakt, że przez chwilową nieuwagę Cry był teraz nie wiadomo gdzie i nie wiadomo w jakim stanie. Na Alice był wściekły z powodów dość oczywistych: cała ta sytuacja była przecież jej sprawką. Gdyby nie ona, Pewds nie musiałby biec teraz w szaleńczym tempie, szukając Cry’a, bojąc się o jego zdrowie i życie. Dlatego właśnie strach także dominował nad jego zachowaniem. Serce biło mu szybko, ręce trzęsły się, oblewał go pot. Wyobrażał sobie różne rzeczy. Po przeczytaniu tego jednego zdania, tego „Jeśli chcesz zobaczyć Cry’a w całości” naszło go mnóstwo krwawych wizji. Cry torturowany, masakrowany, zabijany na tysiąc sposobów. Te myśli jednocześnie paraliżowały go i motywowały; odbierały mu zmysły i zmuszały do działania. Sprawiały, że był w stanie zrobić wszystko, by odzyskać bruneta.
Dopiero, gdy zatrzymał się przed wejściem do budynku i przestał się nerwowo poruszać, poczuł jak zimny wiatr przeszywa jego ciało, powodując dreszcze. Żałował, że nie wziął żadnego okrycia wierzchniego – dzień był dosyć chłodny i zdecydowanie nie było rozsądnym wychodzenie bez cieplejszych ubrań na sobie. Pewds tym bardziej chciał wejść już do sierocińca, mając nadzieję, że chociaż tam będzie trochę lepiej. Gdy tylko jednak stanął naprzeciw bramy okazało się, że jest zamknięta i raczej nie będzie dało się jej w żaden sposób otworzyć, siłą czy też nie. Pewds miał już odejść, by poszukać jakiejś innej drogi do środka, ale jego uwagę przykuł nagle widok dwójki dzieci w papierowych torbach na głowach. Stały na środku placu przed głównymi drzwiami do sierocińca i pochylały się nad jakimś dużym przedmiotem, leżącym na ziemi. Kiedy nieco się odsunęły, Pewds mógł zobaczyć zabrudzony worek sporych rozmiarów, którego zawartość była chyba jakąś żywą istotą, ponieważ worek przesuwał się i tarzał po ziemi. Jedna z postaci z zamaskowaną twarzą uniosła w górę kij i zadała cios prosto w poruszający się pod jej stopami przedmiot. Z worka rozległ się stłumiony krzyk. Krzyk, który Pewds z łatwością rozpoznał jako krzyk Cry’a. W akcie desperacji szarpnął za stalowe pręty bramy, próbując ją otworzyć, ale na darmo.
- Przestańcie! – wrzasnął, wciąż starając się jakoś przedostać poza ogrodzenie. – Cry!
Dzieci zadały jeszcze kilka ciosów w wierzgający na wszelkie strony wór, przy akompaniamencie krzyków i jęków uwięzionego w nim mężczyzny.
- PRZESTAŃCIE! – Pewds był bliski płaczu, widząc jak krzywdzony jest jego przyjaciel. Jego prośby chyba w końcu zostały wysłuchane; jedno z dzieci odwróciło do niego swą zakrytą torbą głowę, po czym bez słowa zadało ostatnie uderzenie, unieruchamiając swoją ofiarę. Pewdie zagryzł wargę, patrząc jak oprawcy chwytają za sznur przy worku i ciągną pobitego do wnętrza budynku, po czym zamykają za sobą drzwi z głuchym trzaskiem.
Brama wciąż nie chciała ustąpić, chociaż Pewds niemalże wyrywał ją z zawiasów swoim szarpaniem. Dopiero po chwili mocowania się z prętami odpuścił, nerwowo rozglądając się za jakimś innym wejściem do sierocińca. Mur okazał się być zbyt wysoki, by mógł przez niego przeskoczyć czy chociażby się na niego wdrapać. Musiał znaleźć więc jakieś inne wejście, jakiś inny sposób. Szybkim krokiem ruszył wzdłuż ogrodzenia, najpierw obierając lewą jego stronę. Ręce mu drżały, łzy zamazywały obraz, tworząc z niego niewyraźną plamę. W głowie odtwarzał się ten sam film – scena, w której dzieci w maskach okładają płócienny worek, barwiąc go tym samym szkarłatem krwi. Nie chciał tego widzieć, ale nie mógł nic z tym zrobić. Każde zadane Cry’owi uderzenie bolało go, jakby było przeznaczone dla niego. Musiał go szybko znaleźć, odebrać z rąk katów, upewnić się, że wciąż żyje. Jednak co, jeśli się spóźnił? Prędko odgonił od siebie tę myśl, próbując skupić się na aktualnym zadaniu bez zbędnego gdybania i zamartwiania się. Kamienny mur załamał się, prowadząc teraz w prawo, więc Pewdie cierpliwie podążył według wyznaczonego szlaku, starając się nie panikować bardziej, niż dotychczas. W końcu, gdy obszedł już połowę muru i trafił na tyły budynku zauważył coś, co pozwoliło mu nieco się uspokoić, a nawet ucieszyć: w kamiennej ścianie umieszczone były drewniane drzwi, zwykła furtka prowadząca na teren sierocińca. Obok niej, na prostokątnej tabliczce białą kredą napisane było: „Nikt nie wejdzie bez przepustki.”
Pewds natychmiast wyciągnął z kieszeni marynarki znaleziony uprzednio kartonik z rysunkiem ryby. Trzęsącą się dłonią wsunął go przez otwór znajdujący się pod tabliczką i zdziwił się, gdy ktoś po drugiej stronie odebrał go i otworzył drzwi na oścież. Ostrożnie wszedł przez furtkę, rozglądając się uważnie. Kątem oka dostrzegł chłopca w koszulce w paski, który z chichotem na ustach odbiegał w tylko sobie znanym kierunku. Pewdie bez chwili zastanowienia podążył za dzieckiem, mając nadzieję, że doprowadzi go ono do oprawców Cry’a i tym samym też do niego. Chłopak najwyraźniej biegł dość szybko, bo gdy tylko blondyn ruszył za nim, okazało się, że dzieciak rozpłynął się w powietrzu. Nieco już mniej pewnie Pewds przemierzył podwórko, zatrzymując się tylko raz, przy ciemnych drzwiach prowadzących do wnętrza budynku. Gdy jednak okazało się, że są zamknięte i ani myślą się otworzyć, przeszedł dalej, aż trafił na plac, na którym przed chwilą „bawiły się” dzieci. Oczywiście, nie było po nich śladu – a przynajmniej nie po nich samych. Pewdie wzdrygnął się i poczuł nadchodzące mdłości, gdy ujrzał krwawe plamy na płytkach brukowanego placu. Odwrócił wzrok, czując zbliżający się atak histerii i starając się zachować zimną krew, ruszył w stronę głównego wejścia. Drzwi, pomalowane błękitną farbą, powitały go kartką z krzywym napisem „tędy wejście”. Bez chwili zwłoki mężczyzna szarpnął za klamkę, dzięki czemu mógł wkroczyć wreszcie do ciemnego, zakurzonego holu Sierocińca „Ogród Róż”.
Niczym w pierwszym lepszym tanim horrorze, wrota zatrzasnęły się za nim z głuchym trzaskiem, niosąc się po dużym pokoju w akompaniamencie dziecięcych chichotów i śmiechów. Pewds czuł się obserwowany przez tysiące par oczu, ale tak naprawdę w pomieszczeniu nie było nikogo poza nim lub tak przynajmniej mu się wydawało. Gdy jednak jego wzrok przywykł już trochę do otaczającego go mroku, mógł z łatwością dojrzeć niską, szczupłą sylwetkę chłopca w białej koszuli, odznaczającej się swym kolorem na tle wszechobecnej ciemności. Pewdie powoli, ostrożnie zaczął iść w kierunku chłopca, nie mając najmniejszego pojęcia, jak powinien się zachowywać wobec obcego. Był groźny? Był nieszkodliwy? Gdyby był z nim Cry, pewnie pamiętałby chociaż jakieś podstawy i mógłby poprowadzić go, powiedzieć mu jak powinien zareagować, co powinien zrobić. Cry’a jednak nie było, a jeśli kiedykolwiek miał się pojawić, to tylko wtedy, gdy Pewds podejmie własne decyzje i go odnajdzie. Ruszył więc w stronę dziecka, teraz już nieco pewniej, choć wciąż z ostrożnością. Dziecko nie ruszyło się; stało spokojnie, patrząc się na Pewdie’go z obojętnością. Gdy Felix już prawie do niego dotarł, nagle po holu poniósł się dźwięk kobiecego głosu, dochodzący z ukrytych gdzieś głośników. Blondyn przestraszył się tak nagłego przerwania ciszy, ale bardzo szybko się uspokoił i zaczął wsłuchiwać się w nadawany komunikat.
- Pogrzeb odbędzie się na dziedzińcu wewnętrznym. Wszyscy, którzy mają zamiar w nim uczestniczyć, powinni stawić się na czas – zanim Pewds zdołał rozszyfrować jej słowa, kobieta przemówiła ponownie. - Chodź, Jennifer. Pogrzeb zaczyna się teraz.
Serce Pewdie’go zabiło szybciej i poczuł, że pot zaczyna pokrywać jego czoło. Pogrzeb. Pogrzeb. To słowo powtarzało się w jego umyśle niczym mantra, spełniając jednak odwrotną rolę, bo zamiast czuć spokój, czuł narastający strach i zbliżającą się panikę. Nie miał pojęcia, dlaczego zwrócono się do niego „Jennifer”, ale nie miał wątpliwości, że wiadomość była specjalnie dla niego. Spojrzał więc na chłopca przed sobą, mając nadzieję na jakieś wytłumaczenie lub wskazówkę, ale zanim zdążył o cokolwiek spytać, chłopiec ruszył przed siebie biegiem, zostawiając zdezorientowanego gracza na środku pomieszczenia.
Szwed zareagował na to niemal od razu, puszczając się biegiem za uciekinierem. Tym razem nie mógł go zgubić. Tym razem chłopak doprowadzi go do Cry’a i Pewds będzie mógł go uratować. Teraz nie mógł odpuścić. Odgłos ich stóp uderzających o drewnianą podłogę zdawał się nieść po całej rezydencji, gdy Pewds podążał za dzieckiem, biegnąc przez cały hol główny i docierając do drzwi na jego końcu. Potem czekała go jeszcze długa podróż przez ciemny korytarz i gdyby nie biel koszuli uciekającego chłopca, na pewno zgubiłby go w tej ciemnicy. Na szczęście udało mu się szczęśliwie opuścić korytarz, potem skręcić w lewo, przejść przez kolejne drzwi… Ku jego zdziwieniu chłopiec zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu. Opcje były dwie: albo udało mu się jakoś przemknąć niezauważenie po schodach po prawej albo wyszedł przez drzwi po lewej, koło których znajdowało się okno, ledwo przepuszczające światło dnia. Pewds szybko przestał się nad tym zastanawiać, gdy uświadomił sobie, że okno w tak dziwnymi miejscu oznacza, że udało mu się dojść do dziecińca. Zdecydowanym szarpnięciem klamki umożliwił sobie wyjście na plac i zrobił swój pierwszy krok na wysuszonej, pełnej piachu ziemi.
Słońce prawie nie przedzierało się przez ciężkie, szare chmury, wyraźnie zapowiadające zbliżający się deszcz, a może nawet i burzę. Na dziedzińcu nie było żywej duszy. Ogółem było tam dość pusto. Wysuszony grunt, małe kępki trawy w kilku miejscach, żadnych dekoracji. Jedyną rzeczą, która wyróżniała się na tle tego nudnego krajobrazu była niewielka górka usypana z ziemi, w którą wbity był patyk, a obok niej stara, zardzewiała łopata. Na ich widok Pewds poczuł nagły przypływ strachu, Bóg wie który raz tego dnia. W mgnieniu oka znalazł się przy kopcu, wyrywając patyk z ziemi i w akcie desperacji pospiesznie rozkopując prowizoryczny grób łopatą. Pracował w pocie czoła, czując, jak do oczu napływają mu łzy. Spóźnił się? Tak bardzo starał się przyjść jak najszybciej, czy mógł zrobić coś jeszcze? Próbował się pocieszać, że jeszcze nie wszystko stracone, ale szczerze sam w to nie wierzył. Kopał jednak dalej, karmiąc się ostatnią krztyną nadziei i z ulgą przyjął łupnięcie, które rozległo się, gdy uderzył w coś twardego. Uklęknął na jednym kolanie, dłońmi zgarniając ziemię z drewnianej skrzyni, która się pod nią kryła. To nie były żarty, przed nim naprawdę leżała podłużna trumna, w której najprawdopodobniej schowany był Cry. Pewds przystąpił więc do siłowania się z wiekiem skrzyni, która w końcu odpuściła, ukazując widok, którego zdecydowanie nie chciał oglądać.
Tak jak się spodziewał, Cry leżał w środku. Ubrany był w dziwny, niegdyś brązowy strój, który teraz nosił na sobie ślady krwi, tak samo jak twarz i ręce mężczyzny. Spoczywał w trumnie bez ruchu, z przymkniętymi oczami. Pewdie myślał nawet przez chwilę, że jego przyjaciel nie żyje, jednak jęk, który wydostał się z ust bruneta, szybko udowodnił mu, że się myli. Wyciągnął drżącą dłoń do drugiego gracza, mając nadzieję, że Cry będzie w stanie ją chwycić.
- Cry, słyszysz mnie? – przemówił do niego głosem spokojnym, niezbyt głośnym. – Jestem tutaj, wszystko będzie w porządku.
Ku wielkiej radości blondyna, Cry’owi udało się otworzyć oczy i zwrócić się do niego twarzą. Chociaż malował się na niej ból, Pewds i tak przyjął to z ulgą.
- Pewds? Co ty tu… - jego zachrypnięty głos nie zdołał dokończyć zdania, a on sam padł, nieprzytomny. Pewdie od razu wychylił się bardziej, sięgając jego ramienia i potrząsając nim mocno, próbując przywrócić mu przytomność. Na nic się to jednak nie zdało; Cry nie był w stanie poradzić sobie z tak wielkim cierpieniem bez omdlenia.
- Cry… - wyszeptał Felix, próbując nie spanikować kolejny raz. – Cry, trzymaj się, proszę. Wyciągnę cię stąd.
- Nie składaj obietnic, których nie możesz dotrzymać – usłyszał za sobą czyjś chłodny głos i dopiero wtedy zauważył, że otacza go grupka dzieci w papierowych torbach na głowach. Nie zdołał nawet zlokalizować właściciela głosu, gdyż nagle poczuł ostry ból z tyłu głowy, prawdopodobnie spowodowany uderzeniem jakimś tępym narzędziem. Obraz przed jego oczami pociemniał, zdążył wziąć tylko jeden, szybki oddech zanim stracił przytomność i bezwładnie spadł w dół, wprost do grobu, który sam sobie wykopał.

***
Ostry ból przeszył jego czaszkę, gdy w końcu się ocknął. Światło oślepiło go, zakręciło mu się w głowie, nieprzyjemny zapach stęchlizny podrażnił jego nos. Zajęło mu kilka minut by przyzwyczaić się do wszystkich bodźców, które docierały do niego z podwójną siłą. Kiedy już przestał mu przeszkadzać ból i był w stanie dostrzec coś w oświetlonym pomieszczeniu, rozejrzał się po nowym miejscu, próbując sobie przypomnieć ostatnie zdarzenia. Ach tak, oberwał w głowę, ten fakt był dla niego bardzo jasny. Niestety nie pamiętał, co działo się dalej. Jedyne, co wiedział, to że siedzi teraz w niewielkim pokoju, lampa stojąca w rogu świeci mu po oczach, przed nim leży ta sama trumna, którą odkopywał zanim stracił przytomność i że jest przywiązany do stalowego słupa stojącego na środku pomieszczenia. Szarpnął się kilka razy, niezadowolony z tego, że lina krępuje jego ruchy i ogranicza jego wolność. Niestety, więzy nie puściły, dalej uniemożliwiając mu ruszenie się na chociażby kilka centymetrów.
- Mam nadzieję, że w tym budynku poza tymi dzieciakami jest jeszcze jakiś dorosły – mruknął, próbując wymyślić wyjście z sytuacji. – Bo jeśli nikt im nie pomagał i zostałem znokautowany i przywiązany tu przez grupkę dzieci, to moja duma tego nie zniesie.
- Oh, dzień dobry, Jennifer – chłopięcy głos dobiegł z głośników, których Pewds znów nie był w stanie zlokalizować. – Porozmawiajmy chwilę, co ty na to? Jennifer, wiesz, że byłaś bardzo złą dziewczynką… A złe dziewczynki powinny być karane, czyż nie?
- Nie do końca się z tobą zgadzam – mruknął Pewds w odpowiedzi, nieco poirytowany imieniem, które mu nadano.
- Hmm, nie dość, że niedobra dziewczynka, to jeszcze nie chce przeprosić, co? Tak czy siak, to ja tutaj wydaję rozkazy, rozumiemy się?
- Taaa, wszystko mi jedno. Nie, żebym miał wybór.
- Mądra dziewczynka. Więc, dostaniesz teraz swój pierwszy rozkaz. Każdego miesiąca będziesz musiała przynieść jakiś prezent do Klubu Arystokratów. Jeśli tego nie zrobisz, zabiję cię. Mam nadzieję, że rozumiesz?
- Ta, powiedzmy. Nie mam zamiaru zostawać tutaj dłużej niż kilka godzin – odparł niechętnie, wściekły, że musi słuchać poleceń jakiegoś dzieciaka.
- Ah tak? W sumie, to nawet nie ma znaczenia, jakie są twoje odpowiedzi. Widzisz, Jennifer, na tym świecie są tak naprawdę tylko dwa rodzaje ludzi: ci, którzy wykonują rozkazy i ci, którzy je wydają i od tego momentu, ja będę tym, który wydaje rozkazy. Niesprawiedliwe? Cóż, droga Jennifer, nic tutaj nie jest sprawiedliwe – chłopiec zaczął się śmiać złowieszczo i podniósł głos, podkreślając swój autorytet. – Będziesz wypełniać moje rozkazy, bo jeśli nie… Ja jestem Księciem, a Książę sprawuje rządy! To twoje życie, ale będziesz grała według moich zasad! – dziecko zaczęło wręcz krzyczeć, przerywając od czasu do czasu śmiechem własną wypowiedź, a Pewds jeszcze nigdy nie czuł tak wielkiej żądzy zabijania. – Niech gra się rozpocznie, droga Jennifer!
Gracz z ulgą przyjął ciszę, która nagle zapanowała, ciesząc się, że nie musi już słuchać irytującego głosu. Z jeszcze większą ulgą przyjął metaliczny szczęk nożyc, które zawieszone w górze spuściły się teraz po cienkiej lince przyczepionej do kawałka drewna, sięgając w końcu ostrzami lin u jego nadgarstków i przecinając je, po czym wróciły znów na górę. Pewdie zrzucił z dłoni kawałki sznura, a potem zaczął ściągać pęta zaciśnięte na jego ramionach i nogach. Gdy już się uwolnił, niepewnie rozejrzał się po pokoju, zastanawiając się, co ma dalej robić. Przede wszystkim nie wiedział, czy Cry żyje i gdzie się znajduje. Nie miał także pojęcia, jak poruszać się po dziwnym domu i na co zwracać uwagę, a co ignorować. Wyciągnął mapę z kieszeni, ale po chwili uświadomił sobie, że nawet nie wie, w którym pokoju aktualnie się znajduje, więc nie dało mu to żadnych wskazówek. Pierwszą rzeczą, za którą mógł się zabrać, było ściągnięcie tych nożyc, które go uwolniły i zabranie ich jako prowizorycznej broni. Jednak, chociaż stawał na palcach i wyciągał dłoń jak najwyżej mógł, nożyczki wciąż pozostawały poza jego zasięgiem. Zrezygnowany, wyciągnął list od Alice i mapę, nie mając pojęcia, gdzie ma robić dalej. Alice wyraźnie napisała mu, że miejsce pobytu Cry’a musi odkryć sam, ale nawet z mapy nie mógł nic wyczytać – patrzył na rozrysowane piętra i pokoje, ale z tak prostych rysunków nie dało się wywnioskować, w jakim pomieszczeniu się teraz znajdował. Wyjście było więc jedno i bardzo proste: musiał opuścić pokój i zorientować się w nowym otoczeniu. Samemu mogło być trochę trudno, ale nie za bardzo miał inny wybór. Zresztą, w normalnych grach też zwykle nie było prowadzenia za rączkę. Powinien dać sobie radę z zrozumieniem tego świata, jeśli chwilę w nim poprzebywa.
Niepewnie nacisnął klamkę, otwierając drzwi. Trafił na niewielki, wąski korytarz kończący się barierkami. Ściany były wykonane z jakiegoś rodzaju metalu i przy wszystkich były poręcze. Krótko mówiąc, nie wyglądało to jak zwyczajny dom. Pewds rozejrzał się, wychodząc na główne przejście, z jednej strony całkowicie ogrodzone metalową balustradą. Stamtąd drogi były dwie: w prawo lub w lewo. Z racji tego, że korytarz na lewo był dłuższy i przeszukanie go na pewno zajęłoby więcej czasu, Pewdie udał się na prawo, otwierając zdecydowanie drzwi się tam znajdujące. Były to drzwi rozsuwane, które wystarczyło szarpnąć, by udostępniły wejście do pomieszczenia. Z tymi było jednak inaczej – Pewdie pociągnął za drzwi, odsuwając je nieznacznie, ale zanim zdążył chociażby zajrzeć do środka przy wejściu pojawiło się dziecko z torbą na głowie i gwałtownie zatrzasnęło przed nim drzwi.
- Co to było? – Pewds cofnął się, wystraszony nagłym pojawieniem się dziecka. Z pokoju przed sobą usłyszał cichy śmiech, drzwi pozostały zamknięte. Mężczyzna darował sobie dobijanie się, decydując, że najpierw dowie się, gdzie iść, a dopiero potem będzie się wkurzał, jeśli to pomieszczenie było w jakiś sposób kluczowe. Odwrócił się, zwracając się do lewej części korytarza i pewnym krokiem ruszając w tamtym kierunku. Nie zaszedł zbyt daleko; jego uwagę przykuł poszarzały papier pomalowany kredkami, przyczepiony do ściany. Kolorowe napisy wesoło ogłaszały, że czytający ten plakat został zaproszony do Klubu Arystokratów przez Arystokratów Czerwonej Kredki. Pewdie’mu nic te nazwy nie mówiły, zerwał jednak i złożył kartkę, by ewentualnie móc ją pokazać Cry’owi, gdy już go odnajdzie.
W tym korytarzu kryło się więcej drzwi, więc także musiało to oznaczać więcej pomieszczeń. Do żadnego jednak nie było mu dane zajrzeć, gdyż wszystkie były albo zamknięte na klucz albo okupowane przez dzieci w papierowych maskach. Na samym końcu korytarza było nieco więcej przestrzeni dzięki czemuś w rodzaju dużego magazynu, otoczonego stalową siatką. Na drewnianych i metalowych półkach stały różne pudła, leżały worki z zawartością, której Pewds nie do końca chciał sprawdzać. Z racji tego, że nawet drzwi na końcu tego przejścia były zamknięte, postanowił porozglądać się nieco po tym miejscu, mając nadzieję na znalezienie czegoś ciekawego lub potrzebnego wśród szafek i półek. Po przekopaniu niemalże wszystkich przedmiotów w pokoju jedyne, co znalazł, to skrawek papieru zapisany atramentem – wiersz od Alice.

Rozkazy Klubu Czerwonej kredki wypełniać należy,
Od nich przecież życie twoje i Cry’a zależy.
Twoje dwie misje to, choć jest to rzeczą zawiłą,
Znaleźć prezent oraz twą wieczną i prawdziwą miłość.

Pewds zacisnął pięści i wypuścił wolno powietrze przez usta, poirytowany tym, że Alice znowu coś mu sugeruje. Dobrze, przyznaje się do tego, że jest w Cry’u zakochany, ale wmawianie mu, że jest on jego wieczną i prawdziwą miłością było już przegięciem.
- Wybacz, że cię rozczaruję – mruknął, podchodząc do kryjących się na tyłach pomieszczenia drzwi. – Ale mojej wiecznej i prawdziwej miłości tutaj chyba nie znajdę. Ostatnim razem, gdy ją widziałem, spała u mojego boku.
Ku jego pozytywnemu zaskoczeniu, drzwi oznaczone tabliczką „Klatka schodowa sektora 8” otworzyły się bez problemu, pozwalając mu iść dalej. Wkroczył więc do ciemnego pomieszczenia, które poza schodami oferowało jeszcze drzwi, oczywiście zamknięte. Nieco poirytowany, Pewdie wspiął się po schodach na samą górę i stanął w przedsionku, by następnie otworzyć drzwi po swojej prawej. Tym razem miejsce, w którym się znalazł, nie wyglądało tak obskurnie jak te, które widział poprzednio. Trafił bowiem do niezbyt długiego korytarza ze ścianami pokrytymi panelami z drewna i podłogami zdobionymi wzorzystymi dywanami. W rogu naprzeciw stała jakaś paprotka, pod ścianami stały krzesła z zielonymi obiciami, wszystko tonęło w świetle spływającym z lamp wiszących w górze. Felix z ciekawością rozejrzał się po otoczeniu, dopiero po chwili dostrzegając, że w miejscu, gdzie z korytarza odchodziły na bok dwa mniejsze korytarzyki, stoi dziewczynka. Była dość niska i pulchna, nie mogła mieć więcej niż trzynaście lat. Miała blond włosy, spięte różową kokardą tak, że po bokach tworzyły jej się loczki. Ubrana była w różową sukienkę w kwiatki i nieco jaśniejszy dziergany sweterek, do całości zakładając mało pasujące żółte skarpetki i brązowe półbuty. Uśmiechała się dziwnie, sprawiając, że Pewds zdecydowanie wolał unikać z nią kontaktu. Jeśli jednak miał dowiedzieć się, gdzie znajduje się Cry, musiał podjąć jakąś konwersację z niepokojącą go trochę dziewczynką.
- Hej, jak się nazywasz? – spytał, pochylając się nieco, by chociaż trochę zmniejszyć różnicę wzrostu. „Jak się rozmawia z takimi dziećmi?” zastanawiał się, patrząc, jak dziewczynka kiwa się do przodu i do tyłu na piętach, wciąż się uśmiechając.
- Jestem Amanda, Księżniczka o Małym Sercu – przedstawiła się uprzejmie. – Mam tutaj status Biedaczki. Jak dobrze, że jesteś niżej ode mnie, Jennifer!
Pewds stał przez moment w ciszy, nie bardzo wiedząc, o czym mówi to dziwne dziecko. Znał za to jej imię, a ona sama nie wydawała się w żaden sposób agresywna czy wyjątkowo niemiła. Spróbował więc chociaż trochę się uśmiechnąć, starając się jakoś zapewnić sobie jej przychylność.
- Miło mi cię poznać, Amando. Powiedz mi, nie wiesz może, gdzie mógłbym znaleźć mojego przyjaciela?
- Taki brązowy…? Cóż, wydaje mi się, że widziałam go gdzieś na tym statku… - zrobiła zamyśloną minę, mrucząc coś pod nosem. – Przepraszam, ale nie potrafię sobie przypomnieć. Czy słyszałaś już o prezencie tego miesiąca, Jennifer?
- Nie, jeszcze nie… - Pewds westchnął, trochę rozczarowany tym, że dziewczynka nie była w stanie podać mu potrzebnych informacji. – O jakim statku mówisz?
- Powietrznym, oczywiście. Fruwamy teraz wśród chmur – odpowiedziała mu, chichocząc dziwnie. – Tak czy siak, powinieneś sprawdzić zadanie na ten miesiąc jak najszybciej. Arystokraci nie będą czekać wiecznie!
Jak gdyby nigdy nic, odwróciła się i ruszyła w bok korytarzem, przygarbiona. Kroki, które stawiała były pokraczne, ociężałe; śmiała się cicho i wydawała z siebie inne dziwne dźwięki. Pewds wyprostował się, patrząc się za dzieckiem z miną zdziwienia, jednak nie zdecydował się na podążenie w jej ślady. Zamiast tego ruszył prosto, zaintrygowany drzwiami z przymocowaną do nich dziwną skrzynką. Nad nią wisiała karteczka, która przy bliższych oględzinach okazywała się ogłaszać, że „prezentem tego miesiąca jest książka z kwiatami”. Koło napisu narysowany był rysunek książki, a dookoła niej rozrzucone róże. Nie do końca wiedział, czy miało to znaczyć, że ma przynieść książkę i kwiaty, czy książkę w jakiś sposób opowiadającą o kwiatach, jednak szybko stwierdził, że nie ma sensu się tym teraz przejmować. Jeśli znajdzie Cry’a, to wtedy się tym zajmie. Teraz nie za bardzo miał na to czas. Wrócił więc na środek korytarza, decydując się na obranie drogi w lewo. W tym przejściu znalazł jedynie dwoje drzwi, zresztą i tak zamkniętych. Zirytowany, zawrócił, przechodząc do korytarza, który wcześniej był po jego prawej. Tam też większość drzwi, które sprawdził, była zamknięta. Tylko zza tych pierwszych, zaraz na rogu, dochodziły jakieś dźwięki. Gdy Pewdie przyłożył ucho do drewnianej powierzchni, mógł usłyszeć, jak ktoś czyta historyjkę, cienkim, dziecięcym głosem. Nacisnął więc na klamkę, spodziewając się kolejnych zamkniętych drzwi, jednak okazało się, że spokojnie mógł je otworzyć, wchodząc do zatęchłej biblioteki, gdzie dwie dziewczynki siedziały przy stoliku. Jedna z nich, mniejsza i jednocześnie młodsza, o ciemnych włosach spiętych w warkocze, natychmiast wstała od stołu na jego widok i poszła na tyły pokoju wraz z książką, którą przed chwilą czytała. Druga z nich była niezbyt wysoką blondynką, około dwunastoletnią. Włosy do ramion miała ułożone dzięki różowej opasce, oczy przysłaniały jej okulary z okrągłymi szkłami. Na zieloną koszulę z czerwonym krawatem w komplecie nałożony miała sweterek bez rękawów, beżowy, w kratę. Siedziała przy biurku, zawalonym różnymi papierami i książkami, zielony klosz lampy sprawiał, że dziewczynka wyglądała dość przerażająco w takim świetle.
- Przerwałaś nam w czytaniu, Jennifer – odezwała się, podnosząc wzrok. Patrzyła na niego z wyższością. – Czy to jakaś poważna sprawa?
- Czy nie widziałaś może mojego przyjaciela? – spytał od razu, nie przejmując się ani trochę jej słowami. – Panien- Jak masz na imię?
- Nazywam się Meg, jestem Mądrze Wyglądającą Księżniczką. Mam tutaj status Baronowej, trzecią pozycję w wyższej klasie, zaraz po Hrabinie i Księżnej, no i oczywiście Księżniczce Czerwonej Róży. Miło mi cię poznać, Jennifer.
- Mnie także – odparł, przytakując. – Czy wiesz może, gdzie przebywa mój przyjaciel?
- Jeśli mówimy o tej samej osobie, powinnaś zawrócić do miejsca, z którego przybyłaś. Być może niektóre drzwi otworzą się na twą prośbę – odpowiedziała, jednak zaraz zmieniła temat. – Czy znalazłaś już prezent dla Klubu Arystokratów, Jennifer?
- Jeszcze nie, najpierw chciałbym uwolnić mojego przyjaciela i upewnić się, że nic mu nie jest.
- Radziłabym ci się pospieszyć, Klub Arystokratów nie będzie czekał wiecznie – upomniała go, po czym sięgnęła do kieszonki w spódnicy i wyciągnęła stamtąd jakieś małe przedmioty, które okazały się być ciastkami. – Weź to, może ci się później przydać. Jednak to ostatni raz, kiedy okazuję litość komuś z niższej klasy. Nie licz na to, że ktoś będzie ci pomagał.
- Nie liczę – odparł, ale wziął od niej jedzenie. – Dziękuję za pomoc. Miło było poznać.
Grzecznie opuścił bibliotekę, ostatnim spojrzeniem zauważając, że dziewczynka w warkoczach podchodzi do biurka z książką i zaczyna powoli czytać ją na głos. Przez chwilę chciał nawet zostać i posłuchać, o czym czyta, ale myśl o szybkim uwolnieniu Cry’a sprawiła, że natychmiast porzucił ten zamiar, wracając się do klatki schodowej, którą zszedł z powrotem na niższe piętro, trafiając znów do tego dziwnego magazynu, a potem na korytarz, od którego rozpoczął przeszukiwanie swojego nowego otoczenia. Przeszedł szybko głównym korytarzem, sprawdzając, czy nie nastąpiły tam jakieś zmiany. Niestety, wszystkie pokoje znajdujące się po obu stronach przejścia były zamknięte na klucz.
Gdy już zaczął powoli tracić nadzieję na to, że na tym piętrze zmieniło się cokolwiek, zauważył, że drzwi na końcu korytarza są lekko uchylone, a zza nich wystaje głowa jakiegoś dziecka, które uśmiechało się niepokojąco. Pewds bardzo ostrożnie podchodził do drzwi, pamiętając, jak ostatnim razem został przestraszony przez dziecko w papierowej torbie. Tym razem było inaczej, gdyż chłopak, leżący przy drzwiach podniósł się i pobiegł przed siebie, gdy tylko Szwed podszedł na tyle blisko, by móc dostrzec jego twarz. Pewdie natychmiast rzucił się na drzwi i otworzył je na oścież, zaglądając do pomieszczenia za nimi skrytego. Okazało się być to „Sektorem dziewiątym, pomieszczeniem z turbiną”, tak przynajmniej przeczytał na tabliczce przy wejściu. Przeszedł korytarzem przed siebie, skręcając później w prawo… Jego oczom ukazało się coś w rodzaju klatki; duży obszar na środku ogrodzony metalową siatką, tuż obok gigantycznej maszynerii, prawdopodobnie wspomnianej wcześniej turbiny. Wewnątrz ogrodzenia, pod sufitem, zawieszony był… Cry, ze związanymi liną nadgarstkami i stopami, przywieszony za ręce do stalowej belki u góry. Był nieprzytomny, wisiał ze zwieszoną głową, ale Pewds od razu wiedział, że nie było mowy o pomyłce.
- Cry! – krzyknął, podbiegając do ogrodzenia. – Cry, słyszysz mnie!? Odpowiedz, proszę…
- Chyba nie jest do końca przytomny… - za jego plecami rozległ się nieprzyjemny, szorstki głos jakiejś dziewczyny. Pewds natychmiast odwrócił się, by ujrzeć twarz swojego rozmówcy. Była to dość wysoka dziewczyna, była także najstarszą osobą, jaką spotkał, odkąd zjawił się w tym domu – wyglądała na około szesnaście lat. Miała kasztanowe włosy, ciemną, brązową sukienkę w paski sięgającą jej do połowy łydki i zielony krawacik pod kołnierzykiem. Do całości dobrane miała wysokie, wiązane buty. Uśmiechała się złośliwie. – Przykro mi, Jennifer, ale raczej nie ma możliwości, by na razie się obudził.
- Czy to ty… - podniósł głos, podchodząc do niej z zamiarem okrutnego mordu.
- Daj sobie spokój, Jennifer – odpowiedziała ostro. – Nawet nie myśl o robieniu mi jakiejkolwiek krzywdy. Nie wiesz, kim jestem? Stoi przed tobą Diana, Księżniczka o Silnej Woli i Księżna naszego Klubu Arystokratów, wyżej jest ode mnie tylko Księżniczka Czerwonej Róży. Szacunku, Żebraczko.
Pewds zacisnął szczęki, ale odsunął się od niej trochę, starając się nie wybuchnąć. Po chwili na uspokojenie się, w końcu zwrócił się do dziewczyny:
- Czy wiesz, jak mogę go stamtąd ściągnąć? - spojrzał na marnie wyglądające ciało Cry’a wiszące po drugiej stronie ogrodzenia.
- Zaczęłabym od znalezienia czegoś, czym rozetniesz sznury. Bez tego za bardzo mu nie pomożesz. Ah, zastanów się lepiej, czy jest w ogóle sens ratowania go. Klub Arystokratów wciąż czeka na twój prezent.
- Jeszcze chwilę sobie poczekacie. A teraz wybacz, Księżno – wyraźnie podkreślił to słowo. – Ale muszę znaleźć coś ostrego. Jeśli pozwolisz, oddalę się.
- Nie lekceważ Klubu, Jennifer – uśmiechnęła się. – Osobiście zadbam o to, żeby wykorzystano na tobie karę, którą sama wymyślę.
Pewds nie skomentował tego, odwracając się na pięcie i ruszając w dalszą drogę, starając się nie patrzeć na Cry’a, którego strój wyraźnie nosił ślady krwi. Po chwili usłyszał, że Diana wychodzi z pokoju, trzaskając drzwiami. Zadowolony z usłyszenia tego odgłosu, zwrócił się do Amerykanina, chcąc upewnić się, że da radę wytrzymać, aż nie wróci tu z jakimś narzędziem.
- Nie zostawię cię tu, stary – mruknął, oglądając się za nim ostatni raz. – Don’t worry about it.
Przeszedł przez stalowe drzwi na samym końcu korytarza, podpisane jako wejście do „Sektora dziesiątego, kabin dla załogi”. Przed nim ciągnęło się kolejne, niezbyt długie przejście, kończące się drzwiami. Miał także opcję, by skręcić w lewo, jednak olał to, kierując się najpierw przed siebie. Po obu stronach korytarza znalazł dwa ogromne pomieszczenia, całkowicie otwarte z powodu braku przynajmniej jednej ściany, tak, że można było swobodnie do nich wchodzić i z nich wychodzić. Z prawej znajdowała się sypialnia, z kilkoma łóżkami piętrowymi. Z lewej było coś na zasadzie stołówki, z wielkim stołem na środku, przy którym siedziała jakaś dziewczynka w kapeluszu, oraz takimi samymi łóżkami, jak w poprzednim pokoju, dosuniętymi do ścian. Jedno z nich było nawet podpisane: „Nowa dziewczyna”.
- Dzięki, nie skorzystam – mruknął, patrząc na stare, niezbyt wygodnie wyglądające posłanie. – Ale nawet wiem, kto chętnie by z niego skorzystał…
- Mówisz o swoim przyjacielu? – dziewczynka siedząca przy stoliku odezwała się cicho, głosem bardzo przyjemnym, słodkim. Pewds zwrócił się w jej stronę, od razu zainteresowany jej słowami. Była krótko ściętą blondynką w kapeluszu i niebieskiej koszuli, nakrytej białą sukienką z koronkowymi wykończeniami. – Czy już go znalazłeś?
- Tak, ale jeszcze muszę go uwolnić, więc trochę pracy mnie czeka – odpowiedział jej z uśmiechem, stwierdzając, że jest to najmilsza i najmniej podejrzaną osoba, jaką dotychczas spotkał na swej drodze. – Jak masz na imię?
- Wendy – zakaszlała, po czym odwróciła twarz w jego stronę. – Samotna Księżniczka.
- Miło mi cię poznać, Wendy. Słuchaj, nie wiesz może, gdzie mógłbym znaleźć coś ostrego, jakiś nóż albo inne narzędzie…? – spytał niepewnie, zdając sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie brzmi jak jakiś morderca planujący zbrodnię.
- Chodzi ci o coś takiego? – podała mu srebrny widelec.
- Nie, bardziej o coś, czym można by przeciąć linę, taśmę, materiał… - chciał zwrócić jej przedmiot, ale położyła dłoń na jego, wskazując mu, że powinien zatrzymać go sobie.
- Może ci się przydać w walce. Czasami pałętają się tu te straszne stwory z miotłami, lepiej na nie uważaj. A jeśli chcesz jakiś ostry przedmiot, to słyszałam, że w jednym z pomieszczeń w ósmym sektorze są jakieś nożyce. Niestety nie mogę ci nic więcej powiedzieć, nic więcej nie wiem.
- Trudno, dziękuję za wszystkie informacje i za tą… broń – uśmiechnął się do niej przyjaźnie, ściskając widelec w dłoni, ale prawdę mówiąc nie miał pojęcia, jak miało mu się to przydać w walce z czymkolwiek. Nie chciał być jednak niemiły dla jedynej osoby w tym domu, która traktowała go jak człowieka, więc przyjął prezent z wdzięcznością. – To ja już pójdę, miło było cię poznać, Wendy.
- Powiedz… - nie zdążył jeszcze wyjść z pokoju, gdy jej delikatny głos zmusił go do zatrzymania się. – Czy ten twój przyjaciel jest ci bliski?
Pewdie’go trochę zdezorientowało to pytanie, tak jak smutek na twarzy dziewczynki, gdy je zadawała.
- Cóż, owszem, jest mi bliski. W końcu to mój przyjaciel. Czemu pytasz?
- Nie, nic. Nieważne. Skoro jest ci bliski, powinieneś mu pomóc! – rozpromieniła się znowu, chociaż mężczyźnie wydawało się, że zaciska piąstki pod stołem. Bez słowa skinął głową, myśląc sobie, że dziewczynka jest pewnie bardzo samotna w takim dziwnym domu pełnym dziwnych zasad i dziwnych ludzi dookoła. Pewnie dlatego tak ją zasmuciło to, że on miał tutaj przynajmniej jedną osobę, na której mógł polegać. Postanowił jednak nie drążyć tematu, tylko zająć się poważnymi sprawami, czyli uwolnieniem Cry’a i upewnieniem się, że jeszcze żyje i że go nie zostawi całkiem samego w tej okropnej grze.
Informacje podane mu przez Wendy okazały się zupełnie bezużyteczne. Jeśli bowiem pamięć go nie myliła, sektorem ósmym była część statku, w której znajdował się pokój, w którym się obudził. Skoro tak, to właśnie tam były wspomniane przez dziewczynkę nożyce, a jak już zdążył to sprawdzić, nie był w stanie wyciągnąć się na tyle, by ich sięgnąć. Bez entuzjazmu wyszedł więc ze stołówki, kierując swe kroki do drzwi na końcu korytarza, których nie zdążył jeszcze sprawdzić. Przejście, które znalazł po ich drugiej stronie, nosiło nazwę „Trzeciego korytarza pasażerskiego”. Po prawej znajdowała się męska ubikacja, po lewej – damska. Pewdie nie znalazł wewnątrz nich nic ciekawego, ruszył więc dalej, mając nadzieję, że w końcu znajdzie potrzebny mu przedmiot. Zamiast tego jednak znalazł tylko jakąś kobietę w pobrudzonych ubraniach, składających się z szarej sukni i fartucha, która z zapałem szorowała podłogę. Gdy Pewds zbliżył się do niej, mając nadzieję, że jakoś ją ominie i dostanie się do drzwi za jej plecami, sprzątaczka podniosła się na kolana i machnęła szmatką w jego stronę.
- Ty ohydna nędzarko… - warknęła nieprzyjemnie, po czym wróciła do pracy. Pewds przez chwilę stał i patrzył na nią w niemym szoku, po czym zacisnął zęby i przeszedł obok niej, kierując się na schody i wymyślając tysiące obelg pod adresem niemiłej kobiety. Zauważył, że w tym domu nie jest za bardzo lubianą osobą. Chyba jedynie Wendy i Amanda nie potraktowały go jakoś bardzo oschle czy z pogardą. Doszedł więc do prostego wniosku, że większość ludzi w tym sierocińcu to dranie i przysiągł sobie, że zrobi wszystko, by jak najszybciej wynieść się z tego okropnego miejsca.
Pokój, do którego trafił wchodząc po schodach, był po prostu dużym holem z ładnym, wzorzystym dywanem pokrywającym podłogę i kilkoma krzesłami, a także figurką aniołka stojącą na stoliku. Można było z niego przejść do czterech pokoi. Drewniane drzwi prowadzące do każdego z nich miały wyryte koniczynki o różnej liczbie listków: jednolistną, dwulistną, trzylistną i czterolistną. Pewds szybko posprawdzał ich dostępność, ale tak jak się spodziewał, żadne z nich nie były otwarte. Postanowił więc obejrzeć dokładnie cały ten przedpokój, mając nadzieję na znalezienie czegoś ważnego dla dalszej rozgrywki i ku jego uciesze na jednym z krzeseł znalazł niewielką, zrobioną z kartek papieru i nici książeczkę z wielkim rysunkiem stokrotek na okładce. Podpisana była jako „Kwiecisty ogród”. Szwed od razu chwycił książkę, przekartkowując ją prędko. Wydawało mu się, że mogłoby być to dobrym prezentem dla Klubu Arystokratów: mógłby odhaczyć już sobie jedno zadanie, a może nawet dostałby w zamian coś ostrego do uwolnienia Cry’a?
- Znalazłaś książkę, Jennifer? – Pewds odskoczył gwałtownie, słysząc czyjś głos tuż koło siebie. Gdy spojrzał w tamtą stronę, zobaczył kolejną mieszkankę tego domu. – Powinnaś odnieść ją do Komnaty Klubu.
Pewdie przyjrzał się nieznajomej, około dziewięcioletniej brunetce z krótko ściętymi włosami w żółtej sukience z długim rękawem i ładnych, brązowo-białych butach. To, co szczególnie ją wyróżniało, to klatka z czerwonym ptakiem w środku, podskakującym nerwowo co jakiś czas.
- Zaniosę ją tam za chwilę, nie martw się. Jak się nazywasz?
- Eleanor, Zimna Księżniczka, status Hrabiny – odpowiedziała chłodno, patrząc w bok i Felix stwierdził, że chyba wie, skąd wziął się jej przydomek.
- Wybacz, ale nie wiesz może, czy znajdę tu gdzieś coś ostrego, jakiś rodzaj ostrza…? – spróbował ostrożnie, mając nadzieję, że dziewczynka odpowie twierdząco.
- Myślę, że powinnaś wrócić do sektora ósmego. Być może coś, co było dla ciebie niedostępne stanie się dostępnym – zanim zdążył zadać jej jeszcze jakieś pytanie czy chociażby jakkolwiek odpowiedzieć na to zdanie, Eleanor odwróciła się i spokojnym krokiem opuściła hol i zeszła po schodach kierując się do swojego celu, cokolwiek nim było. Pewds odprowadził ją wzrokiem, jednak szybko przypomniał sobie swoją aktualną misję i ruszył biegiem po schodach, za dziewczynką, która zdążyła już uciec z jego zasięgu wzroku. Zignorował jednak ten fakt, skręcając i wybiegając przez drzwi na główny korytarz. Przebiegł koło jadalni i sypialni, nie zatrzymał się ani na chwilę przez całą prostą drogę. Szybko dotarł do sektora dziewiątego, przebiegł obok wciąż nieprzytomnego Cry’a i w końcu trafił do drzwi prowadzących na sektor ósmy.

Gdy tylko wyszedł na główny korytarz, zobaczył, jak z jednego z pokojów wybiega chłopczyk w białej koszuli, którego widział wcześniej w holu sierocińca. Tym razem jednak Pewds nie zamierzał go gonić; zamiast tego ruszył do pokoju, który przed chwilą opuścił chłopiec. W środku pomieszczenie wyglądało jak jakiś składzik, z metalowymi półkami i szafkami, pełnymi różnych podejrzanych przedmiotów. Najbardziej niepokojące były jednak rysunki na ścianach, malowane kredą lub jakimś innym białym mazidłem. Przedstawiały one raczej jakieś bezsensowne gryzmoły, choć motyw oczu pojawiał się w różnych miejscach. Jedynie rysunek kota na jednej ze ścian rzeczywiście miał coś przedstawiać; co więcej, jedno z jego oczu było wycięte z jakiegoś dziwnego powodu, który oczywiście od razu zainteresował Pewdsa. Podszedł bliżej rysunku, by mu się przyjrzeć i zauważył, że obok znajduje się jakiś przycisk, od którego odchodził kabel chowający się gdzieś przy suficie. Bez chwili zwłoki nacisnął guzik, a chwilę później usłyszał dziwny dźwięk pracującej machiny, gdzieś za ścianą. Wykorzystał więc otwór w rysunku kota, by wyjrzeć przez niego i zobaczyć, co kryje się po drugiej stronie. Ku jego ogromnej uldze zobaczył, że pokój za ścianą to ten sam, w którym się obudził, a tajemniczy przycisk okazał się uruchamiać system odpowiedzialny za spuszczenie nożyc w dół. Wybiegł więc prędko z pokoju, z impetem otwierając drzwi do drugiego pomieszczenia i podchodząc do słupa. Teraz nożyczki były już na samym dole, tak, że bez problemu mógł uklęknąć i odwiązać je od tej dziwacznej maszyny. Obejrzał zardzewiałe ostrze w świetle i chociaż nożyczki nie były w najlepszym stanie, były wystarczająco ostre by bez problemu rozciąć linę, więc Pewds bez wahania zabrał je ze sobą, od razu kierując swe kroki w stronę sektora dziewiątego. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie biegł tak szybko, jak wtedy, jednakże nigdy w życiu nie miał też takiej motywacji.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
There it is! Nie jestem do końca zadowolona z tego, co tu publikuję, ale cóż, mając na uwadze to, co będzie się działo w dalszych rozdziałach chyba jestem w stanie zignorować nudę wylewającą się z tego rozdziału. Była mi potrzebna xD
Ah, Rule of Rose. Gra znienawidzona przez Cry'a i mająca u mnie dziwną pozycję między grami irytującymi a dobrymi fabularnie, nie wiem, co z nią zrobić xD Namęczyłam się strasznie z tym rozdziałem, tbh, głównie dlatego, że moje pierwotne pomysły były konsekwentnie niszczone przez fabułę gry, która nie pozwalała mi na samowolkę, więc wyszło jak wyszło. W pierwotnym założeniu miało to wyglądać inaczej xD
Wszystkie tłumaczenia nazw są moje, chociaż może nie najlepsze, ale nie chciałam tego zostawiać po angielsku, simple as that. A imię głównej bohaterki, Jennifer, jest, bo tak zadecydowałam. Tak w sumie to nie ma większego powodu ¯\_(ツ)_/¯
Cóż mogę więcej rzec? Bawcie się dobrze przy czytaniu, komentarze mile widziane, do zobaczenia pod następnym rozdziałem? Have a nice day/night, bros :)

Brofist!
~Maru <3


20 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam nadzieję, że skomentuje jako pierwsza, bo zobaczyłam post dwie minuty po dodaniu(to szczęście xd), ale nie wyszło. Trudno! I tak się trochę wysłowię.
    Rozdział naprawdę mi się podobał. Wiem o jaką grę chodzi, i nie wiem czy to dobrze xD Przynajmniej ogarniam mniejwięcej co i jak, bo serio, ta gra jest dziwna, więc ficzkowi może udzielić się ten klimat xD Ale Ty ładnie wpasowałaś się w ten klimat, więc nie wyszło wkurzająco jak w grze.
    Ale jak już wspominałam, podobało mi się, wszystko było ładnie opisane. Ogólnie zauważyłam, że sposób posania Ci się zmienił. Jest bardziej barwny, więc to na plus. Sprawy między PewDie'm a Cry'em, trochę się zagęszczają, więc ja osobiście jestem happy! ^3^ Twój komentarz z "co będzie się działo w dalszych rozdziałach" zrobiło mi konkretnego smaczka, więc proszę Cię, nie katuj mnie tym takim czekaniem xD Przebrnijmy szybko przez rozdziały z tą grą xD
    Życzem Ci serio dużo weeeny i zapału do pisania, musisz zadowolić swoich fanów, c'nie? .3.
    Powodzenia! Mój drugi komentarz na tym blogu, chcę jak najszybciej zostawiać kolejne~~

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, przykro mi, że ci się nie udało xD
      Ojej, ktoś zna Rule of Rose? Jak miło mi to słyszeć :D Gra jest naprawdę dziwaczna, także ten rozdział też będzie dziwaczny, co ja mogę na to poradzić. Mam jednak nadzieję, że nie będzie tak źle (szczerze mówiąc cierpię pisząc ten rozdział, ale chciałam to teraz mam :/)
      Dziękuję! Też zauważyłam OGROMNY postęp w moim stylu i niezmiernie się z tego cieszę, a jeszcze bardziej z tego, że ktoś to zauważył poza mną <3
      Ehehehehe, kiedyś musiałam dojść do tego momentu, to jakby nie było miało być opowiadaniem z shipem PewdieCry, więc... xD Uwierz mi lub nie, ale też się strasznie cieszę z tego, że coś się nareszcie zaczyna między nimi dziać xD
      Powinno ci robić smaczka, bo od rozdziału 7, już za niedługo, puszczam wszystkie hamulce i zaczyna się jazda bez trzymanki po waszych uczuciach (taką mam przynajmniej nadzieję), także be prepared! xD
      Oh, chciałabym szybko przez nią przebrnąć, ale szkoła mi mało na to pozwala. Jest jednak nikła szansa, że przydrałuję nieco i wyjdzie końcowa część 6 już w marcu :D
      Dziękuję! Wena jest, ale czasem mi zapału brakuje, więc się przyda. No i staram się was zadowalać, ale obowiązki obowiązkami, szkoła wzywa. A ja bardzo chętnie przeczytam kolejne twoje komentarze :D

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Świetne, nawet nie wiesz jak się ucieszyłam kiedy zobaczyłam, że jest nowy rozdział :D
    ...Jak ja nie lubię tej gry... a z drugiej strony... Jak ją kocham twoje opowiadanie xD mieszane uczycia. Boję co będzie w następnej części i.. nie mogę się jej doczekać ^^. Napisała bym coś więcej ale jestem dzisiaj jakąś przymulona |D
    Brofist!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *boję się
      Zjadłam słowo

      Usuń
    2. Nawet nie wiem, ale cieszę się z twej radości :D
      Ja też jej nie lubię, Cry jej nie lubi... Znaczy, fabuła nie byłaby zła gdyby nie to, że została tak BEZNADZIEJNIE PRZEDSTAWIONA, że ogarnęłam ją dopiero po przeczytaniu wiki na ten temat. Rule of Rose, nie tak się robi fabułę xD
      Nie bój się, nic bardzo wielkiego się nie stanie... do czasu :D
      Spoko, tyle mi wystarczy, dziękuję <3
      Brofist!

      PS. Mam nadzieję, że było chociaż smaczne xD

      Usuń
  4. Miałam iść spać, ale zauważyłam, że wstawiłaś kolejny rozdział więc no... XD
    Może i gdzieś tam powiało nudą, ale opisy są amazing.
    Trzymaj tak dalej.

    Co do gry, to pamiętam jak Cry tak bardzo się na nią denerwował, biedaczek. XDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po co spać, sen jest dla słabych! (powtarza sobie Maru zarywając nockę na pisanie xD)
      Przykro mi, że wieje nudą, ale tak już musi być. To dla potrzeb wszechświata, trust me :D
      Dziękuję, nie lubię opisów, dobrze, że chociaż mi wychodzą xD

      Ciężko zapomnieć, nawija o niej za każdym razem, gdy trafia na grę sprzed 2010 ze słabą grafiką i bohaterką w wieku nastoletnim, chyba nabawił się traumy, czemu się w sumie nie dziwię ni trochę xD

      Usuń
    2. Też się nie dziwię. Rule of Rose to jest perfidny Symulator Otwierania Drzwi. XDD

      Usuń
  5. Kieeedy następna część? :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie to już jest skończona, ale chciałam z nią chwilę poczekać i napisać fragment rozdziału 7, żeby nie musieć potem na niego czekać (chociaż i tak nic nie obiecuję, szkoła daje mi popalić xD). Najprawdopodobniej wrzucę w niedzielę :D

      Usuń
  6. Kuźwa, słowa nie wyrażą tego, jak bardzo kocham to opowiadanie! Może i nie komentowałam wcześniej, ale... pff, wiedz, że czytałam! Teraz będę komentować! :D
    Rule of Rose... Powiem szczerze, nigdy nie grałam, ale po gameplay'u Cry'a nie mam za bardzo ochoty XD Biedaczek ;u;
    Czekam na kolejne rozdziały z niecierpliwością <3
    Pozdrawiam, cicha czytelniczka, która ujawniła się na fb XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yay! Cieszę się, że zdecydowałaś się skomentować, przynajmniej wiem, że ktoś to czyta xD Bardzo mi miło, że ci się podoba!
      Eh, ja nie mam nawet zamiaru sięgać po tą grę, reakcja Cry’a mi wystarcza xD
      Następny rozdział za 10-15 min., została mi tylko notka od autorki :D
      Dowiem się, kim jesteś, uważaj xDD

      Usuń
  7. Super rozdział :D nie miałam czasu wcześniej go przeczytać, wiec skończyłam dopiero teraz xD i teraz zauważyłam że nasza kochana Maru dodała dwa dni temu nowy rozdział :D lece czytać następny bo już nie umiem się doczekać c: 

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, że ci się podobał <3
      Mam nadzieję, że kolejny rozdział też cię nie zawiódł :D

      Usuń