sobota, 14 czerwca 2014

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział drugi, część trzecia.

***
Nie zauważył ich. Nie patrzył się, gdzie stawia kolejny krok. Stracił czujność.
Cry krzyknął, gwałtownie cofając nogę. Czuł potworny ból, łzy popłynęły mu z oczu mimowolnie. Nie zauważył ich. Ostrzy wyłaniających się z ziemi. Za szybko postawił krok. Kolce wysunęły się, przebijając na wskroś jego stopę i ochlapując wszystko dookoła krwią. Z łatwością przeszły przez podeszwę buta, przez skórę, przez kość… Bo przestał uważać. Zapomniał się na ułamek sekundy...
Upadł na ziemię, krzycząc przeraźliwie. Pewds natychmiast znalazł się przy nim, śmiertelnie przerażony. Jak może mu pomóc? To już nie było zwykłe przecięcie, które można było zszyć czy opatrzyć, żeby wszystko było w porządku. Pewdie nie miał pojęcia, czy zwykły opatrunek mógłby dać mu szanse na przeżycie. Widząc jednak cierpienie przyjaciela, nie był w stanie się nad tym rozwodzić. Szybko ściągnął but z rannej stopy, uważając jednocześnie, aby niczego nie uszkodzić. Łzy płynęły po policzkach Cry’a, który cały czas krzyczał z bólu. Blondyn chwycił koc, znów używając go jako opatrunku. Zacisnął najmocniej jak potrafił i związał dokładnie, co było nieco utrudnione – cały czas czuł, jak trzęsą mu się ręce. Spojrzał na prowizoryczny bandaż. Żółty materiał koca nasiąknięty był krwią. Chłopak nie wiedział, czy pomogło to chociażby trochę w tamowaniu, ale nie wiedział też, co więcej mógłby zrobić.
- Cry, zostań ze mną… - słychać było, że łamie mu się głos. Chwycił dłoń przyjaciela, próbując go uspokoić, choć w ten sposób starał się uspokoić także siebie. – Wiem, że dasz sobie z tym radę…
Cry zacisnął zęby, starając się nie krzyczeć. Ścisnął rękę Pewds’a.
- Z-zostaw… - wyjęczał. – Zostaw… mnie…
- Nie ma takiej opcji – zaprzeczył Szwed. – Nie zostawię cię tu samego.
- Będę… cię spowalniać…
- Jesteśmy w tym razem. Nie opuściłbym przyjaciela w potrzebie.
Gdzieś w środku Cry poczuł ciepło. Pewdie go nie zostawi. Zostanie tutaj i jakoś mu pomoże. Może liczyć na jego wsparcie… Uszczęśliwiło go to. Pewds’a naprawdę obchodziło, że jego przyjaciel jest ranny, że grozi mu niebezpieczeństwo. Cry uśmiechnął się słabo.
- Dziękuję… - szepnął, czując, jak traci przytomność. Dobrze. Był szczęśliwy. Jeśli to właśnie jest jego koniec, to cieszył się, że umrze w taki sposób – przy Pewdie’m… Szczęśliwy…
- Cry! – krzyknął Pewds, spanikowany. Brunet zamknął oczy i opadł bezwładnie na ziemię. Szwed natychmiast chwycił go za ramię, potrząsając nim. – Dalej, ocknij się…
Sprawdził tętno. Wyczuł słaby puls, co nieco go uspokoiło. Jeszcze żyje. Ale jeśli się nie pospieszy…
Pewds poprawił opatrunek, zaciskając go jeszcze mocniej. Ostrożnie wziął Cry’a na plecy, podtrzymując go za nogi. Zaczął iść przed siebie szybkim krokiem. Uważał na każdy drobny ruch – źle byłoby zostać rannym, szczególnie w tej sytuacji, kiedy musiał ratować swojego przyjaciela. Pewds zaczął się martwić, czy aby na pewno jest jeszcze żywy, ale nie miał czasu tego sprawdzać. Jeśli może mu jeszcze pomóc, zrobi wszystko. Żeby tylko przeżył…
Spojrzał w górę, upewniając się, że żadne kamienne pięści nie będą go chciały zabić. Patrzył pod nogi, unikając wszelkich ostrzy. Bardziej uważnym nie mógł być, reagował na wszystko. Grożąca śmierć Cry’a dodawała mu sił – prawie że biegł przed siebie, chcąc jak najszybciej skończyć poziom. Nagle zobaczył, że przed nim znajduje się stopień w dół, prowadzący na niższy poziom. Powoli, dość nieufnie, zszedł po nim, patrząc się pod nogi. Gdy był już na dole, podniósł wzrok i…
W ciągu sekundy padł na ziemię, osłaniając Cry’a. Okazało się, że kawałek dalej znajduje się coś w rodzaju armaty, która co chwilę strzelała niezbyt wielkimi, za to bardzo szybkimi metalowymi kulami. Jedna z nich leciała wprost na graczy i gdyby Pewds nie zareagował tak szybko…
- Cry, żyjesz jeszcze? – spytał, pochylając się nisko, by uniknąć trafienia przez pociski. Znów przyłożył palce do szyi przyjaciela, szukając pulsu. Jego serce wciąż biło. Pewdie westchnął z ulgą. Była jeszcze nadzieja. Delikatnie uderzył Cry’a w policzek, próbując go ocucić. Chłopak nie ocknął się jednak i dalej leżał nieprzytomny. Pewds znów położył go sobie na plecach i zaczął czołgać się, uważając, żeby kule go nie trafiły. Cry był sporym obciążeniem i trudno było poruszać się szybko, jednocześnie go niosąc. Pewdie poczuł, jak powoli opuszczają go siły, ucieszył się więc, widząc koniec ciasnego przejścia. Dowlókł się do ściany i usiadł pod nią, kładąc Cry’a obok siebie. Miał chwilę oddechu. W tym miejscu nic nie mogło im zrobić krzywdy, więc Szwed miał czas, by przemyśleć dalsze działanie. Wiedział, że musi szybko opuścić grę i pomóc Cry’owi, tylko by to zrobić, musiałby pierw wyjść z tej dziury – bez napotykania szybkich nabojów, które mogłyby go z łatwością zabić, gdyby trafiły w odpowiednie miejsce. Nie widział jednak żadnego wyjścia. Przejście było zbyt wąskie, żeby mógł przejść koło armaty, a więc jedyną opcją było przejście nad.
- Jak, do jasnej cholery, mam to zrobić? – warknął, obserwując przecinające powietrze kule. Nie było żadnej innej drogi. Nawet, gdyby udało mu się wdrapać na górę, wciągnąć tam Cry’a i przejść poza armatę, nie było szansy na zrobienie tego na tyle szybko, by uniknąć postrzału. Nie dało się tego wykonać.
Pewds uderzył dłonią w ziemię, poirytowany i poczuł, że grunt znów się pod nim ugiął. Spojrzał na ziemię i uśmiechnął się. W tym miejscu ziemia była elastyczna, dokładnie tak, jak przy platformach. Oznaczało to, że Pewdie mógł spokojnie wyskoczyć i wydostać stąd ich obu, bez żadnej szkody. Odzyskał nadzieję. Da radę, przejdzie to…
- Nie śpij, idziemy dalej – mruknął do przyjaciela, biorąc go na ręce. Kucnął, przygotowując się do skoku. Kiedy uznał, że moment jest odpowiedni, wyskoczył.
To trwało zaledwie kilka sekund. Blondyn znalazł się poza zasięgiem armaty i rzucił Cry’a na ziemię, w bezpiecznym miejscu. Przez chwilę zastanawiał się, czy nic mu się nie stało – może nie do końca rozsądnym było rzucać nieprzytomnym przyjacielem, ale nie miał wyjścia. Z obciążeniem nie mógłby skoczyć poza armatę. Wrócił więc do przejścia i pochylając się nisko, przygotowywał się do następnego skoku.
Znowu to samo. Odbił się od ziemi, skoczył i kiedy już miał wylądować bezpiecznie na górze, pocisk z armaty dosięgnął jego lewego ramienia. Odrzuciło go do tyłu i wylądował twardo z powrotem z rowie. Syknął z bólu, chwytając się za ramię. Poczuł ciepłą, lepką ciecz pod palcami i spojrzał się na dłoń. Tak jak myślał, pokryta była krwią. Przeklął siebie w myślach za swoją nieostrożność. Nie mógł być ranny, jeśli ma pomóc Cry’owi… Przesunął się kawałek i usiadł pod ścianą, odrywając kawałek nogawki swoich spodni. Używając sprawnej ręki i zębów związał materiał w prowizorycznym opatrunku i znów ukucnął, gotując się do skoku. Tym razem był bardziej ostrożny. Wyskoczył w odpowiednim momencie i wylądował bezpiecznie za armatą. Natychmiast podbiegł do Cry’a. Nie zauważył żadnych poważniejszych uszkodzeń na ciele przyjaciela, co znacznie go uspokoiło. Ponownie wziął go na barana i rozpoczął dalszą wędrówkę. Ramię piekło go, a Cry wcale nie był lekki. Pewdie czuł, jak powoli opuszczają go siły. Nie był w stanie iść tak szybko jak wcześniej. Błagał w myślach, żeby ten koszmar się skończył. Gdzieś musiało być wyjście, przecież Alice nie będzie ich tu trzymała wieczność…
Nagle w oddali zauważył coś ciemnego. Im bliżej tego się znajdował, tym wyraźniejsze się to stawało – była to kamienna ściana, z wykutymi kamiennymi stopniami. Pewds uśmiechnął się słabo, czując niesamowitą radość. Wyjście. Wystarczyło wejść po tych szarych schodkach i będą bezpieczni, spokojni, że z trawy nie wyjdą ostrza, że wielka pięść nie będzie chciała ich zgnieść na miazgę, że nie wpadną przypadkiem do wielkiego rowu pełnego lawy… Kilka kroków dzieliło ich od świętego spokoju… Pewdie przyspieszył, czując napływ energii. Wszystko pójdzie dobrze, wszystko się uda. Szwed prawie że wbiegł po schodach, a kiedy znalazł się na ich szczycie, zauważył, że przed nim znajdują się drzwi – dokładnie takie same, jak te, dzięki którym się tu dostali. Pewds otworzył je i wyjrzał przez nie. Znów wszechobecna biel, nicość. Już miał przekroczyć próg, gdy nagle zawahał się. Jeśli to było przejście na kolejną planszę, to nie było zbyt mądrym przechodzenie dalej. Alice mówiła co prawda, że muszą przejść tylko jeden poziom, ale nie była zbyt godna zaufania. Blondyn rozważał tą opcję jeszcze przez chwilę. Czy warto było ryzykować?
Nagle usłyszał cichy jęk, tuż nad swoim uchem. Odwrócił głowę, spoglądając na Cry’a. Był strasznie blady, można było wyraźnie zobaczyć krople potu spływające po jego twarzy. Jęczał coś cicho i widać było, że strasznie cierpi. Pewds zacisnął zęby i skarcił się w myślach. Nie było czasu na głupie zastanawianie się. Podjął decyzję. Upewnił się jeszcze, czy Cry trzyma się wystarczająco mocno, bo czym zdecydowanym krokiem przeszedł przez drzwi.
Dobrze, że nie zamknął oczu. Jeśliby to zrobił, nie zobaczyłby tego, że ziemia zbliża się do niego w zastraszającym tempie. Zdążył tylko wyciągnąć ręce przed siebie, by złagodzić ból upadku. Nie wiele mu to dało. Uderzył w twardą ziemię, czując potworny ból – upadł na swoje lewe ramię, to, w które nie tak dawno oberwał. Syknął z bólu, po czym obrócił się na brzuch. Nagle spadło na niego coś ciężkiego, wcale nie pomagając w i tak już złej sytuacji. Odwrócił głowę i ze zdziwieniem stwierdził, że ciężki przedmiot to nic innego, jak Cry, który na nim wylądował. Ściągnął jego bezwładne ciało ze swoich pleców, wciąż czując tępy ból. Powoli się rozejrzał. Drzewa, mech, jakieś krzaki… A w środku tego krajobrazu stare, nieco odrapane drzwi. Pewdie uśmiechnął się. Wrócili. Bloody Trapland nareszcie zakończone. Teraz muszą odnaleźć tylko safe point i wszystko będzie dobrze… Podniósł się powoli, czując ból w całym ciele. Cóż, Cry jakoś specjalnie lekki nie był…
- Jesteśmy kwita – powiedział, uśmiechając się. Wstał, otrzepał ubrania i zauważył dwa plecaki leżące przy jednym drzewie. Podszedł do nich szybkim krokiem i otworzył jeden z nich. Tak jak myślał, były to te same bagaże, które Cry tak dokładnie pakował. Blondyn zaśmiał się pod nosem, stwierdzając, że cały wysiłek jego przyjaciela poszedł na marne, bo jedyne, z czego mogą skorzystać to prowiant – Pewds był głodny jak wilk. Grzebał chwilę w plecaku, po czym wyciągnął stamtąd kanapki i natychmiast je zjadł. Nigdy by nie przypuszczał, że zwykły chleb z serem i szynką może mu tak smakować. Po pięciu minutach nie było już połowy jego prowiantu. Wypił jeszcze butelkę wody, po czym chwycił swój plecak i włożył go na plecy. Wrócił do Cry’a, zastanawiając się, jak przenieść go, żeby go nie uszkodzić. Delikatnie wsunął przedramię pod plecy przyjaciela, a drugą rękę umieścił pod jego kolanami. Powoli podniósł go, starając się nie zrobić mu większej krzywdy i spojrzał na jego twarz. Cry był okropnie blady i wyglądał dość strasznie z przymkniętymi oczami i twarzą umazaną krwią. Pewdie spojrzał przed siebie, mając nadzieję na ujrzenie jakiegoś schronienia, ale między drzewami nie było żadnych budynków, chociażby w oddali. Pewds westchnął i ruszył powoli.
- To będzie długa podróż… - mruknął.
Szedł już prawie godzinę. Nie udało mu się wyjść z lasu, ani znaleźć bezpiecznego miejsca. Cry zaczął mu ciążyć, plecak też nie był lekki. Dałby radę, gdyby tylko nie to ramię… Przystanął, czując, że nie może już dłużej iść. Potrzebował przerwy. Położył Cry’a pod drzewem, sam zaś usiadł obok i wyjął wodę z plecaka. Wypił pół butelki, próbując nabrać sił do dalszej drogi. Nie mógł tu zostać, chciał jak najszybciej znaleźć safe point i nareszcie odpocząć. Poza tym, zarówno on jak i Cry potrzebowali czegoś, czym mogliby pozszywać rany. Co prawda, Alice powinna ich uleczyć, ale Pewds nie mógł polegać na jej dobroci; świetnie sobie z tym poradzą sami. Chłopak spojrzał na swoje ramię. Koc, którym obwiązana była stopa Cry’a przynajmniej coś tamował, a ten skrawek materiału… Krew pobrudziła już rękaw i Pewdie czuł, jak spływa mu wzdłuż ręki. Zaczął szukać apteczki, chcąc obwinąć ramię bandażem i zdezynfekować ranę. Kiedy zawijał opatrunek wokół ramienia, zauważył, że Cry poruszył się nieco, mrucząc coś pod nosem. Po chwili podniósł głowę i otworzył oczy, półprzytomny.
- Gdzie my… - Cry rozejrzał się dookoła, próbując zidentyfikować miejsce, w którym był. Drzewa nie wyglądały mu na część Bloody Trapland – chyba, że była to jakaś dziwna plansza… - Nie jesteśmy już w grze?
- Wydostałem nas stamtąd – Pewdie uśmiechnął się i klęknął przed przyjacielem, upewniając się, że wszystko w porządku. – Don’t worry about it, Cry.
- Wydostałeś? – Cry chciał podnieść się z ziemi, ale ostry ból w stopie powstrzymał go. Z jękiem wrócił do pozycji leżącej, przypominając sobie, co się właściwie wydarzyło. Spojrzał na zakrwawiony koc owinięty wokół jego uda i na zachlapane posoką ubrania. Pamiętał, że przez nieuwagę nadział się na kolce, ale potem…
Pewds natychmiast pochylił się nad nim, chcąc go wesprzeć. Chwycił go za ramię i pomógł mu usiąść pod drzewem, tak, by mógł wygodnie oprzeć się o konar. Cry podziękował mu, po czym spytał:
- Jak w ogóle udało ci się wyjść? Przecież byłem nieprzytomny, prawda?
- Niosłem cię na plecach. Co prawda lekki nie byłeś, ale…
- Prosiłem cię, żebyś mnie tam zostawił. Nie chcę być dla ciebie przeszkodą… - powiedział Cry, mając wyrzuty sumienia. Gdyby był ostrożniejszy, w ogóle by ich to nie spotkało. Pewds nie musiałby się nim przejmować i skończyliby to o wiele sprawniej, a tak…
- Nie mógłbym zostawić cię tam samego – odparł, uśmiechając się. – Przyjaciół się nie zostawia. Nigdy bym sobie tego nie wybaczył – poklepał go po ramieniu, po czym kompletnie zmienił temat: - Nie jesteś może głodny?
Cry pokiwał tylko głową. Nie mógł uwierzyć w słowa blondyna. Naprawdę? Naprawdę został, pomógł mu i wydostał ich obu z gry? Mimo tego, że kazał mu iść, zostawić go… Pewdie zignorował to wszystko, żeby tylko mu pomóc i ochronić swego przyjaciela. Cry uśmiechnął się, czując niesamowite szczęście. Mógł na niego liczyć. W końcu uratował mu życie, ryzykując swoje własne. „Jak mogę mu podziękować…?” – zastanawiał się, obserwując Pewdie’go. Szwed podszedł do niego i podał mu kanapki.
- Zjedz coś, musisz być strasznie głodny… Ah, a tu masz coś do picia… - wręczył mu butelkę z wodą, po czym spojrzał na przyjaciela z troską. – Jak się czujesz?
- Bywało lepiej – mruknął, uśmiechając się lekko. Za jednym zamachem opróżnił całą butelkę, po czym zabrał się za jedzenie. – Jeśli jeszcze żyję, to nie jest tak źle… Chociaż stopa mi nieco dokucza…
- Spokojnie, znajdziemy safe point i nie będzie problemu – odparł Pewds, przyglądając się Cry’owi z troską. – Trzeba zszyć ci ranę.
- Masz rację… - mruknął Cry, nieco skrępowany. Czy Szwed mógłby przestać się tak na niego patrzeć?
Nastała cisza. Cry skończył jeść kanapki, wciąż czując na sobie wzrok przyjaciela. Chociaż kilka razy zapewniał go, że wszystko jest w porządku, Pewds najwyraźniej to ignorował. Po części rozumiał jego zmartwienie – rana była dość poważna i powinni jak najszybciej się nią zająć, ale źle się czuł ze świadomością, że blondyn się nim martwi. Nie powinno tak być. Cry miał być ostrożny, miał uważać, gdzie idzie i czy na pewno nie ma na drodze żadnego niebezpieczeństwa. A tymczasem, pozwolił sobie na lekkomyślne zachowanie, przez które o mało co nie stracił życia. Czuł się winny i nie miał pojęcia, jak mógłby odwdzięczyć się Pewdie’mu za całą pomoc.
Gdy tylko skończył jeść, Pewds podniósł się i stwierdzając, że nie mogą tu zostać dłużej, chwycił swój plecak i pomógł Cry’owi podnieść się z ziemi. Brunet stanął niepewnie, wciąż czując ból. Spróbował zrobić krok, ale stracił równowagę i gdyby nie szybka reakcja Pewdie’go, leżałby już na ziemi. Przyjaciel wsparł go, żeby nie upadł i nakazał mu przytrzymać się drzewa.
- Tak tego nie zrobimy… - Pewds zaczął zastanawiać się, jak mogą przejść do safe point’u. Cry nie mógł iść o własnych siłach…
- Po prostu mnie zostaw – mruknął Cry, dysząc ciężko. Taki prosty ruch był dla niego sporym wysiłkiem i dobrze wiedział, że nie da rady iść. Pewds i tak zrobił wiele, wydostając go z gry. Jeśli teraz go zostawi, przynajmniej nic mu się nie stanie…
- Mam lepszy pomysł – odparł blondyn, po czym podszedł do Cry’a, wyciągając ręce wprzód. – Mogę cię nieść na rękach.
- Co? – Cry poczuł, że zaczyna się rumienić. Pewds miałby go nieść? – Nie, sam mówiłeś, że jestem za ciężki…
- Spokojnie, już cię tak niosłem. Dam radę – odparł, po czym, nie czekając na zgodę przyjaciela, podniósł go. Cry chciał zaprotestować, ale zanim zdążył zareagować, Pewds trzymał go w ramionach. Miał niemiłe przeczucie, że cała jego twarz jest czerwona, odwrócił więc głowę, nie chcąc, by blondyn to zauważył. Na szczęście, przyjaciel nie zwracał na niego zbytniej uwagi i zdecydowanym krokiem zaczął iść przed siebie.
Cry był padnięty i wciąż czuł się winny za całą sytuację. Walczył także ze wstydem – Pewdie trzymający go w ramionach sprawiał, że brunet nie potrafił do końca trzeźwo myśleć. Po krótkim zastanowieniu stwierdził, że to pierwszy raz, kiedy jest tak blisko niego. Zwykle ograniczali się do drobnych gestów i klasycznych „miśków” na przywitanie, więc Cry nigdy nie miał okazji znaleźć się tak blisko przyjaciela. Jakaś część niego cieszyła się z tego, pomijając całe skrępowanie sytuacją. Amerykanin ułożył się wygodniej, wtulając twarz w jego bluzę. Tak jak to sobie wyobrażał, Pewdie pachniał cudownie; przynajmniej dla niego. Cry zastanawiał się, czy blondyn zwróci uwagę na jego działania, ale wydawało się, iż nie zauważył nawet, że chłopak tuli się do niego. Przymknął więc oczy, wsłuchując się w szybkie bicie serca i równy krok Pewdie’go. Było tak przyjemnie… Tak ciepło…
Nawet nie zauważył, kiedy pogrążył się w śnie. Przykuło to jednak uwagę Pewdie’go – ciało Cry’a znów stało się bezwładne. Przez chwilę martwił się nawet, czy Cry jeszcze żyje, ale gdy zaczął chrapać cicho, wszystkie wątpliwości zniknęły. Pewds uśmiechnął się, rozbawiony i kontynuował podróż. Zaczynał go powoli wkurzać fakt, że szedł już od godziny i wciąż nie znalazł safe pointu. Był już naprawdę zmęczony bieganiem, skakaniem, unikaniem pułapek, tą długą, pieszą wycieczką i noszeniem ciężkiego plecaka oraz Cry’a, który także nie był lekki.
- Gdzieś, do jasnej cholery, musi być! – mruknął, wypatrując jakiejkolwiek rzeczy, która nie byłaby drzewem bądź krzakiem. Wydawało mu się, że w pewnym momencie las się przerzedza, więc energicznym krokiem zwrócił się w tamtą stronę, mając nadzieję na znalezienie czegoś pomocnego.
Rzeczywiście, po kilkunastu minutach drogi w końcu wydostał się z lasu. Odetchnął ze szczerą ulgą, widząc w oddali szary, nieco obskurny budynek. Zaśmiał się cicho pod nosem, szepcząc:
- Nareszcie…
Mimo tego, że wieżowiec nie znajdował się wcale tak blisko, Pewds nagle przyspieszył, jakby dostał potężnego strzału energii. Już nie narzekał, że jest zmęczony, głodny lub spragniony – teraz szedł żwawo, chcąc jak najszybciej dostać się do safe pointu. Im bliżej podchodził, tym dokładniej widział budynek – był niezbyt wysoki, z poniszczonymi ścianami i z wybitymi kilkoma oknami. Nie wyglądał zbyt zachęcająco, ale Pewdie musiał sprawdzić, czy to nie jest przypadkiem ich bezpieczne miejsce; jeśli tak, mało obchodził go wygląd. Chociaż, gdyby miał wybór…
Podszedł do stalowych drzwi. Były zardzewiałe, odrapane, a w kilku miejscach nosiły ślady krwi. Nie wyglądało to zbyt bezpiecznie, ale innej opcji nie było. Wejdzie, sprawdzi, czy wszystko okay i potem zadecyduje… O ile będzie miał kiedy. Westchnął ciężko, bijąc się z myślami. W końcu postanowił. Położył śpiącego Cry’a pod ścianą, a sam otworzył drzwi i wszedł do ciemnego wnętrza. Zapalił latarkę i oświetlił sobie drogę. Ściany i podłoga były brudne, od czasu do czasu można było zauważyć na nich szkarłatne plamy, a pod ścianami leżały jakieś stare i raczej bezużyteczne już przedmioty. Pewds rozglądał się w poszukiwaniu jakiegoś pomieszczenia, w którym dałoby się przenocować. Większość drzwi było zamkniętych, zdarzały się też lekko uchylone, jednak Pewdie widząc panującą za nimi ciemność przechodził szybko, zbyt przerażony, żeby odważyć się wejść do środka. Nareszcie, w końcu korytarza zauważył białą kartkę z napisem „SAFE POINT”, nabazgranym czerwonym atramentem. Uśmiechnął się i zdecydowanie nacisnął na klamkę, wchodząc do pokoju. Zapalił światło, a jego oczom ukazał się dość ładny pokój z dwoma łóżkami, kilkoma półkami, małą kuchnią oraz białymi drzwiami, które prowadziły zapewne do łazienki. Cóż, wystrojem bardzo przypominał domek na poprzednim poziomie, przez co wydawał się bardziej… przytulny? Był znajomy, więc Pewdie nie musiał martwić się już o nic. Trzeba tylko przenieść tu Cry’a…
Wrócił się przez ciemny korytarz, starając się nie patrzeć na boki. Safe point był bezpieczny, ale tutaj Felix nie czuł się już tak pewnie. Ślady krwi wciąż przypominały mu o niebezpieczeństwie, a on miał już zdecydowanie dość ciągłego zostawania rannym. Najprzyjemniejsze to nie było… Pewdie spojrzał na swoje ramię. Nie wyglądało źle. Co prawda, bolało go strasznie, ale był w stanie to znieść. Przecież, skoro już odkrył, gdzie znajduje się safe point, mógł spokojnie opatrzyć sobie ranę, która i tak nie była zbyt groźna. Bardziej martwił go stan Cry’a. Stracił sporo krwi i Pewds nie był pewien, czy do rany nie wdało się zakażenie. Miał nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i że Alice uleczy ich rany, tak jak to zrobiła poprzednim razem. Bo jeśli nie, mogą mieć poważny problem…
Tym razem nie bał się tak bardzo. Zdecydowanym krokiem przeszedł korytarz, trzymając Cry’a na rękach. Chłopak wciąż spał, czasem tylko mrucząc coś pod nosem. Pewds otworzył drzwi do pokoju, niezgrabnie posługując się łokciem, po czym położył Cry’a na jednym z łóżek i zamknął drzwi na klucz. Nie fatygował się nawet, żeby zdjąć buty – padł na posłanie, potwornie zmęczony. Leżał tak przez chwilę, czerpiąc radość z tego, że nareszcie może trochę odpocząć i że już nigdzie nie musi iść. Niestety, jego szczęście nie trwało długo. Szwed przypomniał sobie, że ma rany do zszycia i nie może tego odwlec w czasie. Wstał natychmiast, podchodząc do pogrążonego w śnie przyjaciela. Odwinął koc, którym tamował krwawienie i spojrzał na ranę. Wyglądała okropnie i Pewds musiał odwrócić wzrok, czując, jak robi mu się słabo. Natychmiast skarcił się w myślach, że powinien wziąć się w garść.
- To jest poważna sprawa, nie ma czasu na omdlenia – powiedział, rozglądając się za apteczką i wodą. Przemył dokładnie ranę, usuwając zaschniętą krew ze skóry i wykrzywioną igłę wbił w stopę bruneta. Cry jęknął cicho, ale o dziwo nie obudził się. Pewdie kontynuował więc swoją pracę i po chwili rana była zaszyta. Blondyn nie wiedział za bardzo, jak ma szyć ranę, która przechodzi przez całą stopę, więc po prostu zszył z obu stron. Potem przemył jeszcze raz wodą i owinął kończynę bandażem.
- Trzymaj się, Cry – powiedział, ściskając rękę chłopaka. Miał tylko nadzieję, że jego przyjaciel wyzdrowieje, że dadzą radę przejść tę chorą grę. Nic więcej nie chciał. Żeby tylko z Cry’em było wszystko w porządku…
***
Amerykanin otworzył oczy, rozespany. Powieki mu się kleiły i czuł się śpiący, ale pokonał senność, podnosząc się powoli do pozycji siedzącej. Ziewnął, rozglądając się po otoczeniu. Gdzie się teraz znajdował? Jakiś pokój…
- Co to za miejsce? – mruknął, przecierając oczy. Zauważył, że Pewdie siedzi na łóżku obok niego i robi coś ze swoim ramieniem… Czy to jest jakaś rana? – Co ci się stało?
- Ah, to nic – Pewds przesunął się, jakby chciał zasłonić ramię przez wzrokiem bruneta. – Małe uszkodzenie, już się tym zająłem. Jak twoja stopa?
Cry spojrzał na wymienioną część ciała. Bolała go tak samo, jak wcześniej, ale nie przypominał sobie, żeby miał ją owiniętą bandażem.
- Opatrzyłeś mi ją? – spytał, patrząc na Pewdie’go. Szwed uśmiechnął się.
- Pozszywałem. Mam nadzieję, że jest dobrze…
- Tak, oczywiście. Dziękuję – Cry odwzajemnił uśmiech, pełny wdzięczności dla przyjaciela i jego pomocy. Sam nie dałby sobie rady.
- Chcesz coś zjeść? – Pewdie skończył bandażować ramię i wstał z łóżka, kierując swe kroki w stronę kuchni. – Co prawda nie wiem, co tu mamy…
- Cokolwiek, umieram z głodu – odparł, próbując wstać. Chciał pomóc Pewdie’mu, ale ostry ból uświadomił mu, że jak na razie, to za bardzo ruszać się nie może. Usiadł więc zrezygnowany, opierając się plecami o ścianę. Ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Było całkiem ładne, schludne i dość proste. Przypominało tamten domek na pierwszym poziomie.
- Jesteśmy w safe poincie? – spytał, przypominając sobie, że Pewds wciąż nie raczył mu powiedzieć, gdzie się teraz właściwie znajdują.
- Co? A, tak, w safe poincie. Myślałem, że nigdy tego miejsca nie znajdę – Felix uśmiechnął się, podchodząc do Cry’a i kładąc mu na kolanach talerz z kanapkami. Brunet podziękował mu uprzejmie, po czym zabrał się za jedzenie. Chłopak nie miał pojęcia, że można być aż tak głodnym – w ciągu kilku minut talerz został opróżniony.
- Smakowało?
Cry pokiwał głową, wciąż mając jedzenie w ustach. Przełknął je szybko i jeszcze raz podziękował za przygotowanie posiłku. Pewds uśmiechnął się tylko, twierdząc, iż nie ma za co dziękować, po czym poszedł odstawić naczynie do zlewu.
- Pewds? Ja chyba położę się już spać. Jestem padnięty… - Cry ułożył się wygodnie, przykrywając się pościelą. Pewdie zabrał krzesło i ustawił je koło łóżka, po czym usiadł, patrząc się na Cry’a.
- Stary, co ty odwalasz? – Cry poczuł się nieco skrępowany.
- Pilnuję, czy zaśniesz – odparł niewzruszony. Brunet obrócił się do niego plecami i mruknął  ciche „Dobranoc”.
- Śpij dobrze – odpowiedział Pewdie, wciąż patrząc na przyjaciela. Zdecydował, że będzie przy nim czuwał przez całą noc, żeby upewnić się, że nic mu nie jest i że nie zejdzie nagle z tego świata w czasie snu. Jego stan wyglądał  na dobry, ale Felix nie był w stu procentach pewien. Siedział więc, pilnując swojego przyjaciela.
Niestety, zmęczenie w końcu wzięło górę. Chociaż Pewdie próbował z tym walczyć, powieki zamykały mu się mimowolnie i już nie był w stanie tego kontrolować. Po pół godzinie walki ze zmęczeniem, nareszcie przysnął, kładąc głowę na brzegu łóżka Cry’a. Po kilkunastu minutach spał już snem kamiennym. Był po prostu zbyt padnięty, żeby wytrwać całą noc będąc przytomnym. Cry za to spał już trochę w czasie drogi, więc około czwartej nad ranem jego organizm stwierdził, że snu ma już dość i Amerykanin, czy tego chciał czy nie, obudził się, czując lekki ból głowy spowodowany zbyt długim snem.
- Damn - mruknął, trąc czoło, jakby miało mu to w czymkolwiek pomóc. – Dzień dobry, Pewds…
Spojrzał na twarz chłopaka, pogrążoną w śnie. Wyglądał uroczo, kiedy spał, tak… niewinnie. Cry uśmiechnął się, podziwiając rysy Szweda. Był idealny. Piękny. Jedyny. Do Cry’a dotarło, że wręcz nie może oderwać od niego wzroku. Czemu nie mógł się zakochać w kimś innym? Kimś bardziej dostępnym, na przykład? W kimś, kto nie ma poukładanego życia u boku wspaniałej dziewczyny… W kimś, kto mógłby odwzajemnić jego uczucia…
Cry westchnął ciężko, wciąż patrząc na Pewdie’go. Podniósł rękę i delikatnie przejechał palcami wzdłuż jego policzka, po czym wsunął dłoń w jego miękkie włosy. Uśmiechnął się lekko, po czym, przymykając oczy, szepnął:
- Ty też śpij dobrze…

---------------------------------------------------------------------------------------------------------
I pozwolę sobie teraz zacytować Moriaty'ego w 3 odcinku 3 sezonu Sherlock'a: "Did you miss me?" XD
Z tym "za pół roku" w ostatniej notce sobie żartowałam, a potem się okazało, że mam tyle na głowie, że to właściwie nie do końca jest żart. Na szczęście teraz będą wakacje, więc może nie będzie aż tak źle z nowymi rozdziałami...Przypisów nie ma, przynajmniej ja ich nie widzę, ale oczywiście jak ktoś czegoś nie ogarnia, to można pytać, ja nie gryzę (jak nie muszę) XD Mam nadzieję, że nowa część jest okay - ja miałam niezłą frajdę z pisania jej (no bo kurczę, takie słodkie to jest *_*), więc mam nadzieję, że przyjmiecie to z podobnym entuzjazmem. Jak zwykle czekam na konstruktywną krytykę i wytykanie błędów. Jeśli coś jest nie tak, szczególnie pod koniec tej notki (przed chwilą to kończyłam - o 1:30, bo w weekend nie mam czasu, a obiecałam wrzucić do końca tego tygodnia) to proszę napisać mi w komentarzach, będę poprawiać.
Gif opisujący moje życie w trzech słowach xD
Klasycznie - muzyka do rozdziału xD Tym razem jest to "I would die for you" by Matt Walters. Bo jest śliczne as fuck XD  

https://www.youtube.com/watch?v=E6cTLc0rB4w
I obrazek do rozdziału: http://cherrystarwberry7.deviantart.com/art/PewdieCry-Bloody-Adventures-328785985

I uwaga - tak, pogrubieniem, bo trzeba to jakoś wyróżnić - dedykuję rozdział Wiktorii, która kupiła mi ćwiczenia z historii. Dziękuję, mnie by się nie chciało iść. Tak bardzo leniwa Maru. Anyway, możesz się teraz cieszyć. Chociaż oczekuję przeprosin za obrazę mojego ulubionego serialu :<
Jeszcze raz się zareklamuję - na facebook'u funkcjonuje strona założona przeze mnie, poświęcona temu blogowi. Będą tam dodawane informacje o kolejnych rozdziałach, muzyka, filmiki i arty z PewdieCry. Gdzieś na bocznym pasku jest panel do lajkowania XD
 Mam nadzieję, że wam się podoba, nowy rozdział postaram się napisać jak najszybciej :)

~~Brofist, Maru <3

(Ah, jest taka sprawa... Komentarze mile widziane, choćby proste: "Dobrze". Bo nie wiem, czy ktoś to czyta i brakuje mi motywacji. Pisarz złośliwa bestia xD)

8 komentarzy:

  1. Czekamy z niecierpliwością na nowe rozdziały :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Och, Maru-nyan, ty również wyglądasz uroczo i niewinnie kiedy śpisz <3 Czytam twoje opowiadanko już któryś raz i czekam z niecierpliwością! Nie ma to jak od 5 rano czytać twego bloga xD ale cóż innego można poradzić na moją bezsenność? XD dużo wenki ;**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli przy opisie śpiącego Pewds'a widzisz obraz śpiącej mnie, to nie to miałam na myśli XD
      Co ty, o 5 czytasz te wypociny? I to kolejny raz? Nie chwal tak, bo zapeszysz XD Jasne, dużo wenki. A ja teraz będę pisać pół dnia, zawsze tak jest, jak dostaję komentarz XD
      Dziękuję za miłe słowo, zabieram się do dalszego pisania <3

      Usuń
    2. Nyahahaha nice <3 A widząc w myślach śpiącego Pewds'a, nie wiem czemu, ale narzuca mi się obraz tego genialnego zdjęcia z autokaru ;*

      Usuń
  3. Nie ma to jak czytać tego zarąbiaszczego fanfica o 3 w nocy przed Woodstockiem xD Ale najważniejsze.. JACHCEWIĘCEJ! Mój boże to było takie urooocze <3 Kiedy ja znajdę czas na Arta do tego fanfica ! ;3; Czemu ja mam tak zawalone wakacje >^<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za komentarz! <3 Naprawdę się cieszę, że ci się to spodobało, muszę jak najszybciej wstawić kolejny rozdział!
      Woodstock, weź się nawet nie chwal, zazdroszczę xD
      No właśnie, art mile widziany. Ja nie umiem nic składnego narysować, może ktoś inny da radę :D

      Usuń
  4. <3
    To było takie słooodkiee *-*
    Kocham ♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Dalej lubię jak coś rani Cry'a... Jestem masakrycznie dziwna. XD
    Zbliżają się, zbliżają. B)
    Ciekawe czy Cry tak mało waży, czy Pewds jest taki silny by go tyle nosić... Albo nie czuje ciężaru z miłości! *płatki sakury*
    E... Nie do końca wiem co napisać, więc... Dobrze. XD
    *Brofist*

    OdpowiedzUsuń