sobota, 31 grudnia 2016

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział ósmy, część pierwsza.

VIII

Był w niesamowicie dobrym nastroju. Najchętniej wróciłby na górę i znów całował się z nowym chłopakiem niezliczoną ilość razy, ale wiedział, że będzie bardziej spokojny mogąc to zrobić w następnym safe poincie. Zajął więc myśli robieniem śniadania, które chociaż proste, wymagało przygotowania. Posmarował chleb masłem, nałożył na kromki ser, wędliny, pomidor, ogórek… Woda w czajniku już się grzała, a na kuchennym blacie ustawione były kubki z ciemnym, brązowym proszkiem w środku. Pewds wiedział, że kawa będzie najlepszym wyjściem w obecnej sytuacji, ponieważ jeśli mają gdziekolwiek dojechać, potrzebują porządnego kopa energii. Kiedy zalał już kawę wrzątkiem, ustawił naczynia na stole i ruszył na piętro, by zawołać Cry’a na śniadanie. Ku jego zdziwieniu, nie znalazł go w pokoju, jednak dźwięki, które dobiegły go z łazienki natychmiast zdradziły miejsce pobytu bruneta – mężczyzna nucił coś pod nosem wesoło, najwidoczniej będąc przed lub po kąpieli.
- Cry, jedzenie gotowe! – zawołał przez drzwi, dla pewności pukając w nie mocno.
- Zejdę za chwilę, daj mi minutę! – usłyszał odpowiedź. Nie chcąc mu przeszkadzać, wrócił do jadalni i zasiadł przy stole. Spodziewał się, że „minuta” znaczy u Cry’a tyle, co „kwadrans”, więc zdziwił się, gdy chwilę później jego uszu dobiegły odgłosy kroków na schodach. Amerykanin wciąż wycierał włosy ręcznikiem, ale był już w pełni ubrany, właściwie rzecz biorąc gotowy do wyjścia. Dołączył do Pewdie’go przy stole, siadając naprzeciw niego i posłał mu uśmiech.
- Cóż przygotował dziś szef kuchni?
- Specjalność zakładu, kanapki – odparł Pewds ze śmiechem. Tęsknił za taką swobodą rozmów i ciepłem w ich relacji. Teraz żałował tylko, że nie mówił mu o swoich odczuciach na bieżąco. Być może potoczyłoby się to szybciej i nigdy nie musieliby się kłócić? Nie był w stanie tego sprawdzić, ale mimo wszystko cieszył się, że wszystko wróciło do normy, nawet jeśli oznaczało to zmianę ich relacji o sto osiemdziesiąt stopni i wywrócenie wszystkiego do góry nogami. Nie mieli pojęcia, gdzie ich to zaprowadzi, ale Pewdie na pewno nie żałował swojej decyzji.
Rozmawiali podczas posiłku dość swobodnie, chociaż nieśmiałość dalej wkradała się do ich spojrzeń i gestów, gdy obaj nie byli pewni tego, co mogą i czego nie mogą zrobić. Kanapki zniknęły z ich talerzy w rekordowym tempie, Pewds w kilka sekund dopił swoją kawę i poszedł się przebrać w ubrania codzienne, żeby w końcu mogli wyjść z mieszkania i znaleźć sobie inne miejsce na spokojny nocleg. Cry został w jadalni, narzekając i mamrocząc coś o tym, jak bardzo nie lubi pić kawy i jakże ona mu nie smakuje, jednak ostatecznie wypił wszystko do ostatniej kropli, czując, jak ogarnia go ogólne znużenie. Następnie zebrał wszystkie naczynia, włożył je do zlewu i tam zostawił, stwierdzając, że i tak nie potrzebuje ich myć. Nie pakowali żadnych rzeczy, nie wiedząc za bardzo co mogliby wziąć na krótką wycieczkę do następnego safe pointu, więc gdy Pewdie zszedł do salonu po prostu opuścili mieszkanie, zamykając za sobą drzwi.
- Jak myślisz, będziemy musieli długo iść? – spytał Cry, wychodząc z budynku na chłodne, poranne powietrze. Musiało być jakoś przed siódmą, bo słońce jeszcze wisiało dość nisko, rzucając przyjemną różową poświatę. – Nie sądzę, żebym miał ochotę na spacer.
- Na takim powietrzu trochę ruchu ci się przyda, pomaga się obudzić – odparł Pewds, powoli ruszając powoli wzdłuż głównej drogi, jednak nagle zatrzymał się. Zanim Amerykanin zdążył spytać dlaczego, zauważył nadjeżdżający w ich kierunku autobus, taki sam jak ten, którym tu przyjechali dwa dni temu. Obaj gracze odczuli wielką ulgę widząc, że zostaną dowiezieni do celu i nie będą musieli się włóczyć nie wiadomo ile czasu w nieznanym im nawet kierunku, by dotrzeć do nowego mieszkania. Natychmiast podeszli więc do stojącego teraz przy krawężniku busa i wsiedli do środka, tak jak wcześniej kompletnie zignorowani przez kierowcę. Wnętrze pojazdu było jednak w większości zajęte ludźmi, którzy także nie zwrócili najmniejszej uwagi na nowo przybyłych. Postacie nie wyróżniały się bardzo, nosząc zwykłe, nudne ubrania w nudnych barwach i nie wypowiadając ani słowa. Pewds i Cry przecisnęli się przez wąskie przejście, zajmując dwa wolne miejsca koło siebie. Autobus powoli ruszył i gdyby nie szum opon na jezdni panowałaby cisza niemal idealna.
Obecność innych ludzi wprawiała mężczyzn w lekki niepokój – chyba podczas całej przebytej gry nie mieli do czynienia z taką grupą osób, przynajmniej nie żywych. Chociaż nikt się nie ruszał i nie wydawał żadnych dźwięków, ten brak ruchu i rozmów i wpatrzone przed siebie postaci sprawiały, że gracze czekali tylko na niespodziewany atak. Gdy jednak przez dziesięć minut nic się nie działo, nieco się rozluźnili, mając nadzieję, że jest to tylko sztuczny tłum i że bus dowiezie ich do celu w miarę bezpiecznie. Cry zapatrzył się w widok za oknem, obserwując, jak domy powoli znikają i ustępują drzewom i łąkom, gdy wyjeżdżali z miasta. Niebo miało przyjemny, lekko zaróżowiały odcień i brunet nie mógł powstrzymać uśmiechu. Było cicho i spokojnie, a tego właśnie potrzebował. Kawa, której tak bardzo nie lubił pić dawała mu jednak efekty, bo przestał czuć się tak senny. Być może była to też zasługa szybkiego, chłodnego prysznica, ale najważniejsze było to, że sen go nie łapał i nie musiał się martwić o to, że przegapią swój przystanek. Nie można było tego powiedzieć o Pewdie’m, który po kilkunastu minutach od wyjazdu oparł się ciężko o ramię Amerykanina, przymykając oczy.
- Będziesz spał? – zagadnął go Cry, wciąż się uśmiechając. Miał wrażenie, że już nic nie jest w stanie zepsuć mu humoru odkąd w końcu zdecydował się być z ukochaną osobą.
- Nie, tylko odpoczywam – mruknął Pewds w odpowiedzi, ale sądząc po głosie nie było szans, żeby długo wytrzymał przytomny. – Jestem padnięty.
- Jak chcesz, to się zdrzemnij. Będę nas pilnował – odparł, chwytając Pewdsa za dłoń i ściskając ją lekko. – Obudzę cię, jak będziemy na miejscu.
- Jesteś pewien? – Pewdie spojrzał na niego, ale gdy Cry skinął mu głową twierdząco, wrócił do leżenia na jego ramieniu. – Dzięki. Jakbyś zaczynał przysypiać, to mnie szturchnij, możemy się potem zamienić.
- Jasne.
Zajęło mu dosłownie chwilę, żeby pogrążyć się w głębokim śnie. Cry odczuł to, gdy ciężar na jego ramieniu zwiększył się, ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Pozwolił mu spać, samemu znów zwracając się w stronę okna. Widoki zmieniły się znacznie, teraz w zasięgu jego wzroku znajdowały się głównie pola i niewielkie domki gdzieś w oddali, na horyzoncie. Krajobraz ulegał ciągłej zmianie i nie minęło nawet pół godziny, gdy Cry dostrzegł, że zamiast domków jest teraz ciemna, błękitna linia wody. Ucieszył go ten widok; chociaż nie miał w sumie bardzo daleko do morza, zważając na to, w jakiej części Stanów mieszkał, to mimo wszystko perspektywa spędzania czasu na plaży w towarzystwie Szweda bardzo mu się podobała. Jeszcze bardziej ucieszył się, gdy jego nadzieje się potwierdziły i autobus zatrzymał się w końcu, a przez szyby dobrze widoczny był piasek i podmywające go morskie fale, błyszczące od wschodzącego słońca. Natychmiast obudził Pewdsa, ciągnąc go dość nieprzytomnego do wyjścia, by w końcu wyjść wprost na przystanek. Z przystanku była tylko jedna, prosta, wydeptana ścieżka i nawet stąd było widać, że prowadzi ona do niewielkiego domu. Pewdie nie do końca ogarniał, co się dzieje, ale pozwolił Cry’owi poprowadzić się do domku, rozglądając się po najbliższym otoczeniu. Powietrze było rześkie i dość chłodne, niosło za sobą zapach słonej wody. Pewds oprzytomniał więc w końcu i już nieco bardziej świadomy rozejrzał się po otoczeniu. Nowy safe point położony był dość daleko od miasta, którego budynki ledwie było stąd widać i znajdował się w otoczeniu niemalże samych pól i łąk, z kilkoma małymi gospodarstwami porozrzucanymi wśród nich. Cały krajobraz dawał poczucie spokoju i obaj gracze byli bardzo zadowoleni, że będą mogli spędzić następne dwa dni w tak przyjemnym miejscu.
 Beżowy dom z drewnianą werandą i tarasem stał w idealnym miejscu by dobrze widzieć morze i nie słyszeć dźwięków, które mogłyby dobiegać z ulicy. Powoli wdrapali się na werandę po schodkach i otworzyli drzwi, by wejść do środka. Wnętrze domku było standardowo wyposażone; łazienka z prysznicem, ubikacją i umywalką wykafelkowana na biało, mała kuchnia z zapasami na dwa dni, kilka półek z książkami, szafa, komoda… Dwie rzeczy, które mogły ich zaskoczyć, były niewielkim radiem stojącym na szafce nocnej oraz łóżkiem, wyjątkowo podwójnym zamiast dwóch pojedynczych.
- Nie mamy wyjścia, musisz spać ze mną – uśmiechnął się Pewds, szturchając Cry’a w ramię. Brunet nie przejął się tym w ogóle, ściągając z siebie buty i spodnie i kierując się w stronę łóżka. Pewdie zaśmiał się lekko. – Nie w tym sensie, ale skoro nalegasz…
- Zamknij się, idę spać – wymamrotał Cry, chyba bardziej do poduszki niż do Szweda. Pewds westchnął ciężko, ale wciąż z uśmiechem na twarzy. Podszedł do łóżka i siadł na jego skraju, po czym wsunął palce w miękkie włosy mężczyzny.
- Nie idziesz się myć? – spytał cicho, nie chcąc przeszkadzać mu za bardzo.
- Już się myłem.
- To przebierz się chociaż w piżamę?
- Nie jesteś moją matką, nie mów mi co mam robić. Idę spać.
- Okay, okay – Pewdie od razu odpuścił, ale nie mógł powstrzymać parsknięcia. Nachylił się do Amerykanina i delikatnie pocałował go w czoło, a Cry natychmiast otworzył oczy. Patrzył się na niego przez chwilę dziwnym spojrzeniem bez emocji i Pewds chciał już przepraszać, myśląc, że być może ten gest nie był odpowiedni.
- Kocham cię – wymamrotał Cry, zanim Pewds zdążył cokolwiek powiedzieć. Wyraźnie było widać, że brunet powoli odpływa i już nie do końca wie, co się dzieje.
- Ja ciebie też – odparł, spoglądając na niego ciepło i czując ulgę, że tylko to chciał mu powiedzieć. – Śpij dobrze.
- Yhmm.
Pewdie ruszył do łazienki, zabierając po drodze piżamę i ręcznik z szafy. Potrzebował szybkiego prysznica i bardzo długiego snu. Czuł się wrakiem człowieka, był zmęczony i brudny i bardzo niezadowolony ze swojego obecnego stanu fizycznego. Ruszył więc do kabiny, z wielką ulgą przyjmując chłodną wodę oblewającą jego ciało. Chociaż niewiele mógł się wybrudzić biegając w świecie snów i koszmarów, nie zmieniało to ani trochę faktu, że czuł się bardzo spocony i zdecydowanie trzeba mu było w życiu żelu do mycia ciała i możliwości wysmarowania się nim dokładnie, by nareszcie móc poczuć się czystym. Woda pomogła mu także nieco otrzeźwieć i się zrelaksować, pozwalając na chwilę nie myśleć i nie martwić się tym, czy czekają go jeszcze jakieś koszmary, czy może jednak dla odmiany będzie mógł się nareszcie wyspać. Prysznic nie trwał bardzo długo; Pewds chciał tylko porządnie się wymyć i na chwilę zapomnieć o wszystkim, a to drugie niezbyt mu wychodziło na samą myśl o tym, że za ścianą leży pogrążony w śnie Cry i że prawdopodobnie jest przy tym niesamowicie uroczy. Przebrał się więc szybko w piżamę, wyszedł z łazienki i nim położył się do łóżka, pozasłaniał wszystkie okna zasłonami, by jak najmniej światła wpadało do pokoju. W końcu jednak legł blisko bruneta, uprzednio spychając go nieco na bok, żeby mógł się spokojnie położyć. Cry niezbyt reagował, nie ważne co robił z nim Pewds, śpiąc snem twardym i nieprzerwanym, więc blondyn nawet się o to nie martwił i po prostu próbował ułożyć się tak, jak mu wygodnie. W końcu przestał się wiercić, znajdując idealną pozycję dokładnie naprzeciw śpiącego Amerykanina, twarzą w jego stronę i z nogą między jego nogami oraz jednym ramieniem luźno przerzuconym przez jego talię, a drugim blisko siebie, tak, by jego dłoń mogła trzymać podczas snu dłoń Cry’a. Przez długą chwilę patrzył się na jego oblicze, jednocześnie zastanawiając się nad jego pięknem i nad tym, jak w ogóle do tego doszło, że potrzebował aż tyle czasu, by dotarło do niego, że jest w nim kompletnie zakochany. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę i przymknęło mu oczy, pozwalając mu odpocząć nareszcie w długim, nieprzerwanym śnie.

***
Gdy obudził się kilka godzin później, Cry’a nie było już przy nim, a on sam przykryty był kołdrą, chociaż pamiętał, że zasypiał bez niej. Niezbyt jeszcze przytomny podniósł się na łokciu i rozejrzał po otoczeniu, szukając wzrokiem bruneta. Znalazł go w kuchni, gotującego do jakiejś wesołej melodii, którą nucił pod nosem. Zapach gotowanej przez niego potrawy był bardzo przyjemny i dopiero wtedy do Pewdsa dotarło, że jest dość głodny i że bardzo chętnie coś przekąsi.
- Dzień dobry – wymamrotał, na tyle głośno, by Cry go usłyszał. – Długo już jesteś na nogach?
- Dzień dobry – Amerykanin odwrócił się do niego, posyłając mu uśmiech. – Nie, niezbyt długo, może z pół godziny. Nie raczyłem się nawet przebrać.
Pewdie obejrzał go z góry do dołu i rzeczywiście, Cry wciąż nosił te same ubrania co wcześniej, teraz były tylko nieco bardziej wygniecione. Jego włosy też nie wyglądały najlepiej, stercząc we wszystkie strony.
- Nie, żeby było ci to potrzebne – odparł, uśmiechając się nieco drwiąco. Cry nie zwrócił na niego większej uwagi, pochłonięty czymkolwiek co znajdowało się na patelni. – Ile spałem?
- Nie wiem, kiedy zasnąłeś, ale zakładając, że około ósmej… to dziewięć godzin. Musiało ci się bardzo dobrze spać.
- Tak, w końcu spałem w twoich ramionach.
Za ten komentarz został nagrodzony głośnym śmiechem ze strony Cry’a, który najwyraźniej docenił tak słaby tekst.
- Jesteś absolutnie beznadziejnym przypadkiem, mam nadzieję, że nie rzucasz takimi tekstami do Marzii – brunet nareszcie przestał się śmiać, wracając do gotowania. Pewds automatycznie skrzywił się na wspomnienie dziewczyny.
- Cry, możemy o niej nie mówić? – poprosił cicho, tracąc dobry nastrój. – Czuję się wystarczająco źle z jej powodu, nie musisz mi o tym przypominać.
- Przepraszam – Cry odpowiedział niemalże natychmiast, zostawiając na chwilę swoje zajęcie, żeby podejść nieco bliżej Szweda. – Jeszcze… Jeszcze nie do końca ogarniam, jak się zachowywać. W sensie… Dalej wydaje mi się to cudownie pięknym żartem albo snem. Cóż, gdyby tak na to spojrzeć, to jest to sen…
- Nie jest, okay? Nie jest – głos Pewdsa stał się ostrzejszy. – To nie żart, Cry. To, co czuję jest na poważnie i chcę to traktować poważnie. Sprawę z Marzią załatwię, jak wrócimy do świata rzeczywistego, okay? Teraz o tym nie mówmy.
- Okay. Okay, przepraszam – Cry nachylił się w jego stronę i po krótkiej chwili wahania pocałował go lekko w czoło. – Już więcej o niej nie wspomnę.
- Dzięki – Pewds westchnął, po czym uśmiechnął się słabo, bardzo chcąc zmienić temat. – Co tam pichcisz?
- Ryż z kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym. Proste, ale smaczne. Przynajmniej taką mam nadzieję. Co o tym myślisz?
- Na pewno będzie pyszne.
Cry wrócił do gotowania, pozwalając blondynowi położyć się jeszcze na chwilę. Pewdie szybko stwierdził jednak, że leżenie mu się znudziło, więc ruszył do łazienki, by umyć twarz zimną wodą i w miarę ogarnąć włosy. Zdecydował się nie przebierać w ubrania codzienne i po prostu zostać w piżamie do końca dnia. Czuł się dość rozregulowany przez niezbyt normalne dla niego godziny snu i jedyne o czym mógł myśleć, to o tym o której godzinie pójdą spać teraz i jak przestawią się z powrotem do normalnego trybu funkcjonowania. Spojrzał półprzytomnie na swoją twarz i w lustrze zobaczył jak bardzo podkrążone ma oczy, co nie miało dla niego żadnego sensu biorąc pod uwagę to, ile spał i jak wyspany się teraz czuł. W jego wyglądzie nie pomagał też fakt, że miał coraz to większy zarost i że naprawdę powinien zastanowić się nad tym, czy go nie zgolić. W końcu dał sobie jednak spokój i najzwyczajniej w świecie opuścił łazienkę, dochodząc do wniosku, że nie patrząc na siebie nie będzie się zastanawiał nad takimi głupotami jak własny wygląd. Zaskoczyło go jednak to, że wcześniej nie było to dla niego niczym ważnym, a teraz nagle bardzo przejmował się tym, w jakim stanie jest jego twarz. Aż tak bardzo chciał zaimponować Cry’owi?
Gdy wyszedł z pomieszczenia, obiadokolacja była już gotowa. W całym pokoju unosił się przyjemny zapach potrawy, która rozłożona na dwóch dużych talerzach czekała na stole na spożycie. Cry donosił jeszcze sztućce i szklanki na wodę, ale gdy tylko zauważył obecność Pewdsa uśmiechnął się do niego, ruchem głowy wskazując, że może już usiąść. Pewdie czuł się trochę niezręcznie z jakiegoś powodu i coś mu mówiło, że ma to związek z tym, jak normalnie odbierał tą sytuację. Jakby nie było nic znaczącego w tym, że Cry dla niego gotuje, że się całują, że zasypiają blisko siebie. Jakby już zawsze tak było.
- Smacznego – z przemyśleń wyrwał go głos Amerykanina, który zdążył już zasiąść na krześle po drugiej stronie stołu i który zabierał się właśnie za jedzenie. Felix odpowiedział na to pod nosem, ale najwyraźniej Cry w ogóle się tym nie przejął, zabierając się za swoją porcję kurczaka z ryżem. Pewds musiał przyznać, to danie było wyjątkowo smaczne jak na coś, co dało się przygotować w niecałą godzinę i co było daniem raczej prostym, niewymagającym przepisu. Szwed nawet nie zdążył się zorientować, kiedy dokładnie potrawa zniknęła z jego talerza i wylądowała w jego żołądku, ale szczerze żałował, że nie mógł dostać dokładki.
- Było przepyszne, dziękuję – odezwał się głośno, patrząc na Cry’a z lekkim uśmiechem, który natychmiast został odwzajemniony.
- Nie ma za co, cieszę się, że smakowało. Może jest jakaś szansa, że chciałoby ci się pomyć naczynia teraz…?
- Jasne, niech ci będzie – Pewdie zaśmiał się pod nosem, unikając kontaktu wzrokowego. Jak na coś, na co tak bardzo czekał, jego zachowanie ani trochę nie przypominało osoby w związku romantycznym. Starał się, żeby wszystko było miłe i przyjemne, ale chyba nie docierało do niego, na jaki rodzaj związku się zgodził. Trochę dziwnie było traktować Cry’a w sposób inny niż przyjacielski i nie wychodzący poza ten schemat. Nawet jeśli ostatnie parę dni spędził na palącym pragnieniu zmiany ich relacji na taką, która pozwalałaby mu na więcej dotyku.
- Hej, Pewds, wszystko w porządku? – Cry chyba w końcu zauważył w nim coś nienormalnego albo widział to wcześniej, ale grzecznie nie poruszał tematu i teraz było już tak źle, że nie mógł się powstrzymać. – Jakoś dziwnie się zachowujesz. Czy chodzi o tą rozmowę wtedy? Tą o Marzii? Bo jeśli tak, to naprawdę przepraszam, to się już nie powtó-
- Nie, nie, jest okay – Pewds przerwał mu, co może nie było miłe, ale nie chciał jeszcze raz przerabiać tematu swojej dziewczyny. – Po prostu nie do końca wiem, co z tobą… robić.
- Nie ustaliliśmy, że będziemy się zachowywać tak jak wcześniej? Bez żadnych zmian poza okazywaniem sobie czułości?
- Tak staram się robić, ale… - Pewdie zamilkł na chwilę, ważąc słowa. – Nie wiem, co jest odpowiednie, a czego nie powinienem robić. Nie chcę spieszyć tej relacji, bo jest dla mnie bardzo ważna, wiesz o czym mówię?
Cry tylko skinął w odpowiedzi, po czym wstał z krzesła. Nim blondyn zdążył zapytać, co się dzieje, Cry gestem dłoni wskazał, że też ma się podnieść do pozycji stojącej. Kiedy już stał na nogach i gorączkowo myślał, co powiedzieć, by uniknąć kłótni, brunet uśmiechnął się do niego ciepło i podszedł bliżej.
- Wiem, że jest to trochę dla nas nienaturalne, ale początki zawsze są takie. Musisz się po prostu przemóc, a potem przyzwyczaić. Na przykład… do pocałunków. Najlepszym sposobem na przyzwyczajenie się jest dużo praktyki.
Pewds sam musiał się uśmiechnąć, słysząc tą próbę zmuszenia go do pocałunku. Nie zmieniało to jednak faktu, że Cry miał trochę racji i że zdecydowanie była to dobra taktyka. Położył więc dłoń na policzku drugiego mężczyzny i powoli przybliżył swoje usta do jego, dając sobie chwilę na wahanie. Cry nie był jednak tak cierpliwy i w kilka sekund zmniejszył dystans między ich wargami, łącząc ich w przyjemnym, wolnym pocałunku. Pewds był dosyć zaskoczony tym, jak przyjemny był ten gest. Obcy, a zarazem znajomy; coś, co robił wielokrotnie w życiu, a jednocześnie nie robił nigdy. Automatycznie przysunął się bliżej, podążając za miłym dotykiem i zaczął odpowiadać na pocałunek, leniwie, bez pośpiechu. Mieli jeszcze mnóstwo czasu na bycie gwałtownymi i pełnymi pasji. Teraz szli powoli, próbując, sprawdzając, testując się nawzajem. Delikatne, pełne czułości dotknięcia, ręce niepewnie badające nowe, jeszcze nie znane im ciało. Chociaż trochę im to zajęło, w końcu odsunęli się od siebie, kończąc całkiem głośnym cmoknięciem, które z jakiegoś powodu dość ich rozbawiło. Cry spojrzał się na blondyna, jakby wygrał wszelkie pieniądze świata, ale w jego oczach kryło się także zdziwienie, jakby był zaskoczony tym, że to jest możliwe, że to aż tak przyjemne. Uśmiechnął się radośnie, przymykając oczy i pozwalając sobie na jeszcze jeden, krótki pocałunek w czoło.
- Mógłbym się do tego przyzwyczaić - mruknął Pewds, odpowiadając na uśmiech. Amerykanin zaśmiał się cicho pod nosem, mierzwiąc włosy przyjaciela, po czym odsunął się od niego jeszcze bardziej i zwrócił się w stronę kuchni, w oczywisty sposób próbując ukryć zawstydzenie.
- Herbaty? – spytał, ale i tak wyciągnął z szafki dwa kubki, nie czekając nawet na odpowiedź. Pewdie przytaknął odruchowo, zanim dotarło do niego, że Cry go nie widzi.
- Tak – odparł w końcu, zbierając talerze i kierując się do kuchni. – Zostaw, skoro i tak myję naczynia, to mogę też zrobić herbatę. Jaką chcesz?
- Czarną, dzięki – Cry nagrodził go uśmiechem i szybkim całusem w policzek. – Idę się nieco ogarnąć i potem będę siedział na tarasie, chcesz do mnie dołączyć?
- Będziemy oglądać zachód słońca? Super, a skrzypce w tle też będą?
- Zamknij się, jak nie chcesz, to nie. Sam też mogę wypoczywać – Cry wydawał się nie wzruszony jego docinkami i spokojnie udał się do łazienki, nawet nie racząc blondyna spojrzeniem. Pewds mimowolnie uśmiechnął się pod nosem, całkiem z siebie dumny i w takim dobrym nastroju zabrał się za zmywanie. W kilka minut naczynia były pomyte, a herbaty zaparzone i posłodzone. Pewdie położył je na stoliku, po czym ruszył do półki, by włączyć muzykę i chwycić jakąś książkę, zanim udał się na taras.
Niebo dopiero zaczynało przybierać fioletowo-różowy odcień, gdyż słońce było jeszcze dość wysoko. Wiatr wiał delikatnie, niosąc ze sobą cudowny zapach morza i odgłosy szumu fal. Pewds wziął głęboki oddech, uśmiechając się sam do siebie i przymykając oczy. Romantyczne czy nie, spędzenie wieczoru na świeżym powietrzu było znacznie lepszą perspektywą niż siedzenie w pokoju – szczególnie po tym, jak utknęli w jednym na całą noc bez możliwości wyjścia. Szwed zostawił więc książkę na małym stoliczku i wrócił się do środka po herbatę. Usiadł wygodnie na tarasowym krześle, stawiając kubki na tym samym stoliku co swoją lekturę i bardzo zadowolony zapatrzył się w bezkresny horyzont, czekając, aż Cry do niego dołączy. Na szczęście nie musiał czekać zbyt długo, bo zaledwie kilka minut później brunet dosiadł się na krześle obok, przebrany w nowe ubrania i z nieco bardziej ogarniętymi włosami. Upił łyk swojej herbaty, odłożył ją i spojrzał się na Pewdie’go z udawanym zaskoczeniem.
- A więc jednak zdecydowałeś się zaszczycić mnie swoją obecnością? Nie sądziłem, że jestem tego godzien…
- Stwierdziłem, że mogę poświęcić ci odrobinę mojego czasu, chociaż mam go niewiele jako najsławniejszy youtuber – Felix płynnie i bez zawahania odpowiedział na docinek, zakładając na twarz swój cwaniacki uśmieszek. – Tylko jedna zasada: to prywatne i nie sprzedajesz tego do gazet, a jak już to zrobisz, to chcę połowę kasy.
- Do gazet? Nie opłaca się. Lepiej napisać książkę. Będzie się nazywać „100 zachodów słońca z gwiazdą Youtube”, a jej opis będzie zaczynał się od „Romans niczym z gier komputerowych”. Co ty na to?
- Chciałbyś – odparł Pewds, ale mimo wszystko zaśmiał się. – Żadnych książek nie będzie, na razie się skup i spróbuj wydostać z tego koszmaru.
- Dobrze nam idzie, nie narzekam – mruknął Cry, ale spuścił wzrok na kolana i jego uśmiech stracił swoją radość, wyglądając teraz dość smutno. – Ale gdy już stąd wyjdziemy… Nie myślałem o tym wcześniej, ale zakładając, że dalej będziemy razem… Jak załatwisz to z fanami i mediami? Będziesz musiał ogłosić swoje zerwanie z Marzią, to nieuniknione: jeśli nie zrobisz tego ty, to na pewno zrobi to ona. Co potem? Co innego przyjaźń z tobą, co innego związek. Nie wiem, czy będę mógł dalej pozostać anonimowy, będę się musiał przeprowadzić albo ty się przeprowadzisz, co z tym zrobimy? To oznacza mnóstwo poświęceń, czy aby na pewno jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić?
- Cry, spokojnie – Pewdie przerwał jego potok słów, skutecznie zwracając uwagę Amerykanina na siebie. Cry spojrzał mu w oczy nieudolnie próbując się uśmiechnąć, lecz jednocześnie wyłamując sobie palce w stawach. Pewds sięgnął po jego dłoń nad stolikiem, którą Cry podał mu z pewnym zawahaniem, zanim odwrócił wzrok. – Wszystko będzie w porządku. Chcę, żebyśmy mogli skupić się teraz na grze, bo jest najważniejsza. Jak wrócimy, zadecydujemy. Będę musiał ogłosić światu fakt, że nie jestem już dłużej z Marzią, ale nie muszę im ogłaszać tego, że jestem z tobą. Nie możesz się przeprowadzić, to ja to zrobię. Możemy też znaleźć sobie wspólne mieszkanie i spróbować w ten sposób. Obiecuję ci, że będę starał się jak mógł, żebyś dalej pozostał anonimowy. Jeśli jednak uznasz, że związek ze mną jest dla ciebie zbyt dużą odpowiedzialnością, ryzykiem lub kłopotem i będziesz chciał odejść, to na pewno nie będę cię zatrzymywał. Chcę, żebyśmy obaj mogli być szczęśliwi w tym wszystkim, okay?
- Okay – wymamrotał Cry, znów patrząc się na niego. Gdzieś w tle można było usłyszeć wesołą melodię lecącą właśnie w radiu. Uśmiechnęli się do siebie: Cry z niepewnością, Pewdie w geście wsparcia i by dodać mu otuchy. Kiedy już upewnił się, że wszystko jest załatwione, odchylił się z powrotem w krześle, wygodnie opierając się o nie, ale nie puścił dłoni chłopaka, cały czas trzymając je oparte na stoliczku. Cry nie wycofał się z uścisku, wręcz przeciwnie: po chwili jego kciuk zaczął głaskać delikatnie wierzch dłoni Pewdsa, a on sam wrócił do podziwiania widoków.
Blondyn postanowił zabrać się za czytanie książki, którą ze sobą przyniósł. Jej fabuła była prosta, nieangażująca zbyt mocno, pozwalała na zwykłą, bierną obserwację działań bohaterów. Spokojna obyczajówka. Bez dramatu, silnych emocji, zawrotnej akcji. Dokładnie taki rodzaj pisania jaki pozwalał się zrelaksować i wręcz idealnie pasował do złotych promieni słońca padających na białe kartki oraz szumu morza i odgłosów mew. Pewdie nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu, który sam cisnął mu się na usta. Czytał przez przynajmniej godzinę, robiąc przerwy na odpoczynek. Obok niego Cry albo obserwował horyzont albo przymykał oczy i osuwał się w krześle, tak, że Pewds co chwilę musiał sprawdzać, czy przypadkiem nie śpi. Nie przysnął jednak ani na chwilę, a po już bardzo długim czasie podniósł się w końcu z siedzenia, alarmując tym drugiego mężczyznę.
- Gdzie idziesz? – spytał Pewdie, podnosząc gwałtownie wzrok znad książki. Cry machnął na niego ręką, zbierając ze stolika puste już kubki i wracając do środka. Szwed natychmiast ruszył za nim, trochę zaskoczony jego zachowaniem.
- Nie musisz mnie pilnować cały dzień – mruknął brunet, zostawiając naczynia w kuchni i wyciągając z lodówki dwie butelki piwa. Następnie chwycił z łóżka koc i wrócił z powrotem na taras, dając Pewdsowi znak ręką, że powinien iść za nim.
- Teraz zacznie się najlepsze – stwierdził, stawiając butelki na balustradzie i samemu się na nią wdrapując. Przez chwilę szukał dobrej pozycji, by nie spaść przypadkiem z poręczy, po czym otworzył jedną z butelek i obejrzał się na swojego chłopaka. – Dopiero teraz będzie zachodzić. Siadasz?
Pewdie stał przez krótką chwilę, próbując ogarnąć niespodziewaną sytuację, by w końcu zdecydować się na odłożenie książki na stolik i na wskoczenie na poręcz balustrady, siadając tuż obok Cry’a, który podał mu już otwarte piwo. Mężczyzna pociągnął spory łyk, patrząc przed siebie. Rzeczywiście, niebo przybrało czerwono-różowy odcień, a słońce zdecydowanie zbliżyło się do horyzontu. Było… naprawdę dosyć romantycznie i Pewds nie mógł się powstrzymać od spojrzenia na nowego chłopaka. Cry chyba to zauważył, bo zwrócił się w jego stronę i przez chwilę patrzyli się na siebie intensywnie. W końcu Cry oblizał nerwowo wargi, a jego wzrok na bardzo krótki, ledwie zauważalny moment ześlizgnął się na usta Pewdie’go, by powrócić do jego oczu i… Felix nie wytrzymał. Uśmiechnął się pod nosem, po czym pochylił się w stronę Cry’a, delikatnie całując kącik jego ust. Amerykaninowi chyba to jednak nie wystarczyło, bo szybkim i zdecydowanym ruchem chwycił go za kark, angażując w pocałunek konkretny i… nieco bardziej namiętny. Pewds ostrożnie odstawił swoje piwo na bok, nie przerywając jednak całowania, by móc położyć swoją dłoń na policzku Cry’a, a drugą przykryć jego dłoń, wciąż spoczywającą na drewnianej balustradzie tarasu. Całowali się tak kilka dobrych minut, pozwalając sobie na krótkie przerwy by zaczerpnąć oddechu i wracając do tej czynności z jeszcze większym zapałem. Pewdie czuł ciepło słońca na swoim policzku i ciepło bijące od ciała mężczyzny naprzeciw i ciepło rozlewające się w jego wnętrzu i szczerze mówiąc, nie potrafił sobie wyobrazić niczego, co mogłoby być lepsze od tego momentu. Gdyby pozwolono mu wybrać chwilę z życia, którą mógłby przeżywać w kółko przez całą wieczność, prawdopodobnie wybrałby właśnie tą.
W końcu jednak odsunęli się od siebie; Cry nawet zaśmiał się cicho pod nosem, widząc rozczarowanie na twarzy drugiego gracza.
- Co, czyżby ci się jednak podobała perspektywa romantycznego wieczoru przy zachodzie słońca? – spytał, wyraźnie wyśmiewając się z jego wcześniejszych docinków. – Z tego co pamiętam, to niezbyt ci się ten pomysł spodobał.
- Nie sądziłem, że będzie aż tak przyjemny – odparł Pewds, niezrażony. Dalej trzymali się za ręce, chociaż było między nimi znacznie więcej przestrzeni, a Cry wrócił już nawet do swojego piwa. – Z jakiegoś powodu zapomniałem, że będę to spędzał z tobą.
- Samemu też jest fajnie, jak lubi się ładne widoki. Robiłem tak często w lato, jak zachciało mi się wybrać na plażę.
- Masz blisko od domu?
- Niezbyt, ale w wakacje wybierałem się czasem na wybrzeże razem z rodziną albo ze znajomymi. Jest tam znacznie głośniej, bo dużo mieszkańców i turystów też lubi tam spędzać czas, ale jak się poświęci nieco czasu na przejście wzdłuż brzegu, to można trafić do paru ukrytych zatoczek, gdzie nie ma ludzi prawie wcale. Tam zwykle przesiadywałem; było spokojniej, ciszej i czułem się, jakby ten zachód był czymś wyjątkowym. Tylko dla mnie, byłem jedynym świadkiem jego piękna. Takie tam romantyczne pierdoły – podsumował Cry, jednak po melancholijnym uśmiechu na jego twarzy widać było, że bardzo dobrze wspomina tamte chwile.
- Zabierzesz mnie tam kiedyś? – spytał Pewds, patrząc się w dal. Dopiero po chwili dotarło do niego, co właściwie powiedział mu Cry, więc dodał: - Chyba, że to zbyt prywatne, to zostanę przy piciu piwa na werandzie. Też jest super.
- Nie, mogę cię zabrać. Powodem, dla którego siedziałem tam sam było między innymi to, że nie miałem tam kogo zabrać. Nikt nie był na tyle cierpliwy – odparł brunet, spoglądając na niego. – Bo wiesz, tak dla twojej informacji: to jest spory kawałek drogi.
- Z tobą wszędzie – zapewnił Pewdie z uśmiechem, po czym dosunął się nieco bliżej i położył głowę na ramieniu Cry’a. – Zawsze i wszędzie.
- Tak teraz mówisz, a jak będziesz przez pół godziny chodził po sypkim piasku to w końcu będziesz miał dość.
- Pewnie tak, ale hej – ja nie dam rady? Przecież cię nie zostawię.
Przez następne pół godziny spokojnie oglądali zachód słońca, oparci o siebie, popijając powoli piwo z butelki. Nie rozmawiali w ogóle: zamiast tego słuchali morza, oddychali rześkim powietrzem, grzali się w ostatnich promieniach słońca, podziwiali piękny widok czerwonej kuli znikającej za horyzontem, malującej niebo na wszelkie odcienie różu i fioletu. Było tak przyjemnie i relaksująco, że aż nierealnie. Niczym nie przypominało to szybkiego, gwałtownego tempa, którym żyli przez cały ten koszmar. W całym tym szaleństwie znaleźli taki jeden moment spokoju i chociaż w pełni na niego zasługiwali, z drugiej strony mieli wrażenie, że być może na niego nie zasługują. Było to absurdalne, ale paranoja powoli wkradała się do ich umysłów i chociaż wiedzieli, że teraz nic im nie zrobi krzywdy, wciąż mieli przeczucie, że coś za chwilę ich zaatakuje. Starali się tym nie przejmować, skupiając się bardziej na przyjemności wypoczynku i bliskości drugiej osoby i wychodziło im to całkiem nieźle, choć męczące głosy w głębi umysłu wciąż mówiły coś o tym, że powinni uważać, nie tracić czujności. Ta gra naprawdę zaczęła im mieszać w głowach. Jeśli tak dalej pójdzie, to będą się z tym zmagać jeszcze przez długi czas po powrocie do rzeczywistości.
Nieświadomie przysunęli się jeszcze bliżej siebie i Cry puścił dłoń Pewdie'go po to, by położyć ją na jego ramieniu. Próbowali stworzyć sobie atmosferę bezpieczeństwa i o dziwo zadziałało, gdy siedzieli już praktycznie wtuleni w siebie, patrząc, jak słońce znika już zupełnie gdzieś za morzem, zostawiając już tylko pełne kolorów niebo. Pewds z jakiegoś powodu poczuł się niesamowicie wzruszony i ze zdziwieniem odkrył, że po policzku lecą mu łzy. Próbował je dyskretnie zetrzeć z twarzy, ale Cry od razu się zorientował.
- Hej, co się dzieje? – odsunął się lekko, spoglądając na niego z troską, chcąc się upewnić, że mu się nie przewidziało. – Coś się stało? Pomyślałeś o czymś? Pewds, mów do mnie.
- To… nic takiego. Sam nie wiem – Pewdie zaśmiał się krótko, chociaż nie wyglądało to przekonująco. – Chyba się wzruszyłem. Wiesz… Jestem bardzo szczęśliwy teraz i to, że jesteśmy tutaj razem i żywi i możemy to oglądać jakoś… Jakoś tak do mnie trafiło, że to w końcu minie i co gorsza, skończy się już za niedługo. Przepraszam, to bzdura, nie chciałem cię zmartwić, szczerze mówiąc sam jestem zaskoczony swoją reakcją. To naprawdę nic.
- Nie przepraszaj, jak nie masz za co. To jest ważne – Cry uśmiechnął się do niego, trzymając jego twarz w dłoniach i patrząc mu w oczy. – Nie myśl o tym co będzie, okay? Mamy jeszcze dzień. Do momentu gry o tym nie myśl, po prostu spędź ten czas ze mną i bądź szczęśliwy, jeśli tego chcesz. Płakanie ze szczęścia jest w porządku, ale tylko takie.
Pewdie skinął głową niepewnie, ale odwzajemnił uśmiech, za co został nagrodzony pocałunkiem w czoło. Wrócił do opierania się o jego ramię i patrzenia na niebo, bardzo starając się wyłączyć. Udało mu się to tylko dzięki powolnemu przyśnięciu, z którego i tak został wybudzony dość szybko, gdy brunet szturchnął go w ramię, chcąc zejść z balustrady.
Nawet nie zauważył, kiedy róże i fiolety nieba zmieniły się w granat, a morze w czarną, bezkresną toń. Zrobiło się także chłodniej, czego przyczyną było wejście Amerykanina z powrotem do domku. Pewds natychmiast podążył za nim, nieco rozespany i zdezorientowany, ale na tyle trzeźwy, by wrócić do ciepła zamkniętego domu.
- Jesteś głodny? Będę sobie robił kanapki – powiedział Cry, grzebiąc w lodówce.
- Tak, chętnie zjem, dzięki – odparł, kierując się do szafy po jakieś okrycie i znajdując sweter w stylu skandynawskim, granatowy z białymi wzorkami i czerwonymi gwiazdami, mającymi zapewne wyglądać jak śnieżynki. Pewds włożył go na siebie, trochę zdziwiony typowo zimowym, jak mu się wydawało, fasonem. Sweter okazał się niesamowicie ciepły. – Może herbaty albo kawy do tego? Mogę zrobić.
- Herbata to dobry pomysł, lepiej nie pić kawy na noc. I tak mamy już strasznie zaburzony tryb snu, nie przeginajmy.
- Też racja – mruknął Pewds i dołączył do niego w kuchni, wyciągając kubki i wkładając do każdego z nich po torebce. Włączył wodę w czajniku i oparł się o szafkę, obserwując, jak Cry przygotowuje jedzenie. Podobało mu się to. Dzięki temu miał wrażenie, że ich życie jest tak naprawdę normalne i spokojne. Domowe. – Na jak długo przysnąłem?
- Nie wiem, może z pół godziny? – Cry spojrzał na zegar i zrobił zdziwioną minę. – Łał, wychodzi na to, że siedzieliśmy tam ponad cztery godziny w sumie. Jakoś strasznie szybko to zleciało, nie sądzisz?
- Nie wiem, przespałem połowę. Co teraz robimy? Jakby się uzbroić w ciepłe ubrania, to można by tam jeszcze chwilę posiedzieć, jeśli chcesz…
- Jasne, czemu nie. Gwiazdy też są bardzo romantyczne.
Dość szybko zjedli kanapki, nie rozmawiając zbyt wiele. Cry znalazł sobie jakąś bluzę, zapalił światło na tarasie i udał się tam ze swoim kubkiem herbaty, a Pewds podążył za nim. Rzeczywiście, nocne niebo było niemalże tak samo piękne jak podczas zachodu słońca. Było nieco po dwudziestej drugiej, ale żaden z graczy nie czuł się jeszcze zmęczony. Usiedli na krzesłach, ale odsunęli stolik tak, żeby mogli siedzieć tuż obok siebie i mieć swoje herbaty przed sobą. Cry otulił ich obu kocem i siedzieli tak, patrząc się w niebo, słuchając muzyki z radia stojącego w domku, popijając herbatę i rozmawiając o wszystkim, co tylko przyszło im do głowy. Trochę anegdot ze swoich żyć, trochę pomysłów na przyszłość, trochę wykładów na temat lubianych czy znienawidzonych filmów, gier czy muzyków. Cała część rozmowy poświęcona grze To the Moon, bo z tym skojarzyły im się gwiazdy, połączona ze wspominaniem smutnej fabuły i nuceniem pod nosem piosenki, która zawarta była w tej grze. Komplementy Cry’a, który uznał, że Pewds wygląda świetnie w tym swetrze i że koniecznie powinien w nim chodzić do końca gry oraz że może się spodziewać takiego swetra jako prezentu na święta lub na urodziny, bo mu w tej kwestii nie odpuści. Całowanie się, przytulanie, więcej całowania. Szukanie konstelacji na niebie, chociaż znali tylko trzy rodzaje i to te najbardziej i najłatwiej rozpoznawalne. Głupie pomysły wskakiwania nago do zimnej wody morza i chlapania się nawzajem. Jeszcze więcej pocałunków i chwile ciszy, kiedy patrzyli się sobie w oczy albo nie patrzyli na siebie wcale, woląc oglądać punkciki światła na ciemnym niebie lub pieniące się fale na tle czarnej wody. Kilka dobrych godzin spędzonych w swoim towarzystwie na odpoczynku i niewymagających żadnych trudnych emocji rozmowach. Na czymś, czego obaj potrzebowali bardzo mocno, chociaż nie docierało to do nich aż do tego momentu.
W końcu jednak zrobiło się tak zimno, że nie wytrzymali i byli już zmuszeni wrócić do środka, bo nawet ciepłe swetry i koc nie pomagały im już w utrzymaniu temperatury cieplejszej niż powietrza. Zabrali więc wszystko z tarasu, dokładnie zamknęli drzwi i zgasili światło na zewnątrz.
- Nie chce mi się jeszcze spać – stwierdził Pewds, myśląc sobie, że być może rześka i chłodna noc tak bardzo go rozbudziła, jeśli nie fakt, że wstał dopiero kilka godzin temu. – Chyba jeszcze trochę posiedzę, masz coś przeciwko?
- Nie, ani trochę, też jeszcze nie idę spać. Tak czy siak będę się musiał do tego przymusić, bo zdecydowanie rozregulowałem sobie swój zegar biologiczny – westchnął Cry, podgłaśniając minimalnie radio i schylając się do półki z książkami. – Chyba sobie coś poczytam.
- Dobry pomysł, ja chyba wrócę do swojej lektury – Pewdie usiadł wygodnie na łóżku, podkładając sobie poduszkę pod plecy i opierając się o ścianę, po czym poklepał miejsce obok siebie. – Dotrzymasz mi towarzystwa?
- Zawsze – Cry jeszcze przez chwilę szukał odpowiedniej książki na półce, zanim usiadł obok swojego chłopaka i pogrążył się w lekturze.
Przez pierwsze kilkanaście minut szło im dobrze: trzymali się za ręce, ale nie przeszkadzali sobie w ogóle, pochłonięci czytaniem. W końcu jednak Felix poczuł się znużony fabułą swojej książki i zaczął zerkać na drugiego mężczyznę co chwilę, nie potrafiąc się już skupić na powieści. Próbował zmienić pozycję, kładąc się bardziej, przewracając na bok, opierając tom o ramę łóżka, ale nic nie wydawało mu się dostatecznie wygodne. W końcu rozłożył się na udach bruneta, nie czekając na jego pozwolenie i próbował czytać w ten sposób, ale to też nie działało. W końcu odłożył książkę, wzdychając ciężko i wzdychając jeszcze ciężej, kiedy Cry nie zareagował na pierwszy raz. Niestety, na drugi też nie zareagował, najwyraźniej zainteresowany swoją lekturą, więc Pewds zaczął mu przeszkadzać, próbując zwrócić na siebie uwagę. Głośno narzekał na to, że jego książka jest monotonna i że nie lubi jednej z postaci i chociaż na początku Cry udawał, że go słucha i mruczał mu coś w odpowiedzi, tak w końcu zirytował się i uprzejmie poprosił, aby zamknął usta i przestał gadać, bo próbuje się skupić.
- Co ty tak właściwie czytasz? – Pewdie podniósł głowę i zerknął na okładkę. Była dość prosta, czarna, ze zdjęciem kredowego obrysu ciała jak przy morderstwach i wysypanymi dookoła różami. Tytuł brzmiał „Martwe kwiaty”. – To jakiś kryminał?
- Tak wnioskuję z pierwszych dwóch rozdziałów – odparł Amerykanin, przewracając kartkę.
- I jak, dobry?
- Zapowiada się naprawdę nieźle. Fajny styl, wciąga.
Pewds stwierdził, że brzmi to zdecydowanie lepiej niż obyczajówka, którą on czytał. Jasne, miała ona swoje zalety, szczególnie wtedy, gdy był czas na relaks i rozrywkę niewymagającą myślenia, ale z jakiegoś powodu w chwili obecnej Pewdie był wyjątkowo znudzony i miał potrzebę spędzania z Cry’em czasu w formie, która zakłada interakcję między nimi. Słowem, zachowywał się jak zakochany nastolatek, który usycha z tęsknoty sekundę po odejściu ukochanej. Z tą różnicą, że ukochana była mężczyzną i nigdzie nie odeszła, ale siedziała tuż obok. Problem był w tym, że była zajęta nie tym, co trzeba.
- Myślisz, że by mi się spodobała?
- Nie wiem, Pewds, przeczytałem dwa rozdziały. Zaczyna się naprawdę dobrze, ale więcej ci nie jestem w stanie powiedzieć. Dasz mi w końcu to przeczytać?
- A będziesz czytał na głos? – Pewdie zrozumiał, że odciąganie go od lektury nie ma sensu, więc spróbował inaczej i postanowił zaangażować się w czytanie w sposób pośredni. – Też chcę zobaczyć, co cię tak pochłonęło.
- Tak naprawdę chcesz posłuchać mojego głosu, przyznaj się – odparł Cry z uśmiechem, wracając do początku książki. Bardzo miło z jego strony, chociaż miał całkowitą rację: Pewds chciał posłuchać jego czytania, spokojnego, niskiego i pięknego głosu i szczerze mówiąc zwisało mu to, od jakiego momentu książki zacznie. Skoro jednak będzie czytał to jeszcze raz od początku, to blondyn będzie musiał uważać i przynajmniej próbować podążać za fabułą.
- Masz piękny głos, nie możesz mnie za to winić – odpowiedział, wzruszając ramionami, po czym wyprostował się i usiadł obok niego, opierając głowę na jego ramieniu, by mieć wgląd do treści. – Przy okazji poznam nową książkę, to też mi nie zaszkodzi.
Cry skinął tylko głową lekko, na ile mógł, po czym odchrząknął i rozpoczął czytanie rozdziału pierwszego.
Historia była prowadzona z dwóch punktów widzenia: policjanta z sennego miasteczka, któremu przypadło zajęcie się sprawą kilku morderstw następujących dzień po dniu oraz pewnej młodej kobiety, która jako świeżo wyszkolony kryminolog ma zidentyfikować sprawcę. Nie jest to jednak prostym zadaniem: ofiar nic nie łączy i są całkowicie przypadkowe, na żadnym z miejsc popełnienia morderstwa nie znaleziono jakichkolwiek wskazówek prowadzących do sprawcy i jedynym czynnikiem dowodzącym, że są to zabójstwa dokonane przez tą samą osobę, były czerwone i białe róże, które morderca zostawia przy swoich ofiarach. Oczywiście, do całej tej zagadki dochodziły jeszcze prywatne problemy policjanta i pani kryminolog, wątek społeczny konfliktów między czarnoskórą ludnością miasteczka a policją, składającą się głównie z białych mężczyzn i parę podejrzanie zachowujących się osób, przez co możliwych morderców było tam mnóstwo. Książka rozwijała się wolno, ale to chyba było jej największą zaletą: żaden wątek nie został pośpieszony albo pominięty, autor dokładnie przedstawił bohaterów i to w taki sposób, żeby czytelnik mógł go poznać i zrozumieć jego działania oraz dopracował tło swojej historii. Zdecydowanie, styl był przyjemny i fabuła też była niesamowicie wciągająca.
Po czwartym rozdziale głos Cry’a zaczął powoli chrypnąć, zmęczony tak długim czytaniem. Chociaż upierał się, że da radę skończyć rozdział piąty, Pewds go nie słuchał i wyrwał mu książkę z rąk, samemu zabierając się za czytanie.
- Spróbuj się tylko śmiać z mojego akcentu, a uderzę cię tym tomem, przysięgam – ostrzegł na samym wstępie, zanim zaczął kolejny rozdział. Cry siedział cicho i bardzo starał się niczego nie mówić, ale w momencie, gdy Pewds wypowiedział jakieś słowo zupełnie inaczej niż powinno się je czytać, nie mógł powstrzymać parsknięcia. Zarobił za to w ramię książką w twardej oprawie, ale przynajmniej go poprawił i za drugim razem Szwed powiedział to jak należy. Taka sytuacja zdarzyła się jeszcze kilka razy i Cry wyszedł z tego nieco posiniaczony, ale zdecydowanie było warto: przynajmniej się trochę pośmiał. Pewdie nie był tym tak bardzo rozbawiony, mamrocząc coś pod nosem o tym, że będzie musiał iść na kurs angielskiego, bo najwidoczniej za słabo mówi i nawet przeprosiny drugiego gracza nie poprawiły mu humoru. Ostentacyjnie stwierdził, że więcej nie czyta i że jest śmiertelnie obrażony, po czym oświadczył, że idzie się myć i spać. Cry pozwolił mu iść, cały czas powtarzając jego szczególnie zabawną pomyłkę pod nosem i nie potrafiąc powstrzymać śmiechu. Trzask łazienkowych drzwi, którym uraczył go Pewds tylko pogorszył sprawę, bo zaczął śmiać się jeszcze głośniej. Usłyszał coś jeszcze o tym, że będzie spał dzisiaj na podłodze, ale wiedział, że to próba wywołania u niego żalu za popełnione czyny i nie przejął się tym w ogóle, w odpowiedzi krzycząc, że też go kocha.
W końcu jednak trochę się ogarnął i poszedł szukać w szafie piżamy oraz ręcznika, żeby móc się przygotować do snu. Była prawie druga, a on wciąż nie był śpiący, chociaż bardzo chciał odczuć zmęczenie. Myślał, że czytanie książki jakoś mu pomoże w zaśnięciu, że będzie na tyle nudna lub monotonna, że przy niej odpłynie. Tak się jednak nie stało, powieść jak na złość okazała się być wciągająca i świetnie napisana, a dodatkowo wzbudzała w nim jakieś niezwykłe zainteresowanie, które w ogóle sprawiło, że sięgnął akurat po nią. Historia nie była jakoś porażająco świeża: nigdy nie czytał kryminału z wątkiem zostawiania kwiatów przy trupach, ale kryminały o sfrustrowanych policjantach, młodych kobietach zamieszanych w główną sprawę i konfliktach, które tylko dokładają motywów do zabójstwa czytał mnóstwo, bo sporo się opiera na właśnie takich wątkach. W tej konkretnej książce było jednak coś niezwykłego, jakiś element, który przyciągał go do lektury. Cry nie był w stanie tego nazwać, ale wiedział, że to jedna z tych lektur, którą koniecznie będzie musiał skończyć.
Pewds wyszedł z łazienki po dziesięciu minutach i od razu rzucił się na łóżko, wyrywając drugiego mężczyznę z jego przemyśleń. Cry uśmiechnął się do niego przyjaźnie, mając nadzieję, że foch już mu nieco przeszedł, po czym udał się do łazienki, żeby wziąć ciepły i szybki prysznic i móc nareszcie położyć się i chociaż spróbować zasnąć. Ogarnięcie się i przebranie w piżamę nie zabrało mu zbyt wiele czasu, ale gdy po wyjściu zastał Pewdie'go siedzącego na łóżku i patrzącego się pusto w przestrzeń, był mimo wszystko zaskoczony, że jeszcze się nie położył.
- Hej, wszystko w porządku? – spytał, nieco zaniepokojony. Ręcznik, którym wycierał sobie włosy rzucił na krzesło, a sam podszedł do Szweda, siadając obok niego.
- Tak, zamyśliłem się – uśmiech, którym go obdarzył, był jak najbardziej szczery i to uspokoiło Cry’a od razu. – Świetnie spędziłem dzisiaj czas, wiesz?
- Też było mi miło, przyznaję – Cry szturchnął go łokciem w ramię, by zwrócić na siebie jego wzrok. Zadziałało. – Kładziemy się? Możemy chociaż udawać, że śpimy.
- Jasne, już gaszę światło.
Pokój utonął w ciemności. Cry okrył się niezbyt grubą kołdrą i w napięciu czekał, aż Pewds dotrze do łóżka i położy się obok. Ostatnimi czasy nie za bardzo przepadał za brakiem światła. W końcu jednak usłyszał, jak sprężyny materaca skrzypią po drugiej stronie łóżka, dając znak, że ktoś na nim siada i po chwili poczuł ciepło bijące od Pewdie'go, gdy wsunął się pod pierzynę i przysunął tak, żeby leżeć jak najbliżej Cry’a. Ledwie widzieli się w mroku, ale nie przeszkadzało im to w wygodnym ułożeniu się obok siebie, tak, by ich ciała mogły do siebie przylegać.
- Jezu, jesteś gorący – skomentował Pewds, obejmując go czule. Cry zaśmiał się cicho.
- Dzięki, też jesteś niczego sobie.
Blondyn wydał z siebie przeciągłe warknięcie frustracji, zanim się poprawił:
- Miałem na myśli, że twoje ciało emituje bardzo dużo ciepła, czy teraz jaśniej?
- Mogłeś udawać, że specjalnie to powiedziałeś, żeby podkreślić, że jestem seksowny – Cry dobrze wiedział o co mu chodziło, ale łapanie Pewdsa za słowa było dość zabawne. W odpowiedzi usłyszał kolejne mruknięcie i ze śmiechem na ustach pocałował go w czoło. – Tylko się droczę, daj spokój.
- Powtórzymy to jeszcze? Jeśli będzie ładna pogoda, posiedzimy znowu na tarasie? – Pewdie odezwał się po krótkiej chwili ciszy, ale jego głos był szeptem, ledwie słyszalnym.
- Jasne, jeśli tylko chcesz – Cry spoważniał i także zaczął mówić szeptem. – Ale musimy ustalić, o której stąd wychodzimy. Mamy czas do jutra, do ósmej rano. Nocujemy tu jeszcze jedną noc, czy wychodzimy dzisiaj?
- Możemy w sumie przenocować – stwierdził Pewds niepewnie, rozważając w myślach wszelkie za i przeciw. – Jeden dzień odpoczynku więcej nam nie zaszkodzi, a jak wstaniemy odpowiednio wcześnie, to spokojnie opuścimy ten dom przed ósmą. Co ty na to?
- Myślę, że damy radę wstać, więc rzeczywiście jeden dzień dłużej nam nie zaszkodzi.
- Okay, to ustalone – Pewdie westchnął ciężko i pogładził policzek Cry’a, przymykając oczy. – Naprawdę cię kocham, wiesz o tym?
- Tak mi mówisz, więc ci wierzę. Ja ciebie też kocham – Cry złożył krótki pocałunek na jego ustach i odsunął się nieznacznie. Uśmiechnął się do niego, ale nie wiedział, czy w tych ciemnościach Pewds w ogóle był w stanie to zauważyć.
- To dobrze. Tylko o tym nie zapominaj.
- Jakoś nie potrafię, nie martw się – Amerykanin nie wiedział, czy te znikąd wzięte, lecz absolutnie urocze wyznania miłosne są wynikiem wewnętrznej potrzeby Pewdsa czy po prostu zwykłym zmęczeniem, ale nie dopytywał. Przygarnął go tylko bliżej siebie, całując jeszcze ostatni raz w czoło, po czym zamknął oczy. – Chodźmy już spać, dobrze? Przyda nam się trochę wypoczynku.
- Yhmm. Dobranoc…
- Dobranoc.
I chociaż żaden z nich nie był w stanie zasnąć jeszcze przez długą chwilę, czuli się bezpiecznie i dobrze leżąc wtuleni pod kołdrą i słuchając swoich równych oddechów, które w końcu, choć powoli, zmusiły ich do odpłynięcia w głęboki i niezmącony sen.

***
Jak zazwyczaj pierwszy wstał Pewds, chociaż tym razem nie musiał długo czekać na swojego towarzysza, który z łóżka wygramolił się zaledwie pół godziny później. Było ponad kwadrans po dziesiątej, co oznaczało, że pospali dosyć konkretnie. Cry nie był do końca zadowolony, bo dalej nie wrócili do normalnego trybu snu, ale miał nadzieję, że może dzisiaj przynajmniej pójdą spać o normalnej godzinie i wstaną następnego dnia o szóstej, tak by ze wszystkim się zorganizować zanim nastanie ósma i dom przestanie być bezpieczny. Z jego niezadowolenia wyciągnął go poranny prysznic i fakt, że gdy spod niego wrócił, w jadalni już czekało na niego jedzenie i kubek gorącej herbaty. Pewds o dziwo jeszcze nie zabrał się za śniadanie, tylko cierpliwie na niego czekał, siedząc przed swoim nakryciem.
- Jesteś cudowny – wypalił Cry, z zachwytem w oczach patrząc na tosty z dżemem i nutellą. – Mam wrażenie, że za mało ci to mówię.
- Nie zaszkodzi powtarzać w kółko, chętnie posłucham – Pewdie uśmiechnął się do niego. – Siadaj, to jedzenie nie jest do oglądania.
Cry’owi nie potrzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast zasiadł przy stole, zabierając się za pokryty nutellą chleb. Zaledwie po pierwszym kęsie odchylił głowę do tyłu, przymknął oczy i zamruczał z zadowoleniem, co bardzo rozbawiło blondyna, nie spodziewającego się takiej reakcji.
- Musisz bardzo lubić nutellę, z tego co widzę – skomentował. – Jeszcze nigdy nie widziałem takiej reakcji na jakiekolwiek jedzenie.
- Nutella jest najlepszym wymysłem tej cywilizacji – powiedział Cry i Pewds musiał się bardzo wysilić, żeby zrozumieć sens zdania przerywany mlaskaniem.
- Cieszę się, że trafiłem w twoje gusta w takim razie.
Śniadanie zniknęło w kilka minut, bo jak się okazało, Cry był bardzo głodny. W podziękowaniu za przygotowanie go, Amerykanin zadeklarował się, że pozmywa. Pewdie udał się do łazienki, by nieco ogarnąć swoje roztrzepane włosy i wyraźnie niewyspaną twarz, żeby mógł w końcu wyglądać w miarę dobrze. Trochę mu zeszło, bo postanowił jednak zgolić coraz to bardziej widoczny zarost i spędził trochę czasu nad układaniem włosów, chociaż jednocześnie ochrzaniał się za to w myślach i powtarzał, że przecież i tak nikt nie zwraca szczególnej uwagi na jego wygląd, więc po co się stara. W końcu poczuł się tak sfrustrowany, że po prostu wyszedł z łazienki. Zastał Cry’a przy otwartej komodzie, z dwoma plecakami na wierzchu i porozrzucaną dookoła bronią wszelkiego rodzaju.
- Co robisz? Mogę jakoś pomóc?
- Nie, daję sobie radę, dzięki – Cry podniósł wzrok znad kartki z listą potrzebnych im rzeczy i spojrzał na Pewdie'go. – O, ogoliłeś się. Dobrze wyglądasz, jakoś tak młodziej.
- Dzięki – Pewds starał się brzmieć normalnie, chociaż bardzo ucieszyło go to, że jego starania zostały dostrzeżone. – Pakujesz nas do gry?
- Tak, wolę mieć to zrobione teraz, żeby jutro rano się tylko ubrać, zjeść coś i wyjść.
- Skąd wiesz, że będziemy potrzebowali tego do rozgrywki? – spytał Szwed, nieco sceptycznie nastawiony. – Ostatnim razem plecaki do niczego nam się nie przydały.
- Nie wiem tego, ale zgaduję, że skoro w komodzie jest mnóstwo broni, to może być ona bardzo potrzebna podczas gry.
- Nie brzmi to zbyt dobrze.
- Owszem, też mnie to niepokoi – westchnął Cry, spoglądając na różne rodzaje pistoletów, noży i kijów, które leżały dookoła niego. – Coś czuję, że nie będziemy mieli zbyt łatwej drogi do kolejnego poziomu.
Pewds nie odezwał się, tylko podszedł do radia i włączył je, puszczając jakąś żywą melodię. Położył się na podłodze, biorąc głęboki wdech i usilnie starając się nie wyobrażać sobie, do czego może być mu potrzebna broń. Miał odpocząć i wyluzować się podczas tych dwóch dni, nie może sobie pozwolić na psucie nastroju. Odgonił więc od siebie czarne myśli i dotarło do niego… że nie ma co robić i w sumie to się nudzi. Spojrzał na półkę, ale nie miał na razie ochoty na czytanie. Siedzenie na tarasie samemu też wydawało mu się nużące. W safe poincie nie było nic, co mogłoby go zainteresować, chyba że Cry, ale on był zajęty. Pewds wypuścił głośno powietrze i postanowił się w takim razie zająć słuchaniem muzyki. Nie wszystkie kawałki odpowiadały jego gustom muzycznym, ale parę z nich było całkiem fajnych. Nagle z głośników poleciał jeden z utworów Muse i Pewdie, bardzo ucieszony możliwością usłyszenia ulubionego zespołu, zaczął cicho nucić pod nosem melodię. Nie minęła nawet minuta, a Cry zwrócił mu uwagę, że jego mruczenie go irytuje. Pewds, będąc znudzonym i nieco wrednym sobą, zaczął śpiewać z tekstem, nie przejmując się tym, że fałszuje. Utwór prawie się skończył i już miał wyciągać tą ostatnią, falsetową nutę, gdy Cry usiadł na nim okrakiem i pocałował go nagle, przyszpilając do ziemi. Pewdie, chociaż zaskoczony, odpowiedział na pocałunek, który jednak urwał się szybko, tak samo niespodziewanie jak się zaczął.
- Kazałem ci się przymknąć – wyszeptał Cry, z twarzą tak blisko, że praktycznie ocierał się wargami o usta drugiego mężczyzny. Pewds tylko skinął głową, kompletnie zaskoczony i w takim szoku pozostał jeszcze przez kilka minut, nim się ocknął.
Próbował tej metody jeszcze dwa razy, ale za drugim razem zamiast otrzymać pocałunek otrzymał uderzenie w ramię i obietnicę, że jeśli nie przestanie wyć, będzie mógł zapomnieć o jakimkolwiek całowaniu do końca swojego życia. Podziałało i Pewds zamilkł już na dobre.
Z braku lepszych zajęć zaczął czytać pierwszą lepszą książkę wyjętą z półki, ale nie była go w stanie wciągnąć, więc wyciągnął kolejną. Przejrzał chyba z sześć różnych powieści, lecz niestety, żadna z nich nie zatrzymała go na dłużej niż do drugiego rozdziału. Potem przeszedł na taras, gdzie chwilę posiedział, ale znowu zaczął myśleć o czekającej go grze, więc poirytowany wrócił do środka. Znów spytał się Cry’a, czy może mu jakoś pomóc przy sprawdzaniu pakowanych rzeczy, ale dostał odpowiedź, że już prawie skończył i tylko się upewnia, że wszystko na liście jest już w plecakach. Pewds pokręcił się więc jeszcze trochę bezcelowo po pokoju, poszukał na radiu, czy nie ma innych stacji (niestety, nie było) i w końcu siadł na łóżku, wzdychając ciężko. Chyba naprawdę nie zostawało mu nic innego, jak czytać książki, podziwiać widok morza lub mierzyć się z własnymi demonami i spędzić dzień na myśleniu. To ostatnie zdecydowanie odpadało, więc postanowił jednak zmusić się do czytania, wracając do książki zaczętej dnia poprzedniego. Po krótkiej chwili dołączył do niego Cry, także z jakąś lekturą i gdyby Pewds się tym nie zainteresował, przegapiłby fakt, że brunet zabiera się za dalsze czytanie „Martwych kwiatów”.
- Hej, jak chcesz to czytać, to mi mów, czytamy razem – ochrzanił go, ciesząc się, że zorientował się zanim Cry zaszedł w fabule gdzieś dalej. – Nie znasz tej zasady? Jak zaczynamy coś razem, to kończymy razem. Co prawda, głównie tyczy się to seriali, ale skoro już czytamy tą książkę, to też chcę wiedzieć co dalej.
- Okay, okay, przepraszam – odparł ze śmiechem, opierając sobie książkę na kolanach. – Skończyliśmy na rozdziale szóstym?
Pewds stwierdził, podczas słuchania niskiego głosu swojego chłopaka, kilka rzeczy: po pierwsze, Cry miał idealny głos do kryminałów, po drugie, ta książka była prawdziwym zbawieniem. Nie dość, że była wciągająca, to jeszcze dobrze napisana i pozwalała obu graczom spędzić czas razem, ale nie wymagała od nich poświęcania sobie uwagi. W ten sposób Pewds mógł leżeć na biodrze Cry’a, słuchając jego czytania i czując jego dłoń wolno przeczesującą jego włosy. Chociaż nie narzekał na sen poprzedniej nocy, spokój jaki wprowadziła w nim ta chwila sprawiła, że przyłapał się na tym, że powoli odpływa. Musiał ostatecznie przysnąć, bo gdy wróciła mu świadomość, Cry’a już przy nim nie było. Rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju, dostrzegając gracza w kuchni, przeglądającego jakąś książkę.
- Długo spałem? – wymamrotał, przecierając twarz.
- Nie, może z godzinę – odparł Cry, sprawdzając zapasy lodówki. – Robię obiad. Ryba z frytkami?
- Brzmi dobrze, chętnie zjem.
Na jedzenie musiał poczekać ponad pół godziny i ten czas spędził na pomaganiu w przygotowaniu posiłku lub rozpraszaniu Amerykanina nagłymi pocałunkami w kark, przez które mężczyzna nagle się kulił, żaląc się, że to łaskocze. W końcu jednak obiad był gotowy i okazał się być przepyszny, co nie było wcale jakimś wielkim zdziwieniem: Pewds przekonał się ostatnimi czasy, że Cry naprawdę dobrze radzi sobie w kuchni. Potem klasycznie, Pewdie zabrał się za zmywanie naczyń w formie podziękowania za jedzenie, a Cry stwierdził, że tak się najadł, że musi się położyć i odpocząć. Oczywiście, Felix nie mógł przegapić takiej okazji i zaraz po skończeniu mycia położył się obok niego, na początku naruszając jego przestrzeń osobistą tylko stykającymi się ramionami i nogami. Potem jednak zaczął się przybliżać bardziej, obejmując go ramieniem, zmuszając do tego, by zwrócił się do niego twarzą, trzymając jego nogę między swoimi. Rozmawiali trochę, przerywali sobie wolnymi, leniwymi pocałunkami i potem znów wracali do rozmowy. Czasem się od siebie odsuwali, żeby podkreślić coś gestem, zaznaczyć ważność słów, ale zaraz do siebie wracali. W pewnym momencie Pewds musiał wyjść do toalety, co pierw musiał wynegocjować z Cry’em, by w ogóle wstać z łóżka, a potem wytłumaczyć mu, że nawet jeśli będzie go błagał, to i tak musi iść i nic na to nie poradzi. Poza tym, było dużo patrzenia sobie w oczy, dotykania się i czułego głaskania, a także trochę narzekania, że któremuś ścierpła ręka albo że gniecie go poduszka jak leży w tej pozycji. Było bardzo przyjemnie, chociaż Cry przyłapywał się na momentach, gdy wpatrywał się w leżącego przed nim mężczyznę z niedowierzaniem, jakby wciąż nie pojmując, że to co się dzieje jest prawdziwe. Przestał sobie jednak odmawiać przyjemności, chociaż wciąż nie potrafił sobie przetłumaczyć, że bardziej odpowiednim słowem na Pewdie'go jest teraz „chłopak” niż „przyjaciel”.
- Boże, ta relacja jest taka pokręcona... Uwierzysz, że byłem kiedyś twoim przyjacielem? - Cry zaśmiał się cicho, wtulając policzek we włosy Pewdie'go.
- Nadal nim jesteś.
- Taa, nie do końca. Bardziej seks-przyjacielem.
- Jeszcze nie - odparł Pewds ze śmiechem.
- Jeszcze nie - zgodził się Cry. - Ale to i tak pochrzaniony związek.
- Wcale nie, wszystko jest w porządku. O ile mnie kochasz.
- Kocham cię. A ty?
- Naaah, nie jestem pewien - powiedział Pewdie, za co Cry dźgnął go boleśnie pod żebra. - Ała! Za co to?
- Powinieneś powiedzieć, że mnie uwielbiasz i że jestem najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego znasz - odpowiedział mu brunet, przysuwając się znowu do niego.
- Mogę to powiedzieć, nie skłamałbym. Ale gdybyś chciał usłyszeć, że jesteś najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego widziałem...
- Leonardo DiCaprio, hmm?
- Znasz mnie, stary.
Romantyczne przytulanie też się jednak skończyło, kiedy Cry stwierdził, że ma ochotę się przewietrzyć i wyszedł na balkon, prosząc Pewdie’go, by dał mu chwilę na odpoczynek w samotności. Oczywiście się zgodził, bo za bardzo go szanował, żeby mu odmówić, ale doprowadziło to do kolejnej godziny wypełnionej dobijającą go nudą. Czytał książki (znowu), śpiewał pod nosem ulubione piosenki (znowu) i robił inne rzeczy, które mogłyby mu zająć czas, jak na przykład przekopywanie wszystkich szuflad w komodzie i szafie, tylko po to, by poskładać te rzeczy z powrotem i włożyć je na swoje miejsce. Z wielką ulgą przywitał więc widok Cry’a wracającego z tarasu z uśmiechem na twarzy i jego zapytanie, czy nie siądzie z nim na zewnątrz, bo jest ładna pogoda. Pewds natychmiast się zerwał, pomagając mu z przygotowaniem kawy i ciasta, po czym wyszedł razem z nim by usiąść przy stoliku i cieszyć się słońcem, które już nie grzało tak mocno, jak kilka godzin temu. Nie rozmawiali, ale nie było to ważne: przynajmniej miło spędzali czas. Zjedli po kawałku czekoladowego ciasta, które Cry znalazł w lodówce i sam jego słodki smak polepszył im nastroje. Wypili po filiżance dość słabej kawy z dużą ilością mleka i było fajnie. Po jakimś czasie zgłodnieli i zrobili sobie prostą kolację z kanapek i sałatki z pomidorami. Cry przeczytał jeszcze dwa rozdziały „Martwych kwiatów”, a potem zaczęło zachodzić słońce i źle się czytało przy takim świetle, więc musiał zamknąć książkę. Nie było to wielkim dramatem, bo i tak chwilę później siedział na balustradzie, dokładnie tak jak dzień wcześniej i trzymając Pewdsa za dłoń może tylko trochę mocniej wpatrywał się w czerwoną tarczę znikającą za horyzontem. Tym razem to on położył głowę na jego ramieniu i przymknął oczy, starając się oczyścić umysł, nie myśleć o niczym. Było tak dobrze, tak spokojnie. Monotonnie i może nawet nudno, ale wolał zanudzić się na śmierć niż umrzeć zaatakowany przez potwora. Pragnął tego nicnierobienia, ciszy i bezpieczeństwa. Dostał je. Było tak dobrze i tak bardzo bolało go to, że kolejna gra mu je odbierze. Miał tylko nadzieję, że chociaż Pewds przy nim zostanie. Utraty jego mógłby już nie przeżyć.

Z potoku czarnych myśli wyrwał go głos Pewdie'go, który postanowił nagle zwrócić uwagę na wyjątkowe ułożenie chmur na niebie. Chociaż prawdopodobnie był to komentarz, który miał go jakoś zachęcić do rozmowy, Cry nie przejął się tym w ogóle. Podniósł wzrok powoli, spoglądając na niebo i… uśmiechnął się sam do siebie. Rzeczywiście, był to ten rodzaj chmur, który przybierał różne formy i kształty, przypominając smoki, psy albo twarze jakichś postaci. Był to temat bardzo głupi, wręcz dziecięco naiwny. Przyziemny. Chyba właśnie to zachęciło bruneta do odpowiedzenia na komentarz i zaprzeczenia, że tamta chmura wcale nie wygląda jak dinozaur tylko ewidentnie jest smokiem, bo tamte dwa obłoki? Te po lewej? To są jego skrzydła. Spędzili dobre dwie minuty na kłócenie się na ten temat, ale nie miało to już większego znaczenia: smoko-dinozaur rozmył się w zupełnie inny kształt, który wyglądał teraz jak wojownik z mieczem czekający na potwora, z którym będzie mógł zawalczyć. Podziwiali chmury jeszcze przez długi czas, do momentu, gdy niebo i chmury nie zrobiły się tak ciemne, że nie było już widać kształtów. Zrobiło się też zimniej, więc wrócili do środka, świadomi, że powoli muszą się przygotowywać do spania. Przebrali się w piżamy dość wcześnie, żeby nie przysnąć w ubraniach, gdyby zmorzył ich sen, ale Pewds przekonał Cry’a, żeby przeczytali jeszcze przynajmniej dwa rozdziały książki przed snem, bo koniecznie chce się dowiedzieć, czy główna bohaterka zostanie uwolniona z rąk tajemniczej grupy przestępczej związanej z serią morderstw. Cry zgodził się, bez problemu, ale ostrzegł Pewdie'go, że to on będzie odpowiedzialny za czytanie, bo brunet jest już zbyt zmęczony, żeby skupić się na składaniu logicznych zdań. Pewds zabrał się więc za kolejny rozdział, naprawdę starając się mówić wyraźnie i poprawnie. W przeciwieństwie jednak do dnia poprzedniego, teraz o dziwo nie słyszał żadnych wrednych komentarzy ze strony Amerykanina, który skulony leżał z głową na jego udzie i tylko jego reakcje na zwroty akcji zdradzały, że jeszcze nie śpi.
- Lubię twój głos – wymamrotał w pewnym momencie, kompletnie zbijając czytającego z tropu. – Ma taką przyjemną barwę, szczególnie, jak czytasz jakiś tekst.
- Jeszcze wczoraj słyszałem, że mam beznadziejny akcent i nie umiem angielskiego – zwrócił mu uwagę Pewds, starając się udawać, że wciąż chowa urazę.
- Nie, twój akcent jest uroczy. Chociaż prawda, powinieneś popracować nad wymową – Cry uśmiechnął się pod nosem. – To nie zmienia faktu, że lubię barwę twojego głosu. Myślę, że nawet gdybyś mówił po szwedzku wciąż by mi się podobała.
- Miło mi to słyszeć.
- Ogólnie… Cały jesteś niesamowity – kontynuował Cry. – Jesteś przystojny i zabawny i ciepły i troskliwy i powiem ci, bardzo inteligentny, chociaż udajesz, że wcale nie…
- Jesteś zmęczony, idź spać.
- Wiesz, oczekuję przynajmniej podziękowań za komplementy, tak się na nie zwykle odpowiada.
- Bardzo mi miło, że tak o mnie myślisz, ale zaczynasz bredzić od rzeczy, więc może lepiej idź spać – odparł Pewds, zsuwając jego głowę ze swoich nóg na poduszkę i okrywając go kołdrą. – Zresztą, jest odpowiednia godzina na sen, jeśli mamy jutro wstać o szóstej.
- Wstajemy o szóstej? Od kiedy?
- Od wtedy, od kiedy musimy wyjść przed ósmą, a ja wolę mieć czasu w zapasie, niż go nie mieć. Im szybciej zaśniesz, tym więcej pośpisz.
- Nastawiłeś budzik jakiś? – Cry odwrócił się do niego, patrząc się ze zmartwieniem na jego twarz. – Nie wstaniemy tak sami z siebie przecież.
- Już ustawiam – Pewds zwrócił się w stronę zegara elektronicznego stojącego przy łóżku i po chwili prób i błędów nastawił go na godzinę szóstą. Cyfry na wyświetlaczu mówiły, że jest już prawie dwudziesta druga, więc Pewdie upewnił się szybko, że budzik na pewno jest ustawiony i zgasił światło, pogrążając pokój w kompletnych ciemnościach. Nie widząc nawet, gdzie idzie, dotarł w końcu do łóżka i po wgramoleniu się pod kołdrę, przytulił Cry’a od tyłu, całując go jeszcze ostatni raz w szyję.
- Też cię kocham – wymamrotał brunet i słychać było, że jest ledwo przytomny. – Branoc.
- Dobranoc – Pewds wtulił się w niego i w tak miłej i przyjemnej atmosferze powoli zasnął, modląc się tylko, żeby mógł tak zasypiać już do końca życia.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Witam wszystkich po długiej przerwie! Z tajemnych źródeł (opinii znajomych i komentarzy na fanpejdżu) wiem, że trochę ludu na to czekało, więc bierzcie i czytajcie, bo zasłużyliście :D
W tym miejscu chciałam was także bardzo przeprosić za zwłokę, ale przyznaję się bez bicia - szkoła zabrała mi dużo czasu i nic nie mogłam na to poradzić. Na szczęście, już za niedługo ferie i wtedy postaram się napisać jak najwięcej, żeby wam to jakoś wynagrodzić. Trzymajcie za mnie kciuki :)
Rozdział trochę słodki, ale jestem z niego niesamowicie zadowolona. Najwidoczniej długie przerwy w pisaniu dobrze działają na moją samoocenę. Jest uroczo, jest miło, jest fajnie i mam nadzieję, że wam też się to spodoba. W końcu trzeba było długo na to czekać. Jak jednak widzicie, wszystko się fajnie układa i jest super romantycznie. Tak jak miało być xD
Odnośnie następnych dwóch części, mam na to tylko gifa:
Krótko mówiąc, jest na co czekać panie i panowie :D

Życzę wam wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku i oby PewdieCry dostarczył nam w 2017 dużo fajnych momentów :D
Brofist!
~Maru <3

UWAGA: Razem z koleżankami i kolegą z klasy napisaliśmy książkę na konkurs i bardzo mało nam brakuje, by przejść do kolejnego etapu. Potrzeba nam głosów! Jeśli macie chwilę czasu i chcecie pomóc mi jakoś w wygraniu tego, to proszę wejdźcie na https://ridero.eu/pl/books/Automat_z_czarna_kawa/ i oddajcie głos. Będę bardzo wdzięczna <3

6 komentarzy:

  1. QWERTYUIOKJHGFDSXCVBNJKIUYTREDCVBHJU <3 <3 <3
    ^ moja obecna reakcja XD
    CZEKAŁAM TAK DŁUGO I OLABOGA, JAK BYŁO WARTO <3
    Ciekawi mnie tylko, jaka gra tym razem im się trafi (mam mocną nadzieję na To the Moon <3)
    DOSTAŁAM CUKRZYCY, HELP ME ;.;
    POIUYTREWQASDFGHJKLKJBVCXSASWERTYU <3 <3 <3
    *fangirling wciąż trwa*
    *mózg.exe przestał reagować*
    <3 <3 <3
    ROZDZIAŁ WSPANIAŁY I CUDOWNY, CZEKAM NA KOLEJNE <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Wreszcie! °^° ♥
    Jak słodko, uroczo, romantycznie, monotonnie ale i cudownie i... i... i wiele innych określeń, których tu nie użyję, bo komentarz byłby za długi xD
    Przyjemnie się to czytało, choć liczyłam także na wątek z następną grą, ale skoro będzie w następnym rozdziale to oki doki. Wytrzymam x3
    Jak zobaczyłam na fb, że masz zamiar opublikować kolejny rozdział, to patrzyłam co kilka godzin czy słowa te się nie spełniły xD
    I jestem z siebie bardzo dumna, bo wczoraj opanowałam zaciesz i wytrzymałam z przeczytaniem tego cuda do następnego dnia. Było cholernie ciężko i co chwila zerkałam na swój telefon, ale jednak poszłam świętować Nowy Rok :')
    A jak już przy tym jesteśmy...
    Tobie też Szczęśliwego Nowego Roku Maru-senpai i żebyś w 2017 miała ogromu weny, pomysłów i czasu na pisanie. Życzę Ci także dobrych ocen w szkole, spełnienia marzeń i w ogóle wszystkiego czego tylko chcesz ♥

    ~Wierna Psyche, wcześniej Ariess xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Dwa słowa : Kocham Cię.
    Warto było czekać na ten rozdział
    Powodzenia w szkole i pamiętaj, że ten blog czytają osoby, które żyją tylko dzięki PewdieCry, więc pisz jak najwięcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm.. nie wiem co powiedzieć to było urocze ^^ Ogólnie nawet fajnie, że dodałaś to w sylwestra bo primo, warto było czekać i secundo, 'rozregulowany zegar biologiczny' tutaj naprawdę pozwala poczuć ich początkowe zmęczenie. Dopiero za chwilę idę spać, pierwszy raz w tym roku no więc tego... Wszystkiego najlepszego, szczęśliwego nowego roku, dużo weny i nie zmieniaj się :)
    Brofist!

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej, halo, nie zostawiaj nas tak na pastwę losu proszę. Ja wiem, że kwiecień i maj to dość ciężkie miesiące dla uczniów w placówce każdego poziomu ale ja cały czas wierzę, że jeszcze wrócisz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem Ci, trafiłaś, za pół godziny wstawiam nowy rozdział xD
      Przepraszam za tą zwłokę, nie zostawiam tego, chcę to pociągnąć do końca :)

      Usuń