czwartek, 27 lipca 2017

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział dziewiąty, część pierwsza.

IX

Cry zaczynał się poważnie niepokoić stanem psychicznym Pewdsa. Uspokojenie go stawało się coraz trudniejsze i głównie płakał, z krótkimi przerwami na zaczerpnięcie oddechu, gdy zaczynało go mdlić od zbyt gwałtownego szlochu. Amerykanin nie miał bladego pojęcia, co powinien robić, poza zwyczajowym przytulaniem i mówieniem do niego spokojnym tonem, więc na chwilę obecną ograniczył się do wypróbowanych metod. Miał jednak wrażenie, że załamanie Pewdiego nie było chwilową słabością, a raczej finałem budującego się od dłuższego czasu napięcia i stresu. Zostawił go tylko na chwilę, kiedy wydawało mu się, że są już bezpieczni, ale Alice najwyraźniej miała inne zdanie na ten temat. Pewds dosłownie parę chwil wcześniej opłakiwał śmierć swojego przyjaciela i, od niedawna, chłopaka, a teraz nie potrafił się uspokoić po nagłym zjawieniu się ich oprawczyni. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Cry nawet nie wiedział, co takiego powiedziała mu Alice. Mówiła tylko do blondyna, a on nie był w stanie, żeby się podzielić usłyszaną wiadomością.
- Hej, proszę cię, oddychaj – wymamrotał Cry, trzymając jedną rękę na jego plecach, a drugą wplątaną w jego włosy. – Znasz ją, pewnie kłamała. Próbuje cię złamać, Pewds, nie daj się jej. Zostały nam tylko dwie gry i pokażemy jej, że jesteśmy obaj w stanie przejść je do końca.
Pewdie mocniej uczepił się jego koszulki, wznawiając gwałtowny szloch w jego ramię i Cry od razu wiedział, że coś w jego słowach wywołało u niego taką reakcję. Czuł się wściekły, że nie wie, co robić, ale nie okazywał tego. Zacisnął tylko zęby, poprzysięgając w myślach zemstę na Alice za krzywdę, jaką im wyrządziła i spokojnie kontynuował uspokajanie ukochanego.
Pewdie w końcu się uspokoił, najwyraźniej zmęczony nieustannym płaczem, bo jego ręce upadły bezwładnie na ziemię, a głowa nagle stała się dwa razy cięższa na ramieniu Cry’a. Brunet podniósł jego twarz do góry, spoglądając mu w oczy z lekkim uśmiechem. Otarł mu łzy z oczu, pogłaskał po policzku i delikatnie ucałował w czoło.
- Umyj się i przebierz w piżamę, zrobię nam coś do jedzenia i pójdziemy spać, okay? To był niesamowicie długi i męczący dzień, należy nam się odpoczynek.
Pewds skinął głową, ale nie ruszał się jeszcze przez piętnaście minut, siedząc przed Cry’em i dotykając go powoli, jakby próbował się upewnić, że to co widzi jest prawdziwe. Amerykanin nie przeszkadzał mu, tylko uważnie go obserwował, szukając zmian w jego zachowaniu, oznak powrotu nieco lepszego samopoczucia, czegokolwiek, co mogłoby mu dać nadzieję, że jest z nim chociaż trochę lepiej.
- Powiedziała mi… - zaczął, ale zawahał się i zamilkł, niepewnie przygryzając wargę. Cry znowu dostrzegł w jego oczach łzy i poczuł ból w sercu. Cholerna Alice.
- Nie musisz mi mówić teraz – zapewnił, jeszcze raz całując go w czoło. – Nie musisz mi mówić nigdy, Pewds. Widzę, że to dla ciebie ciężkie i nie będę cię do niczego zmuszać. Na chwilę obecną, jeśli nie jesteś w stanie tego powiedzieć, to odłóż to na później. Naprawdę mieliśmy dzisiaj ciężki dzień. Odpocznij.
- Masz rację – przytaknął Pewdie, uśmiechając się tak delikatnie, że większość ludzi pewnie nawet by tego nie zauważyła. Cry jednak nie był większością ludzi i już dawno nauczył się odczytywać każdy, najdrobniejszy gest z jego strony. Szwed pocałował go lekko, ledwie muskając ustami, po czym chwiejnym krokiem podniósł się z ziemi i zaoferował mu swoją dłoń, pomagając mu wstać. Skinął raz głową, zanim Cry zdążył w ogóle spytać o jego samopoczucie, po czym ruszył powoli do łazienki, przecierając twarz dłońmi. Brunet bał się zostawiać go samego, ale wiedział też, że Pewds potrzebuje chociaż chwili na to, żeby samemu uporać się z emocjami. Pozwolił mu więc iść, tylko raz krzycząc za nim, że jeśli będzie potrzebował pomocy, ma dać znać. Nie otrzymał odpowiedzi.
Zajął się przygotowywaniem porzuconych przez Pewdiego kanapek z istnym mętlikiem w głowie. Nic nie miało sensu; to, co się dziś wydarzyło, fakt, że jeszcze żył i że Alice nagle postanowiła sobie uciąć pogawędkę z Pewdsem – nic z tego nie wydawało się mieć żadnego celu. Po prostu, tak się wydarzyło. Przeszli grę, która udowodniła im mnóstwo rzeczy, pokazała im najciemniejsze zakamarki ich dusz i zostawiła im zapewne traumę na długie lata, zakładając, że przeżyją i że będą pamiętać to piekło. Cry nic z tego nie rozumiał i nie wiedział, czy chce rozumieć. Za ścianą słyszał odgłos wody lecącej z prysznica i wrócił do niego obraz Pewdiego sprzed chwili, zapłakanego i ledwie dającego radę oddychać. Wziął jeden głęboki wdech, czując jak pieką go oczy, ale nie powstrzymywał się. Odłożył na chwilę nóż, którym smarował chleb i schował twarz w dłoniach, biorąc głębokie wdechy i pozwalając łzom płynąć. Był dzielny, tak jak sobie obiecał, ale teraz całe napięcie zaczęło z niego schodzić i pozwolił sobie na wypłakanie wszystkiego, co go tak męczyło. Były to łzy ulgi i szczęścia, że przeżył, wściekłości, że Alice doprowadziła ich do stanu graniczącego z szaleństwem oraz smutku, że tak mocno odbiło się to na Pewdiem i że jeszcze dwie gry przed nimi do przeżycia. Po prostu, wylał z siebie cały stres i wszystkie emocje i chociaż nie krzyczał, czuł, jak wszystko z niego schodzi. Był tak potwornie zmęczony. Chciał tylko coś zjeść po niemalże całym dniu głodówki i w końcu położyć się spać i nie budzić się już nigdy, jeśli miał dalej żyć w tym koszmarze. Dokończył więc kanapki i udało mu się nawet trochę ogarnąć emocjonalnie, tak, że Pewds nawet nie zauważył jego niedawnych łez, gdy w końcu zjawił się w pokoju.
Jedli w ciszy. Usiedli na kanapie, która znajdowała się w salonie połączonym z kuchnią, ramię w ramię, dotykając się jak największą powierzchnią ciała, jakby byli do siebie przyklejeni. Nie zaświecili światła w pokoju, siedząc w półmroku, tylko przy świetle płynącym z kuchni. Nie było słychać nic poza tykaniem zegara, okazjonalnym mlaskaniem czy siorbaniem herbaty. Kanapki zniknęły w kilka minut, chociaż Cry, przewidując ich apetyt, narobił ich aż za dużo. Siedzieli jednak jeszcze przez chwilę, spokojnie, wpatrzeni w żółtą poświatę kuchennych lamp. Ich dłonie leżały między nimi, splecione ze sobą mocno, a Pewds w pewnym momencie oparł nawet głowę o ramię ukochanego. Nie rozmawiali ze sobą, tylko cieszyli się swoją obecnością i próbowali zapomnieć. Było tak ciepło, miło, zwyczajnie. Tak, jakby wcale jeden z nich nie umarł tragicznie i nie został przywrócony do życia chwilę później, a drugi nie musiał być tego świadkiem. Tak, jakby Alice nie przyszła ich nawiedzać i straszyć. Cry udawał, że nie czuje uporczywego bólu w ramieniu, a Pewds, że nie zdarł sobie gardła w rozpaczliwym krzyku, płacząc za zmarłym przyjacielem. Udawali, póki mogli. Póki wydarzenia tego dnia nie wrócą do nich w koszmarach, w śnie i na jawie. Póki wciąż byli razem, żywi.
W końcu jednak Pewdie zaczął przysypiać i w ostatniej chwili swojej świadomości zaproponował, by przenieśli się do łóżka i w końcu udali się na zasłużony odpoczynek. Amerykanin zgodził się z nim natychmiast, wstając z kanapy i idąc do kuchni odłożyć talerze i kubki. Zgasił światło i podążając za światłem dotarł do sypialni. Pewds właśnie ściągnął z niego koc i składał go teraz w kostkę, by potem rzucić na bok. Obie poduszki przerzucił na drugą stronę, a następnie wytrzepał dokładnie kołdrę, zanim położył ją z powrotem na materac. Cry z zainteresowaniem obserwował jego działania, nim w końcu spytał się, co takiego robi.
- Położyłem cię tam, kiedy… - urwał, pozwalając brunetowi dokończyć zdanie w myślach. – Koc na szczęście przykrywał pościel, więc jest czysta, ale poduszki…
- Okay, już wiem – przerwał mu Cry, uśmiechając się przepraszająco. – Zapomniałem o tym, wybacz. Nie chciałem, żebyś znowu musiał o tym-
- Nieważne już. Naprawdę – Pewds machnął ręką, siląc się na słaby uśmiech. – Po prostu… Połóżmy się spać, okay? Chcę zapomnieć.
Cry skinął głową i położył się na materacu, w miejscu, gdzie wcześniej leżał martwy. Pewdie patrzył się przez chwilę na niego, z wahaniem w oczach, nim w końcu zgasił lampkę i położył się obok. Naciągnął na ich obu kołdrę i od razu przysunął się do swojego chłopaka tak blisko, jak tylko mógł, wtulając się w niego całkowicie i wdychając jego zapach, jakby chciał się nim upoić. Łzy po raz kolejny napłynęły do jego oczu, ale tym razem opanował się od razu, wypuszczając powietrze powoli i biorąc kolejny głęboki wdech.
- Kocham cię tak bardzo – wyszeptał, ale wydawało mu się, jakby jego głos poniósł się po całym mieszkaniu. Pogładził Cry’a po rannym ramieniu delikatnie, składając pocałunek w miejscu, gdzie miał opatrunek. – Nie masz pojęcia.
- Trochę mam – odparł Cry. W jego głosie słychać było rozbawienie i Pewds mimowolnie uśmiechnął się, gdy to zauważył. – Też cię kocham. Bardziej niż kogokolwiek.
- To prawda? Że kochałeś mnie odkąd się poznaliśmy?
- Niemalże? To nie było zakochanie od pierwszego wejrzenia, ale parę rozmów z tobą i tak jakoś do mnie dotarło… Moment, w którym pierwszy raz pokazałem ci moją twarz był szczególnie przełomowy, bo zaczęliśmy się poznawać od tej… nieformalnej strony.
- Przepraszam, że nie odwzajemniłem twoich uczuć szybciej. Musiałeś strasznie cierpieć.
- Dało się przyzwyczaić. Zresztą to nie tak, że nie spotykałem się z innymi ludźmi – Cry pocałował go i chociaż miał być to krótki pocałunek, zmienił się w bardzo wolny i leniwy. – Po prostu będąc z nimi, dalej kochałem ciebie. Uznałem, że to nic takiego, bo byłeś nieosiągalny, więc wiesz. To jak podkochiwać się w DiCaprio.
Pewds po raz pierwszy od nie wiadomo jak długiego czasu pozwolił sobie na śmiech. Był szybki, urwany, ale szczery i Cry zawtórował mu, ucieszony samym jego dźwiękiem.
- Tak bardzo cię kocham – wymamrotał Pewdie, jeszcze raz oddając się pocałunkom.
- Ja ciebie też – odparł Cry, kiedy w końcu się od niego oderwał. Nie widział jego twarzy w ciemnościach, ale wyobrażał sobie, że się uśmiecha. – Tylko to się liczy.
Pewds mruknął coś w odpowiedzi, chowając twarz przy szyi ukochanego. Przytulili się mocno, szukając bezpieczeństwa, które w końcu pozwoli im odpocząć. Kiedy znaleźli je w swoich ramionach, zajęło im zaledwie chwilę, by pogrążyć się w głębokim śnie.

***
Pewds obudził się pierwszy. Pokój był już jasno oświetlony przez promienie słoneczne wpadające przez okna, a gdy spojrzał na zegar zawieszony na ścianie, odkrył, że spał niewiarygodnie długo, bo aż do dziesiątej. Nie ruszył się jednak z łóżka, żeby iść przygotować śniadanie i trochę się ogarnąć. Zamiast tego patrzył się na śpiącego Cry’a, którego włosy były strasznie roztrzepane i z którego ust spływała strużka śliny, tworząc niewielką mokrą plamę na poduszce. Pewdie uśmiechnął się na ten widok, ale w tym momencie do głowy przyszła mu przerażająca myśl. Sięgnął palcami do szyi mężczyzny, sprawdzając puls. Dotyk musiał wybudzić Cry’a, który otworzył oczy i przykrył jego dłoń swoją.
- Żyję, spokojnie – wymamrotał, jeszcze nie do końca przytomny. Pewds szybko się do niego nachylił, całując go krótko.
- Jak się czujesz? – spytał w napięciu, zerkając nerwowo na jego ramię. Cry podążył za jego wzrokiem, rozprostował rękę, po czym odwinął cały bandaż. Tak jak się spodziewali, rana zniknęła całkowicie, a w zużytym opatrunku znaleźli pojedynczy, trochę brudny od krwi pocisk.
- Nie boli mnie nic, czuję się nawet wypoczęty, ogółem jest nieźle – Amerykanin wzruszył ramionami, co wyglądało dość zabawnie, gdy leżał wsparty na łokciach. – Tak długo jak nie myślę o dniu wczorajszym, znaczy się. Trauma pozostaje. Jak ty się czujesz?
Pewds przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Sen rzeczywiście dobrze mu zrobił, bo wydarzenia poprzedniego dnia wymęczyły go do granic możliwości, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Nic go nie bolało, przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Nie było źle.
- Chyba wszystko w porządku, pomijając to, że przez sekundę myślałem, że jednak nie żyjesz i wszystko mi się tak naprawdę przyśniło – przyznał się. – Może obędzie się nawet bez ataków paniki dzisiaj.
- Cieszę się – Cry pocałował go w czoło, szeroko uśmiechnięty. Pewdie miał wrażenie, że żyje tylko po to, żeby móc oglądać ten uśmiech. - To co, śniadanie?
- Właściwie, moglibyśmy chwilę poleżeć jeszcze? Znaczy, jeśli tylko chcesz… - Pewds zaproponował nieśmiało, nie patrząc się na ukochanego. Chociaż, tak jak powiedział, czuł się dobrze, nie oznaczało to wcale, że nie boi się, że gdy spuści Cry’a z oczu, już go nie odzyska. Amerykanin na szczęście nie zadawał żadnych pytań, tylko przysunął się blisko i objął go, przymykając oczy z błogim uśmiechem na twarzy.
- Nigdy nie sądziłem, że będziesz mnie błagać o dłuższe spanie, ale wiesz, że ci nie odmówię.
Felix przyjął go z ulgą, także się uśmiechając i oddając się zupełnie temu nie do końca prawdziwemu bezpieczeństwu. Chociaż czuł, jak Cry oddycha przy nim i grzeje go ciepłem własnego ciała, nie mógł nic poradzić na to, że potrzebował co chwilę otwierać oczy, żeby się upewnić. W końcu nie wytrzymał i przysunął się do jego klatki piersiowej, gdzie przykładając ucho mógł usłyszeć bicie jego serca i się uspokoić. Przed jego oczami migały obrazy bladego, nieruchomego ciała Cry’a widziane dnia poprzedniego, z zaschniętą krwią we włosach i na twarzy, niezbyt dokładnie domytych wodą z fontanny. Odganiał je jak mógł, ale strach i rozpacz odczuwane poprzedniego dnia wracały do niego, sprawiając, że od razu się spinał. Znowu miał wrażenie, że za chwilę zwymiotuje, ale nie mógł się zmusić do odsunięcia się od drugiego mężczyzny.
- Ciii, nic mi nie jest – Cry musiał wyczuć jego napięcie, bo zaczął delikatnie rysować wzory na jego plecach, uspokajając go. – Zapomnij o tym na chwilę. Pomyśl o czymś przyjemnym, o czymś, co cię odpręża.
- Mój dom – wyszeptał Pewds, przypominając sobie najpierw mieszkanie w Anglii, potem tymczasowy pobyt u Marzii we Włoszech, żeby w końcu sięgnąć pamięcią do starego domu swojego dzieciństwa, w Goteborgu. – Tęsknię za Szwecją, wiesz? Nie byłem tam od lat i chociaż myślałem, że naoglądałem się jej wystarczająco dużo, to tęsknię.
- Jasne, rozumiem. Za czym tęsknisz najbardziej?
- Za prostotą tamtych czasów, tak myślę. Mniej chodzi o kraj, bardziej o rodzinę i dorastanie tam. Zresztą… Wszystko mi się wydaje prostsze w perspektywie tego, przez co przeszliśmy tutaj.
Cry zaśmiał się krótko, po czym pocałował Pewdsa w czoło, mierzwiąc jednocześnie jego włosy.
- Doskonale wiem, o czym mówisz.
Leżeli tak chyba z godzinę i Pewds był przez ten czas znacznie spokojniejszy. Za każdym razem, gdy nieprzyjemne wspomnienia próbowały zająć jego umysł, natychmiast wracał do jakichkolwiek przyjemnych wydarzeń z przeszłości, które pomagały mu się uspokoić. Bardzo pomagał mu też Cry, który nie przestawał go głaskać lub dotykać, bardzo go wyciszając. Kiedy Pewdie poczuł się znużony leżeniem i odpoczywaniem, przesunął się trochę wyżej na posłaniu tak, by jego twarz znalazła się naprzeciwko twarzy bruneta. Cry uśmiechnął się z rozbawieniem, dotykając jego szyi i unosząc brwi pytająco.
- O, hej. Co cię tu sprowadza?
- A co masz mi do zaoferowania?
Cry nachylił się, żeby delikatnie go pocałować, ale Pewds nie wysilał się dla czegoś takiego. Podążył za ustami kochanka, wpijając się w nie głębiej i namiętniej. Gracz nie powstrzymał go, tylko spokojnie pozwolił na pocałunek, nawet na niego odpowiadając. Zaskoczył go jednak nagły ruch Szweda, który sprawnie obrócił go na plecy, samemu kładąc się na nim i przyszpilając go do materaca ciężarem swojego ciała. Cry przez chwilę układał się, by było mu wygodniej, ale nie przerwał pocałunku. Dopiero gdy Pewds się od niego oderwał, pozwolił sobie na komentarz.
- Jestem wygodniejszy od łóżka, że na mnie leżysz? – zaśmiał się, podwijając mu koszulkę i błądząc dłońmi po jego plecach.
- Masz więcej do zaoferowania – odparł Pewdie z takim uśmiechem, że gdyby Cry stał, nogi zmiękłyby mu od razu. Zamiast tego poczuł gorąco na twarzy i zdał sobie sprawę z tego, że musi się strasznie rumienić. Nie zdążył się jednak nawet zastanowić, czy jego partner to zauważył, bo utonął w kolejnym namiętnym pocałunku. Nie ukrywał, że bardzo mu się to podobało i po chwili był tak zaangażowany w całowanie się, że gdy Pewds się od niego odsunął, automatycznie uniósł głowę, żeby znów odnaleźć jego usta. Zamiast tego usłyszał ciche prychnięcie i gdy otworzył oczy, ujrzał Pewdiego uśmiechającego się arogancko, zanim jego kciuk przesunął się po jego dolnej wardze.
- Nie rozpędzaj się tak – wyszeptał, zbliżając się do jego twarzy tak, że ich usta dzieliło zaledwie kilka centymetrów. – Mamy czas.
- Okay – odparł brunet i chociaż nie była to jego najbardziej inteligentna odpowiedź, nie był w stanie znaleźć niczego bardziej odpowiedniego w totalnym chaosie jaki dział się w jego głowie. Pewds znowu prychnął z rozbawieniem, całując go jeszcze raz, po czym zszedł z niego i poprawił na sobie koszulkę.
- Jakieś życzenia na śniadanie? – spytał, stojąc w progu pokoju i zwracając się do wciąż niezbyt ogarniętego Cry’a. Mężczyzna patrzył się na niego przez chwilę, myśląc o tym, jak cudownie zwyczajne było to pytanie i cała ta sytuacja, zanim w końcu odpowiedział:
- Jeśli są jajka, mam ochotę na jajecznicę. Jeśli nie, zrób cokolwiek.
Pewds skinął głową tylko i wyszedł z sypialni, przecierając zmęczoną twarz i ziewając niezbyt dyskretnie, za to bardzo głośno. Cry patrzył się za nim i nie mógł się nacieszyć z tego, jak cudownie normalny był ten poranek. Czasami myślał o tym, jakby to było mieszkać z Pewdsem, ale rzeczywistość okazała się znacznie lepsza od jego wyobrażeń. Miał tylko nadzieję, że nie jest to ostatni poranek w jego życiu spędzony u boku blondyna i że jeszcze będzie mu dane się nacieszyć wspólnym życiem. Poprzedniego dnia dostał szansę od losu, żeby docenić to, co miał i zamierzał tą szansę wykorzystać w pełni.
Kiedy pięć minut później wyszedł do kuchni, zobaczył Pewdiego przy piecu, mieszającego coś w patelni. Cry przez chwilę wahał się nad tym, czy powinien przytulić go od tyłu, ale rozważywszy to, że przed chwilą nie potrafili się od siebie oderwać, zdecydował, że to naprawdę nic wielkiego. Pocałował go nawet w kark i Pewds przerwał na chwilę robienie jajecznicy, żeby go objąć i cmoknąć w czoło. Wrócił jednak do gotowania i zanim Cry zdążył ponowić próby rozproszenia go, kazał mu zrobić kawę do śniadania. Amerykanin mruknął pod nosem coś o wykorzystywaniu go, ale posłusznie wyciągnął kubki z szafki i wstawił wodę. Dla Pewdiego zrobił kawę, tak jak go prosił, ale on zawsze był bardziej fanem herbaty. Akurat, gdy skończył przygotowywać napoje, jajecznica właśnie lądowała na talerzach, z podwójną porcją bekonu tuż obok. Cry uśmiechnął się szeroko, jak zawsze potwornie głodny po skończonej grze. Usiadł do stolika, dziękując za przygotowanie posiłku, po czym zabrał się za jedzenie, tylko czasem przerywając, żeby skomentować smak albo ponarzekać na to, że musi cały dzień się głodzić i potem cały dzień jeść, co na pewno niekorzystnie wpłynie na jego wagę.
- Zawsze wyglądasz świetnie, więc nawet nie zauważę – mruknął Pewds, wzruszając ramionami. Już dawno skończył swój posiłek i teraz tylko popijał swoją kawę, czekając, aż kofeina zadziała i zacznie mieć energię do życia.
- Co z ciebie za Casanova dzisiaj, hmm? – odparł Cry rozbawiony komentarzem. – Najpierw się na mnie rzucasz, a teraz sypiesz komplementami, zaczynam się niepokoić.
Pewdie spoważniał nagle i spojrzał się uważnie na swojego chłopaka. Cry spiął się od razu, wyczuwając, że powiedział coś nieodpowiedniego.
- Korzystam z chwili, póki trwa – odparł w końcu, wzruszając ramionami jak gdyby nigdy nic. Brunet od razu skarcił się w myślach, uświadamiając sobie, że chociaż Pewds udaje, że nie miał na myśli nic konkretnego, tak naprawdę stara się maksymalnie i w pełni skorzystać z czasu, jaki jest im dany. Nie mógł go winić; wciąż był przerażony tym, że musiał rozpaczać za utratą bliskiej mu osoby i to zaledwie dzień wcześniej. To, co mieli, było niepewne i cały czas istniało ryzyko, że mogą to szybko stracić. Cry o tym zapominał: to w końcu nie on opłakiwał śmierć swojego kochanka.
- Przepraszam, nie to miałem na myśli – wytłumaczył się, w ciszy kończąc jedzenie śniadania. Pewdie podniósł się z miejsca i podszedł do niego, zabierając mu puste już naczynia.
- Nie przepraszaj, nic się nie stało – pocałował go we włosy, po czym udał się do kuchni pozmywać. – I gdybym posunął się za daleko albo zrobił zbyt nachalny, to nie bój się mi o tym powiedzieć. Mój nienajlepszy nastrój nie powinien być przyczyną twojego dyskomfortu.
- Jasne – westchnął Cry, mimo wszystko czując się winny popsucia nastroju. Wstał od stołu, jeszcze raz dziękując za posiłek, po czym bez słowa ruszył do sypialni po rzeczy do przebrania, a potem do łazienki.
Już po chwili był w nowych, świeżych ubraniach i z umytymi zębami. Przemył jeszcze twarz zimną wodą, próbując się trochę odświeżyć i otrzeźwieć, po czym zatrzymał swój wzrok na odbiciu w lustrze. Nie wyglądał najgorzej; co prawda musiał nieco bardziej ogarnąć włosy, ale ogółem miał tylko niewielkie worki pod oczami i był dość blady, jak zwykle. Nie zauważył jednak żadnych drastycznych zmian w swoim wyglądzie, które mogłyby go zaniepokoić. Nie wiedział, jakich zmian się w ogóle spodziewał, ale zastanawiał się, czy będzie po nim widać cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że chociaż jeszcze żyje, to powoli się rozkłada i zamienia w zombi. Zbliżył się do tafli lustra jeszcze bardziej, uważnie studiując swoją cerę i omalże nie uderzył się w nie głową, gdy nagle usłyszał pukanie do drzwi.
- Żyję! Już wychodzę – oznajmił, wycierając twarz ręcznikiem i wzdychając głośno. Czuł, że zaczyna mu poważnie odwalać przez to, co przeszedł podczas tych wszystkich rozgrywek. Niestety, nie był w tym osamotniony i w sumie trochę go przerażało, że musiał za każdym razem ogłaszać, że jeszcze nie umarł, kiedy tylko Pewds tracił go z oczu na chociażby chwilę. Jeśli dożyją końca tej gry i tak pewnie wylądują w jakimś ośrodku psychiatrycznym, bo ktoś na pewno zainteresuje się ich wieczną paranoją i irracjonalnym lękiem przed potworami, ciemnością, małymi dziewczynkami oraz grami komputerowymi wszelkiego rodzaju.
Kiedy opuścił łazienkę, naczynia były już dawno pozmywane, a Pewdie siedział właśnie na kanapie w salonie, także przebrany w zwykłe ubrania. Gdy tylko Cry wszedł do pomieszczenia, gracz od razu zwrócił się do niego, uśmiechając się przepraszająco.
- Wybacz, musiałem się upewnić – wymamrotał, nie patrząc mu w oczy.
- Nic się nie stało, przecież rozumiem – odparł Cry beztrosko, siadając obok niego. Szturchnął go ramieniem, zwracając na siebie uwagę. – Nie twoja wina.
Pewds tylko skinął głową i oparł się o jego ramię, przymykając oczy. Amerykanin nie pytał nawet, czy mają coś w planach. Jeszcze chyba nigdy przedtem nie miał takiej ochoty na lenistwo i zajmowanie się zupełnie niczym. Umieranie było bardzo męczące i w sumie nie miał nic przeciwko temu, żeby siedzieć tak na tej kanapie cały dzień, z przerwą na ewentualne posiłki i toaletę. Szczególnie, że Pewdie przysypiający mu na ramieniu był naprawdę bardzo uroczy.
- Będziemy robić tyle rzeczy, jak wrócimy, że będziesz miał mnie dość – odezwał się Szwed po chwili, zaskakując Cry’a, który myślał, że będą siedzieć w ciszy i przysypiać.
- Na przykład? – kontynuował rozmowę mimo wszystko, znajdując dłoń Pewdsa i splatając z nim palce w uścisku, tak jak zrobił to poprzedniego wieczora.
- Po pierwsze, obiecałem ci kręgle – głos Pewdiego brzmiał monotonnie i sennie, jakby śnił na jawie i mówił o rzeczach, które w tych snach widział. – Ale jest parę fajnych restauracji, do których koniecznie cię muszę zabrać. Zrobię ci też wycieczkę po mieście i pokażę ci park Preston, możemy tam zrobić piknik… I oczywiście pójdziemy na plażę, może nie jest taka fajna, jak te twoje amerykańskie…
Cry zaśmiał się, słysząc ironię w jego głosie.
- Na pewno jest niemalże tak super jak te moje – odparł, rozbawiony, po czym ruchem głowy dał mu znać, że ma kontynuować monolog.
- Mamy dobre połączenia z Londynem, byłeś tam kiedyś? – a gdy Cry pokręcił głową, dodał: - Tam jest dopiero dużo atrakcji. London Eye, te wszystkie muzea, które tam mają. Moglibyśmy tam zostać na tydzień i nie zdążylibyśmy wszystkiego zobaczyć. Albo możemy po prostu siedzieć u mnie i się nie ruszać i oglądać głupie filmy. I kiedyś, kiedyś zabiorę cię też do Szwecji. Uzbroję cię w ciepłe rzeczy i pojedziemy tam w samym środku zimy, bo naprawdę potrafi tam być ślicznie.
- Okay, ale ściągnę cię też kiedyś do Stanów – odparł Cry, włączając się do wspólnych planów na przyszłość. Wymyślanie takich rzeczy podnosiło go na duchu. – Pójdziemy plażą do tej mojej tajnej kryjówki i potem zabiorę cię na lody. Pokażę okolicę. Jest tyle fascynujących rzeczy, które możesz zobaczyć, masz całe pięćdziesiąt stanów do wyboru.
- Całe życie nam zejdzie na zwiedzenie ich wszystkich.
- Dlaczego by nie? W końcu po tym, co przechodzimy teraz, nie będzie nam się nigdzie spieszyło. Przynajmniej mi nie.
- Wsiądziemy do starego samochodu i włączymy głośno muzykę. Przejdziemy cały kraj. Zobaczę Wielki Kanion.
- Cokolwiek sobie życzysz – westchnął Cry i posłał mu delikatny uśmiech, zanim nachylił się do krótkiego pocałunku. – Nawet ja nie byłem wszędzie, może dobrze będzie zwiedzić kawałek własnego kraju. Tylko co z pracą?
- Oleję gry komputerowe i już do końca życia nie będę nic z nich nagrywał – oświadczył Pewds zdecydowanie. – Chyba, że coś głupiego znalezionego w Internecie. Przerzucę się na vlogi i jakieś głupie komediowe filmiki… Albo znajdę inną robotę.
- Ja jeszcze nie wiem. Lubię to, co robię, szczególnie streamy ze znajomymi. Chociaż pewnie gdy wrócimy nie będę mógł spojrzeć na żadną grę. Ale zobaczymy.
Pewdie uśmiechnął się, słysząc, że plany Cry’a zakładają to, że uda im się przeżyć i szturchnął go lekko w ramię. Amerykanin spojrzał na niego rozbawiony, odpowiadając mu takim samym szturchnięciem. Zaczepiali się tak przez kilka minut, coraz bardziej radośni, aż Pewds nie zaatakował swojego chłopaka popychając go na kanapę i siadając mu na nogach, żeby go połaskotać. Cry zaczął się zwijać ze śmiechu i próbował zrzucić z siebie agresora, wiercąc się i kręcąc, ale niestety wydawało się, że nie ma szans na powodzenie. Próbował więc oddać łaskotki, zamierzając się do jego brzucha, ale Pewdie zauważył to wcześniej i chwycił jego ręce, zanim zdążył nimi cokolwiek zrobić, przyszpilając je nad głową bruneta. Cry oddychał ciężko, w bardzo dobrym humorze, zadowolony, że łaskotanie na chwilę ustało i mógł wziąć oddech zanim kontynuuje zabawę. Najwidoczniej jednak Pewds zmienił swoje plany odnośnie niego, bo zamiast ponowić torturowanie swojej ofiary, pochylił się nad nim i pocałował go zaborczo. Cry od razu wygiął się w jego stronę, odpowiadając na pocałunek jak tylko mógł ze swojej pozycji.
- Tak będzie wyglądał cały dzień? – wydyszał ciężko, kiedy Szwed odsunął się od niego na chwilę, wędrując ustami do jego dosyć wrażliwej szyi i robiąc tam malinkę. – Będziesz się do mnie przysysać i mnie molestować w każdej wolnej chwili?
- Nie molestuję cię – odparł Pewdie nieco zachrypniętym głosem, który posłał ciarki po plecach Cry’a. – Przecież ci się to podoba – stwierdził, po czym dodał, nieco mniej pewnie: - Prawda?
- Oczywiście, że tak, tylko żartowałem – mruknął Cry, poprawiając się na kanapie, żeby było mu wygodniej. Zrobiło mu się strasznie gorąco i miał wrażenie, że ubrania lepią mu się do ciała. – Nie mam nic przeciwko. Tak tylko pytam.
- Masz jakieś inne plany?
- Nie wiem? Zrobić coś na obiad, spakować się na następny rozdział, przeczytać książkę? Całowanie też jest okay, oczywiście…
Pewds uśmiechnął się jednym kącikiem ust, dokładnie się na niego patrząc. Jego wzrok, pierwotnie skupiony na oczach mężczyzny pod nim, szybko stracił nimi zainteresowanie, przenosząc się na lekko rozchylone, zaróżowione i wilgotne od pocałunków usta. Po chwili, która zdawała się trwać wieczność, przeniósł się on znowu po jego szyi, studiując wyraźnie widoczną na niej malinkę, po czym w końcu zjechał w dół, przez unoszącą się i opadającą może tylko trochę szybciej niż zwykle klatkę piersiową, aż na biodra i krocze. Cry modlił się w duszy, żeby jego ciało nie zamierzało ujawniać tego, co robiło z nim głodne, błądzące spojrzenie Pewdsa.
- Rzuciłeś chyba na mnie jakąś klątwę – zamruczał Pewdie, ku wielkiej uldze bruneta wracając do patrzenia mu w oczy. – Nie mogę się od ciebie oderwać.
Cry pomyślał, że mógłby powiedzieć to samo, ale to, co myślał już chwilę później nie miało absolutnie żadnego znaczenia, bo Pewds wrócił do całowania go, czym wyłączył mu mózg, zbyt przytłoczony ilością otrzymywanych bodźców. Nie mógł powiedzieć, że mu to jakkolwiek przeszkadzało, ale nadal się do tego nie przyzwyczaił. To wszystko było takie… niesamowite. Nowe.
- Herbaty? – wychrypiał Pewds, chwilę po tym, jak się od niego oderwał. Cry patrzył się na niego przez chwilę w zupełnym osłupieniu, nim zaczął się śmiać. Przyjaciel zawtórował mu i śmiali się tak przez kilka dobrych minut, zanim stracili oddech.
- Co to miało, do jasnej cholery, znaczyć? – spytał brunet, ześlizgując się z kanapy i lądując na ziemi. Usilnie próbował nie wybuchnąć ponownie śmiechem. – Tak, chcę herbaty. O co ci chodzi?
- No pomyślałem sobie, że w sumie napiłbym się czegoś ciepłego, więc przy okazji spytałem się ciebie, czy też chcesz.
- W trakcie całowania mnie?
- Tak mnie jakoś naszło – Pewds wzruszył ramionami, wciąż się uśmiechając. Uwielbiał, kiedy się tak zachowywali. Beztrosko, żartując i się śmiejąc. Poczochrał włosy Cry’a, chwiejnie podnosząc się z kanapy. To w sumie dość zabawne, że jest się w stanie tak dobrze bawić dzień po tym, jak opłakiwał śmierć swojego partnera.
Pewdie skrzywił się na tą myśl, natychmiast tracąc dobry humor. Dlaczego jego mózg musiał go tak torturować? Zapominanie całkiem nieźle mu szło. Przetarł twarz dłońmi, zmęczony własnymi myślami. Herbata. Na tym powinien się teraz skupić. Przeszedł do kuchni, wyciągnął z szafki dwa kubki i wsypał do nich herbatę. Nastawił wodę i z braku lepszych zajęć zaczął przeszukiwać szafki w kuchni, już myśląc nad obiadem. Co prawda mieli jeszcze przynajmniej trzy godziny zanim poczują chociaż lekkie łaskotanie w żołądku świadczące o głodzie, ale mężczyzna wolał mieć przygotowany jakiś plan odnośnie tego, co będzie jeść. Natrafił na jakąś książkę kucharską, którą pobieżnie przejrzał, po czym wybrał przypadkowo jakiś przepis. Następnie ruszył do lodówki, sprawdzając, czy ma w ogóle składniki potrzebne do przygotowania tego dania. Wszystko znalazł, łącznie z dodatkiem w postaci połowy tarty owocowej na kruchym cieście. Niewiele się nad tym zastanawiając, wyciągnął ciasto i ukroił dwa cienkie kawałki, kładąc je na talerzykach. Zalał obie herbaty i ostrożnie zaniósł wszystko do salonu, starając się nie wylać na siebie wrzątku po drodze.
Cry już zdążył się w miarę ogarnąć i siedział teraz na kanapie z podciągniętymi do brody kolanami i opartą na nich książką. Gdy tylko zauważył pojawienie się Szweda w pokoju, zamknął książkę i uśmiechnął się do niego z wdzięcznością, odbierając gorący kubek z herbatą oraz talerzyk. Podziękował krótko, Pewds odparł, że nie ma za co i przez następnych kilka minut siedzieli w ciszy, zajadając ciasto i próbując, czy herbata wystygła na tyle, by nie oparzyć sobie języka.
- Co czytasz? – spytał Pewdie, gdy Cry skończył jeść i wrócił do przerwanej lektury. Amerykanin wzruszył ramionami, przymykając książkę i zerkając na jej okładkę.
- Marsjanina – odparł, otwierając ją ponownie i biorąc łyk napoju. – Przeczytałem, że science-fiction i tyle mi wystarczyło. Na razie jest spoko.
- Okay – blondyn najwidoczniej też nie potrzebował żadnych szczegółów. – Będziesz miał coś przeciwko, jeśli się dołączę?
- Nie, kanapa jest duża – usłyszał w odpowiedzi i od razu ruszył do półki z książkami, szukając czegoś dla siebie. Przejrzał pobieżnie grzbiety, szukając tytułu, który przyciągnie jego uwagę, ale nie potrafił znaleźć nic ciekawego. Dopiero, gdy jego wzrok padł na najwyżej położone półki, dostrzegł znajomą ciemną, skórzaną okładkę. Sięgnął po książkę, od razu upewniając się, że mu się nie przewidziało i że naprawdę był to notes Alice. Początkowo nie chciał go nawet otwierać; miał w głębokim poważaniu to, co dziewczyna mogłaby mu chcieć teraz powiedzieć, szczególnie zważając na to, co wydarzyło się zaledwie poprzedniego wieczora. Ciekawość jednak wzięła górę i po chwili wewnętrznej kłótni, Pewds w końcu otworzył notes, zaczynając od ostatniej strony. Widok szkarłatnego atramentu spowodował u niego bardzo nieprzyjemne uczucie, ale nie odwrócił wzroku ani nie zamknął zeszytu. Zmusił się do ponownego przeczytania zdania na samym końcu:
Jak martwe kwiaty: choć uschłe, wciąż piękne. Wciąż nie potrafił zrozumieć, o co chodziło w tym zdaniu, ale przerażało go powiązanie z książką, którą w poprzednim safe poincie czytali z Cry’em. Wydawało się to być tylko zbiegiem okoliczności, ale z doświadczenia Pewds wiedział, że zbieg okoliczności rzadko kiedy nim jest, szczególnie w przypadku Alice. Szybko przypomniał sobie fabułę „Martwych kwiatów”, analizując to, co zapamiętał w kontekście ich gry lub tego, co wiedzieli o Alice, ale wydawało mu się, że nie ma między nimi żadnych podobieństw. Zrobił więc krótką notatkę w myślach, że musi zwracać na to uwagę, gdyby udało im się to jeszcze przeczytać przed skończeniem gry, po czym wrócił do pierwszej strony. Na początku wydawało mu się, że nic się nie zmieniło; pierwszy wiersz, tak samo niezmienny, tuż pod tytułem Początek. Gdy tylko przeszedł do drugiej części, zaczął zauważać niepokojące zmiany. Na kartce za drugim wierszem był rysunek przedstawiający dość realistycznie moment, w którym Cry przebił sobie stopę. W trzecim rozdziale Cry leżał na ziemi, z siekierą w środku głowy i kilkoma ranami postrzałowymi na klatce piersiowej. W czwartym dusił go potwór, w piątym leżał zakrwawiony, a jego nogi znikały w chmarze motylków. Pewds poczuł, że robi mu się niedobrze. Nie chciał widzieć, co było dalej, ale nie mógł powstrzymać własnych dłoni. Nerwowo przerzucił kartkę, oglądając teraz Cry’a otoczonego grupką dzieci, tak zmasakrowanego, że tylko maska świadczyła o jego tożsamości, bo nie dało się go rozpoznać w krwawej masie. Potem rysunek, jak pożera go potwór z Yume Nikki. Pewdie był praktycznie na skraju paniki, kiedy docierał do rozdziału ósmego. Ręce trzęsły mu się tak, że z trudem udało mu się przewrócić kartkę. Tak bardzo nie chciał tego oglądać, ale miał wrażenie, że ktoś przejął władzę nad jego ciałem i steruje nim tak, by robił wszystko przeciw własnej woli. Nie mógł więc nic poradzić na to, że zobaczył rysunek zombi, które tak bardzo szczegółowo ukazywało twarz Cry’a. Ciemne włosy zlepione krwią, puste oczy, usta ułożone w niemalże błagalny uśmiech i dokładnie te same ubrania, które włożył na siebie poprzedniego dnia. Felix rzucił notesem o ziemię, jakby był przeklęty i upadł tuż obok niego na kolana, usilnie próbując się nie rozpłakać i wmówić sobie, że wszystko jest w porządku i nic im nie grozi. Oddychał głęboko, z przymkniętymi oczami i osłaniał głowę rękami, jakby to miało powstrzymać natrętne myśli i obrazy przed dostaniem się do jego świadomości. Cry najwyraźniej usłyszał hałas, jaki zrobił upadając, bo w kilka sekund klęczał obok niego, delikatnie go obejmując, tak, by miał szansę się odsunąć, jeśli zdecydowałby, że kontakt ten mu nie odpowiada. Pewds jednak tylko bardziej się w niego wtulił, bo właśnie tego było mu potrzeba. Nie przestawał wykonywać głębokich wdechów i cały czas myślał o czymkolwiek przyjemnym, co tylko sobie przypomniał. Miał zwiedzić z Cry’em Brighton, mieli przejechać razem pół Stanów…
- Hej, już wszystko okay? – spytał brunet cicho, gładząc jego ramię. Gdy tylko Pewdie skinął słabo głową, uśmiechnął się do niego ciepło i podniósł notes z ziemi. Nie przejrzał go, zerknął tylko na okładkę i odłożył na półkę, sięgając tak wysoko, jak tylko mógł. – Zapomnij o tym. Nie tykaj niczego, co ma z nią związek, okay? Będzie dobrze.
- Jasne – odparł Pewds, niezbyt przekonany. Powoli wstał z podłogi, przecierając twarz i wypuszczając głośno powietrze. – Chciałem tylko znaleźć coś do czytania…
- Masz – Cry wyciągnął pierwszą lepszą z brzegu i wręczył mu ją. Szwed zerknął na okładkę, wzruszając ramionami. Wyglądało jak jakieś science-fiction. – Kiedyś to już czytałem, może ci się spodoba.
- „Autostopem przez Galaktykę”… Dobra?
- Satyryczna opowieść dziejąca się w kosmosie. Jeśli nie polubisz dla fabuły, to zaufaj mi, że przynajmniej cię rozbawi – Cry poklepał go po ramieniu i powoli wrócił na kanapę, upewniając się tylko raz, czy przyjaciel za nim podąża. Rozsiadł się wygodnie, otwierając ponownie swoją lekturę, a Pewds położył głowę na jego kolanach i też zaczął czytać. A przynajmniej próbował, bo jeszcze czuł się roztrzęsiony. Po przeczytaniu trzech rozdziałów, z których nie zrozumiał wiele z powodu braku koncentracji, w końcu się poddał i położył książkę na stoliczku przed sobą, po czym przymknął oczy. Nie zajęło mu wiele czasu, nim kompletnie odpłynął i zaczął przysypiać. Miał wrażenie, że ostatnio dość dużo spał i nie wiedział, czy wynikało to ze zmęczenia fizycznego, czy bardziej psychicznego. Usprawiedliwiał się przed samym sobą, że przecież ma prawo się czuć padniętym, biorąc pod uwagę to, co robiła z nim Alice każąc mu brać udział w tych wszystkich jej grach. Nie zmieniało to jednak faktu, że dość mocno go to niepokoiło.
Spał krótko, może godzinę, ale zadziwiająco spokojnie. Obudził go Cry, wstając z kanapy i oświadczając, że może iść spać dalej, gdy ten będzie gotował. Pewds niemalże od razu zerwał się do siadu, rozbawiając tym bruneta, zaskoczonego jego nagłym przypływem energii.
- Jeśli tak reagujesz na jedzenie, to zawsze będę cię tak budził – oświadczył, obserwując jak Pewdie próbuje nieco ogarnąć swój wygląd, a potem wstać z kanapy. W odpowiedzi dostał tylko niezbyt radosne spojrzenie mężczyzny, który wyminął go i ruszył do kuchni.
- Wymyśliłem już, co będziemy jeść, nie chciałem, żebyś zabrał mi pomysł – powiedział, sięgając po książkę kucharską i wyciągając składniki z lodówki.
- Mogę ci chociaż pomóc? – zaoferował Cry, pojawiając się tuż za nim. Pewdie skinął głową, wskazując mu szafki.
- Znajdź patelnię i deskę do krojenia. Będziemy robić ratatouille.
Żaden z nich nigdy w życiu nie miał do czynienia z tą potrawą. Wydawała się być jednak wystarczająco prosta, więc zdecydowali, że chyba dadzą sobie z nią radę. Pokroili cukinię i bakłażan, dodali paprykę i cebulę, wszystko podsmażyli na patelni. Cry uparł się, że potrzebuje mięsa w tym daniu, więc zdecydowali się usmażyć jeszcze filety z kurczaka, jako dodatek. Po ostatecznych poprawkach i porządnym doprawieniu dania, w końcu zaryzykowali i spróbowali, jak smakuje. Po aprobacie obu kucharzy, wyłączyli gaz i nałożyli na talerze dwie porcje kurczaka i ratatouille, dokładając do niego jeszcze trochę chleba. Pewds zaniósł je do stołu, a Cry zabrał dwie szklanki i nalał do nich wody, po chwili dołączając do przyjaciela przy stole.
- Smacznego – stuknęli się szklankami, sami nie wiedząc po co, po czym ostrożnie zabrali się do jedzenia, próbując się nie oparzyć.
- To był świetny pomysł – wymamrotał Cry, kiedy już jego danie wystygło na tyle, by był w stanie napchać nim sobie usta. – Naprawdę, pyszne to.
- Zgadzam się, jestem geniuszem – odparł Pewdie, niemalże natychmiast otrzymując pod stołem kopnięcie w kostkę. – Ała? Od kiedy to bije się ludzi za mówienie prawdy?
- Chciałbyś.
Resztę posiłku spędzili żartując o domniemanym geniuszu Pewdsa, gdzie Cry wytykał mu niezbywalne dowody jego głupoty, a w odpowiedzi dostawał albo „Hej! To wcale nie było tak!” albo „Lepiej spójrz na siebie”. Nie prowadziło to do niczego konkretnego, ale nie taki był tego cel. Było miło. Śmiesznie, czasami nawet bardzo śmiesznie, do stopnia gdzie przestawali jeść i zginali się w pół, trzymając za brzuch i mamrocząc coś o tym, że dłużej tak nie dadzą rady, że muszą skończyć zanim umrą z tego śmiechu. Nie pamiętali nawet, kiedy ostatnio byli czymś rozbawieni do tego stopnia. Aż żal było im kończyć, kiedy w końcu osiągnęli swój limit i nie byli w stanie znieść więcej i zmuszeni byli w końcu się uspokoić. Dokończyli posiłek z trudem, wciąż przerywając go okazjonalnym chichotem i upominaniem siebie nawzajem, „nie, stop, już nie mogę się śmiać, zlituj się”. W doskonałych nastrojach wstali od stołu, zanosząc talerze do zlewu i po krótkiej grze w kamień, papier, nożyce ustalili, kto ma przy nim zostać i pomyć, a kto może odejść i odpocząć. Przegrał Pewds, więc z miną wyrażającą wielkie cierpienie zabrał się za mycie naczyń, słysząc od Cry’a, że nie miał z nim szans w żadnym wypadku, bo był mistrzem w tą grę odkąd przeszedł w całości „Always Sometimes Monsters”. Pewdie nie słyszał nigdy o tej grze i nie miał bladego pojęcia, o co w niej chodzi, ale rozważał zagranie w nią dla samej satysfakcji pokonania Cry’a w kamień, papier, nożyce. Teraz jednak niewiele mógł zrobić, więc po prostu pomył wszystko dokładnie i wrócił do salonu. Zastał tam swojego przyjaciela, pogrążonego w lekturze „Marsjanina”. Był już całkiem spory kawałek do przodu, w niemalże jednej piątej całej książki.
- Widzę, że cię wciągnęło – skomentował, wyrywając go z lektury. Cry uśmiechnął się do niego ciepło, robiąc mu miejsce obok siebie i zamykając książkę, ku zaskoczeniu Pewdsa. Już miał pytać, czy miało być to sygnałem, że czegoś od niego oczekuje, ale zanim zdążył zadać to pytanie Amerykanin wyciągnął zza poduszki jakiś inny tom, który dopiero po chwili Pewdie zidentyfikował jako „Martwe kwiaty”. Po jego plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz, ale uśmiechnął się niepewnie, odbierając książkę z rąk drugiego gracza.
- Kontynuujemy? – spytał, najwidoczniej nie zauważając niczego niezwykłego w zachowaniu Pewdiego. Blondyn skinął głową w odpowiedzi, szukając fragmentu, na którym skończyli. Główna bohaterka właśnie została odbita z rąk gangu przez drugiego bohatera, czyli policjanta. Chociaż nie pracowali wcześniej razem, postanowili złączyć siły, by rozwiązać tą serię morderstw. Rozgryźli już system kolorów – morderca przydzielał czerwone róże tym, którzy popełnili w swoim życiu jakieś wykroczenie, a białe osobom, które nie miały zatargów z prawem lub gdy nie były one znane sprawcy. Zaczęły się przesłuchania we wszystkich służbach, które funkcjonowały w miasteczku i akcja powoli zaczęła się zagęszczać, nieuchronnie zbliżając się do wielkiego finału…
Pewds przestał czytać w momencie, gdy przesłuchiwano jedną z ważniejszych postaci miejskiej policji. Cry, który już na początku lektury ułożył się wygodnie na kanapie, teraz po prostu przysnął, opierając się ciężko głową o udo Pewdsa. Mężczyzna przestał więc czytać, odkładając książkę na bok i starając się nie obudzić swojego chłopaka. Z braku lepszych rzeczy do roboty przez chwilę patrzył na śpiącego Cry’a, uspokajany przez sam jego widok, a następnie przymknął oczy i odchylając głowę na oparcie kanapy, sam próbował przysnąć. Tym razem, w przeciwieństwie do sytuacji przed obiadem, nie udało mu się usnąć nawet na króciutką chwilę. Po pierwsze, było mu niewygodnie. Po drugie, jego umysł zaprzątały usilne próby połączenia fabuły „Martwych kwiatów” z fabułą rozgrywki, którą właśnie przechodzili. Nie potrafił znaleźć nic, chociażby jednego, najbardziej nieistotnego szczegółu, poza tym, że prezentem w Rule of Rose miało być coś z kwiatami i wtedy to znaleźli tą książkę oraz że Wendy trzymała bukiet czerwonych róż. Nie miało to jednak sensu, przynajmniej dla Pewdsa i chociaż korciło go spytać się Cry’a czy widzi jakieś powiązania między fabułą książki a szóstą rozgrywką, nie potrafił się do tego zmusić. Jeśli o to zapyta, pojawi się pewnie więcej pytań tym razem ze strony Amerykanina, a Pewdie nie chciał tłumaczyć mu, co sprawiło, że zaczął się nad tym zastanawiać. Bał się, że to poprowadzi do niewygodnego tematu ataku paniki, którego doświadczył po kontakcie z notesem, a naprawdę nie chciał się z tego spowiadać. Znając Cry’a, gdyby wiedział jaki był jego powód, pewnie uznałby, że Alice zmyśla albo kłamie, żeby doprowadzić ich do jak najgorszego stanu psychicznego, ale Pewds wiedział, że nie zignorowałby tego zupełnie. Bo jak można zignorować informację o tym, że prędzej czy później się umrze? Mężczyzna westchnął głęboko, odrywając się od tych myśli. Gdyby mógł, skończyłby grę już teraz, nie pozwalając na dalszy rozwój akcji i katastrofalne zakończenie. Nikt się go jednak o zdanie nie pytał, więc mógł tylko przysiąc sobie, że będzie się starał ochronić Cry’a za wszelką cenę i nie dopuści do jego śmierci. Nie pozwoli, żeby jakaś przepowiednia dyktowała jego życie. Nawet, jeśli jest to przepowiednia boga.
Spojrzał na śpiącego bruneta, ciesząc się ile mógł widokiem jego spokojnej twarzy. Oddychał równo, powoli, głęboko. Oddychał. Pewds nie mógł się nie cieszyć całym sercem mając świadomość tego, że obaj żyją. Chociaż to, co ich spotkało na pewno drastycznie wpłynęło na ich życia, nie miało to w chwili obecnej najmniejszego znaczenia. Byli razem, szczęśliwi i przynajmniej chwilowo bezpieczni. Pewdie postanowił korzystać z tego jak może i nawet nie próbując się kontrolować, z szerokim uśmiechem na twarzy nachylił się nad Cry’em, składając szybki i lekki pocałunek na jego ustach. Nie miał zamiaru go obudzić, ale niestety tak się stało, bo chwilę później Cry mrugał zdezorientowany, wybudzając się ze snu.
- Co się dzieje? – wymamrotał nieprzytomnie, końcówka jego pytania była prawie że niesłyszalna, gdy ziewnął głośno.
- Dzień dobry, Śpiąca Królewno – odparł Pewds, mierzwiąc mu włosy. Nazywał go tak już kilkakrotnie w ciągu całej rozgrywki, ale jeszcze nigdy to porównanie nie było tak adekwatne.
- Jeśli to ty masz być moim księciem, to wracam do spania – Pewdie próbował udawać obrażonego tymi słowami, ale nie mógł powstrzymać śmiechu, słysząc tą całkiem szczerą opinię niezbyt przytomnego Cry’a. Cry nie uznał tego za równie śmieszne, dźgając go palcem pod żebra, po czym ostentacyjnie odwracając się do oparcia kanapy. Szwed podniósł się z siedzenia, nagle nabierając ochoty na kawę i ruszył do kuchni.
- Chcesz kawy? – krzyknął do przyjaciela, wyciągając od razu dwa kubki. W odpowiedzi usłyszał przeciągłe mruknięcie, chyba jakieś krótkie przekleństwo i w końcu głos Cry’a mamroczący:
- I tak już przez ciebie nie zasnę, zrób mi.
Kiedy Pewds powrócił do salonu, brunet był całkowicie przytomny, ale bardzo było po nim widać, że jeszcze przed chwilą spał w najlepsze. Na policzku odciśnięty miał ślad zagnieceń od spodni, włosy sterczały mu na wszystkie strony w artystycznym nieładzie. Gdy tylko zobaczył kawę, wyciągnął ręce do Pewdiego jak człowiek na pustyni na widok oazy i zabrał mu kubek z parującym napojem, podstawiając go sobie pod nos. Blondyn zdecydował się oszczędzić mu wrednego komentarza na temat wyglądu i po prostu usiadł obok, zachowując pewną przestrzeń między nimi. Cry nie przejął się nią ani trochę. Przysunął się bliżej, spoczywając głowę na jego ramieniu. Pewds odruchowo już pocałował go w głowę i objął ramieniem, nie zadając żadnych pytań. W ciszy pili kawę, praktycznie nie ruszając się z miejsca. Było spokojnie i ciepło i miło i gdyby Pewdie mógł, zostałby tak już przez cały wieczór, w takim właśnie spokoju. Cry jednak pokrzyżował jego plany, bo po wypiciu kawy siedział bez ruchu jeszcze może z pięć minut, gdy nagle uśmiechnął się. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ten uśmiech nie zwiastował jakiegoś bardzo głupiego pomysłu. Pomysłu, który najwyraźniej postanowił wcielić w życie, podnosząc się z kanapy i kierując się w stronę sypialni.
- Uklęknij – rzucił do Pewdsa, zatrzymując się na progu. W odpowiedzi dostał zdziwione spojrzenie. – Dobrze słyszałeś, klęknij na podłodze.
- Jeśli to miała być sugestia, że mam ci obciągnąć, to musisz popracować nad swoimi tekstami – odparł Pewdie, schodząc z tapczanu na kolana. – Dziwne, że nikt ci za to jeszcze nie przywalił.
- Ważne, że działa – Cry wzruszył ramionami i puścił do niego oczko. Gdy tylko zniknął za drzwiami sypialni, mężczyzna zaczął się naprawdę stresować. Wydawało mu się, że tylko sobie żartują, jak zawsze, ale doszło do niego, że to wcale może nie być żartem i że wcale nie jest to tak nieprawdopodobne, jak mu się wydawało. Nigdy w życiu tego nie robił, nigdy w życiu nie spał z innym mężczyzną, co jeśli to spaprze? Co, jeśli jeszcze nie jest na to gotowy? Kiedy Cry wszedł ponownie do salonu i kazał mu zamknąć oczy, Pewds był już cały spięty. Przez łomot własnego serca ledwie słyszał kroki bruneta i nie miał pojęcia, co powinien robić. Wstrzymał więc oddech, czekając na dalszy rozwój wydarzeń i gdy usłyszał polecenie, że ma otworzyć oczy, zajęło mu chwilę, żeby pokonać swój strach.
Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego, co znalazł na linii swojego wzroku. Cry przewieszony był przez oparcie kanapy do góry nogami. Na twarzy miał swoją maskę, trochę porysowaną i przybrudzoną po ostatniej rozgrywce, założoną tak, że widać mu było tylko usta, ułożone w uśmieszek. Pewds zamrugał gwałtownie, nie rozumiejąc tego, co widzi, ale zanim zdołał spytać się przyjaciela o cel jego działań, Amerykanin odezwał się:
- Jestem jak Spiderman.
Pewdie starał się nie roześmiać i planował zamiast tego powiedzieć ukochanemu, jaki z niego skończony idiota, ale nie dał rady. Zaczęło się od wesołego chichotu, skończyło się na głośnym, niekontrolowanym śmiechu, do którego Cry wkrótce dołączył.
- Jesteś beznadziejnym przypadkiem – wymamrotał w końcu, opanowując trochę rozbawienie. Za każdym razem jednak, gdy otwierał oczy, znowu zaczynał zanosić się śmiechem. – Kocham cię tak bardzo.
- Wiem – odparł Cry, zadowolony z siebie. – Ale skończ już te wyznania i mnie pocałuj, bo cały mój wysiłek pójdzie na marne.
- Jakim cudem w ogóle na to wpadłeś? Jaki był twój tok myślenia?
- Chciałem cię pocałować.
- Nie mogłeś się zapytać, poprosić albo po prostu to zrobić?
- Nie, zbyt prosto i nudno. Chciałem być kreatywny.
Pewds nachylił się, całując go słodko. Jego usta smakowały jeszcze kawą. Cry uśmiechał się między pocałunkami, delektując się smakiem i czując się wyjątkowo dumny z siebie, widząc, że jest w stanie taką głupotą rozweselić trochę kochanka. Od jego rozmowy z Alice oraz późniejszego ataku paniki, Cry przyrzekł sobie, że zrobi wszystko, by Pewdie mógł być przynajmniej na chwilę beztroski i szczęśliwy. Miał jednak pewne ograniczenia.
- Dobra, daj mi zejść z tego oparcia – odezwał się, kiedy przestali się całować, żeby zaczerpnąć powietrza. Pewds uśmiechnął się zadziornie, ale odsunął się na tyle, by Cry mógł wylądować siedzeniem na kanapie.
- Co, zaparłem ci dech w piersiach? – zapytał. – Zakręciłem w głowie?
- Nie, krew mnie zalała – Cry pokazał mu język w odpowiedzi, po czym poklepał miejsce obok siebie, by Pewdie do niego dołączył. – Mój mózg, dokładniej rzecz biorąc.
- Twój co?
- Oh, zamknij się, Pewds.
Siedzieli przez chwilę na kanapie, tylko się całując i dotykając. Amerykanin zrzucił z twarzy maskę, żeby było im wygodniej i by mógł widzieć, co tak właściwie robi. Po chwili wylądowali w pozycji półleżącej, a potem leżącej, gdzie Cry już trzeci raz tego dnia dał się przyszpilić do miękkich poduszek, by Pewds mógł się nad nim pochylić. Pocałunki na początku były wolne, zmysłowe. Dopiero z czasem nabrały gwałtowności i stały się niemalże zaborcze, do tego stopnia, że musieli co jakiś czas przerywać, by wziąć oddech. Pewdie przerzucił się więc w pewnym momencie na całowanie szyi swojego ukochanego, na co ten odpowiedział wsunięciem mu pod koszulkę dłoni. Błądził nią po jego plecach i brzuchu, aż w końcu zatrzymał ją na jego piersi, czując jak Pewds drży pod jego palcami. Uśmiechnął się pod nosem, drażniąc jego skórę dotykiem. Kiedy usłyszał nad sobą urwany oddech, nie mógł nie poczuć satysfakcji.
- Zimno ci? Drżysz – stwierdził, mrucząc gardłowo. Pewdie spojrzał się na niego nie do końca przytomnie, skupiając swoje spojrzenie na jego ustach.
- Poważnie, jesteś jakimś czarownikiem i rzuciłeś na mnie klątwę…
- A teraz pójdę zrobić kolację i cię utuczę, żeby cię potem zjeść, jak w Jasiu i Małgosi.
- O tak, prosto w moje fetysze, wiesz, jak do mnie mówić – odparł Pewds, przymykając oczy i dotykając czubkiem nosa jego szyi, pozwalając sobie na chwilę przyjemności. Wziął głęboki oddech i odsunął się z trudem, podnosząc się do siadu. – Dobra, też jestem głodny, chodźmy coś zjeść.
Kolacja nie była zbyt ambitna: Cry postanowił odgrzać sobie resztki ratatouille z obiadu, Pewds zadowolił się zwykłą kanapką z serem i pomidorem. Wyjątkowo nie usiedli do posiłku przy stole, zamiast niego wybierając kanapę. Przez chwilę jedli w ciszy, póki Pewdie nie spróbował zacząć rozmowy zagadując przyjaciela o czytaną przez niego książkę. Cry przez chwilę opowiadał o wciągającej fabule i całkiem zabawnym, chociaż momentami trochę irytującym głównym bohaterze, a także o wykreowanym klimacie powieści. Pewds słuchał go uważnie, patrząc się na niego rozmarzonym wzrokiem. Uwielbiał, gdy Cry się czymś tak bardzo ekscytował. Stracił nawet wątek w pewnym momencie, zbyt zapatrzony na pełną emocji twarz mężczyzny, ale Cry doprowadził go do porządku prostym pytaniem:
- A jak tam twoja książka? Klasyk science fiction, zawsze ją bardzo lubiłem.
Pewdie na chwilę się zawiesił, nie rozumiejąc w pierwszej chwili o co chodzi, ale szybko się zreflektował.
- No, całkiem śmieszna jest - wymamrotał, czując przypływ paniki wynikający z tego, że tak naprawdę nie pamiętał ze swojej lektury prawie nic poza paroma żartami, którym nawet udało się wywołać uśmiech na jego twarzy. - Ten gościu... Ford? Jak na razie bardzo go lubię...
- Uważałeś choć trochę przy czytaniu jej? -  westchnął brunet, najwyraźniej widząc jego próby wydostania się z niewygodnej sytuacji. Pewds spuścił wzrok, zażenowany.
- Nie potrafiłem się skupić.
- Trzeba było mi powiedzieć, że ci się nie podoba, przecież się nie obrażę - Cry szturchnął go łokciem, po czym odłożył talerz na bok i zwrócił się twarzą do przyjaciela. - Po prostu pomyślałem, że potrzeba ci czegoś lekkiego do czytania...
- Nie, na pewno jest świetna! Moje myśli cały czas uciekały do tego notesu i Alice i wszystkiego co się wczoraj wydarzyło... Bardzo chciałem ją przeczytać, ale nie potrafiłem się skupić na tekście, bo... te myśli nie chciały mnie zostawić.
- To trzeba to zmienić - stwierdził Cry beztrosko, ściskając go mocno za ramię. W jego spojrzeniu było tyle ciepła, że Pewds znowu zastanowił się poważnie, czym tak właściwie sobie na niego zasłużył. - Jest ci się łatwiej skupić jak czytasz na głos, prawda?
Pewdie skinął głową, powoli się uśmiechając. Nie dość, że będzie miał czym zająć myśli, to jeszcze spędzi czas w świetnym towarzystwie.
- Wybierz coś do czytania - polecił mu Amerykanin, zbierając naczynia i zanosząc je do kuchni. W drodze powrotnej włączył radio. Gdy tylko wrócił, Pewds pokazał mu okładkę wybranej powieści. Chociaż kusiło go dokończenie "Martwych kwiatów", bał się, że wcale nie odciągnie go to od natrętnych myśli. Wybrał więc "Autostopem przez galaktykę" i to wcale nie dlatego, że sprawiłoby to Cry’owi przyjemność. No, może trochę.
Zaczął czytać, opierając się o ramię kanapy i wciskając stopy pod uda Cry'a, siedzącego po drugiej stronie. Muzyka leciała w tle, ładnie wpasowując się w jego monotonne czytanie. Powieść okazała się być naprawdę dobra i jeszcze śmieszniejsza, gdy do gracza docierał sens słów i zawarta w fabule pierwszych rozdziałów ironia. Parę razy zachichotał, raz nawet parsknął śmiechem i gdy próbował się uspokoić, natrafił wzrokiem na Cry'a. Patrzył się on na niego z takim zachwytem, że Pewds od razu wiedział, że podjął odpowiednią decyzję. Odpowiedział na tą minę uśmiechem i poczuł, że jest to uśmiech jak najbardziej szczery. Był szczęśliwy i spokojny. Udało mu się odprężyć i chociaż na chwilę zapomnieć o traumatycznych przeżyciach, choć tak naprawdę nie robił teraz nic skomplikowanego: tylko czytał. Miało to na niego jednak jakiś cudowny wpływ, bo od razu zapomniał o swych troskach. Może to zasługa powieści, może towarzystwa Cry'a, tego nie wiedział. Wiedział tylko, że czuł się dobrze.
Niestety, chociaż najchętniej czytałby cały wieczór, jego gardło w końcu zaczęło protestować nieprzyjemnym drapaniem. Zaczął chrypieć, więc Cry bez pytania zamknął mu książkę przed nosem i odłożył ją na stolik. Pewds ani myślał się kłócić. Z ulgą przyjął przyniesiony mu chwilę później kubek czarnej herbaty z cytryną. Cry podał mu także koc, po czym sam zabrał się za czytanie powieści, wcześniej kładąc się wygodnie na kanapie. Oparł się o drugie ramię tapczanu i wyciągnął nogi tak, by było mu wygodnie, ale też by nie odbierać wygody przyjacielowi. Chociaż na początku Pewds obawiał się, że takie czytanie książki nie przyniesie oczekiwanych efektów, po chwili okazało się, że jego obawy były zupełnie nieuzasadnione. Głos Cry'a wyciszał go. Nie stracił zainteresowania powieścią, nic go nie rozpraszało. Wolne, melodyczne czytanie i ciepło bijące od ciała drugiego mężczyzny niemalże Pewdsa nie uśpiły, a koc i gorąca herbata wcale w tym nie pomagały. Już prawie odpłynął, ledwie rozumiejąc sens słów, gdy Cry nagle przestał czytać i poderwał się z miejsca. Pewdie zamrugał nieprzytomnie, podciągając się na łokciu. Przyjaciel zniknął mu z oczu, jednak coraz to głośniejsza muzyka podpowiedziała mu, gdzie się teraz znajduje. Wyjrzał przez oparcie, szukając go wzrokiem i odnalazł go podrygującego w miejscu do jakiejś rytmicznej melodii. Pewds przez chwilę myślał, że to na pewno jest jakimś snem i naprawdę przysnął, szczególnie, gdy Cry zaczął podśpiewywać pod nosem. Kiedy wyciągnął jedną bardzo wysoką nutę, Szwed był już wybudzony w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach i powoli do niego docierało, że to wcale nie sen.
- Co ty robisz? - zadał pytanie, które cisnęło mu się na usta odkąd Cry podniósł się z kanapy.
- Kocham ten kawałek - dostał w odpowiedzi i to zapewne miało być wytłumaczeniem. Pewdie powoli wstał z kanapy. Jego przyjaciel zachowywał się, jakby coś go opętało, wyjąc i machając rękami do muzyki.
- Co to w ogóle za piosenka? - chociaż Pewds słuchał jej uważnie, nie potrafił sobie przypomnieć tytułu. - Brzmi znajomo.
- Feel Good Inc. od Gorillaz.
- Aha.
Pewdie wzruszył ramionami, zostawiając bruneta pląsającego po salonie samego i kierując się do kuchni. Zostawił tam pusty już kubek po herbacie, nastawił wodę i wrócił do chaosu dziejącego się w pokoju dziennym. Utwór właśnie się skończył, wraz z tańcem Cry'a, który z uśmiechem na twarzy zwrócił się do Pewdiego. Spojrzenie, które mu posłał wcale mu się nie spodobało.
- Nie umiem tańczyć - wzruszył ramionami. Naprawdę mu to nie wychodziło, chociaż wykorzystywał to czasem wygłupiając się przed kamerą.
- Ja też nie - i tu Pewds musiał przyznać mu rację, tańcem tego nie można było nazwać. - Nie o to chodzi, stary. Masz się dobrze bawić. Obiecuję, nawet nie będę się śmiał. Bardzo.
- Dzięki, miło z twojej strony.
Pewdie w końcu dał się wyciągnąć na parkiet. Cry przesunął trochę stoliczek i odsunął na bok kanapę, robiąc im trochę więcej miejsca. Z głośników leciała teraz jakaś elektronika, to której dało się głównie skakać i wyrzucać ręce do góry w różnych kombinacjach. Tego utworu Pewds akurat nie rozpoznawał, ale Cry najwidoczniej znał go doskonale. Zaczął śpiewać refren, ruszając się trochę nie do rytmu i Pewdie nie mógł się nie zaśmiać. Cała ta sytuacja była bardzo absurdalna, ale też bardzo zabawna. Blondyn poczuł, jak odpręża się całkowicie i nagle przestał się przejmować brakiem umiejętności w tańcu. Musieli wyglądać żałośnie, jednak nie obchodziło ich to wcale. Śmiali się, śpiewali i starali się nie wpaść na żaden mebel stojący na drodze ich dzikich pląsów. Kiedy tylko utwór się skończył, Pewds skoczył do kuchni po coś chłodnego do picia, wracając akurat, gdy zaczynała się kolejna piosenka. Cry wypił całą zawartość szklanki, zanim znowu ruszył do tańca, tym razem do muzyki, której żaden z nich nie rozpoznawał. Nie stanowiło to jednak żadnej przeszkody w tym, żeby dobrze się bawić i udawać seksowne tańce pełne ruszania biodrami i przesuwania dłońmi wzdłuż całego ciała. Pewds czuł się tym szczególnie rozbawiony, bo jego przyjaciel naprawdę wczuwał się w wszystkie wykonywane przez niego zmysłowe ruchy. Pośmiali się chwilę, potańczyli do utworów znanych i mniej znanych i całkiem nieźle się bawili. W końcu jednak Cry poczuł się trochę zmęczony, opadając leniwie na kanapę i wypijając jeszcze dwie szklanki wody. Pewdie dołączył do niego chwilę później, przynosząc ze sobą cały dzbanek picia.
- Świetna zabawa, nie? – mruknął Cry, uśmiechając się wesoło. Pewds skinął głową w odpowiedzi, po czym odchylił głowę na oparciu kanapy i przymknął oczy. – Mówiłem ci, tu nie chodzi wcale o talent, tylko o wyluzowanie. Słyszysz muzykę i lecisz z tym.
- Często robisz sobie spontaniczne imprezki w domu?
- Czasami sobie tańczę jak leci coś fajnego, przy sprzątaniu lub gotowaniu lub z nudów… Odpręża mnie to. Ale raczej nie jest ze mnie imprezowy człowiek.
- Nie widać po tobie – Pewdie nalał sobie jeszcze jedną szklankę wody, którą następnie wypił, po czym podniósł się z siedzenia i ruszył w stronę radia. – Poszukam czegoś fajnego.
- Jeszcze się nie zmęczyłeś? – zawołał za nim Cry.
- Noc jeszcze młoda, korzystajmy.
Cry westchnął tylko, zastanawiając się, czy naprawdę usłyszał flirt w jego głosie, czy tak sobie zinterpretował jego słowa. Napił się jeszcze trochę, przygotowując się fizycznie i mentalnie na kolejną rundę energicznego tańca. Jednak ku jemu zdziwieniu, z głośników popłynęła bardzo spokojna muzyka i brunetowi zajęło tylko chwilę, żeby zorientować się, że jest to „Take My Breath Away”. Schował twarz w dłoniach, zażenowany, gdy Pewds podszedł do niego i wyciągnął dłoń, proponując pomoc przy wstawaniu.
- Poważnie mówisz? – spytał Cry, korzystając z pomocy i podnosząc się z kanapy. Pytanie było czysto teoretyczne i zadał je tylko po to, żeby wyrazić, co myśli o tej piosence.
- Nie pamiętasz? – Pewdie objął go w pasie, bujając się delikatnie w rytm muzyki. Cry nie mógł powstrzymać się od prychnięcia pod nosem. – Jak graliśmy w Portal i słuchaliśmy tego tuż przed nagrywaniem? Nawet ze mną śpiewałeś…
- Nie, nie pamiętam, chociaż brzmi to bardzo prawdopodobnie.
- Jak możesz zapominać nasze piękne randki przy rozwiązywaniu zagadek z Portala? – blondyn udał, że jest tym głęboko urażony i odsunął się do ukochanego. – Skoro tak to wygląda, to z tobą nie tańczę.
- Nie przeszkadza mi to za bardzo – odezwał się Cry i zarobił łokciem w ramię. Roześmiał się, widząc jaką minę robi Pewds na te słowa i z ociąganiem podał mu dłoń, wracając do przytulanego. – Żartowałem, ziom. Lubię cię.
- Też cię lubię, chociaż czasami nie wiem czemu – Pewdie cmoknął go w usta, po czym położył głowę na jego ramieniu i kontynuował kiwanie się na boki do melodii. Cry’owi chciało się śmiać przez całą długość trwania utworu i z trudem powstrzymywał się, żeby nie zepsuć tej chwili. Kiedy jednak Pewds odsunął się trochę i trzymając go wysoko za lewą dłoń obrócił go, by potem chwycić od tyłu, nie wytrzymał i zaczął chichotać pod nosem.
- Co cię tak bawi?
- Nic – Cry odchylił głowę i pocałował chłopaka w policzek. – Tańczymy do „Take My Breath Away”. Brakuje mi tylko przyciemnianych okularów i byłbym Tomem Cruisem.
- W tej sytuacji jesteś raczej tą blondyneczką – odparł Pewdie.
- Nie, to ty masz blond włosy, więc to ty nią jesteś – oświadczył zdecydowanie, robiąc poważną minę, którą utrzymał przez kilka sekund do czasu, gdy Pewds zaczął go łaskotać. Zaśmiał się, odtrącając dłonie drugiego gracza i próbując się odsunąć poza jego zasięg. – Dobra! Dobra, będę tą jego blondyneczką, tylko mnie zostaw.
- Cieszę się, że współpracujesz – Felix uśmiechnął się z satysfakcją. Przyciągnął go znowu do siebie, ale nie było im dane nacieszyć się tańcem, bo utwór właśnie się kończył. Cry właśnie miał rzucić jakimś wrednym komentarzem, ale gdy usłyszał, co zaczęło lecieć w radiu, nie był w stanie powiedzieć nic, dostając napadu śmiechu. Pewds dołączył do niego chwilę później, kierując się w stronę urządzenia, by pogłośnić cudowny dźwięk melodii „My Heart Will Go On”. Zajęło im chwilę, żeby się uspokoić i wrócić do wolnego tańca w swoich ramionach.
- Ale hej, już gorzej być nie może – stwierdził Pewdie, wzruszając ramionami. Cry zajęty był udawaniem emocjonalnego śpiewu. Pewds zaśmiał się na ten widok, całując go szybko i przerywając jego wygłupy.
- Uważaj, bo wykrakasz – mruknął Cry, podążając za jego ustami i łącząc je w jeszcze jednym pocałunku, tym razem trochę dłuższym. – I zacznie lecieć „Take On Me” albo „Never Gonna Give You Up”.
- Tylko nie „Take On Me”. Śpiewałem to przed tłumem ludzi. Największy błąd mojego życia.
- Powiedz mi, że masz nagranie, błagam.
- Nie pozwolę ci tego zobaczyć, przestaniesz mnie kochać.
Piosenka dotarła do refrenu i Cry nie mógł się powstrzymać od śpiewu. Śpiewu, który był raczej krzyczeniem bez melodii i nie w rytmie. Pewds zaczął się śmiać, szturchając go, żeby przestał, ale Amerykanin zamiast tego zaczął wyć jeszcze głośniej, dodatkowo udając rosyjski akcent. Gdy tylko refren się skończył, Cry dołączył do śmiechu, wtulając się z powrotem w ramiona swojego chłopaka.
- Cry, pamiętasz, co obiecywałeś mi w poprzednim safe poincie?
- O co ci chodzi?
- Powiedziałeś mi, że jeśli nie przymknę mordy, to nigdy więcej nie będę się mógł z tobą całować. Także się zamknij.
- To była zasada dla ciebie, nie dla mnie – brunet pokazał mu język, po czym odsunął się od niego całkowicie, ruszając do kuchni.
- Hej, nie zostawiaj mnie w trakcie romantycznego tańca! – zawołał za nim Pewds, ale w odpowiedzi usłyszał tylko prychnięcie. Po chwili Cry wrócił do pokoju z butelką whisky, którą otworzył i porządnie z niej wypił. – A to co?
- Jestem zbyt trzeźwy, żeby tańczyć wolnego do Celine Dion – odparł Cry, podając mu butelkę. – I mój rosyjski śpiew jest za mało rosyjski bez alkoholu.
- Jak będziesz miał jutro kaca, to nie przychodź do mnie – Pewdie także pociągnął kilka łyków z butelki, po czym wyciągnął ręce do drugiego gracza. – Chodź, pośpiewamy razem.
Refren zabrzmiał znacznie głośniej, gdy obaj darli się w niebogłosy. Pewds próbował naśladować rosyjski akcent, ale o wiele lepiej wychodził mu akcent duński i niemiecki, więc starał się śpiewać to jednym, to drugim. Co chwilę przerywali, zbyt rozbawieni sytuacją, żeby zachować powagę. Gdy zaczął się krótki fragment instrumentalny przed finałową częścią utworu, z butelki zniknęła już jedna czwarta zawartości. Pewdie ledwie był w stanie się opanować, kiedy obracał Cry’a tyłem do siebie i rozkładał jego ręce na boki, ujmując je w nadgarstkach. Brunet chwilę się pośmiał, szczególnie, gdy za plecami usłyszał „You’re here” bardzo nieczyste i z zaciąganiem samogłosek.
- Dlaczego to ja jestem Rose? – powiedział w końcu, kiedy przestał chichotać jak głupi. – Dlaczego to ja jestem zawsze dziewczyną? Ty bądź Rose, nie zgadzam się.
- Nie słyszę cię, Celine Dion mi przeszkadza – odparł Pewds, trochę za głośno, co zmusiło Cry’a do gwałtownego odsunięcia głowy, by ratować słuch. – Zresztą wcale nie jesteś dziewczyną. Jesteś królem świata.
- Tego nie wiem, ale na pewno panuję nad twoim sercem.
Głośne warknięcie, które usłyszał, utwierdziło go w przekonaniu, że żarcik mu wyszedł. Zaśmiał się, przymykając oczy i krzycząc „Pewds, ja lecę!”. Szwed zaśmiał się, całując go czule w kark, zanim skomentował:
- Ta, za chwilę przez okno wylecisz.
Utwór w końcu dobiegł do końca, a kolejny kawałek znowu był jakąś spokojną balladą. Mężczyźni stracili jednak ochotę do tańczenia, nie znając tekstu, więc po prostu usiedli na kanapie z whisky i pili na zmianę, przerywając sobie głupimi tekstami albo krótkimi chwilami na pocałunki. Pewds czuł się jeszcze w miarę okay, ale było widać, że Cry jest już dość wstawiony, bo język plątał mu się nawet na niezbyt skomplikowanych słowach. Pewdie trochę to wykorzystywał, przerywając mu co chwila pocałunkami, które były teraz o wiele bardziej niedbałe i nieskoordynowane, całkowicie pod wpływem chwili. Oraz alkoholu. Pewds chciał już zaproponować, aby skończyli na dzisiaj i położyli się spać, ale piosenka, która poleciała w radiu pokrzyżowała mu te plany. Poderwał się z kanapy z wdziękiem i szybkością dość niespodziewanymi przy jego obecnym stanie, po czym wyciągnął Cry’a na parkiet, trzymając za nadgarstek.
- Musisz to pamiętać, powiedz, że pamiętasz… - powiedział podekscytowany, gdy Cry chwiejnie stawał na nogi. Na jego twarzy pojawiło się skupienie.
- Co to?
- „September”!
Cry uderzył się dłonią w czoło, wzdychając ciężko.
- Pamiętasz! - Pewds ucieszył się, zaczynając niezbyt zgrabnie tańczyć do muzyki. Cry dołączył do niego, próbując naśladować jego ruchy.
- Nasi fani pewnie do tej pory robią teorie – mruknął. – A chodzi tylko o to, że za każdym razem gdy pytałem „Czy pamiętasz…”, to kończyłeś tą piosenką i nie chciałeś się przymknąć póki nie skończyłeś przynajmniej refrenu.
- Powinniśmy do tego wrócić, piękna tradycja – stwierdził Pewdie. Cry stęknął przeciągle, przewracając oczami.
- Błagam, nie.
Pewds próbował ułożyć do utworu jakiś układ, machając rękami w różne strony i ścigając się z Cry’em w tym, kto wymyśli więcej żałosnych ruchów. Póki co, Amerykanin wygrywał, kręcąc się dookoła i tańcząc nie do końca zgrabnie. Pewdie chwycił go za rękę, obracając kilka razy, po czym obserwował, jak Cry zatacza się lekko, zdezorientowany. Zaśmiał się pod nosem, kiedy brunet niemalże się nie wywrócił przez zawroty głowy. Złapał go za ramiona, zanim zdążył wylądować na ziemi, po czym skradł z jego ust pocałunek. Cry spojrzał na niego nieprzytomnie. Był czerwony na twarzy, ale niemożliwym było stwierdzić, czy to rumieńce zawstydzenia czy jest mu gorąco od ciągłego ruchu i wypitego alkoholu. Jego wzrok, tak jak i on sam, był pijany i błądził po twarzy Pewdiego, jakby widział go po raz pierwszy. Pewds uśmiechnął się do niego, wyjątkowo pewny siebie.
- Widzę, że utwór ci się podoba – zagadał, wyrywając Cry’a z zamyślenia. Mężczyzna zamrugał kilkukrotnie, po czym przetarł twarz.
- Ty mi się podobasz – wymamrotał, po czym prychnął pod nosem, uśmiechając się szeroko. – Chyba się upiłem.
- Skądże – odparł Pewds, znowu go całując. – Tylko troszeczkę. Idziemy spać?
- Jeszcze jeden utwór i możemy iść. Dobra?
- Cokolwiek zechcesz.
„September” minęło im pod znakiem udawania retro ruchów tanecznych i śpiewania refrenu w niebogłosy. Bawili się świetnie, chociaż już nie do końca byli pewni, ile z tego jest wynikiem muzyki i tańca, a ile efektem ubocznym opróżnienia ponad połowy butelki whisky. Żaden z nich nie przejmował się tym za bardzo, zatracając się w wygłupach, uśmieszkach posyłanych sobie z dwóch końców pokoju, kiedy tanecznym krokiem szli w swoim kierunku, by spotkać się na środku pomieszczenia czy próbach zatańczenia układu, który sami przed chwilą ułożyli i zdążyli już zapomnieć. Pewdie patrzył na Cry’a i naprawdę czuł się szczęśliwy, będąc w jego towarzystwie. Dziękował siłom wyższym za to, że dane mu było spędzić z nim tak wspaniale czas i usilnie starał się nie dopuścić do siebie niemalże zapomnianego już strachu. Teraz było dobrze. Pewds modlił się tylko, żeby teraz trwało jak najdłużej.
Kiedy utwór skończył się, Cry ruszył w stronę radia niemalże natychmiast, chcąc poszukać czegoś naprawdę dobrego na ich ostatni taniec. Nie zdążył jednak pokonać nawet połowy drogi do urządzenia, gdy z głośników poleciała kolejna melodia. Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie, chichocząc pod nosem, po czym zawrócił. Pewdie nie mógł rozpoznać piosenki, ale kojarzył ją; brzmiał jak jakiś stary utwór, który pewnie słyszał w dzieciństwie. Cry natomiast zdawał się znać ją doskonale, bo gdy tylko zaczął się refren, zaśpiewał go wraz z wokalistką:
- Wanna be my lover? – nieco zaciągnął ostatnią sylabę, uśmiechając się do Pewdsa sugestywnie. Blondyn poczuł się trochę zdezorientowany, gdy jego chłopak podszedł do niego nieco chwiejnie i popchnął go na kanapę. Nie zadawał jednak pytań, tylko ze spokojem obserwował kolejne ruchy mężczyzny. Cry na początku po prostu ruszał się do muzyki, kręcąc biodrami i wyginając się do rytmu na boki. Pewdie patrzył na to z uśmiechem, nie mogąc się powstrzymać na tak zabawny widok. Kiedy jednak brunet zaczął zmysłowo przesuwać dłońmi po swoich biodrach i klatce piersiowej, Pewds zaczął się po prostu śmiać. Cry zawtórował mu, na chwilę przerywając śpiewanie zwrotki.
- Słuchaj tekstu, stary, kieruję te słowa do ciebie – odezwał się, gdy tylko nieco się opanował i wznowił swoje śpiewanie oraz seksowny taniec. Pewdie też się trochę uspokoił, skupiając się na tekście. Cała piosenka była w skrócie o tym, że podmiot liryczny żąda od adresata tekstu, by zdecydował się, czy chce być kochankiem podmiotu. Szwed pomyślał sobie, że Cry jest naprawdę subtelny śpiewając tą piosenkę do niego, ale nie skomentował tego, tylko bezwstydnie obserwował jak jego ukochany zatraca się w tańcu, dotykając swojego ciała i robiąc sugestywne gesty. Dopiero jednak gdy Cry spojrzał się na niego spod uchylonych powiek, oblizując usta, Pewdie zdecydował, że ma dość bycia biernym obserwatorem. Podniósł się z kanapy, ku zdziwieniu Cry’a, który zatrzymał się i patrzył się pytająco na blondyna, który podszedł do niego bardzo blisko i nachylił się do jego ucha.
- Tak, chcę być twoim kochankiem – wychrypiał, głosem niskim i pełnym pożądania. Cry zadrżał, przysuwając się i chwytając się mocno T-shirtu mężczyzny, gdy ten zaczął całować go po skrawku odsłoniętej szyi.
- Okay – wymamrotał cicho, podekscytowany. Nie opierał się, gdy Pewds zamienił się z nim rolami, tym razem jego popychając w kierunku kanapy. Wylądował na niej miękko, od razu sięgając dłońmi przodu koszulki swojego chłopaka i mocno ciągnąc go w dół, by ich usta mogły się spotkać. Pierwsze pocałunki były takie, jak zwykle: pełne emocji i gwałtowne, ale nieco mniej zgrabne przez upojenie alkoholem. Pewdie stwierdził jednak w pewnym momencie, że to mu nie wystarcza, że chce więcej. Rozchylił więc usta, a Cry zrobił to samo, jak w lustrzanym odbiciu. Ich wargi połączyły się w mokrym, pełnym niepewności pocałunku. Pewds powoli wsunął język do ust kochanka, badając teren, odnajdując się w nowej sytuacji. Cry nie miał jednak tyle rezerwy; bez wahania zaprosił go do środka, splątując ich języki, zatracając się w nim kompletnie. To było tylko kwestią czasu, nim ich niecierpliwe dłonie, nie znajdując nigdzie odpoczynku na dłużej, zaczęły eksplorować to, co znajdowało się pod koszulką drugiego. Po chwili nawet koszulki stały się uciążliwą przeszkodą; chociaż ciężko było im się od siebie oderwać, w końcu oba kawałki materiału leżały porozrzucane na ziemi, zostawiając właścicieli półnagich. Pewdie wrócił do całowania, starając się nie westchnąć zbyt głośno, gdy poczuł dotyk na swojej piersi. Cry drażnił go paznokciami, drapiąc lekko jego ramiona i boki, zatrzymując się na biodrach i wbijając się w nie trochę mocniej, by utrzymać go w jednym miejscu. Pewdie odsunął się nieco do tyłu, siadając nieco bardziej na kolanach i powędrował dłońmi w dół, przesuwając po udach Cry’a i zostając trochę dłużej przy jego kroczu, próbując po omacku i drżącymi rękami rozpiąć mu spodnie. Cry odsunął się gwałtownie, trzeźwiejąc w kilka sekund. Pewds zabrał ręce, wystraszony jego reakcją. Czy nie tego chciał?
- Nie możemy tak, Pewds – mruknął Amerykanin, patrząc mu w oczy. Nie wyglądał na złego, raczej na bardzo zmęczonego. – Sam mówiłeś, że mamy jeszcze mnóstwo czasu. Co się stało?
Pewdie zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią. Szczerze, sam nie był pewien, co się stało. Tłumaczył sobie, że zatracił się w przyjemności, w chwili szczęścia, w alkoholowym upojeniu. Czymkolwiek. Czymkolwiek, co zamaskowałoby prawdziwy powód.
Wstał, chcąc uniknąć konwersacji i po prostu odejść. Był naiwny, sądząc, że to się uda, ale i tak spróbował, nawet jeśli tylko po to, by Cry od razu złapał go za nadgarstek, zmuszając do zatrzymania się. Pewds westchnął ciężko, przecierając twarz. Musi to powiedzieć.
- Dzisiejszy dzień był naprawdę super – zaczął, układając sobie w głowie to, co chciał powiedzieć. – Naprawdę, nie pamiętam, kiedy ostatnim razem czułem się tak dobrze i bezpiecznie i to wszystko twoja zasługa. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczny za to, że… jesteś.
- Więc to miała być dla ciebie forma podziękowania? – Cry uniósł brwi i wręcz powiało od niego chłodem, gdy to powiedział. – Jeśli tak, to nie chcę. Nie chcę, żebyś zmuszał się do czegoś tak poważnego tylko dlatego, że byłem dla ciebie dobry, bo to ma być twoja decyzja, Pewds. Nie wierzę, że muszę ci to mówić, ale seks z kimś nie powinien być z poczucia obowiązku, tylko z miłości i jeśli to nie wygląda w ten sposób z twojej strony, to ja-
- Cholernie się boję, że cię stracę – rzucił Pewdie, nie przejmując się, że przerwał monolog drugiego gracza. Na chwilę zapanowała cisza, gdy Cry patrzył się na niego z otwartymi ustami, zastygłymi w połowie niedokończonego zdania. – Dzisiaj było naprawdę świetnie i na dość długi czas udało mi się zapomnieć o tym wszystkim co wydarzyło się wczoraj i przez ostatnie kilka dni. Niepotrzebnie mówiłem, że mamy czas, bo przecież tego nie wiem. Nie wiem, czy przeżyję jutro. Albo ty. A teraz było fajnie i naprawdę czułem, że to jest to, że to ciebie pragnę tu i teraz, póki cię mogę mieć. Tyle.
Cry siedział w milczeniu jeszcze przez chwilę. Atmosfera była napięta, a słowa wypowiedziane przez Pewdsa wisiały w powietrzu. Pewdie czuł się coraz bardziej podenerwowany ciszą między nimi i miał ochotę krzyczeć. Krzyczeć na siebie i na Cry’a i po prostu, krzyczeć na cały wszechświat, że nie może nic zrobić z nękającym go strachem. Zamiast tego schował twarz w dłoniach, próbując się opanować. Nie zauważył więc, jak Cry podnosi się powoli z kanapy i w nieustającym milczeniu zwyczajnie podchodzi do niego i mocno go obejmuje. Pewds nie reagował przez chwilę, czując się nagle zmęczony i bezsilny, ale w końcu otoczył przyjaciela ramionami, wtulając się w niego i szukając utraconego już dawno bezpieczeństwa. Wziął kilka głębokich oddechów.
- Nie będę znowu płakać – wymamrotał słabo. Poczuł, jak Cry wzmacnia uścisk.
- Nie będę cię oceniać, jeśli będziesz płakać – odparł brunet. – Wracając jednak do tematu, możemy nie mieć czasu. Możemy zginąć jutro obaj, prawda. Nie chcę jednak, żeby seks był dla nas tylko sposobem, żeby zapomnieć o ciężkiej rzeczywistości i poczuć coś przyjemniejszego, okay? Chcę, żeby to miało znaczenie dla nas obu i nie było z przymusu czy desperacji, ale na spokojnie i z pełną świadomością, że tego chcemy i że obaj się na to zgadzamy.
- Przepraszam – Pewds oparł się o niego ciężko i poczuł, jak przegrywa sam ze sobą, gdy łzy popłynęły po jego policzkach. – Przepraszam.
- Za co? Nie jestem na ciebie zły.
- Za to, że nie jestem w stanie temu wszystkiemu zapobiec.
- Nie bądź głupi – skarcił go Cry, całując szybko w szyję. – Nie jesteś super bohaterem. Nie możesz brać na siebie odpowiedzialności, za to co się dzieje dokoła nas. Odpowiadasz tylko za swoje czyny, rozumiemy się?
Pewdie skinął szybko głową, nawet gdy obaj wiedzieli, że nie przyjmuje przynajmniej połowy z tych słów do świadomości. Sam fakt, że Cry mówił tak do niego sprawiał, że czuł się lepiej, więc chociaż tyle z tego wynosił. Podziękował mu szeptem, stojąc tak jeszcze przez chwilę, uspokajając się i korzystając z chwilowego bezpieczeństwa. Gdy w końcu się odsunął, Cry patrzył się na niego z takim uczuciem, że Pewds niemalże nie rozpłakał się ponownie. Szturchnął go lekko w ramię, odwracając wzrok, po czym uśmiechnął się słabo.
- Idź się umyć, śmierdzisz whisky – mruknął, całując go krótko. Cry spojrzał na niego niepewnie, gdy się od siebie odsunęli.
- Mogę cię tu zostawić? Jeśli potrzebujesz posiedzieć ze mną dłużej, to nie ma problemu…
- Leć, pójdę zaraz po tobie. Jesteśmy padnięci i trochę wstawieni, potrzebujemy spać jeśli mamy być jutro w formie – wysilił się na beztroski, lekki ton i uśmiech, by uspokoić trochę ukochanego. Chyba mu uwierzył, bo po jeszcze jednym całusie w policzek w końcu ruszył w stronę łazienki.
- Jak będziesz czegoś potrzebował, to krzycz.
- Oczywiście. Idź już. Nie będę z tobą spał, jeśli będziesz mi chuchał alkoholem prosto w twarz.
- Niczego nie poczujesz, twój oddech też cuchnie.
Po chwili do jego uszu dobiegł trzask zamykanych drzwi, a zaledwie parę minut później usłyszał lecącą z prysznica wodę. Pewds ruszył w kierunku radia, wyłączając je akurat, gdy miał zaczynać się następny utwór. Cisza, która zapanowała w mieszkaniu dosyć go przerażała. Zgasił światło w kuchni i salonie. Skupił się na jasnej poświacie dobiegającej go z sypialni i poszedł w jej kierunku, walcząc z instynktem by obrócić się i spojrzeć w tył. Dopiero gdy dotarł do pokoju i zamknął za sobą drzwi odetchnął z ulgą. Miał wrażenie, że on i strach stopniowo stają się przyjaciółmi. Był już tak przyzwyczajony do realnego i wyimaginowanego zagrożenia, z którym zawsze zjawiał się strach, że nie próbował go tłumaczyć. Nie zmieniało to faktu, że był ciągłym strachem zmęczony. Bał się ciemności, bał się światła świec w mroku, bał się utracić Cry’a, bał się zostawać sam ze swoimi myślami. Sypialnia, która miała być dla niego schronieniem przed tym, co kryło się w mroku pozostałych pomieszczeń teraz sprawiała, że czuł się osaczony. Zawędrował więc pod drzwi łazienki i usiadł w małym korytarzyku, który na szczęście był jeszcze oświetlony. Szum wody, który słyszał bardzo go uspokajał i po chwili Pewds czuł się znacznie mniej przerażony. Po chwili woda przestała lecieć, zastąpiona odgłosami wychodzenia z kabiny prysznicowej. Minęło jeszcze kilka chwil i Cry w końcu wyszedł z łazienki, niemalże nie dostając zawału na widok Pewdiego skulonego tuż przy drzwiach.
- Przestraszyłeś mnie. Wszystko w porządku? Czegoś potrzebujesz? – Cry przykucnął przy nim, szukając jego linii wzroku. Pewds spojrzał na niego pusto.
- Posiedzisz tutaj, jak będę brał prysznic? – zapytał prosto. – Żebym tylko wiedział, że tu jesteś. Nie musisz nawet nic mówić.
- Jasne, jeśli tego ci potrzeba – Cry pomógł mu wstać, po czym zajął jego miejsce na podłodze. Pewds skinął głową, raz, po czym wszedł do zaparowanego pomieszczenia.
Rozebrał się szybko, prysznic też trwał może z pięć minut. W pośpiechu wyszorował zęby i przebrał się w piżamę. Nie cierpiał każdej chwili, którą zmuszony był spędzić patrząc się w swoje odbicie. Zostało mu tak, odkąd twarz ta stała się dla niego przypomnieniem, że prawie zabił osobę, którą kocha.  Nie umiał patrzeć na siebie bez nienawiści.
- Masz tempo – powitał go brunet, gdy tylko otworzył drzwi i przekroczył próg łazienki, wychodząc z powrotem na korytarz.
- Bardzo chcę iść spać – odparł tylko, wzruszając ramionami. Cry skinął głową, nie zadając żadnych pytań i po prostu wyprowadził go z korytarza do sypialni, gasząc za sobą światło. Pewdie automatycznie podszedł do swojej części łóżka, zakopując się pod kołdrą i w napięciu oczekując przyjścia drugiego mężczyzny. Odprężył się dopiero wtedy, gdy w ciemnościach poczuł drugie ciało tuż obok jego, ciepłe i pachnące bardzo znajomo. Pewds momentalnie znalazł się w ramionach ukochanego, całując go jeszcze kilkukrotnie, gdzie tylko mu się udało. Cry zaśmiał się cicho, gdy dostał niezdarnego buziaka w oko, odnajdując w mroku usta swojego chłopaka i składając na nich jeden, krótki i tylko trochę pachnący alkoholem pocałunek.
- Śpij dobrze, Pewds – wyszeptał, gładząc go po policzku. Pewdie westchnął, rozkoszując się dotykiem. – Kocham cię.
- Ja ciebie też – odpowiedział zdecydowanie, przymykając oczy. Chociaż Cry’owi zajęło parę minut, by pogrążyć się w śnie, Pewds leżał jeszcze przez chwilę, patrząc się przed siebie. Jego myśli wędrowały do tego, co wydarzyło się tego dnia i cały czas powracały do słów Alice z dnia wcześniejszego. Powiedziała, że nie ma dla Cry’a ratunku, ale się myliła. Pewdie będzie jego ratunkiem. Będzie starał się go ocalić, nawet gdyby miała to być ostatnia rzecz, którą zrobi. Spojrzał na śpiącego mężczyznę, leżącego tuż obok niego. Przez chwilę chłonął widok jego spokojnej twarzy pogrążonej w śnie, po czym wyszeptał jeszcze kilka słów, które rozpłynęły się wkrótce w milczącej otchłani nocy:
- Ja też cię kocham, Cry.

---------------------------------------------------------------------------------------------

Witam! Wiem, że rozdział miał być wcześniej, ale wyjechałam do Włoch i się nie wyrobiłam, więc wstawiam teraz. Nie ma sensu się tłumaczyć, bo nawaliłam, więc tylko was przeproszę za zwłokę i będę miała nadzieję, że przeprosiny wystarczą xD

Mam nadzieję, że ten safe point wam się spodobał. Moja beta uważa, że to do tej pory najlepszy, ale nie mnie to oceniać. Dużo uroczych rzeczy i miłości jest, także chyba dobrze xD

Wyjeżdżam na obóz w poniedziałek, ale jeśli dobrze pójdzie to wrócę ze świeżutkim rozdziałem, więc to nie tak, że nie będę nic pisać na moim wyjeździe. Mam nadzieję, że to co dla was przygotowałam w tym rozdziale wam się spodoba!

Przypisy!
1. To bardziej ciekawostka niż przypis, ale story time: nie miałam pomysłu, co mógłby czytać Cry, więc dałam mu do czytania Marsjanina, bo książka ta pojawiła się w fanfiku, w którego trakcie czytania wtedy byłam. Potem postanowiłam, że Pewds będzie czytał "Autostopem przez Galaktykę", bo uwielbiam tą książkę i jest bardzo zabawna. (A potem dokończyłam czytanie wyżej wspomnianego fanfika i inny bohater czytał tam właśnie "Autostopem..." i poczułam się obserwowana xD). Koniec historyjki, na nic wam ona, ale macie xD
2. Cry kiedyś śpiewał pod prysznicem "Feel good Inc.". Nie brzmiało w ogóle jak oryginał, ale ładnie śpiewał górne dźwięki. Nagrania na yt pod hasłem "Cry sings in shower"
3. "Take my breath away" Pewds puścił na początku drugiego odcinka Portal 2 z Cry'em i ogółem to był bardzo ważny filmik dla fandomu PewDieCry'a (i z jakiegoś powodu Pewds go potem usunął...). Poza tym macie tam oczywiste nawiązania do Top Gun xD
4. "My heart will go on" jest tu z dwóch powodów: nawiązania do wykonów karaoke obu panów (polecam Cry'a szczególnie, posłuchajcie tego: https://www.youtube.com/watch?v=yY7LbAP7Doc). Poza tym, Titanic.
5. Sytuacja z "Take on me" na pewno jest znana starym fanom i nowym fanom Pewdsa, którzy go na bieżąco oglądają. Pewds się ostatnio z tego bardzo naśmiewa xD
6. "September" to klasyczny utwór fandomu PewDieCry'a, który fani pokochali po słynnej konwersacji z wyżej wspomnianego odcinka Portal 2:
P: Do you remember?
C: What?
P: September.
*Cry wskakuje swoją postacią do basenu i się zabija*
P: He did.
No i fani zaczęli się zastanawiać, o co mogło chodzić z tym całym wrześniem i co się wtedy wydarzyło, a piosenkę jakoś tak adoptowali jako piosenkę shipu xD
7. "Be my lover" to utwór, który znowu Cry kiedyś śpiewał na prima aprilisowe video i potem twórczyni bardzo fajnej gierki z PewDieCry'a użyła go w fabule tej otóż gry. Poza tym, to ma tekst tak bardzo wpasowujący się w fabułę tego ff, że się nie mogłam powstrzymać xD
Link do gry: https://scivious.deviantart.com/art/whatamidoingwithmylife2-329925604
Śpiew Cry'a: https://www.youtube.com/watch?v=QH-p-8YaRME

No i to chyba tyle, ale jakbym o czymś zapomniała, to mi powiedzcie! W następnej części lecimy z gierką, która jest bardzo bliska memu sercu, więc się cieszę. Poza tym, wprowadzę tam dwójkę graczy, których też bardzo lubię i aż się nie mogę doczekać xD
Pozwalam robić zakłady xD

Do następnego!
Brofist!
~Maru <3


4 komentarze:

  1. Jestem !!
    A tak na serio to robi się trochę dziwne, pomyślałam dzisiaj "szkoda, że nie ma rozdziału" i żeby to sprawdzić wchodzę na fb a tam bum! Powiadomienie nowy rozdział.. Ja też czuje się obserwowana xD
    Rozdział cudowny, taki ciepły, pełny moich Słoneczek, które choć na chwilę nie myślą o grze. Kocham Alice, ale czy ona musi mi tak gnębić Pewdiego xD Przez cały czas było mi tak miło na serduszku, jak planowali gdzie pojadę i co będę robić <3 To się tak nie może skończyć i boże Pewds niech nie szaleje, ja wiem, że on kocha Cry'a ale no proszę, on też ma przeżyć!
    Miłego czasu na obozie :D I w ogóle czasu wakacyjnego ;)
    A co do nowych graczy to może Mark i Jacki boi <3 Jak przeczytałam, że ktoś się pojawi to zaraz pomyślałam o nich xD I jeśli to oni, to o mój boże, jestem jasnowidzem, albo nadal dzieją się dziwne rzeczy xD
    Uratowałaś mi dzisiejszy dzień, więc baaaardzo ci dziękuję i ja już chce nowy rozdział, ale spokojnie poczekam xD
    Więc dużo weny i nie wiem czego jeszcze xD I tak, w tym komentarzu jest za dużo xD, ale to wina, że rozdział był cudowny, ja słucham September i mam super humor xD
    Pozdrawiam cieplutko ~ Madula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam!
      O nie, wydało się. Wysłałam Alice, żeby podglądała wasze myśli. Cały plan opanowania waszych umysłów i stworzenia armii szlag trafił i teraz będę musiała wymyślić coś innego, żeby podbić świat xD
      Cieplutki jak świeże bułeczki <3 Jesteś chyba pierwszą osobą po mnie, która nie żywi nienawiści do tej kobiety xD Ale niestety, musi, taka jest jej rola w tym wszystkim przecież.
      Lubię takie momenty, kreują poczucie bezpieczeństwa :D
      Dziękuję, na pewno będę się świetnie bawić!
      Hmm, hmm, zobaczymy ;D
      Proszę bardzo, czuję się teraz jak godny następca Kapitana Ameryki, ratuję ludziom dni xD
      Dziękuję, dziękuję, lubię długie komentarze, September jest super <3
      Pozdrawiam także :D

      Usuń
  2. Cudowne~
    *włączyła sobie Feel Good Inc i tańczy woogie boogie jak Cry i Pewds* XD
    To tak... Chciałabym cię bardzo pochwalić jak stara, dobra babcia Halinka. Chyba jeszcze nie pisałam o tym, że bardzo lubie twoje pomysły. Znaczy... Ten notatnik, okazywane uczucia i emocje, dobrze wplecione żarty, taniec... Nawet moje ukochane Gorillaz ♥  Takie trafne sytuacje, które cholernie mi się podobają i zawsze pod koniec jestem usatysfakcjonowana. Nie tylko w tym rozdziale. Dość żadko tak mam, gdy czytam opowiadania, więc chyba mamy podobny tok myślenia xD
    Kocham także sposób w jaki piszesz romantyczne sceny. Przy takich momentach mam pewnie minę jak szczerzący się do banana debil, ale nie żałuję XD I tak bardzo bym chciała poczytać woo-hoo twoim okiem, jak to w simsach mówią XD
    Boli mnie to, że Pewdiemu coraz bardziej siada na psychice, ale końcówka to uratowała. Naprawdę liczę na to, że obojgu uda się przejść ten koszmar i skopią dupsko Alice xD
    Apropo... Tak się właśnie zastanawiałam nad poprzednim rozdziałem... To co powiedziała mu Alice, że to Pewds zabije Cry'a (jezu jak to się odmienia?;-;). I tak nie do końca rozumiem, czy Alice chodziło o to, że Pewds zrobi to z własnej woli z jakiegoś zrytego powodu, czy to ona zmusi Felixa i namąci mu w głowie. Taka niepewność była zamierzona, czy to ja nie ogarniam? ;-;
    Tak czy siak, rozdział jest jak babeczka z wisieńką i bitą śmietaną (znaczy tak właściwie to bez, ale no...ten..ekhem ( ͡° ͜ʖ ͡°) )
    Pozdrawiam i weny życzę ^^



    Jest pierwsza w nocy, a ja wyję do księżyca:
    "Eeeeevery night in my dreams
    I see you, I feeeeeel you!!!"

    Help.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh boy, cóż za esej xD Zostawię na chwilę pisanie kolejnej części, aby poodpisywać na komentarze XD
      Nie szalej za bardzo, bo sąsiedzi mogą nie być zbyt zadowoleni z twoich tańców o 1 w nocy. Nie polecam też wycia, chyba, że ktoś ci odpowie, to może sobie razem pośpiewacie XD
      Nie mam babci Halinki, ale doceniam babcię Halinkę. Chyba jeszcze nie pisałaś i bardzo chętnie posłucham, bo lubię jak ludzie mi mówią, że to co robię idzie w dobrym kierunku. Bardzo mnie cieszy, że pomysły na to, co robią PewDieCry cię satysfakcjonują! Nie muszę się martwić, że nie trafiam w gusta czytelników xD
      Ojej, dziękuję <3 Zawsze się boję romantycznych scen, bo nie wiem czy wychodzą mi fajnie czy rodem z romansideł i oper mydlanych produkcji argentyńskiej xD A woo-hoo to już w ogóle mnie przeraża, bo słowo "penis" brzmi tak śmiesznie, że nie umiem xD
      Oj, wszystkich to boli, ale niestety takie są konsekwencje. Nie byłoby realistycznie, gdyby wyszedł z tego bez szwanku ¯\_(ツ)_/¯
      To było celowo niejasne, Pewds nie wie, dlaczego to on zabije Cry'a, nie wie, czy zrobi to własnymi rękami czy przez przypadek, nie wie nic. Skoro on nie wie, to wy też nie możecie xD
      Pozdrawiam także i dziękuję <3

      Nie mogę ci pomóc, ale możemy powyć razem :D

      Usuń