sobota, 6 grudnia 2014

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział trzeci, część trzecia.

***
Jak mógł do tego dopuścić? Przecież… To nie Pewdie został zaatakowany, więc czemu? Łzy spływały Cry’owi po policzkach, a on nie mógł ich powstrzymać. Albo nie chciał ich powstrzymać…? Zagryzł wargę, do krwi, nie zważając na ból. Przynajmniej ten fizyczny, bo gdzieś w sercu czuł, że za chwilę straci nad sobą panowanie. Z jakiegoś dziwnego powodu przed oczami widział wciąż te wszystkie szczęśliwe chwile, jakie przeżył z przyjacielem. Początki ich przyjaźni, pierwsze spotkanie, każdą rozmowę, którą kiedykolwiek z nim przeprowadził. Wszystko. Jego głos, tak ciepły, jego śmiech, tak radosny, jego słowa, tak piękne… Teraz to wszystko było martwe. Wraz z Pewdie’m, umarło wszystko, co Cry uwielbiał, każda najmniejsza rzecz.
Wiedział, że musi się pozbierać. Wiedział, że musi iść dalej. Czuł, że za moment zwymiotuje, ale zignorował ten fakt zupełnie. Nie chciał się pozbierać. Nie chciał iść dalej. Chciał tu zostać, umrzeć. Miał tylko nadzieję, że w końcu przyjdzie tu jakiś potwór i brutalnie zmasakruje jego zwłoki, bo tylko na to zasługiwał. Nie mógł jednak czekać. Cry odwrócił się na moment od Pewds’a, tylko po to, by chwycić broń i przyłożyć ją sobie do skroni.
- Przepraszam, Pewdie, ale… Sam nie dam rady – szepnął, siląc się na słaby uśmiech. Położył palec na spuście, całkowicie gotowy na śmierć.
- Boże, jesteś taki nudny…
Cry drgnął, odkładając broń i gwałtownie spoglądając za siebie. Nie był pewien, czy to były tylko omamy słuchowe czy rzeczywistość, ale był pewien, że coś słyszał…
- Co ty, nigdy w kooperacji nie grałeś? Nie możesz umrzeć, bo wtedy gra się skończy – stwierdziła Alice. – Jeśli gra się skończy, to znów będę się nudzić.
- Z-zostaw mnie – warknął Cry ze wściekłością. Jego głos nie brzmiał jednak zbyt groźnie, nadal było słychać, że płacze. Jego oddech był dość nieregularny i nie potrafił uspokoić się na tyle, żeby powiedzieć chociażby jedno zdanie bez przerywania. Wściekłość, która przez niego przemawiała była jednak jak najbardziej prawdziwa; gdyby tylko Alice pokazała mu się na oczy, prawdopodobnie długo by nie pożyła. – To wszystko twoja wina, nie masz prawa teraz…
- Mam prawo robić to, co chcę robić – odparła. – A ty się tak nie rozklejaj, tylko się ogarnij. Nie będziesz mi psuł zabawy.
Cry nic nie odpowiedział. Zacisnął tylko zęby, wściekły i zrozpaczony jednocześnie. Nie chciał jej towarzystwa, chciał tylko umrzeć. Jeśli Pewds miał być martwy, to w takim razie on też. Inna opcja nie istniała.
- Oh, no weź, masz 25 lat! Nie żal ci umierać, jak możesz wrócić do świata żywych? Przestań mi tu odstawiać dramaty, przywróć swojego ukochanego do życia i idź dalej – Alice zaczęła się irytować.
- Przywróć do życia? – Cry natychmiast się ożywił. – Jak mogę to zrobić?
- Jeju, ty chyba naprawdę nie grałeś nigdy w kooperację… Naprawdę nie pamiętasz, jak to działało? Boże, całe życie z idiotami…
Cry usilnie próbował sobie przypomnieć tamtą rozgrywkę. Cóż, rzeczywiście, chyba mogli się nawzajem przywracać do życia, tylko jak…
- Mam go reanimować?
- No gratulacje, Sherlocku. Owacje na stojąco – głos Alice był pełen ironii, jak zwykle. Cry jednak zignorował to, podekscytowany możliwością uratowania przyjaciela.
- Zadziała? – spytał tylko, kładąc dłonie na środku klatki piersiowej blondyna, gotowy do reanimacji.
- Nawet jeśli nie, to spróbować warto. Przynajmniej będę się miała z czego śmiać.
Cry pochylił się nad ciałem Pewdie’go i zaczął rytmicznie uciskać w miejscu, gdzie znajdowało się serce mężczyzny. Starał się nie przyspieszać i robić to z odpowiednią siłą, ale szczerze mówiąc, chciał jak najszybciej zobaczyć efekty. Po wykonaniu trzydziestu uciśnięć i po dalszym braku jakiejkolwiek zmiany, Cry przypomniał sobie cały proces prowadzenia reanimacji. Chyba dwa oddechy na trzydzieści? Brunet delikatnie odchylił głowę Pewds’a do tyłu i wykonał dwa oddechy, przykładając swoje usta do ust przyjaciela. Gdzieś za sobą usłyszał cichy śmiech Alice, jednak zignorował go. Zajął się kolejną serią ucisków i znów wykonał dwa oddechy. Powoli zaczęła go ogarniać panika. Robił coś źle? A może Alice go okłamała? Tylko po co miałaby to robić?
- No dalej, nie poddawaj się!
Cry zacisnął zęby i kontynuował próbę przywrócenia Pewdie’mu życia. Nie miał pojęcia, czy mu się to uda, ale chciał wierzyć, że to zadziała. Musiało zadziałać. Nie miał pojęcia, ile czasu jeszcze zajmie mu prowadzenie tej reanimacji. Pewds był tak samo blady i nieruchomy jak i piętnaście minut temu, więc Cry’a ogarniało coraz to więcej wątpliwości.
Nagle wydawało mu się, że Pewds poruszył się nieco. Spojrzał na twarz przyjaciela, ale nadal jego oczy były przymknięte. Wrócił więc do uciskania, nieco zirytowany swoją naiwnością. Za wiele sobie wyobraża – Alice go oszukała, Pewds nie żyje i już nigdy do życia nie wróci. Boże, przywrócić kogoś do życia… Jak mógł być tak głupim, żeby w to uwierzyć…? Cry schował twarz w dłoniach, starając się nie rozpłakać. W ułamku sekundy porzucił wszelkie nadzieje, uświadamiając sobie, że czegokolwiek by nie zrobił, Pewdie nie powstanie z martwych. Rzeczywiście, gdzieś tam podczas co-opa mogli się nawzajem ratować, ale w końcu to była gra komputerowa. Tutaj wszystko działało nieco inaczej – nie mieli przecież nieskończonej liczby żyć. Życie mają jedno i na tym się kończy.
Cry przetarł oczy, biorąc kilka głębokich wdechów. Był zmęczony. Chciał się obudzić w swoim łóżku, bezpieczny, nawet nie pamiętając tego koszmaru. Chciał wyjechać do Anglii, spotkać się z Pewdie’m, zostać u niego na parę dni i wrócić na Florydę. Tylko tyle. Chciał znów żyć w normalnym świecie.
Położył głowę na piersi przyjaciela i przymknął powieki. Potrzebował odpoczynku. Chociażby chwili, zanim zdecyduje, co zrobić dalej. Oddychał równo, powstrzymując się od płaczu. Nawet jeśli Alice mu nie pomogła, uświadomiła mu przynajmniej jedno: nie może się tak szybko poddawać, musi iść dalej. Musiał się pozbierać. Ale najpierw chciał spędzić trochę czasu z Pewds’em. Przecież już więcej go nie zobaczy… Leżał więc, jednocześnie trzymając blondyna za dłoń. Panowała zupełna cisza, zanim Cry usłyszał jakiś dźwięk.
Przez moment myślał, że zaczyna mieć jakieś halucynacje i powoli traci zmysły, ale po chwili był już niemal pewien, że niczego sobie nie wymyślił. Serce Pewdie’go biło słabo, ale jednak biło. Wrócił także puls. Cry patrzył na ciało przyjaciela, zszokowany. Reanimacja pomogła? Pewds wraca do życia? Brunet wpatrywał się w rozłupaną czaszkę. Krew wpływała z powrotem do rany, a ona sama zaczęła się zasklepiać. Po chwili na głowie Pewdie’go nie było widać nawet śladu po ataku. Szok, który towarzyszył Cry’owi przez ostatnie minuty, natychmiast zmienił się w radość – Pewds otworzył oczy, głęboko oddychając.
- Cry? C-co się sta- Pewdie nie mógł nawet dokończyć pytania; Cry przytulił go mocno, płacząc, tym razem ze szczęścia.
- Żyjesz! Mój Boże, tak się bałem… Nic ci nie jest? – Amerykanin zacisnął palce na ramieniu przyjaciela, w silnym uścisku. – Byłem przerażony, jak dobrze, że jesteś…
- Cry, spokojnie. Wszystko ze mną w porządku… - Pewds był nieco zaskoczony reakcją Cry’a, ale odwzajemnił uścisk. – Co się stało? Nic nie pamiętam…
- Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie? – brunet odsunął się w końcu, jednak wciąż uśmiechał się.
- Walczyliśmy z potworami i krzyknąłeś, że skończyły ci się naboje… Rzuciłem ci broń, ale nie udało ci się jej złapać i ten ptak cię zaatakował… A ja wyskoczyłem przed ciebie i wtedy… Dalej już nie pamiętam. Ale skoro żyję, to rozumiem, że musiałeś jakoś mnie uratować.
- Nie zdążyłem. Nie uratowałem cię.
Pewdie spojrzał na niego, zaskoczony. Myślał, że Cry go odepchnął, a on przy upadku stracił przytomność – przynajmniej takie wytłumaczenie miało dla niego sens.
- Nie zdążyłeś?
- Tak. Nie zauważyłem nawet, że przede mnie wyszedłeś. Ten potwór wbił ci siekierę w sam środek głowy, pozbawiając cię życia – Cry przestał się uśmiechać, na jego twarzy wymalowane było cierpienie. Spojrzał ze smutkiem na Pewdsa. – Czemu to zrobiłeś?
- Musiałem cię ratować.
- Poświęcając własne życie? Oszalałeś? Wiesz, co ja przez ciebie przeżywałem?
- Przepraszam. Ale nie mogłem pozwolić ci umrzeć. Jestem twoim przyjacielem. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym cię nie uratował – Pewds spojrzał na Cry’a, ale w jego oczach nie było smutku. Wiedział co mówił i był zdecydowany. – Gdyby znowu stało się coś takiego, zrobiłbym to jeszcze raz, bez zastanowienia.
Obaj milczeli przez chwilę. Cry nawet nie miał zamiaru patrzeć Szwedowi w oczy. Zacisnął zęby, czując jednocześnie złość i… ciepło? Był zły, że Pewdie podjął taką decyzję, chciał na niego nakrzyczeć i powiedzieć mu, że jest potwornym egoistą, ale… z drugiej strony cieszył się, że jest dla niego tak ważny. To było miłe, w pewien pokręcony sposób. Jednak wściekłość była uczuciem nieco silniejszym. To nie tak powinno wyglądać, przecież Cry’owi też zależało na tym, żeby jego przyjaciel był cały i zdrów. Nie miał zamiaru jeszcze raz patrzeć, jak Pewds leży martwy na ziemi. Nie zgadzał się na to.
- Nieważne. Porozmawiamy o tym później. Najpierw się stąd wydostańmy – mruknął Pewdie, podnosząc się z ziemi.
- Czekaj, może powinniśmy jeszcze chwilę zostać – Cry zatrzymał go, wstając także. – Co dopiero wstałeś z martwych, nie możesz się przeforsować…
- Wszystko jest w porządku, wyluzuj – mężczyzna uśmiechnął się, otrzepując mundur. – Czuję się dobrze, a nie możemy tracić tu czasu. Im szybciej wyjdziemy, tym większa szansa, że nie umrę ponownie.
- To nie jest zabawne.
Pewds ruszył w głąb korytarza, trzymając karabin w dłoniach. Szczerze mówiąc, nadal nie docierał do niego fakt „powstania z martwych”. Cała ta sytuacja była dla niego po prostu absurdalna. To wszystko potoczyło się tak szybko – nawet nie był w stanie przypomnieć sobie tego, co wydarzyło się przed walką. Dobrze, miał ogólny zarys, ale nie pamiętał szczegółów: odczuć, swoich myśli, momentu, gdy siekiera w niebezpiecznym tempie zbliżała się do jego głowy… Nie umiał sobie poukładać tego wszystkiego. W tej rozgrywce działo się wiele dziwnych rzeczy, ale wcześniejsze mógł jeszcze jakoś ogarnąć. Tego, co się wydarzyło teraz nie rozumiał kompletnie.
Pewdie spojrzał na przyjaciela, który szedł obok niego. Cry wyglądał okropnie: twarz miał pokrytą krwią, był wyraźnie roztrzęsiony, a jego oczy były czerwone i opuchnięte od płaczu. Na pewno było to dla niego ciężkie. Jakaś część Pewds’a żałowała, że zdecydował się na poświęcenie życia – ciężko patrzyło mu się na rozpacz swojego najlepszego przyjaciela. Z drugiej strony wiedział, że postąpił słusznie i że warto było ratować bruneta. Nie chciałby przechodzić przez jego śmierć.
Sam też nie czuł się najlepiej. Niby wszystko było w porządku, ale czuł się potwornie zmęczony i odczuwał ból przy każdym najmniejszym ruchu. Miał dziwne wrażenie, że za chwilę zwymiotuje, albo co gorzej zemdleje. Szedł wzdłuż korytarza, rozglądając się po pokojach, ale w końcu stwierdził, że nie da już dłużej iść. Oparł się o ścianę, oddychając ciężko. To dziwne, bo na początku czuł się dobrze, dopiero teraz zaczął mieć jakieś problemy. Może rzeczywiście powinien chwilę odpocząć, zanim ruszy dalej…
- Hej, wszystko w porządku? – Cry zauważył, że Pewds nie idzie już koło niego. Podszedł do przyjaciela, zmartwiony. – Co się dzieje?
- Nie czuję się najlepiej… Chyba muszę posiedzieć chwilę, wziąć oddech.
Cry spojrzał na niego niepewnie, jednak zgodził się na postój. Stali chwilę w ciszy, którą przerwał cichy głos blondyna:
- Jak udało ci się mnie ożywić…?
Cry westchnął, przypominając sobie, jak ciężkie to było. Tak bardzo starał się skupić na misji, przynajmniej na razie o tym nie myśleć… Stał cicho jeszcze przez chwilę, próbując poukładać sobie treść odpowiedzi, którą miał zamiar powiedzieć.
- Pamiętasz, jak wyglądał co-op do tej gry? – spytał, a gdy Pewdie zaprzeczył ruchem głowy, kontynuował: - Gdy jedna z postaci umierała, druga mogła ją ratować, robiąc reanimację. Tak długo, jak przynajmniej jedna z osób była żywa, gra nie kończyła się. Oczywiście, sam na to nie wpadłem, byłem zbyt zrozpaczony. A jednak Alice mi pomogła. Pierw myślałem, że był to tylko podstęp, że w niewiadomym celu tylko ze mnie drwi, ale okazało się, że miała rację. Wykonywałem więc masaż serca, póki nie zacząłeś dawać jakichś oznak życia – Cry spojrzał na Felixa, zagryzając wargę. – Nigdy więcej tak nie rób.
Pewds spojrzał na niego zaskoczony. Jeszcze nigdy nie widział, żeby Cry był tak smutny. Wiedział, że brunet stara się ukryć jakoś swoje emocje i nie chciał mu w tym przeszkadzać. Po prostu pragnął wiedzieć, co się wtedy wydarzyło. To może się jeszcze przydać w tej grze.
Odsunął się od ściany, chcąc iść dalej. Był jeszcze nieco obolały, ale zignorował ten fakt, powoli idąc przed siebie. Cry ruszył za nim, obserwując go uważnie, wciąż nie do końca pewny, czy Szwed czuje się dobrze. Jak szybko się przekonał, samopoczucie przyjaciela nie było wystarczająco dobre. Pewds przeszedł zaledwie kilka kroków, po czym znów osunął się na ścianę, nie mogąc złapać tchu.
- To jakiś skutek uboczny? – powiedział, starając się chwycić nieco powietrza.
- Nie wiem, może potrzebujesz więcej czasu? – mruknął Cry, nie wiedząc, co ma zrobić. Spojrzał na Pewdie’go i zauważył, że z kieszonki jego munduru wystaje igła strzykawki. Natychmiast wyciągnął ją, oglądając dokładnie. – To ta strzykawka z morfiną… Może to ci jakoś pomoże?
- Warto spróbować – Felix odsłonił przedramię, podwijając rękaw. Skinął na Cry’a, aby wbił igłę, ale brunet chyba nie był zbyt przekonany.
- Nie chcę cię narażać na niebezpieczeństwo…
- Wbijaj, nie mam nic do stracenia. W razie czego mnie wskrzesisz.
- Przestań, to mnie naprawdę nie bawi.
Ostrożnie wbił igłę strzykawki, czując jak trzęsą mu się ręce. Nacisnął tłok, wstrzykując substancję w żyły blondyna, po czym wyciągnął igłę i spojrzał na reakcję przyjaciela. Pewds zacisnął zęby i wstrzymał oddech, starając się nie krzyczeć. Był przerażony. Jeszcze nigdy nie czuł tak potwornego bólu, przynajmniej nigdy nie pamiętał. Odchylił głowę do tyłu, mocno ściskając ramię i czując, jak łzy napływają mu do oczu.
 Nagle ból ustąpił, wszystko wróciło do normy. A nawet lepiej – mężczyzna poczuł nagły przypływ energii, nie czuł się już zmęczony i obolały. Wypuścił powietrze z ulgą, uśmiechając się.
- Działa! – wykrzyknął. Czuł się jak nowonarodzony. – Boże, czuję się świetnie! Musimy znaleźć tego więcej…
- Na pewno wszystko w porządku? – spytał Cry, niezbyt pewien. Pewds wyglądał dobrze, ale nie wiadomo było, jak długo to zadziała. – Nie chcesz jeszcze chwilę poczekać?
- Nie ma czasu na czekanie – Pewdie, uśmiechając się szeroko, ruszył przed siebie. – Chcę jak najszybciej stąd wyjść.
- Nie rozumiem cię – mruknął brunet w odpowiedzi, ale podążył za przyjacielem.
Felix minął pokój o żółtych ścianach, idąc korytarzem w lewo. Nie do końca wiedział, gdzie tak właściwie chce iść, więc po prostu szedł przed siebie, szukając podpowiedzi lub wskazówek. Gdzieś na korytarzu znalazł paczkę z nabojami, którymi naładował karabin, po czym wszedł do pierwszego pomieszczenia, jakie zobaczył. Miało ono szare ściany i szarą podłogę, od pozostałych pokojów różniło się tylko tym, że nie było w nim żadnych mebli poza krzesłem, które stało na środku. Pewds od razu do niego podszedł.
- Hej, Mr.Chair! Co u ciebie? – powiedział, oglądając krzesło. Cry spojrzał się na niego, zastanawiając się, czy po tej morfinie jego przyjaciel aby na pewno czuje się dobrze.
- Gadasz z meblami. Jesteś pewien, że ci to nie zaszkodziło?
- Pooglądałbyś czasem moje gameplay’e, to byś wiedział, że Mr.Chair to mój przyjaciel – odparł Pewds.
- Masz dziwnych znajomych – Cry wyminął go i udał się do łazienki, która znajdowała się w tym pomieszczeniu. – Zresztą, twoje gameplay’e są nudne.
- Chyba twoje. Bawią cię w ogóle te gry? Brzmisz, jakbyś przed nimi przysypiał.
- Przysypiam jak słyszę te twoje durne teksty.
- Po prostu się przyznaj, że zazdrościsz mi popularności.
Cry powstrzymał się od komentarza, wchodząc do wykafelkowanego na zielono pokoju. Były w nim tylko umywalka i toaleta, na której leżał karabin maszynowy.
- Znalazłem karabin! Kto tu teraz zazdro-
Cry odwrócił się, chcąc pokazać swoją zdobycz przyjacielowi i natychmiast zamilkł. Drzwi były zamknięte, choć brunet wyraźnie pamiętał, że zostawiał je otwarte.
- Dobra, stary, wiem, że się obraziłeś, ale nie musisz tego demonstro- Ach!
Podłoga w łazience nagle zapadła się, przez co Cry spadł piętro niżej, do jakiegoś białego pokoju. To co tam zobaczył, wcale mu się nie spodobało. Dwie, wykrzywione postacie, pokryte krwią czekały na niego. Były ledwie podobne do ludzi, stały na rękach, machając swoimi powykręcanymi nogami we wszystkich kierunkach. W ułamku sekundy jedna z postaci podbiegła do bruneta. Cry był przerażony, a potwór był coraz bliżej.
- Pomocy! – wrzasnął, mając nadzieję, że Pewdie go usłyszy. Natomiast sam natychmiast chwycił swój nowy karabin i zaczął strzelać. Po kilku wystrzałach kreatura padła martwa, za to kolejna już się zbliżała.
- Szybko! – Amerykanin chciał przeładować broń, ale okazało się, że nie ma już żadnych nabojów. Zaczął biegać po pokoju, byleby tylko oddalić się nieco od monstrum. Potwór był dość szybki, a Cry zaczął się powoli męczyć. Nagle usłyszał nad sobą głośny trzask, jakieś nawoływania, huk strzału i w jednym momencie zagrożenie zostało usunięte. Potwór leżał martwy na ziemi, a przez dziurę w suficie wyglądał Pewds.
- Hej, nic ci nie jest? – zeskoczył na dół, wyminął zakrwawione zwłoki i podszedł do przyjaciela. – Było niebezpiecznie.
- Tak, było. Jestem teraz w takim szoku… - Cry wziął kilka głębokich oddechów, zanim przemówił ponownie. – Dzięki za ratunek. To mnie… zaskoczyło.
- Nie ma za co – Pewdie podszedł do drzwi, które znajdowały się w tym pokoju. Były zabite deską, ale nie wyglądała ona na zbyt mocną. – Trzeba będzie wyważyć drzwi.
- Wiesz może chociaż jak mamy to zrobić?
- Cóż, jakoś damy radę.
Wziął rozbieg i rzucił się na drzwi, starając się jakoś je otworzyć. Niestety, nie zauważył żadnych efektów. Kiedy miał spróbować drugi raz, Cry powstrzymał go i podszedł bliżej wyjścia.
- Spróbujmy jakoś wyłamać deskę, może wtedy przejdziemy…
Chwycił kij i stanął przed drzwiami. Pewds spojrzał na niego niepewnie. Miał lekkie wątpliwości, czy ta metoda może w ogóle zadziałać. Cry natomiast wziął zamach i uderzył kijem w deskę, używając całej swojej siły. Po kilku takich atakach deska rozwaliła się na kawałki i drzwi nie były już zabarykadowane. Brunet skinął na Pewdsa, przyzwalając mu na wyważenie drzwi. Po chwili przeszkodę usunięto i mężczyźni mogli wyjść na korytarz.
- Znowu jesteśmy na pierwszym piętrze – mruknął Pewdie, rozglądając się dookoła. – Nic nam to nie dało.
- Poza tym, że już nie siedzimy w pokoju razem z dwoma martwymi ciałami, rzeczywiście, nic nam to nie dało – odparł Cry i poszedł wzdłuż korytarza, do schodów, po czym zatrzymał się, zdezorientowany. – Wiesz może, gdzie teraz mamy iść?
- Nie mam pojęcia – powiedział Pewds. Nagle zauważył, że na podłodze znajduje się jakiś rysunek – czerwona strzałka prowadząca do schodów. – Może tędy?
Gracze weszli piętro wyżej, tym razem nie spotykając żadnych potworów. Przystanęli, rozglądając się za kolejnymi strzałkami, które pomogłyby im dotrzeć do celu. Po chwili zauważyli jedną, prowadzącą w kierunku korytarza, tego samego korytarza przez który dostali się wcześniej do pokoju z krzesłem. Tym razem jednak skręcili w prawo, trafiając do niezbyt wielkiego pokoju o białych ścianach pokrytych graffiti, z kilkoma półkami, dwoma oknami i… potworem w masce ptaka, który natychmiast zaczął iść w ich kierunku, wrzeszcząc oraz machając siekierą. Pewdie wystrzelił kilkukrotnie, starając się trafić monstrum w głowę i już po chwili przed przyjaciółmi leżało nieruchome ciało.
- Boże, nie cierpię tego – warknął blondyn, mijając zwłoki. – Wychodzą nagle i zaczynają się drzeć, kiedyś w końcu umrę na zawał.
Cry przemilczał wypowiedź, rozglądając się po pokoju. Na jednej z półek znalazł pudełko z nabojami, którymi natychmiast naładował karabin. Rozejrzał się i zauważył, że niedaleko leży kolejne pudełko. Cry przesypał jego zawartość do kieszeni - amunicja wciąż mogła być przydatna.
- Ej, tędy można przejść! – Pewds wyglądał przez okno. – Jest tu coś w rodzaju balkonu, może będzie się dało wyjść z budynku?
Zanim Cry zdążył w ogóle zareagować, Pewdie przeszedł przez ramę i znajdował się już na zewnątrz. Zaraz po tym rozległ się krzyk blondyna, na który Cry natychmiast zareagował. Podbiegł do okna i zobaczył Pewdsa leżącego podłodze, a chwilę później do jego uszu dobiegł wrzask potwora. Był to jeden z tych potworów w maskach, który właśnie atakował Szweda. Pewds uchylił się przed ciosem siekiery, wciąż nerwowo naciskając na spust, mimo tego, że nie miał już żadnych nabojów. Cry, wciąż stojąc w pokoju, oddał kilka strzałów, ratując blondyna.
- Żyjesz? – spytał, wychodząc na zewnątrz i kucając przy przyjacielu. Wyglądało na to, że Pewdie jest cały i zdrowy, tylko nieco zszokowany. Miał przymknięte oczy i oddychał szybko, trzęsąc się okropnie.
- T-tak… - odparł dopiero po chwili, nieco się uspokoiwszy. – Chodźmy. Już prawie skończyliśmy, nie możemy się zatrzymywać.
- Racja. Dać ci jeszcze chwilę? – spytał Cry, a gdy usłyszał odmowną odpowiedź, ruszył przodem, dochodząc do końca balkonu. Skoczył przez dziurę w podłodze, tym samym znajdując się na parterze. Na dole były tylko dwa okna, umożliwiające wejście do środka. Czekając, aż Pewds zejdzie, przeszedł do końca platformy i zajrzał przez okno do pokoju, który się tam znajdował. Wewnątrz ujrzał jakiś pistolet i pudełko z nabojami, leżące na ziemi. Natychmiast wszedł do pokoju i zabrał stamtąd przedmioty, po czym wrócił na balkon.
- Znalazłeś coś? – Pewdie podszedł do niego.
- Broń i naboje. Bierz – Cry podał mu oba znaleziska i widząc, że przyjaciel chce zaprotestować, powiedział: - Ja mam pistolet, karabin i trochę amunicji. Ty masz tylko karabin i to zresztą bezużyteczny. Bierz, bo tobie się bardziej przyda.
Pewds skinął niechętnie, odbierając broń. Upewnił się, że zarówno karabin jak i pistolet są gotowe do użycia, po czym ruszył do drugiego z okien. Wszedł przez nie do białego pokoju, który nie różnił się za bardzo od kilkunastu innych pomieszczeń jakie widział w tej grze. Na środku pokoju znalazł jeszcze jedną paczuszkę z nabojami.
- Zaczyna mnie martwić, że tyle tego znajdujemy. Jak nas nagle zaatakuje dziesięć potworów na raz, to nie będzie zabawnie.
- Spokojnie, może nie będzie aż tak źle – odpowiedział Cry, jednak nie był zbyt pewien swoich słów. Rzeczywiście, to było podejrzane, że znaleźli aż tyle amunicji w przeciągu zaledwie kilku minut. – Możesz sobie to zatrzymać, ja nie potrzebuję.
- Weź połowę. Jeszcze nie wiesz, czy ich nie potrzebujesz.
Cry schował swoją część do kieszeni i ruszył przodem, opuszczając pokój. Trafił do długiego, szerokiego korytarza. Gdy spojrzał w lewo, uśmiech natychmiast zagościł na jego twarzy: korytarz kończył się wielkimi, otwartymi na oścież drzwiami, które były jednocześnie wyjściem z budynku.
- Nareszcie! – Pewdie zaśmiał się, widząc wyjście. – Wreszcie koniec tego koszmaru!
Blondyn szybkim krokiem podszedł do drzwi i w momencie, gdy miał przekroczyć próg, zamknęły się z hukiem, zaraz przed jego twarzą. Mężczyzna odskoczył, zaskoczony, po czym szarpnął za klamkę.
- Co jest… - mruknął, nieco przestraszony.
- To nie koniec? – Cry zaczynał panikować. Był święcie przekonany, że już skończyli ten poziom, że musieli tylko opuścić budynek…
Nagle zrobiło się jakby ciemniej, mimo tego, że obaj gracze nadal mieli włączone latarki. W korytarzu zapanował nagły chłód. Pewds i Cry cofnęli się trochę od drzwi. Co się działo? Z ich ust zaczęła się wydobywać para, w pomieszczeniu było coraz zimniej. Po chwili przyjaciele usłyszeli dziwne dźwięki, jakieś trzaski, szepty, krzyki. Cry zamarł, przerażony. Już wiedział, co się działo.
- Simon – szepnął Pewds, wypowiadając myśli przyjaciela na głos.
Szwed zrobił dwa kroki w tył i szarpnął Cry’a za rękaw. Brunet także powoli ruszył. Wiedział, że nie da się ukryć przed Simonem ani przed nim uciec, ale mogli schować się przynajmniej na chwilę, żeby kupić sobie trochę czasu i wymyślić jakiś dobry plan. Pospiesznie wycofali się kawałek, chowając się w mniejszych korytarzach: Pewdie po lewej, Cry po prawej.
- Co teraz? – Amerykanin wychylił się zza rogu, sprawdzając, czy Simon się gdzieś nie pojawił.
- Trzeba go będzie zabić, nie mamy innego wyboru.
- Dziękuję, Panie Oczywisty. A teraz rada, która naprawdę mogłaby się przydać! – krzyknął Cry, zagłuszany przez nasilający się hałas. Do dźwięków, które słyszeli poprzednio dołączył jeszcze niski głos, powtarzający w kółko dwa zdania: „Jestem chory” i „Zabij się”. Pewds poczuł, jak jeżą mu się włosy na karku. Przełknął ślinę i  z trudem wyjrzał na korytarz.
Simon stał przy drzwiach, w rękach trzymając karabin. Felix nie był w stanie dokładnie go zobaczyć; jedyne co mógł dostrzec, to szara, pokryta krwią bluza, którą miał na sobie. Simon powoli odwrócił się w stronę blondyna i zaczął do niego strzelać. Pewdie schował się za ścianą, kompletnie spanikowany. Nie miał bladego pojęcia, czy wyjdzie z tej gry cało; wiedział, że jego przeciwnik jest silny, a ta informacja, zamiast go mobilizować, paraliżowała go całkowicie. Czuł jak ręce trzęsą mu się, jak krople potu spływają po jego czole. Nie da rady…
- Weź się w garść! – usłyszał krzyk przyjaciela i zwrócił się w jego stronę. Cry wciąż chował się w korytarzu, ale od czasu do czasu wychylał się i strzelał do Simona. – Sam nie dam rady, postaraj się!
Pewds wziął głęboki oddech, zaciskając palce na uchwycie pistoletu. Wyjrzał zza rogu i oddał kilka strzałów, po czym znów skrył się za ścianą, unikając strzałów. Nie było tak źle; może taka taktyka pozwoli im wygrać?
 Największym plusem w tej walce było to, że ich przeciwnik był dość powolny: silny, uzbrojony, trudny do pokonania, ale powolny. A fakt, że gracze ustawili się po dwóch stronach korytarza dawał im przewagę – Simon nie mógł strzelać do obu naraz, więc co chwilę zmieniał swój cel. Więc w momencie, gdy atakował Pewdie’go, Cry mógł do niego swobodnie strzelać, jednak gdy zwracał się do bruneta, Pewds miał okazję skorzystać z broni. Przez kilka minut taki sposób był skuteczny, jednak Simon powoli się zbliżał i w ogóle nie wyglądał umierającego, albo chociaż zranionego. A kiedy znajdzie się w tym samym miejscu co gracze, przestanie być bezpiecznie.
- Cry! Czas nam się kończy! – wykrzyknął Pewds, przeładowując broń i strzelając do przeciwnika. Simon był już tylko kilka metrów od nich. – Co robić?
- Nie przestawaj strzelać! – usłyszał w odpowiedzi. – I módl się, żeby w końcu padł!
Pewdie zagryzł wargę. Rzucił pistolet gdzieś na bok i ściągnął karabin, który miał przewieszony przez ramię. Wystrzelił całą serię pocisków, ze strachem obserwując, jak Simon idzie powoli w jego kierunku. Kiedyś musi umrzeć…
Cry również obserwował z niepokojem ruchy wroga. Miał tylko kilka nabojów, a Simon właśnie zrównał się z graczami. Mógł zrobić tylko jedno: odciągnąć go od Pewdie’go. Chwycił więc pistolet i zaczął strzelać w potwora, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Udało się; Simon powoli obracał się w stronę bruneta, z karabinem przygotowanym, by go zabić. Cry zamarł z przerażenia, gdy zobaczył twarz przeciwnika z bliska. Była zakrwawiona, tak jak ubranie, wykrzywiona w dziwnym grymasie. Wytrzeszczone oczy wpatrywały się w Amerykanina, lekko otworzone usta ukazywały zęby. Krew wypływała mu z ust i z oczu sprawiając, że wyglądał potwornie. A w dodatku trzymał karabin, wycelowany dokładnie w niego.
- Strzelaj! – zdążył krzyknąć do Pewdie’go, który kompletnie zszokowany obserwował całą sytuację. – Szybko!
Usłyszał strzały i poczuł potworny ból gdzieś w okolicach brzucha. Puścił pistolet, chwycił się za brzuch, czując coś ciepłego i lepkiego pod palcami i spojrzał na Simona. Do jego uszu dobiegł kolejny huk strzału; tym razem ból pojawił się w klatce piersiowej. Cry poczuł, jak kolana się pod nim uginają, jak pada na ziemię. Chwilę później nie czuł już nic. Leżał martwy na ziemi, u stóp potwora.
Pewds zaczynał panikować. Gdy usłyszał krzyk Cry’a, natychmiast zaczął strzelać do Simona, jednak gdy potwór nie odwrócił się, Pewdie poczuł strach. Musiał pomóc przyjacielowi, ale nie za bardzo wiedział jak. Wystrzelił więc całą amunicję, jaką posiadał, ale to nie pomogło. A w dodatku Simon użył broni. Felix mógł tylko z przerażeniem i szokiem obserwować, jak ciało Cry’a upada na ziemię, zakrwawione i bez życia.
Stał tak przez chwilę, kompletnie sparaliżowany strachem. Patrzył, nie do końca przytomny, jak Simon bezcześci zwłoki jego przyjaciela, strzelając w nie. Śledził wzrokiem kałużę krwi, która powstawała w miejscu, gdzie leżał Cry. Nagle otrząsnął się. Spojrzał na swój pistolet i karabin, stwierdzając, że brakuje mu już nabojów. Sięgnął więc za pas, chwytając za nabity gwoźdźmi kij i wziął głęboki oddech. Jeśli ma zginąć, to przynajmniej zginie w walce.
Zdecydowanym krokiem podszedł do Simona. Wydawało się, że przeciwnik nawet go nie zauważa, że jest zbyt pochłonięty masakrowaniem martwego już Cry’a. Pewds wziął spory zamach i uderzył potwora w głowę. Zdawał sobie sprawę, w jak beznadziejnej sytuacji właśnie się znajdował, ale wiedział też, że nie może siedzieć bezczynnie, pokornie czekając na śmierć. Nie tego chciałby Cry.
Pewds zaatakował jeszcze raz i ponownie, patrząc, jak kaptur Simona staje się czerwony od krwi, w miejscu, w które uderzał. Potwór przestał strzelać, powoli obracając się do Pewdie’go. Blondyn przełknął ślinę, przerażony, jednak wziął się w garść i zaczął zadawać więcej ciosów, modląc się, by jakoś go to uratowało. Simon stał już twarzą do niego, unosząc karabin. Pewds wziął spory zamach i uderzył go ostatni raz, wkładając w to całą swoją siłę. To tyle. Przynajmniej walczył dzielnie, zanim umarł.
Mężczyzna przymknął oczy, czekając na huk strzału, który zwiastowałby jego śmierć, ale nie usłyszał żadnego dźwięku. Powoli otworzył zamknięte powieki i rozejrzał się. Simona nie było. W korytarzu zaczęło się robić coraz jaśniej, cieplej, hałas powoli się wyciszał. Drzwi, znajdujące się na końcu korytarza znów stały otworem. Felix uśmiechnął się mimowolnie, szczęśliwy. Udało mu się przeżyć. Jest już bezpieczny. Ale Cry…
Pewdie podbiegł do przyjaciela i uklęknął przy nim. Brunet wyglądał potwornie; usta otwarte w niemym krzyku, przerażenie w martwych oczach, klatka piersiowa pokryta krwią, która wydobywała się z kilkunastu ran, stworzonych przez Simona. Felix przegryzł wargę, starając się nie rozpłakać, po czym ułożył dłonie na jego piersi, gotowy do przeprowadzenia reanimacji. Szczerze mówiąc, zupełnie nie pamiętał, jak powinno się to robić. Wiedział, że należy uciskać gdzieś na środku klatki piersiowej i wykonywać oddechy, ale nie wiedział w jakiej częstotliwości.
- Boże, żeby to tylko zadziałało – szepnął, zaczynając uciskanie. Starał się robić to w stałym tempie i nie za mocno, ale nie miał pojęcia, czy to przywróci Cry’a do życia. Nie poddawał się jednak i po dwóch minutach zaczęło się coś dziać. Kałuża krwi robiła się coraz to mniejsza, rany zaczęły się zasklepiać. Pewds z uśmiechem obserwował jak Cry otwiera oczy, mruga kilkukrotnie i powoli podnosi się do pozycji siedzącej.
- Witaj wśród żywych – Pewdie poklepał go po ramieniu. – Przez chwilę myślałem, że już nie wrócisz.
- Gdzie Simon? – Cry nie był jeszcze w pełni przytomny. – Zniknął?
- Udało mi się go dobić. Właściwie w ostatniej chwili, prawie mnie zastrzelił.
- Świetna robota. Zaczynałem dramatyzować, że zginę z rąk fikcyjnej postaci.
Pewds zaśmiał się chicho, po czym wstał i podał dłoń Cry’owi.
- Chodźmy stąd. Chcę jak najszybciej znaleźć safe point i pójść spać. Jestem wyczerpany!
- Tak, chodźmy.
Cry chwycił rękę przyjaciela i podniósł się. Wolnym krokiem ruszyli w stronę wyjścia. Tym razem drzwi nie zatrzasnęły się, więc mogli spokojnie wyjść na zewnątrz. Przeszli wybrukowaną drogą do głównej bramy i opuścili teren rozgrywki.
Przez chwilę szli w milczeniu. Obaj byli padnięci i marzyło im się ciepłe łóżko i długi sen. Nie mieli pojęcia gdzie będzie następny safe point, ale jedyna droga z tamtego przeklętego budynku prowadziła prosto, więc gracze tą właśnie drogą się udali.
Było dość zimno, a niebo zasłonięte było chmurami. Po piętnastu minutach wędrówki z nieba zaczęły lecieć białe drobinki, pokrywając krajobraz dookoła.
- Śnieg! – wykrzyknął Cry z zachwytem, przyglądając się, jak śnieżynki osiadają na drzewach. – Nigdy nie widziałem śniegu!
- Jak to nigdy nie widziałeś? Gdzieś ty się uchował? – Felix spojrzał na niego krzywo.
- Na Florydzie.
- Nie mów, że w ogóle nie pada tam śnieg? Ani razu?
- Raz. W 1977 roku.
- Szalejecie – Pewds zaśmiał się. – U mnie w Szwecji to norma. Często u nas pada.
- Nie dziwię się, w końcu to północ.
Znów zapanowała cisza; Cry był całkowicie pochłonięty obserwowaniem otoczenia. Szli jeszcze przez parę minut zanim droga doprowadziła ich do miasta. Weszli między uliczki pełne świateł, różnych szyldów i niezbyt wysokich budynków. Miasto wyglądało na dość stare, brakowało w nim neonów, wielkich wieżowców, klubów, samochodów, tłumów… Nie mogło być bardzo duże, raczej wyglądało na to, że było to jedno z tych miast, w których „wszyscy znają wszystkich”.
W pewnym momencie obaj mężczyźni musieli urządzić sobie postój. Nie wiedzieli dokąd iść, a w dodatku Cry nie czuł się najlepiej; potrzebował odpocząć chwilę. Pewds wiedział, że najpewniej jest to skutek powstania z martwych, ale nie za bardzo mógł pomóc przyjacielowi. Nie posiadał żadnej morfiny czy innych specyfików, które sprawiłyby, że brunet poczuje się lepiej. Poczekał więc chwilę, mając nadzieję, że Cry da radę przejść jeszcze trochę drogi w poszukiwaniu safe pointu.
Pewdie rozglądał się, szukając jakiegokolwiek znaku na to, że gdzieś w pobliżu znajduje się ich bezpieczna przystań. Niestety, na ścianach budynków nie znalazł żadnych kartek czy napisów, które mogłyby mu pomóc. Zauważył natomiast, że na ziemi przed nim narysowana jest czerwona strzałka, prowadząca do jednej z budowli. Jego serce zabiło szybciej. Był przekonany, że gra skończyła się w momencie, gdy opuścili tamten budynek. Czy to możliwe, że to jeszcze nie koniec?
Skinął na Cry’a, przywołując go do siebie i pokazując mu znak na ziemi. Cry przeklął pod nosem z wściekłością. Wziął głęboki oddech, zanim się odezwał:
- Idziemy tam? Chyba nie mamy innego wyjścia…
- Chyba tak – Pewds ruszył za strzałką, po czym odwrócił się do bruneta, który kuśtykał za nim. – Czekaj, pomogę ci. Jeszcze sobie coś zrobisz.
Wsparł go ramieniem, tak, by Cry mógł w miarę sprawnie chodzić. Wolnym krokiem ruszyli za strzałką, która poprowadziła ich do wnętrza jednego z budynków. Wyglądał on jak normalny blok mieszkalny, ze schodami prowadzącymi na wyższe piętra. Weszli na pierwsze piętro, rozglądając się. Pewdie wyciągnął kij i trzymał go w pogotowiu, w razie ataku jakiegoś potwora. Na razie było spokojnie, ale należało być czujnym.
Właśnie mieli ruszyć na kolejne piętro, gdy nagle usłyszeli za sobą trzask zamka w drzwiach. Natychmiast odwrócili się, podchodząc bliżej drzwi, które powoli się otworzyły. Cry puścił Pewdie’go, opierając się o ścianę, by dać mu wolną rękę. Blondyn przygotował się do ataku…
Drzwi otworzyły się w końcu, a za nimi, zamiast przerażającego monstrum stała… staruszka, w jasnym sweterku i wielkich okularach w grubej oprawce.
- Oh, nareszcie jesteście! – wykrzyknęła na ich widok, chociaż nie był to okrzyk strachu, jakiego można by się spodziewać: Pewds i Cry byli w końcu cali zakrwawieni i ledwo żywi, a pierwszy z nich trzymał broń wycelowaną w starszą kobietę. Ona jednak uśmiechnęła się do nich przyjaźnie, kontynuując swoją wypowiedź. – Czekałam na was. Co prawda Alice mówiła, że będziecie późno, ale żeby aż tak? No cóż, nieważne. Chodźcie za mną, zaprowadzę was do waszego pokoju…
- Kim pani jest? – powiedział Cry, nieco zaskoczony. Po raz pierwszy rozmawiał z kimś innym niż Pewds, z kimś, kto przynajmniej na razie nie przypominał monstrum z najgorszego koszmaru.
- Oh, Alice nic wam nie mówiła? Nazywam się Amelia Tinkle, prowadzę wynajem pokojów.
- Miło poznać… - wydukał Pewds, równie zdziwiony jak Cry. – Możemy przejść do pokoju?
- Ależ oczywiście! Proszę tędy…
Pewdie pomógł Cry’owi wejść na trzecie piętro, gdzie zaprowadziła ich staruszka. Mieszkanie nie było bardzo duże, ale wystarczające dla dwóch osób. Kobieta dała im klucz, powiedziała o najważniejszych rzeczach, po czym, życząc dobrej nocy, wyszła z ich pokoju i podreptała na dół. Mężczyźni jeszcze przez chwilę odprowadzali ją wzrokiem, kompletnie zaskoczeni. Kiedy Pani Tinkle zniknęła im z oczu, Cry zamknął drzwi i rozejrzał się po pokoju.
Nie było w nim nic nadzwyczajnego: dwa łóżka, lodówka, piec, parę półek, szaf, stolik na środku wraz z dwoma krzesłami. Naprzeciwko łóżek, na niewielkiej półce stał telewizor, a obok niego można było znaleźć kilkanaście płyt z filmami. Łazienka była taka jak zawsze, z prysznicem, umywalką i najpotrzebniejszymi artykułami do higieny osobistej.
- Mam plan, chcesz posłuchać? – powiedział po chwili.
- O co chodzi? – Pewds spojrzał na niego, nie rozumiejąc, co Cry miał na myśli.
- Bierzemy prysznic i idziemy spać. Ja idę pierwszy.
Zanim Pewdie w ogóle zdążył zareagować, brunet zatrzasnął się w łazience. Szwed westchnął i zaczął rozglądać się po pokoju, próbując zająć sobie jakoś czas. Przeszukał wszystkie filmy, znajdując parę naprawdę dobrych produkcji i już planując swój jutrzejszy czas, zapełniając go oglądaniem telewizji.
Po ostatnim opakowaniem, na samym dnie wielkiej sterty płyt Felix zauważył jakiś notes. Wyciągnął go i przyjrzał mu się dokładnie. Z zaskoczeniem stwierdził, że to ten sam dziwny notes, który znaleźli na pierwszym poziomie: ciemnoczerwona okładka, na pierwszej stronie srebrnymi literami napisane „Początek” i pod spodem wiersz z pierwszego poziomu. Pewds przewrócił kartkę i znalazł czerwony napis: „Nuda”. Na następnej stronie znalazł nazwę drugiego poziomu i wiersz do niego, na kolejnej znów napis „Nuda”. Ostatnim zapiskiem było „Wsparcie” i wiersz z trzeciej rozgrywki, a stronę później… „Kogo tak naprawdę kochasz?”
Felix wpatrywał się w te słowa, kompletnie nie rozumiejąc, o co chodziło. Do kogo kierowane były te słowa? Co one oznaczały? Pewdie był tak pochłonięty myślami, że nawet nie zauważył, że Cry wyszedł już z łazienki.
- Co oglądasz? – spytał brunet, podchodząc bliżej. – Czy to nie jest ten notes z pierwszego poziomu?
- Tak, ten sam. Nie wiesz może, co oznaczają te słowa? – Pewds podał mu notes, by mógł przeczytać treść, ale Cry natychmiast zwrócił mu przedmiot.
- Tu nie ma żadnego tekstu, musiała ci się kartka przewrócić.
Blondyn jeszcze raz spojrzał na notes, ale nic się nie zmieniło. Tajemnicze zdanie wciąż widniało na kartce, bardzo wyraźne i widoczne. Skoro Cry go nie widział, to czy to zdanie miało być do niego?
- Ah, tak, strona mi się przewróciła – skłamał szybko i otworzył zeszyt na ostatniej stronie, gdzie znajdowało się inne zdanie: „Jak zwiędłe kwiaty – choć uschłe, wciąż piękne”.
- Nie mam pojęcia – odparł Cry. – Zwiędłe kwiaty nie muszą być uschłe. Poza tym, brzmi to jak jakaś filozoficzna mądrość, jak dla mnie – kompletny kit.
Pewds tylko skinął głową, odkładając notes na półkę. Ruszył do łazienki, czując, że nic już nie rozumie. Włączył ciepłą wodę, zmywając z siebie zaschłą krew i zażywając nieco relaksu. O co mogło chodzić z tym cytatem? „Kogo naprawdę kochasz?” Co to miało znaczyć? Kochał Marzię, naprawdę ją kochał. Nie miał pojęcia, o kogo mogłoby chodzić, poza nią oczywiście. Nie miał zbyt wielu przyjaciółek, szczególnie takich, które mogłyby mu się podobać… Oprócz rodziny, najbliższymi osobami dla Pewdie’go była Marzia i… jego najlepszy przyjaciel. Cry.
Pewds przejechał dłońmi po twarzy. Nie mogło chodzić o Cry’a. Co jak co, ale przyjaźń od miłości potrafił odróżnić. Poza tym, Cry jest facetem. Innym mężczyzną. A Pewdie nie był gejem; nie miał nic przeciwko nim, ale też nim nie był. Więc ta opcja odpada. Ale może jednak któraś z jego przyjaciółek? W której z nich mógłby się zakochać…?
Szwed wyszedł spod prysznica, ubrał się i opuścił łazienkę. Cry leżał już w łóżku, pogrążony w śnie. Pewdie powiesił ręcznik na oparciu jednego z krzeseł, po czym wyłączył światło i po ciemku dotarł do swojego łóżka. Wszedł pod kołdrę, przykrywając się dokładnie i zamykając oczy. Po głowie wciąż tłukło mu się to jedno, tajemnicze zdanie. „Kogo tak naprawdę kochasz?” Nie miał pojęcia, o kogo chodziło, ale męczyło go to. Spojrzał na Cry’a. Brunet spał teraz, z twarzą wtuloną w poduszkę, z lekko otwartymi ustami. Jego okulary oraz maska, którą miał na sobie podczas gry leżały na komodzie obok łóżka. Pewds przez chwilę wpatrywał się w przyjaciela, po czym pokręcił przecząco głową. Nie mogło o niego chodzić.
Zasnął w końcu, wciąż myśląc na tym jednym zdaniem.
„Kogo tak naprawdę kochasz…?”


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Notkę zrobię jutro. Dzisiaj jestem zbyt styrana, bo napisałam około 5 stron jednego dnia, jeśli nie więcej, Mogą być błędy, ale to posprawdzam i jutro już wszystko będzie świetnie <3
Uzupełnię także notatkę z ostatniego rozdziału. Kiedyś w końcu muszę.

Brofst! ~Maru <3

8 komentarzy:

  1. Co chwila kogoś zabijasz... Prawie "Gra o tron"... Prawie, bo na szczęście ty przywracasz zabitych do życia. :-D
    Nie było dużo błędów, ale w jednym miejscu zauważyłam powtórzenie, nie pamiętam gdzie, jest już zbyt późno.
    Brofist!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam xD Ja po prostu lubię zabijać ludzi <3
      Jak mówiłam, błędy poprawię jutro, jestem teraz zbyt padnięta na takie rzeczy. A powtórzenia mi się zdarzają dość często, dlatego muszę czytać po dwa razy, żeby wszystko poprawić :)
      Brofist!

      Usuń
    2. "Lubię zabijać ludzi <3" :')

      Usuń
    3. A kto nie lubi... :-D

      Usuń
    4. Nie martwcie się, przez dłuższy czas żadnych śmierci w planach nie mam. Możecie spać spokojnie :)

      Ale plany wciąż się mogą pozmieniać :D

      Usuń
    5. A kiedy następny rozdział~?

      Usuń
    6. Postaram się jak najszybciej coś wstawić, mam nadzieję, że uda mi się napisać nowy rozdział w miesiąc :)
      Być może pojawi się tu niedługo krótkie świąteczne opowiadanie, ale nie mogę jeszcze nic obiecać :D

      Usuń
  2. Szczerze, to chyba pierwszy raz, kiedy czyjaś wymyślona postać mnie nie wkurza... Ma swój charakter, historię i tak dalej... Nie wiem, wydaje mi się taka na miejscu.
    Swoją drogą „Kogo tak naprawdę kochasz?” Alice shippuje PewdieCry! XD

    OdpowiedzUsuń