niedziela, 8 listopada 2015

Świat, w którym chcieliśmy żyć. Rozdział piąty, część trzecia.

***

Przez moment nic nie widział, oszołomiony tysiącem kolorów. Wokół niego wirowały różne przedmioty: zegary, filiżanki i czajniczki, karty do gry, fotele… Cry przez chwilę martwił się, czy przypadkiem nie uderzy w któryś z nich, ale jak się szybko okazało, było to niemożliwe – gdy próbował złapać się wielkiego, stalowego kółka zębatego, mając nadzieję, że zatrzyma swój swobodny spadek, przedmiot oddalił się od niego, nie pozwalając się nawet dotknąć. Spanikowany mężczyzna leciał więc w dół, zastanawiając się, co czeka go na końcu. Po chwili fruwające rzeczy zniknęły wraz z kolorami, ustępując miejsca splątanym czarnym rurom i kablom, przyozdobionym dziwnymi białymi maskami bez wyrazu. Cry z przerażeniem oglądał straszne twarze, czując ścisk gdzieś w żołądku. Co się działo? Gdzie był Pewds? Jak się wydostać z tej pokręconej sytuacji i jak odnaleźć się w grze, której nigdy w życiu nie widziało się na oczy? Zanim zdążył wpaść w histerię, krajobraz wokół znów się zmienił. Tym razem Cry nie zobaczył zbyt wiele, bo zewsząd otoczyło go białe światło. Musiał zamknąć oczy, żeby nie oślepnąć. Poczuł tylko, że zwalnia, że jego ciało wygina się w łuk i dziwne dreszcze przeszły go od głowy aż po stopy. Zrobiło się nieco ciemniej, lot stał się łagodniejszy, a gracz postanowił zaryzykować i otworzyć oczy, mając nadzieję, że nie straci wzroku. Gdy tylko zobaczył, gdzie się znajduje, zaparło mu dech w piersi.
Otaczały go korony drzew o różnokolorowych liściach. Dominowała tam czerwień i róż i Cry mógłby przysiąc, że nigdy nie widział roślin w takim kolorze. Gdy uniósł głowę zobaczył kawałek czystego, błękitnego nieba, ale dopiero gdy zleciał nieco niżej, zauważył, że tak naprawdę płyną po nim śnieżnobiałe chmury. Co dziwniejsze, w powietrzu zawieszone były także kostki domina oraz podniebne wyspy. Cry prawdopodobnie lądował właśnie na jednej z nich, okraszonej zieloną trawą i kwiatami. Słyszał szum wody w pobliskiej rzece, która zmieniała się w wodospad lecący donikąd. Konary drzew pięły się po ziemi, oplatając skały, błękitne motyle siadały na dziwacznych kwiatach. Cry nie mógł się nadziwić tajemniczemu lądowi. Było tak pięknie, tak… nierealnie. Nigdy w życiu nie widział czegoś tak niesamowitego. Zatracił się w cudowności tego świata tak bardzo, że ocknął się dopiero gdy poczuł swoje stopy na twardym podłożu. Wtedy też dotarło do niego, że jego strój delikatnie się zmienił. Pasiasta koszulka zmieniła się w granatową koszulę z krótkim rękawem, wytargane czarne portki zmieniły się w luźne, wygodne, czarno-białe spodnie, których nogawki wepchnięto w czarne, wysokie buty zapinane na kilkanaście klamer, a fartuch narzucony na te ubrania był teraz zbrudzony krwią i poza trupią czaszką zdobiącą kokardę z tyłu, na kieszonkach miał jeszcze jakieś dziwne symbole, których Cry nie potrafił rozpoznać. Na szyi bruneta wisiał zaś srebrny naszyjnik z omegą, który dość mu ciążył, ale niestety mimo prób nie udało mu się go zerwać, jakby był przykuty do reszty stroju. Co gorsza, na głowie znów znalazł swoją maskę. W szoku sięgnął ku niej, z zamiarem rzucenia nią o ziemię, ale tak samo jak z wisiorkiem nie było to możliwe. Maska przywarła mu do głowy i żadną metodą nie dało się jej ściągnąć, więc po chwili dał sobie spokój, wciąż jednak bojąc się o swoje zdrowie i spokój ducha. Miał nadzieję, że tym razem nie odwali mu zupełnie i nie zrobi komuś krzywdy.
Amerykanin rozejrzał się niepewnie po najbliższym otoczeniu. Co teraz? Nigdzie nie było śladu Pewds’a, a bez niego Cry czuł się kompletnie zagubiony na obcym terenie. Z ich dwójki tylko blondyn w miarę znał tę lokację i ewentualnie mógłby im pomóc w przejściu poziomu. Cry nigdy w życiu nie widział tej gry na oczy, chociaż już  kiedyś o niej słyszał. Informacje, które posiadał nie były jednak w ogóle przydatne w tej sytuacji. Patrzył się na gigantyczne drzewa, na rzeczkę i klify, ale nic mu do nie mówiło. Jedyną drogą, jaką widział, był most prowadzący przez rzekę zrobiony z kości domina. Cry sprawnie po nich przeszedł, skacząc z jednej kostki na drugą, aż nie znalazł się na przeciwnym brzegu wody. Nie wiedząc, co go czeka, ruszył wzdłuż skalnej ścieżki.
Kraina Czarów była niezwykła. Cała wyglądała, jakby została wyciągnięta wprost z chorej wizji jakiegoś artysty, który do swego obrazu wrzucił przypadkowe rzeczy ze swojego dzieciństwa i dziwacznych snów. Kości do gry leżały na trawie, jakby były naturalnym elementem krajobrazu, tak samo było z dominem, tworzącym mosty lub fruwającym po niebie. Cry aż podskoczył, gdy tuż obok niego wzniosła się w powietrze… krowa, dziwnie do krowy niepodobna, ze skrzydłami na grzbiecie. Czasami zapominał się i potykał o mniejsze kamienie lub kępki traw, nie patrząc nawet na to gdzie idzie, kompletnie pochłonięty podziwianiem niesamowitego miejsca. Tak właściwie to ocknął się dopiero gdy dotarł do końca ścieżki, ponieważ w ostatniej chwili zorientował się, że pod jego stopą nie ma gruntu, na której mógłby ją postawić. Dalszą drogą najwidoczniej były kolejne ułożone ciągiem głazy, tworzące dróżkę w górę. Niestety oddzielona była ona rwącą rzeką, a Cry nie chciał ryzykować porwania przez silny nurt. Wziął więc rozbieg i ze zdziwieniem odkrył, że nie ma żadnego problemu z przeskoczeniem dziury. Być może wraz ze strojem zyskał także jakieś dodatkowe umiejętności? Nie zastanawiając się dłużej, Cry podskoczył lekko w miejscu, unosząc się na prawie półtora metra wzwyż. Niezmiernie ucieszony nową umiejętnością, rozpoczął wspinaczkę w górę ścieżki.
Na swojej drodze napotkał jedną z fioletowych latających krów. Choć na początku chciał się wycofać, bojąc się, czy nie jest to coś nieprzyjaznego, po chwili krowa sama odleciała, zostawiając gracza nieco zdezorientowanego. Co się tutaj działo? Czego miał się bać, a co było zupełnie nieszkodliwym? I gdzie, do cholery, jest Pewds? Cry zaczął wołać przyjaciela, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Teoretycznie mógłby wrócić się do miejsca, gdzie wylądował i poczekać na Szweda, ale co jeśli on w ogóle nie dostał się do Krainy Czarów? Czyżby wyjątkowo Cry musiał sam przebrnąć przez tę grę, której tak naprawdę nie znał? To było bardzo stresujące i brunet zaczynał powoli panikować. Pewdie zawsze przy nim był, mogli się wzajemnie pocieszać i dodawać sobie otuchy swoją obecnością, ale teraz Cry był zupełnie sam w tym obcym świecie i nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Potrzebował wsparcia kogokolwiek. Kogoś, kto wierzy, że mogłoby mu się udać.
Nie mając lepszego pomysłu zdecydował się na dalszą podróż, mając nadzieję, że spotka Pewds’a na swojej drodze, a jeśli nie, to chociaż że gra skończy się szybko. Przeskoczył nad przepaścią, wciąż zafascynowany tym, jak daleko jest w stanie skoczyć i przeszedł dalej, trafiając na brzeg klifu. Po jego prawej znajdowała się wielka kamienna figura kobiety z dłońmi przyłożonymi do policzków, po których spływała woda, jakby płakała. Nie ryzykując spadnięcia z dużej wysokości, Cry spojrzał na kostki domina lewitujące w powietrzu. Prawdopodobnie była to jedyna droga, chociaż tym razem platformy wydawały się być nieco dalej, niż poprzednio. Brunet wziął dobry rozbieg i skoczył na pierwszą kostkę. Już myślał, że bezpiecznie wyląduje, gdy okazało się, że brakuje mu trochę, by sięgnąć stabilnej powierzchni. W panice obrócił się w powietrzu, mając nadzieję, że uda mu się chwycić jakiejś gałęzi lub fragmentu skały z klifu obok, ale ku jego zaskoczeniu nagle uniósł się w górę, lądując na platformie. Stał na niej przez chwilę, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Czyżby to przez ten obrót w powietrzu jego skok się wydłużył? Niewiele myśląc, Cry skoczył na kolejną kość domina, w połowie lotu gwałtownie się obracając. Rzeczywiście, było trochę tak, jakby odbił się od niewidzialnego podłoża. Bezpiecznie wylądował na dominie, ciesząc się jak dziecko nowo odkrytą techniką.
W końcu dotarł na stały grunt i zeskoczył z klifu, natrafiając na dziwny, świecący się bielą obrazek, wyglądający trochę jak hologram. Przedstawiał słuchawki, a gdy brunet do niego podszedł, obraz zniknął, zamieniając się w głos Pewdie’go: „Hej, nie chciałbyś może nagrać ze mną jakiegoś gameplay’a? Zależy mi na jakimś wspólnym filmiku”. Cry dobrze to pamiętał, to był pierwszy raz, gdy Pewds się do niego odezwał. Na początku wysłał mu wiadomość zachęcającą do współpracy, a Amerykanin po prawie dwóch miesiącach raczył dopiero odpisać, że zgadza się na nagranie. Od tamtego czasu minęły trzy lata, a oni stali się bliskimi przyjaciółmi. Chociaż trzeba przyznać, że początek tej znajomości był dosyć dziwny… Cry uśmiechnął się do siebie, wracając do wspomnienia. Stare dobre czasy, kiedy Pewdie był dla niego nową, obcą osobą, a nie obiektem westchnień. Gdyby mógł wybierać, mimo wszystko zdecydowałby się na tę przyjaźń, ze wszystkimi jej wadami. Cry nie miał wielu przyjaciół, którzy byliby tak bliscy jak Pewds. Ta relacja naprawdę dawała mu wiele szczęścia.
Cry westchnął, odcinając się od własnych przemyśleń i skupiając się na rzeczywistości. Ruszył w dalszą drogę z postanowieniem, że mimo kompletnego braku wiedzy zrobi wszystko, by ukończyć tę grę i wrócić do przyjaciela, a potem razem z nim ruszyć na kolejną przygodę. To był jego cel. Nie zostawiać Pewdie’go i pokazać, że da sobie radę i że nie trzeba się o niego martwić. Z tym silnym pragnieniem w sercu wskoczył po gigantycznych kapeluszach grzybów na kolejny klif. Na niewielkim kawałku ziemi wyskoczył kolejny grzyb, jednak mniejszy i bardziej różowy. Cry obszedł go dookoła, nie za bardzo wiedząc, do czego on może służyć. Nie dało się oderwać z niego kawałka, pod nim nic nie znalazł, z braku innych opcji wskoczył więc na niego, odkrywając, że grzybek działa jak trampolina. Cry został wystrzelony w powietrze, dostając się na wyższy poziom. Tam, w wąskim przejściu między skałami znalazł kolejne lewitujące wspomnienie: „Cry, zrób jakieś intro… Łał, przystojny jesteś!”. Ich drugi lub trzeci wspólny gameplay, z gry No More Room In Hell. Było zabawnie, szczególnie, że nie znali się wtedy tak dobrze. Oczywiście, rozmawiali trochę przed nagrywaniem i mieli już doświadczenie w postaci filmików z Cry Of Fear, ale wciąż byli bardziej kumplami z branży niż przyjaciółmi. To było zupełnie nowe doświadczenie i wspólne granie na pewno było tym, co ich do siebie zbliżyło.
Wskakując na kolejnego grzybka-trampolinę, Cry znalazł się na klifie, z którego ujrzał przedziwny obrazek. Przed nim rozciągała się szeroka dolina, z fioletowym zbiornikiem na samym środku. Wody zdawało się nie przybywać pomimo faktu, że z wielkiej szklanej butelki zawieszonej w powietrzu lał się nieskończony wodospad sinej wody. Butla oznaczona była karteczką z napisem „Wypij mnie”, co pozostawiło gracza bez żadnych wątpliwości, co powinien zrobić. Powoli sfrunął na dół, lądując delikatnie na ziemi, po czym podszedł do jeziorka niepewnie. Tak właściwie, to nie miał pojęcia, co go czeka. To mogła być trucizna, to mogło być lekarstwo. To mogło być, cholera, wszystkim, a jedyne co Cry mógł teraz zrobić, to zgadywać, czy go to zabije czy nie. Postanowił zaryzykować, wkurzony swoim brakiem wiedzy na ten temat. Nabrał nieco fioletowej cieczy w dłonie, po czym wypił wszystko, do ostatniej kropli.
Przez moment nic się nie działo, aż nagle Cry zaczął w przerażająco szybkim tempie maleć. Zaczął panikować. Co jak zniknie całkowicie? Czy kiedyś przestanie się kurczyć? Drzewa wydały mu się większe, niż były, kwiatek, który normalnie mógłby zdeptać stał się nagle tej samej wielkości, a woda sięgała już jego szyi. Na szczęście zatrzymał się zanim zmienił się w drobny pył. Natychmiast oddalił się od jeziorka, wychodząc na suchy grunt i myśląc, jak odwrócić niepożądany efekt. Zauważył niewielkie przejście w kształcie dziurki od klucza i ruszył w tamtą stronę. Może tak to miało działać; może teraz była część, którą będzie przechodził w zmniejszonej wersji. Wszedł więc w wąskie, niskie przejście pełne wystających korzeni, aż znalazł się po drugiej stronie. Nagle magiczna moc napoju przestała działać i ku wielkiej uldze bruneta, wrócił on znów do swojej poprzedniej formy. Wskoczył na różowego grzyba i wystrzelony w powietrze znalazł się na górze skały, napotykając kolejne wejście w kształcie klucza.
- Jak ja mam tam wejść? – mruknął do siebie, nagle tracąc zadowolenie ze zmiany wzrostu. Kiedy tylko o tym pomyślał, znowu stał się mały i odzyskał możliwość przeciskania się przez szpary. Zaskoczony swoim nowym odkryciem zapragnął znów urosnąć i tak właśnie się stało. Najwidoczniej ta moc działała według jego myśli. Kurcząc się więc, przeszedł przez korytarzyk i trafił na niewielką polanę, na której znalazł kilka ogromnych, mieniących się barwami tęczy ślimaków, machających niespokojnie czułkami. Cry przeszedł obok nich i schodząc dwa piętra niżej dotarł do kolejnego przejścia. Gdy już przeszedł tamtędy i przeczołgał się pod kostkami domina ustawionymi w mostek, natrafił na niebieskiego grzyba w środku wąwozu. Niewiele myśląc, wszedł na niego i tym razem wystrzeliło go wysoko w górę, aż znalazł się między drzewami, gdzieś w górnych skałach.
Wylądował na platformie z domina tylko po to, by zobaczyć przed sobą długą i szeroką zjeżdżalnię. Tym razem nie miał za bardzo wyboru dotyczącego tego, gdzie chciałby pójść. Po dłuższym zastanowieniu niechętnie usiadł na krawędzi platformy i zjechał w dół, natrafiając na błyszczące się srebrem lub złotem… zęby, które znikały za każdym razem, gdy ich dotknął. Prędkość wydawała mu się zabójcza, gdy bez żadnego hamulca sunął po zjeździe. Zakręt za zakrętem, coraz bardziej panikował. Ledwo kontrolował kierunek swojej jazdy, gdy przed nim zaczęły się pojawiać skorupy ślimaków. Cudem udało mu się je ominąć i Cry z wielką radością przyjął widoczną krawędź zjeżdżalni. Spokojnym lotem zeskoczył z niej i wylądował na ziemi, zadowolony jak nigdy ze stabilnego gruntu pod stopami. Jego szczęście nie trwało jednak zbyt długo, ponieważ szybko spostrzegł, że ten otóż grunt nosi na sobie ślady krwi. Amerykanin przełknął ślinę nerwowo, ku swojemu przerażeniu odkrywając krwawą rzekę płynącą zaraz obok. Ponownie, wskoczenie do niej okazało się jedyną dostępną opcją. Cry wszedł więc w sam środek szkarłatnego morza.
Niepewnie i powoli poruszał się w cieczy, ledwie obmywającej jego łydki. Najdziwniejsze było to, że jego buty oraz ubrania były suche, mimo wcześniejszej kąpieli w zmniejszającym napoju i teraźniejszej wycieczki przez rzekę krwi. Najwidoczniej kraina ta rządziła się swoimi własnymi prawami. Prawami, w których zbiornik pełny posoki był całkowicie normalnym zjawiskiem. Tak samo jak nagłe zmienianie rozmiarów, lewitujące kości domina czy gigantyczne ślimaki. Albo szkielet wielkiego drapieżnika na środku opustoszałej polany, przypominającego trochę te wszystkie dinozaury z muzeum z wbitym ostrzem w sam jego środek oraz pięknie zdobionym nożem, umieszczonym w jego głowie. Cry podszedł ostrożnie do szczątek monstrum, mając nadzieję, że nie zostanie już przez nie zaatakowany, gdy w tej chwili przed graczem pojawił się jakiś szarawy kształt. Gracz odskoczył gwałtownie, przygotowując się do ewentualnej obrony. Szara figura wyostrzyła nieco swoje rysy i okazała się… Pewdie’m, przebranym w dziwaczny strój kota – bluza i luźne spodnie, szare w ciemniejsze pręgi wyglądające niczym kości; tatuaże pod ustami, na policzkach i nad oczami układające się w czarne wzory; chudy ogon z kitą na końcu, kocie uszy, wystrzępione i z kolistym kolczykiem oraz… żółte ślepia. Cry potrzebował chwili, żeby upewnić się, że to na pewno jego przyjaciel i najwidoczniej Pewds także miał wątpliwości co do tożsamości postaci naprzeciw. Po krótkiej chwili całe zwątpienie zniknęło i gracze jak na komendę ruszyli szybko w swoją stronę, by się przytulić.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę na twój widok – wyznał Cry, nareszcie czując ulgę w sercu.
- Nie wierzę, że to powiedziałeś. Muszę koniecznie to zapisać – odparł blondyn, ściskając go mocno. – A tak na marginesie: Nigdy więcej mi tak nie rób. Ja rozumiem, że panna w potrzebie i tak dalej, ale bez przesady.
- Przepraszam, to się już nie powtórzy – odsunął się, z szerokim uśmiechem na twarzy spoglądając na Pewds’a. – Przez chwilę myślałem, że będę musiał przechodzić to sam. Stary, ja nie mam bladego pojęcia, co to w ogóle jest za gra.
- To znalazłeś sobie złego przewodnika, już ci mówiłem, że pamiętam piąte przez dziesiąte. Ale może damy radę. Najważniejsza jest broń, bez tego nigdzie nie ruszysz, Alicjo – oświadczył Pewdie uroczystym tonem, wyciągając nóż z głowy potwora i podając go przyjacielowi. – Używaj go dobrze.
- Daj sobie spokój, i tak zginiemy – Cry wykonał parę cięć w powietrzu, próbując zrozumieć zasady walki tak dużym ostrzem. – Zresztą, wolałbym nie walczyć. Po moich ostatnich atakach chyba nie jestem bezpieczny dla reszty społeczeństwa – nie odważył się powiedzieć, że boi się, że podczas jednej z tych chwil kompletnego szaleństwa zrobi przyjacielowi jakąś naprawdę poważną krzywdę. Na przykład zabije.
- Nie masz wyboru, ja tu jestem tylko od prowadzenia cię za rączkę. Właśnie dlatego jestem kotem z Cheshire, twym wiernym pomocnikiem. Chociaż tak jakby mnie nienawidzisz.
- Tego mi nie musisz mówić, przecież wiem. Poza tym, idiotyczny kostium. Trochę jak te wszystkie fanki anime, wiesz, kocie uszka i te sprawy…
- Ty za to wyglądasz jak wyjątkowo słaby cosplayer i niestety ładna buźka ci w tym nie pomoże. Masz gacie w paski, nic gorszego nie mogło ci się przytrafić.
Cry roześmiał się, wręcz nie mogąc się powstrzymać. Zdecydowanie brakowało mu tego typu docinek i takich spontanicznych wybuchów śmiechu. Brakowało mu Pewdie’go, który trzymałby go w dobrym nastroju. Biorąc pod uwagę całą dotychczasową drogę, ktoś, kto mógłby jakkolwiek pomóc mu w zrozumieniu zasad gry był niezbędny. Na pewno Pewds oszczędzi mu nieco stresu związanego z tym, że zmienia swoje rozmiary, skacze i fruwa oraz musi walczyć z… czym, tak właściwie?
- Właśnie, na co mi ta broń? Skoro mówisz, że bez niej nie ruszę dalej…
- Oh, pałęta się tu trochę potworów – Pewds spojrzał na niego z troską. – Nie wiem, czy będę mógł pomagać ci w walce. Znaczy, nie posiadam żadnej broni i nie za bardzo wiem…
- W porządku, może dam radę – odparł Cry, ignorując świecącą się na czerwono lampkę w swoim mózgu, która informowała go o niebezpieczeństwie i prawdopodobnej śmierci. – Poza tym, to dobra metoda by sprawdzić, czy jesteś w stanie nie wpychać się w moje walki.
- To beznadziejna metoda. Prawdopodobnie i tak się wepchnę. Co mam niby robić, stać z boku i patrzeć, jak się naparzasz z jakimiś potworami? – spytał Pewdie poirytowany, spoglądając na przyjaciela spod ściągniętych brwi. – Zawsze masz moje wsparcie, tylko daj mi chwilę, znajdę coś do walki…
- Nawet nie próbuj. Moja walka, moja sprawa. A ta metoda jest świetna, przynajmniej będę miał pewność, że się nigdzie nie wtrącisz. No i obiecałeś, a ja nienawidzę, jak ktoś łamie przysięgi.
Pewds spojrzał na niego wilkiem, ale nic nie odpowiedział. Westchnął tylko głośno, odwracając się do bruneta plecami.
- Tędy. Mam nadzieję, że jesteś gotów na swoją walkę – dwa ostatnie słowa zaakcentował, po czym, nawet nie patrząc czy Cry za nim podąża, ruszył w tylko sobie znanym kierunku. Amerykanin za to podszedł do szkieletu, chcąc mu się dokładniej przyjrzeć przed dalszą podróżą i przy okazji poszukać jakichś wskazówek lub porad odnośnie użycia noża. Całe szczęście, bo blondyn zupełnie zapomniał o kartce, która leżała tuż obok wcześniejszej lokacji ostrza. Na pierwszej stronie widniał rysunek noża, podpisany nazwą Vorpal Blade i obiecujący, że każdego wroga pozbawi życia. Na drugiej zaś stronie Cry znalazł dobrze mu znane pismo, spisane dobrze mu znanym szkarłatnym atramentem – wiersz od Alice.

V. Zaufanie
Obce dla jednego, drugiemu znajome
Krainy Czarów zasady szalone.
Wśród walk i wspomnień ta długa wyprawa
Ufności dla siebie nawzajem wymaga

Wasza droga
~Alice

Amerykanin uśmiechnął się pod nosem, zadowolony ze swojego odkrycia, po czym niemalże biegiem podążył za przyjacielem.
- Mógłbyś się bardziej rozglądać, przegapisz małe drobiazgi – zwrócił mu uwagę, równając z nim krok. – Pierwsza zasada gier komputerowych: odkrywaj świat kawałek po kawałku. Nigdy nie wiesz, co ci się przyda.
- Nie uważam tego za przydatne – mruknął Pewds pod nosem, czytając jednocześnie wiersz. – Poza tym, jakbym miał sprawdzać każdy element to nigdy nie ruszyłbym z akcją. Sprawdzam tylko najbardziej widoczne i potrzebne rzeczy.
- Nawet nie wiesz, ile tracisz przez taką ignorancję – westchnął Cry. – Gdzie tak właściwie idziemy?
- Jedyna droga jaką widzę, to ta ścieżka – Pewdie wskazał wspinającą się ku górze dróżkę, otoczoną skałami. Przejście zagrodzone było kilkoma skorupami dużych ślimaków, które skutecznie broniły przed wstępem na dalszą drogę. – Skoro znalazłeś nóż, to pewnie gdzieś tam będzie jakiś przeciwnik, tak coś przynajmniej kojarzę.
Ledwo to powiedział, a grunt pod ich stopami zaczął się trząść. Cry zwrócił się w stronę szkieletu leżącego na polanie, bojąc się, że potwór powstanie i zacznie atakować. Nie potrafił utrzymać równowagi przez ciągłe drgania, ale wciąż stał na nogach, osłaniając Pewds’a schowanego za jego plecami. Okazało się jednak, że stare kości martwego stwora nie mają zamiaru nagle ożyć, wręcz przeciwnie: rozpłynęły się w powietrzu wraz z masą szarobrązowego pyłu. Brunet nie zmienił jednak czujnej postawy aż do momentu, kiedy po szkielecie nie było żadnego śladu. Odetchnął wtedy z ulgą, chowając nóż w kieszeni fartuszka.
- Nadal irytuje mnie to, że nie wiem, co mi zaszkodzi, a co nie. Jakoś we wcześniejszych rozgrywkach aż tak się nie bałem, bo przecież znałem zagrożenie. Ale teraz?
- Wybacz, zapomniałem, czy to zwierze stanowi jakieś niebezpieczeństwo, sam się przestraszyłem. Jednak jestem stuprocentowo pewien, że za chwilę będziesz miał przeciwników do walki – odparł blondyn, ciągnąc przyjaciela za rękaw. – Chodź, sam się  przekonasz.
Cry pozbył się skorup ślimaków niemalże w kilka sekund, gładko przecinając je ostrzem. W środku znalazł jakiś świecący się jasno ząb.
- Okay, a to cholerstwo to co? – mruknął, niepewnie go chwytając.
- Takie czerwone róże dodawały żyć, a zębów można było użyć do ulepszania broni… Albo na odwrót. W każdym razie bierz, bo wygląda na przydatne – poradził Pewds, szukając czegoś w swojej bluzie. Po chwili wyciągnął niewielki płócienny woreczek i podał go brunetowi. – Wtedy fakt, że posiadam to przy sobie miałby sens. Mogę ci to nawet ponieść, przecież i tak jestem tylko postacią poboczną.
Cry wpakował ząb do środka i ruszył w dalszą drogę. Nie musiał nawet iść daleko – ciemny tunel konarów poprowadził go do rozległej polany, pokrytej kolorowymi liśćmi i ciemnymi plamami czegoś, co mogło być olejem albo bardzo ciemną, niemalże czarną krwią. Miejsce otoczone było skałami i drzewami i wyglądało na to, że nie za bardzo było jak stąd wyjść. Cry niepewnie wyszedł na środek, rozglądając się.
- Czy to oznacza walkę? – spytał, zastanawiając się, skąd nadejdzie i jak będzie wyglądał jego przeciwnik. Na razie było cicho i spokojnie…
- Niestety, tak pamiętam. Może musisz chwi-
Pewds nie zdążył dokończyć zdania, bo w tym momencie ziemia zatrzęsła się, a z ciemnej cieczy zaczęło się coś formować. Cry spanikował przez moment, ale szybko oprzytomniał i wyciągnął nóż, przygotowując go do ataku.
- Cofnij się! – krzyknął do Pewdie’go i spojrzał w jego stronę, by upewnić się, że przyjaciel słucha jego poleceń. Szwed posłusznie odbiegł bliżej skał, jednak stał na ugiętych nogach, nerwowo, jakby chciał się rzucić na pomoc. Jedno spojrzenie bruneta wystarczyło, żeby porzucił swój zamiar; Cry wyglądał na nieobliczalnego, będąc w niebezpiecznej sytuacji. Chociaż na jego masce nie było żadnych oznak zbliżającego się napadu morderczego szału, Pewds wolał nie ryzykować. Stał więc na uboczu, wściekając się na świat za swoją bezsilność. W tym czasie z ziemi powstał dziwny potwór, czarny, ociekający oleistą cieczą. Szeroko rozstawione, niezbyt masywne nogi były w stanie utrzymać potężny, nieco przygarbiony korpus z dwoma całkiem długimi, dużymi łapami. Za twarz robiła biała maska upiornej lalki z dwoma czarnymi dziurami zamiast oczu i otwartymi ustami, z których wydobył się wrzask. Zza pleców, z rur wrosłych w ciało stwora buchały gorące promienie.
Niezdarnie, ale wcale nie tak wolno zaczął się poruszać w kierunku Cry’a. Gracz przez krótki moment miał ochotę uciec, mając możliwość kupienia sobie tym chociaż trochę czasu, ale wiedział, że nie na tym polegało jego zadanie. Zacisnął więc szczęki i ruszył w stronę przeciwnika, łapiąc nóż oburącz. Uniósł swą broń do góry, po czym zadał cios, gładko przecinając ciało stwora i ochlapując się czarną krwią. Przez moment zamarł, zszokowany tym, co właśnie zrobił, ale ryk potwora uświadomił go, że nie ma czasu na myślenie o tym teraz. Zadał więc kolejne cięcia, zmieniając pozycje i miejsca przecięć. Z każdym atakiem przeciwnik cofał się nieco, co chwilę wydając z siebie nieludzki krzyk, aż w końcu zmienił się w ciecz, zostawiając po sobie tylko białą maskę. Jednak nie był to koniec – z ziemi wyłoniły się dwa dokładnie takie same stwory i natychmiast rzuciły się w stronę gracza. Cry wiedział, że nie da rady walczyć z dwoma osobnikami naraz, dlatego skupił się na jednym z nich i rozpoczął salwę cięć, mających na celu szybko pozbyć się wroga. Niestety, walka pochłonęła go tak bardzo, że aż nie zauważył drugiego monstrum, które zdołało podejść na tyle blisko, by jedną ze swych rąk zostawić bolesne cięcie na ramieniu mężczyzny.
- Cry! – Pewds ruszył do przodu, by ewentualnie jakoś wesprzeć przyjaciela, ale został powstrzymany.
- Nie ruszaj się stamtąd! – odkrzyknął Cry, kontratakując, po czym wycofał się nieco, by mieć lepszy wgląd na sytuację. – Dam radę, ale tylko wtedy, gdy nie dołożysz mi jeszcze więcej zmartwień. Poza tym, obiecałeś mi coś.
Nawet nie słuchał, czy Pewds chce dodać coś jeszcze do sprawy; maksymalnie skoncentrowany, przypuścił atak na pierwszego ze stworów, wiedząc, że wcześniej zraniony w końcu padnie. Jego teoria szybko się potwierdziła: już po paru cięciach potwór zniknął, pozwalając brunetowi na zajęcie się tym drugim. Chociaż zabicie go trwało dłużej, w końcu zmienił się w ciemną plamę oleju, zostawiając za sobą jednak czerwoną, błyszczącą się i w dodatku lewitującą różę. Niepewnie dotknął jej, ale okazało się, że nie było to nic szkodliwego – wręcz przeciwnie, dzięki temu rana na jego ramieniu natychmiast się zagoiła. Odzyskał też trochę sił, jakby się zdrzemnął lub wypił kawę i teraz już prawie w ogóle nie odczuwał skutków walki.
- Wszystko w porządku? – Pewdie podbiegł do niego, od razu przystępując do oględzin.
- Takie czerwone róże leczą rany, to coś w rodzaju żyć, czy jak? – odpowiedział pytaniem na pytanie, sprawdzając jeszcze raz miejsce wcześniejszego rozcięcia. Nie było nawet śladu.
- Tak, przecież ci już o tym mówiłem – gdy już upewnił się, że rzeczywiście Cry jest cały i zdrowy, rozejrzał się dookoła. Konary drzew, które wcześniej zagradzały drogę i uniemożliwiały dalszą podróż nagle się rozsunęły, ukazując tunel. – Jesteś gotowy, czy potrzebujesz chwili?
- Chodźmy. Znasz zasady. Im szybciej stąd wyjdziemy…
- Tym lepiej dla nas – przytaknął Pewds, chwytając Cry’a za nadgarstek i ciągnąc go w stronę przejścia. – Podążaj za mną, Alicjo.
Przeszli przez ciemny korytarz gałęzi i liści, stąpając po trawie i kostkach domina. Wyszli na nieco bardziej otwartą przestrzeń i natrafili na lewitującą w powietrzu białą, emitującą światło konsolę do gier. Cry sprawnie wskoczył na podwyższenie, nad którym ona się znajdowała i poczekał, aż Pewdie do niego dołączy.
- W sumie, skoro jesteś już tym moim przydupasem… - zaczął brunet, uśmiechając się. – Możesz zbierać wspomnienia.
- Na co nam one? – spytał blondyn, nieco sceptycznie patrząc się na świecący przedmiot.
- Nie mam bladego pojęcia, ale nie chcę, żeby się potem okazało, że są nam na coś potrzebne, także powierzam ci zadanie zdobywania ich. Ja już mam robotę, muszę skakać po dziwnych platformach, biegać i walczyć. Ty możesz się zająć resztą – odparł Cry, po czym odwrócił się i zeskoczył z wzniesienia, szukając dalszej drogi. Pewds westchnął tylko i sięgnął po konsolę, która wraz z jego dotykiem zniknęła z pola widzenia. W zamian w głowie Pewdie’go rozległy się czyjeś głosy – nie zajęło mu długo, by rozpoznać je jako swój i Cry’a:
„Więc, na czym ma to polegać?”
„Wiesz, myślałem o jakiejś grze kooperacyjnej, coś fajnego, prostego, przy czym dałoby się nieźle bawić… Na przykład Left 4 Dead 2 lub coś w ten deseń.”
„Będziemy się mordować? Świetny pomysł! To kiedy nagrywamy?”
„Nie musimy się spieszyć… Nie chcę, żeby wyszło niezręcznie, może pierw się lepiej poznamy, co?”
Pewds nie mógł powstrzymać uśmiechu. Jakie to było dziwne, rozmawiać z inną osobą z branży, innym gamerem… Co prawda, o Cry’u słyszał znacznie wcześniej, ale zajęło mu wieki, żeby się przełamać i spytać się go w końcu, czy nie chciałby się podjąć współpracy. No i był to pierwszy youtuber, z którym postanowił coś wspólnie nagrać, więc tym bardziej było to swego rodzaju niezapomniane zdarzenie. Bał się, że Cry się nie zgodzi, że nie będzie chciał robić czegokolwiek wspólnie i cały plan padnie, ale ostatecznie po kilku miesiącach raczył mu odpisać na zaproszenie, spotkać się na jednym z komunikatorów i się z nim poznać. Nagle zostali najlepszymi przyjaciółmi. Aż trudno było uwierzyć, że od tamtego zdarzenia minęły już prawie 4 lata…
Zszedł ze skały, wciąż z uśmiechem na ustach, po czym ruszył w kierunku Cry’a. Gracz czekał na niego potulnie, stojąc koło różowego grzyba o wielkim kapeluszu.
- Co się tak szczerzysz? – zagadnął go, wychodząc mu naprzeciw. – Jakieś miłe wspomnienie?
- Nasza pierwsza rozmowa. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile już czasu minęło… Pamiętam to, jakbym pisał do ciebie wczoraj.
- Może dlatego, że właśnie ktoś ci o tym przypomniał. Nieważne, mam coś dla ciebie – Cry wyciągnął dłoń i wręczył przyjacielowi garść zębów. – Mógłbyś schować?
- Jasne. A gdzie teraz idziemy? – Szwed spojrzał na wielki klif, który ograniczał im drogę, a potem na grzyb znajdujący się u jego stóp.
- Jedyna droga prowadzi do góry – Cry wskoczył na grzybek, który wystrzelił go w powietrze, po czym spokojnie wylądował na szczycie skały. – Wskakuj, idziemy dalej!
Nie patrząc nawet, czy Pewds podąża za nim, przeszedł drogą skręcającą w prawo do krawędzi klifu i rozejrzał się. Przed nim rozciągała się duża przestrzeń, bez żadnych platform czy innych form pomocy. Druga skała znajdowała się dość daleko i Cry zaczął mieć wątpliwości, czy uda mu się doskoczyć do niej. Postanowił nie czekać jednak na Pewdie’go, który pewnie wybiłby mu ten pomysł z głowy i skoczył w przepaść, obracając się dwukrotnie wokół własnej osi. Okazało się jednak, że trzeci obrót nie jest już możliwy, więc nieco spanikowany przestał się ruszać, mając nadzieję, że może nie zginie. Ku jego zaskoczeniu spokojnie opadł na ziemię, ostatnie metry pokonując dzięki oporowi, jakie stawiało mu powietrze. Nie miało to żadnego sensu i nie tyczyło się żadnych fizycznych praw, ale z właśnie tego powodu Amerykanin cieszył się, że nie znajduje się w świecie realnym. Upewniwszy się jeszcze kilkukrotnie, czy aby na pewno stoi na stałym gruncie, Cry zwrócił się w końcu w stronę z której właśnie przyszedł, by zobaczyć, czy Pewds już tam jest. Zgodnie z jego oczekiwaniami, blondyn stał na krawędzi klifu, patrząc się ze strachem w dół.
- Jak ja mam niby zejść!? – krzyknął, rozglądając się za jakimś wygodnym wyjściem. Niestety, jedynym sposobem był skok z jednego klifu na drugi.
- Skakałeś już wcześniej? Wystarczy, że wykonasz podwójny obrót w powietrzu, a potem już pójdzie gładko! – odkrzyknął Cry, zachęcając go gestem dłoni do skoku. – To dość łatwe!
- Skąd możesz wiedzieć, że w moim przypadku zadziała to tak samo? Nie miałem okazji sprawdzić, czy potrafię skakać, latać czy cokolwiek! Obudziłem się przy tamtym szkielecie!
- No dalej, w tym świecie ciężko jest zginąć, mówię z doświadczenia! – brunet odsunął się nieco dalej, by zrobić przyjacielowi miejsce na lądowanie.
- Ty nawet w to nie grałeś.
- Jak inaczej masz zamiar się tu znaleźć?
Pewds wziął głęboki oddech i policzył do dziesięciu. Kiedy poczuł, że jest już gotów, otworzył oczy i spojrzał na swój cel… Znowu musiał się cofnąć, czując zawroty głowy. Ten klif był tak daleko, tak nisko i nie było opcji, by udało mu się bezpiecznie znaleźć się tam bez robienia sobie większej krzywdy. Cry oczekiwał jego skoku, a on nie potrafił się zmobilizować do prawdopodobnej próby samobójczej. W końcu jednak się odważył. Nie może tu stać w nieskończoność. Musi iść dalej. Z takimi otóż postanowieniami w myślach Pewds stanął na samej granicy przepaści, oddychając głęboko. Trzy, dwa, jeden… Grunt pod jego stopami zniknął, gdy zeskoczył ze skały. Ledwo panując nad ciałem spróbował zrobić obrót… Nie udało się. Runął w dół, pod sobą widząc tylko ciemność.
- Pewds! – dobiegł go rozpaczliwy krzyk Cry’a, ale nie odpowiedział mu. Przerażony zamknął oczy, czując jak bezwładne jest jego ciało w tym swobodnym spadku. Nie chciał umierać. Nie chciał znikać z tego świata. Nie chciał zostawić swojego przyjaciela samego w walce o przetrwanie.
Nagle się zatrzymał. Nie uderzył w nic, nic go nie złapało w locie. Po prostu zatrzymał się w powietrzu. Po chwili poczuł coś twardego i płaskiego pod swoimi plecami, jakąś powierzchnię, na której został położony. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach odważył się otworzyć oczy i rozejrzeć wokół. Jakimś cudem znajdował się na klifie, bezpieczny i zdrowy, bez żadnych urazów na ciele. Podniósł się powoli, niepewnie, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie się wydarzyło. Skok się nie udał, spadł w ciemną otchłań, a teraz stoi na tym klifie, na którym chciał się znaleźć? Co on właśnie zrobił?
- Cry? – podszedł do bruneta, który klęczał na krawędzi, patrząc się w otchłań. – Żyję. Wszystko jest w porządku.
Amerykanin natychmiast się odwrócił i podniósł się szybko, wyciągając nóż i tnąc nim powietrze. Pewdie musiał cofnąć się kawałek, żeby nie znaleźć się na linii cięcia. Determinacja na twarzy atakującego powoli ustąpiła miejsca zaskoczeniu, gdy dotarło do niego, na kogo ruszył się z bronią.
- Spokojnie, stary – Pewds uśmiechnął się, unosząc obie ręce w poddańczym geście. – Ja wiem, że usilnie chcesz mnie zabić, ale to niesprawiedliwie tak odbierać mi prawo do obrony.
- Pewdie! Jezu, przepraszam! – Cry upuścił ostrze i rzucił się na przyjaciela, tuląc go mocno. – To nie tak, spodziewałem się, że zakrada się jakiś potwór, to w samoobronie…
- Przecież wiem, wyluzuj. Żartowałem. Poza tym, jestem z ciebie dumny, bo gdybym serio był jakimś potworem, byłoby po mnie.
- Jakim cudem ty… - wymamrotał Cry cicho, zaciskając palce na plecach blondyna. – Co się właśnie wydarzyło? Boże, prawie cię zabiłem… Przepraszam, Pewds, ja myślałem…
- Hej, w porządku – Szwed także go przytulił, klepiąc po plecach. – Nie twoja wina. Nie mieliśmy innego wyjścia, a skoro już to przetestowałeś, to myślałeś, że zadziała. Przynajmniej się dowiedzieliśmy, że nie do końca. Przestań się obwiniać. Najważniejsze, że żyję.
- Ale jak? Jak się tu znalazłeś? – Cry odsunął się od niego, ale ciągle był przerażony.
- Nie wiem. Leciałem w dół, myśląc o tym, że za chwilę umrę i będziesz musiał radzić sobie sam… A wtedy przestałem spadać, poczułem grunt pod plecami, a gdy otworzyłem oczy, byłem już tutaj. Naprawdę nie mam pojęcia, jak to się wydarzyło.
- W pewnym momencie zniknąłeś. Rozpłynąłeś się w powietrzu. Myślałem, że to tak wygląda śmierć w tym świecie, że po prostu znikasz…
- Może się teleportowałem? To w sumie jedyna opcja jaka przychodzi mi teraz na myśl. Jak myślisz? – Pewds spojrzał na kolejny klif, położony niżej. – Być może to działa w ten sposób, że znajdę się tam, gdzie sobie zażyczę?
- Ja się nie znam, to ty lepiej ogarniasz tę grę – Cry wzruszył ramionami. – Ale warto spróbować. To cię raczej nie zabije.
Pewds uśmiechnął się, nieco rozbawiony żartem przyjaciela, po czym podszedł bliżej krawędzi skały, patrząc się na cel swojej podróży. Sam w to nie wierzył. Nie pamiętał żadnej opcji teleportacji w tej grze, chociaż wiedział, że Kot z Cheshire pojawiał się zwykle w różnych miejscach i nigdy nie towarzyszył Alicji stale. Być może potrafił się jakoś przenosić? Mężczyzna w końcu przymknął oczy, próbując się skupić. Przed oczami wciąż miał obraz klifu, na którym miał się zjawić. „Dobra, Felix, wiem, że w to nie wierzysz, ale się skup.” – pomyślał. – „Chcę się tam znaleźć. Chcę stać na tamtym klifie”. Stał jeszcze chwilę w miejscu, nie otwierając oczu, ale nie poczuł żadnej zmiany. Zrezygnowany uniósł powieki i ku swojemu zdziwieniu ujrzał Cry’a na skale nad sobą, machającego do niego radośnie.
- Udało ci się! – krzyknął brunet, wyraźnie uradowany. – Czekaj, już do ciebie schodzę!
Pewdie z niedowierzaniem rozglądał się wokół, zaskoczony, że ten idiotyczny pomysł rzeczywiście się udał. Odsunął się nieco, robiąc przyjacielowi miejsce do lądowania i cierpliwie poczekał, aż Cry spokojnym, stabilnym lotem wyląduje koło niego.
- Gratuluję, sukces! – wykrzyknął, gdy już stanął na skale. – Będziesz mógł spokojnie się przenosić z miejsca na miejsce, bez żadnego trudu!
- Też mnie to dziwi, myślałem, że to jakiś absurd – przyznał Pewds, uśmiechając się w odpowiedzi. – Teraz mi możesz zazdrościć.
- Nie mam zamiaru, ja potrafię latać. Teoretycznie – odparł Cry, ciągnąc blondyna za rękę. – Skoro tak to wygląda, to nie mamy czasu do stracenia. Jeszcze chwila i będziemy w domu.
- Optymista się znalazł – Pewdie westchnął, rozbawiony pozytywnym nastawieniem przyjaciela, jednak podążył za przyjacielem, wskakując na różowy grzyb i tym samym dostając się na wyższy poziom. Dalej droga była już prosta: wystarczyło tylko skoczyć na klif położony niżej, a potem iść już po stałym gruncie. Felix teleportował się więc w to miejsce i w trakcie czekania, aż Cry do niego dołączy, zebrał wspomnienie, tym razem zamknięte w formie białego, półprzeźroczystego laptopa.
„Co u ciebie? Dawno się nie odzywałeś…”
„Różnica czasu, trudno się było jakoś zgadać. Sorki, nieco byłem zabiegany. Praca i tak dalej, bo wiesz, nie wszyscy żyją na kasie z YouTube.”
„Przestań już z tym, zazdrośniku. Skoro już jesteś, chcesz zagrać?”
„Dla publiki?”
„Nie, idioto. Dla zabawy. Dla mnie.”
Pewds uśmiechnął się lekko, słysząc tę konwersację. Nie pamiętał jej, ale mógł uwierzyć, że kiedyś nastąpiła – większość ich rozmów brzmiała podobnie, szczególnie, że Cry bardzo lubił wypominać mu, że się sprzedaje. Chociaż sam teraz zarabiał w ten sposób, kilka lat temu często dokuczał Pewdie’mu z tego powodu. Rzeczywiście, nie zawsze mieli czas, żeby pogadać, ale mimo wszystko trzymali dobry kontakt i zawsze mogli się do siebie zwrócić, gdy mieli jakiś problem lub trudniejszy okres. Jak to się stało, że kompletnie obcy człowiek z drugiego końca świata, którego traktował jak kolegę z branży stał się jego najlepszym przyjacielem i powiernikiem wszelkich sekretów? Kimś, z kim uwielbiał spędzać czas i zawsze dobrze się z nim bawił? Kimś, za kogo był w stanie oddać życie?
Nagłe wylądowanie Cry’a za jego plecami pomogło mu wrócić do rzeczywistości w trybie natychmiastowym. Odwrócił się do niego, po czym z uśmiechem na twarzy podszedł bliżej.
- Miłe to zbieranie wspomnień, dopiero teraz do mnie dociera, ile już razem przeszliśmy – powiedział, zarzucając brunetowi rękę na ramiona.
- Cieszę się, że podoba ci się twoja praca – odparł Cry, odwzajemniając uśmiech. – To już cztery lata. Trochę się jednak znamy, trzeba przyznać. Na tyle długo, że mogę ci zaufać w pewnej bardzo ważnej kwestii…
- Cóż to za kwestia?
- Nie mam pojęcia, gdzie idę, także przydałaby się twoja pomoc – dokończył brunet, kuksańcem odsuwając od siebie drugiego gracza. – Prowadź mnie, mój wierny druhu.
Pewds pokazał mu tylko język, po czym ruszył przed siebie, podążając leśną drogą.  Na końcu znajdowało się coś w rodzaju kuchni, zgrabnie wbudowanej w krajobraz, jednak zupełnie tam niepasującej. Pewdie zeskoczył ze skały, by znaleźć się na poziomie dziwnego pomieszczenia i poczekał na Cry’a. Gdy Amerykanin zjawił się obok niego, razem wkroczyli do kuchni. Było to okrągłe pomieszczenie, z wykafelkowaną podłogą i ścianami pokrytymi paskowaną tapetą. Pod ścianą po lewej stał jakiś kufer, a nad nim zawieszony był zestaw noży kuchennych. Zaraz obok stał drewniany regał z kilkoma palącymi się świecami oraz fiolkami, kubkami i innymi naczyniami. Potem, koło drewnianych drzwi, nieco już na prawo stał drugi regał, obok niego było okno, jednak szczelnie zamknięte, a następnie malutkie, różowe drzwi, przez które trudno się było przecisnąć… Najbardziej jednak w tym dziwnym pokoju rzucał się w oczy żelazny piecyk, z garnkiem pełnym jakiejś gorącej papki oraz stolik, na którym leżał talerz pełen świńskich ryjków oraz drewniany, zdobiony młynek do pieprzu. Patrząc na wystrój i na niedawno gotowaną potrawę jeszcze przed chwilą ktoś tu musiał być, jednakże teraz nie było tam żywej duszy poza dwójką graczy. Mężczyźni rozejrzeli się po pomieszczeniu, sprawdzając, czy aby na pewno nikogo tu nie ma, ale oczywiście, nie było nawet miejsca, w którym ktokolwiek mógłby się schować.
- Co teraz? – spytał Cry po zakończonych oględzinach. – Tylko te większe drzwi są otwarte, tych małych nawet nie tkniesz.
- Potrzebujesz młynka – orzekł Pewds, podchodząc do stolika i zabierając stamtąd przedmiot. Cry tylko spojrzał na niego krzywo, ale postanowił się nie pytać. W końcu to Pewdie znał się lepiej na tej grze i zasadach jej działania.
- Do czego jest mi potrzebny?
- To broń. Będziesz z niej strzelać do potworów – odparł Szwed, jakby to była najzwyklejsza rzecz we wszechświecie, tak sobie strzelać do dziwnych stworów z młynka do pieprzu.
- Okay, ma sens – Cry uniósł ręce, całą swoją postawą mówiąc, że podchodzi do tego dość sceptycznie i nie do końca w to wierzy. Odebrał jednak broń z rąk przyjaciela i ruszył w stronę drewnianych drzwi niepewnie. – Idę się naparzać?
- Na tym polega część tej gry – Pewds wzruszył ramionami i ruszył za brunetem do kolejnej lokacji.
Trafili na wielką polanę, otoczoną skałami, na której rosło kilkanaście drzew, kompletnie zacieniając miejsce. Panowała tam kompletna cisza i spokój, a powietrze było wręcz przesycone zapachem lasu. Cry rozejrzał się po otoczeniu z zachwytem, próbując ogarnąć wzrokiem całe to piękno.
- Cudownie tu, prawda? – Pewdie stanął tuż obok niego, także rozglądając się wokół. – Mógłbym tu już zostać…
- Ja też, pod warunkiem, że dalej będzie tu tak spokojnie – okularnik przymknął oczy, wdychając powietrze głęboko. – Ale chyba nie mam na co liczyć, prawda?
Nagle usłyszał jakiś głośny chrzęst i od razu otworzył oczy, niespokojnie szukając źródła dźwięku. Po chwili zauważył, że leżąca nieopodal kula złożona całkowicie z jakichś metalowych kół zębatych i pordzewiałych śrubek zaczyna się ruszać, a zaraz potem, w kłębie brązowego pyłu wychodzi z niej dziwny stworek, wyglądający jak zardzewiały wkręt ze skrzydłami.
- Co to jest? – krzyknął w panice, jak najszybciej odsuwając się od gniazda.
- Zestrzel to młynkiem! – odparł Pewds, usuwając się nieco na bok, by nie przeszkadzać przyjacielowi w walce. – Wyceluj i zacznij kręcić korbką!
Cry nie miał zamiaru się wykłócać czy jakkolwiek oponować; chwycił drewniany młynek do pieprzu i uniósł go w górę, obierając sobie jednego z potworów za cel. Po chwili rozległy się głośne strzały, gdy Cry kręcąc młynkiem strzelał pieprzem w latającego przeciwnika. Nie trzeba było wiele czasu, by śrubka ze skrzydłami rozpadła się na drobne elementy, przestając stanowić zagrożenie. Niestety, z kuli wciąż wylatywali kolejni oponenci, a bruneta ograniczał zapas pieprzu w młynku; szybko odkrył, że po wystrzeleniu serii musi odczekać kilka sekund, aż jego broń załaduje się nową amunicją. Próbował więc wykończyć stwory jak najszybciej, cofając się nieco przed nimi, by utrzymać odpowiedni dystans.
- Uważaj, za tobą! – usłyszał krzyk Pewdie’go, jednak nie zdążył zareagować. Potwór uczepił się niego, boleśnie go kąsając. Cry nawet nie wiedział, jakim cudem bestia była w stanie go dziabnąć, ponieważ nie zauważył u niej żadnych zębów, ale nie zamierzał się tym teraz przejmować. Zamiast tego na chwilę odłożył młynek i zaczął atakować przyczepionego stwora nożem, dzięki czemu udało mu się go od siebie odczepić. Kolejnymi dwoma cięciami zmienił go w kupkę złomu i mógł zająć się resztą.
Na jego nieszczęście, wrogowie zbliżyli się znacznie, posykując nieprzyjemnie i Cry naprawdę musiał uciekać, żeby mieć przeciw nim jakiekolwiek szanse. Stworów było coraz więcej i nie zapowiadało się, że ich liczba ma zmaleć – wylatywały one z żelaznej kuli, ich gniazda. Musiał się do niego dostać, jeśli chciał ograniczyć przypływ nowych przeciwników, jednak dotarcie tam nie było takie łatwe, bo zewsząd nadlatywały irytujące małe potworki. Zestrzelił kolejne dwa, a potem jeszcze trzy inne, ale to było istną męczarnią: w kółko musiał uciekać, strzelać i unikać ataków wroga, co nie zawsze mu wychodziło. Został ukąszony przez cztery monstra jak do tej pory i z każdym ugryzieniem coraz bardziej tracił siły.
- Cry! Podaj mi nóż! – usłyszał głos Pewds’a w oddali. – Zajmę się gniazdem!
Amerykanin uśmiechnął się słabo, zmieniając kierunek ucieczki i zwracając się w stronę przyjaciela. W przeciągu kilkunastu sekund znalazł się na tyle blisko niego, by rzucić mu nóż pod stopy, po czym wrócił do walki, strzelając do następnych potworów. Czemu nie wpadł na to wcześniej? Pewdie w końcu musiał się na coś przydać.
Blondyn podbiegł do kuli zupełnie niezauważony. Potworki nie zwracały na niego żadnej uwagi, głównie uganiając się za walczącym ostatkiem sił Cry’em. Wystarczyło kilka cięć, by zamienić gniazdo w stertę małych kółek zębatych i śrubek. Teraz Pewdie mógł się do czegoś nadać, wykorzystał więc szansę i ruszył z nożem na stworki. Ku wielkiemu zdziwieniu Szweda, jego cięcia nie robiły potworom żadnej krzywdy; przelatywały przez nie jakby ostrze było niematerialne. To Pewdie’go dotarło, że niestety nie może pomagać przyjacielowi w walce w inny sposób. Stał więc z boku obserwując, jak Cry próbuje poradzić sobie z hordą latających śrub. Teraz, gdy gniazdo nie dokładało mu nowych przeciwników, radził sobie całkiem nieźle i konsekwentnie, jeden po drugim załatwiał stwory, uważając jednak, by nie zostać przez nie zranionym. Po kilku minutach wyczerpującej walki udało mu się w końcu wybić wszystkie bestie, co do jednej, po zrobieniu czego padł półprzytomny na ziemię, oddychając ciężko.
- Te gnojki były niesamowicie upierdliwe – wydyszał, gdy Pewds zjawił się przy nim, pomagając mu się podnieść. – Mam nadzieję, że już ich nie zobaczymy.
- Też mam taką nadzieję – Pewdie spojrzał na drugiego mężczyznę z niepokojem, dostrzegając ślady krwi w miejscach, gdzie został on ukąszony. – Znalazłem jedną różę, sądzę, że mogłaby ci się przydać…
- Dzięki – Cry odebrał od niego czerwoną główkę kwiatu, która momentalnie zniknęła, dodając mu za to nieco więcej energii i lecząc niektóre rany. – Przydałoby się znaleźć ich jeszcze kilka, nieco wykończyła mnie ta walka.
- Wybacz, tylko tyle znalazłem. Jeśli chcesz chwilę odpocząć, to nie ma sprawy, chwilę tu posiedzimy, złapiesz oddech i tak dalej…
- Nie, dzięki, nie mamy na to czasu. No i nie chcę ryzykować kolejnego ataku ze strony tych małych… Nieważne, po prostu chodźmy dalej.
- Chwila – Pewds zatrzymał go, patrząc gdzieś w górę. – Słyszysz chrumkanie?
- Stary, czy ty na pewno się dobrze czu-
- Ciii, słyszysz?
Cry niechętnie się przymknął i zaczął nasłuchiwać. Rzeczywiście, słyszał chrumkanie świni gdzieś niedaleko, tylko skąd mógł dochodzić ten dźwięk…?
- Tam! – Felix wskazał do góry, na unoszący się w powietrzu ryjek świni z białymi skrzydłami na grzbiecie. – Szybko, strzel w niego pieprzem!
- To jakiś wróg? – spytał tylko Cry, unosząc młynek w górę i próbując sobie wyobrazić, jaką szkodę mógłby mu wyrządzić latający ryjek świni.
- Nie, to wskazówka.
Nie pytając o nic więcej, brunet wystrzelił serię wprost w nozdrza ryjka, który z kwikiem wleciał przez drzwi z powrotem do kuchni. Zanim Cry zdążył zrozumieć, co się właśnie wydarzyło, Pewds już ciągnął go do pokoju, podekscytowany jak nigdy. Gdy już weszli do środka okazało się, że maleńkie drzwi, które wcześniej były zatrzaśnięte stoją teraz otworem.
- No, to jak teraz się przez nie przeciśniemy? – Pewdie podrapał się po głowie. – Ja się mogę przenieść od razu na drugą stronę, ale ty…
- Umiem się zmniejszać, nie martw się. Do zobaczenia po drugiej stronie – uciął Cry, zmieniając swoją formę na tą mniejszą. Ignorując zdziwienie zmieszane z zachwytem swojego przyjaciela, ruszył przez otwarte drzwiczki, w kilku krokach dostając się na drugą stronę, będącą znowu układem kilku skał, po których trzeba było skakać, by iść dalej.
Po chwili przyszedł Pewds, wciąż zaskoczony umiejętnościami bruneta.
- Stary, potrafisz się zmniejszać? Jak super! – powiedział z zachwytem, uśmiechając się. – To prawie tak zajebiste, jak teleportacja!
- Skoro tak uważasz… -  odparł Cry spokojnie, znów celując młynkiem w ryjek, który fruwał właśnie w powietrzu tuż przed oczami obu mężczyzn. – Nie uważam tego za wielką sensację, lepiej się skup na przetrwaniu, okay?
Ryjek napełnił się pieprzem, po czym rozpłynął się w powietrzu. Zamiast niego pojawiły się dwie platformy z kostek domina, które umożliwiały przeskoczenie na odległy brzeg klifu oraz kolejna kula żelastwa, z której wyleciały potworne śrubki.
- Cholera jasna – zaklął Cry pod nosem, przygotowując młynek do ataku. – Jak ja ich nienawidzę.
Zaczął strzelać do potworów, które były najbliżej niego, a gdy już ich się pozbył, obrał sobie za cel gniazdo. W kilku strzałach pozbył się go, zostawiając sobie teraz tylko czterech przeciwników. Przeskoczył więc z platformy na platformę, transportując się na drugi klif i zajął się atakiem na latające stwory. Wycofał się nieco, chcąc być w odpowiedniej pozycji, by móc strzelać do nich z odległości i z przykrością odkrył, że za nim z ciemnych, oleistych plam zaczęły wynurzać się czarne potwory w maskach, które spotkał wcześniej.
- Cry! Dasz sobie radę? – Pewds znalazł się obok niego, jednak trzymał się trochę na uboczu, posłusznie nie wtrącając się w walkę.
- Nie martw się o mnie, uważaj na siebie – odparł tylko, niszcząc jedną z latających śrubek i tym samym ograniczając ich ilość do trzech. – Poza tym i tak nie masz mi jak pomóc.
W tej chwili poczuł silne uderzenie pięści jednego z czarnych potworów, które zwaliło go z nóg. Niezbyt szybko podniósł się z ziemi, czując jak ból rozlewa się po jego ciele, a następnie odsunął się kawałek, wciąż strzelając do latających przeciwników. Kiedy jednak został zaatakowany po raz drugi, przestało być zabawnie. Nagle stracił oddech, a obraz przed jego oczami zawirował. Ból ograniczał jego ruchy i sprawność, zaćmiewał mu umysł i odbierał władzę nad własnym ciałem. Kolejne uderzenie, kolejne cięcie, kolejne ukąszenie. Z każdym atakiem Cry tracił coraz więcej sił, a sam nie był w stanie zadać poprawnego pchnięcia nożem czy celnego strzału w przeciwnika. Czuł upływ własnej krwi, trzęsące się, słabnące nogi, bezwładne ręce. Czuł, jak uchodzi z niego życie…
- Cry! – Pewds wyrwał się do przodu, próbując odciągnąć potwory od przyjaciela, ale oczywiście nie dawało do żadnego efektu: monstra traktowały go jak powietrze i nawet nie zauważyły, że próbuje je powstrzymać. Pewdie odsunął się, zupełnie bezradny i patrzył, jak Cry traci życie tuż przed jego oczami. Jak słabnie, jak przestaje się bronić, jak młynek oraz nóż wypadają mu z rąk i w końcu jak on sam upada na ziemię, ledwo oddychając. Felix nie mógł nic z tym zrobić, jego próby i działania były bezużyteczne, broń dzierżona przez niego nie zadawała potworom żadnych obrażeń. Mógł tylko patrzeć…
Nagle Cry uniósł się gwałtownie do góry, wciąż bezwładny. Pewds z załzawionymi oczami spojrzał na niego, przerażony tym, co właśnie się działo. Czyżby tak wyglądało odejście z tej gry? Czy Cry za chwilę rozpłynie się w powietrzu i będzie tak, jakby tak naprawdę nigdy nie istniał? Jakby nic z tego się  nie wydarzyło? Sylwetkę gracza otoczyło białe światło, a chwilę później otworzył on oczy, wydając z siebie straszliwy krzyk, bardzo wysoki i brzmiący, jakby wydał go z siebie jakiś potwór, a nie człowiek. W tym momencie z jego ciała trysnęła krew, a jego strój zmienił się na zupełnie biały. Mężczyzna wylądował na ziemi na nogach, odwracając twarz do swojego przyjaciela. Z oczu leciała mu krew, a jego usta układały się w szeroki, niepokojący uśmiech, który znalazł swoje odzwierciedlenie na jego masce w postaci chaotycznych kresek. Cry przez chwilę patrzył się na Pewds’a, ignorując zbliżających się wrogów, aż wreszcie z jego gardła wydobył się przerażający, pełny szaleństwa głos:
- Don’t worry about it, Pewds. Zabiję ich wszystkich.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dzień dobry wieczór (powiedziała Maru w środku nocy), witam w kolejnym rozdziale. Wiem, że tęskniliście, też w sumie tęskniłam, ale nowa szkoła mnie powoli zabija (bo zachciało mi się poczuć mądrą. Następnym razem wezmę jakąś przeciętną szkołę, a nie jedną z najlepszych w województwie, co mnie podkusiło w ogóle). I tak jestem z siebie dumna, że wyrobiłam się w moim zwyczajowym miesięcznym trybie i nowa część wyszła dziś, a nie za miesiaka. Jest dobrze, nie dramatyzujemy :D

Myślę, że rozdział jest w miarę okay. Pewnie mówię to dlatego, że jestem zbyt zmęczona, by stwierdzić inaczej, ale nieważne. Ważne, że go skończyłam, a to czy jest dobry czy nie pozostawiam do weryfikacji wam. Jak zwykle. Od tego są komentarze xD

Z przypisów chyba nie ma za wiele do powiedzenia w sprawie tego rozdziału poza tym, że wspomnienie o Cry'u, który dopiero po kilku miesiącach odpisał na wiadomości Pewdie'go to prawdziwa historia. Pewds mówi o niej w filmiku "I React To My Old Videos", który możecie zobaczyć pod tym linkiem: https://www.youtube.com/watch?v=0mJiPcKybzU, minuta 6:20 :)

Następny rozdział pewnie za kolejne dwa miesiące, chociaż być może uda się wcześniej. Jak tak, to super, jak nie, to nie. Powinniście się już przyzwyczaić xD

Stay awesome xD
Brofist!
~Maru <3

15 komentarzy:

  1. Super, tak się cieszę, że mogę przeczytać kolejną część. Wiem jakie to uczucie pójść do szkoły dla kujonów( tylko jestem o 2 lata młodsza od Ciebie). Rozdział jak zwykle genialny , Cry oblany krwią to najlepsze co może być. Mam nadzieję, że uczucie do pewdie ego wyzna wcześniej niż przed 8 grą. Powodzenia w pisaniu i w szkole, po prostu trzeba to ogarnąć i nie martwić się na zapas :3
    Więc pisz, pisz ile możesz, dla nas, dla fanek PewdieCry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się cieszę, że możesz ją przeczytać, nie piszę tego tylko dla siebie :D
      Argh, mądrzy ludzie, wysoki poziom, brak czasu. You know what it feels like xD
      Dziękuję, dziękuję, starałam się, żeby nie wyszło zbyt chaotycznie. A krew zawsze jest fajna (poza serialami medycznymi. Wtedy mnie jakoś obrzydza O.o).
      Cóż, odnośnie rozwijania się relacji naszych bohaterów, to ja nie spoileruję niczego. Ale tak, zacznie się coś dziać przed 8 grą xD

      Dziękuję, większość życzy mi tylko powodzenia w pisaniu, a szkoła daje popalić. I póki co idzie mi dobrze z ogarnianiem, skoro nie wyszłam poza ramę 2 miesięcy, także jestem dobrej myśli :D
      Piszę, dla siebie i dla was, bo przecież sama jestem fanką xD Jestem naprawdę wdzięczna za całe wsparcie jakie od was otrzymuję <3

      Usuń
  2. Zajebisteee!! Końcówka też epicka! ^^
    Nie ma co tu dużo gadać, po prostu genialny rozdział.
    Cry w stroju Alicji...xD Dobrze przynajmniej, że nie w sukience bo by Pewds padł ze śmiechu xD
    Powodzenia w szkole :)
    Weny życzę, brofist :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! <3
      To dobrze, że genialny, bo przez chwilę się bałam, że może być nieco monotonny i ludzie się znudzą, ale skoro nie, to sukces :D
      Tak, już na mnie przyjaciółki naciskały, żebym założyła mu sukienkę, ale stawiłam opór i grzecznie im powiedziałam, że chwilowo nie ma szans. Chociaż reakcja Pewds'a pewnie byłaby bezcenna xD
      Dziękuję, przyda się :)
      Brofist! <3

      Usuń
  3. Znasz moja opinię. Kocham to bae, jest boskie C: nic dodać, nic ująć. Opłacało się poganiać cię przez tyle długich miesięcy XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam, wiem, też cię kocham <3
      Przez tyle długich miesięcy wciąż oznacza, że przez dwa, czyli tyle, co zawsze. Przestań tak dramatyzować xDDD

      Usuń
  4. Chwila radości i znowu miesiące czekania. :C Rozdział jak zawsze super. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykro mi, naprawdę :c Staram się jak mogę...
      A dziękuję :D

      Usuń
  5. Jest świetne, tyle powiem, bo jest środek nocy i nie myślę.
    Rozdziały twojego opowiadania zawsze sa ciekawe i fajne, i takie, że jedyne czego się chce to czytać dalej.
    Czekam na następny rozdział, jak zawsze.

    Jeszcze, jako osoba, która jednego zdania bez błędu napisać nie umie, powiem Ci, że tam gdzieś na początku napisałaś "tą", a więzyku pisanym, pisze się "tę", no i popraw to proszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...okej to wszystko wina pisania na telefonie:
      *są
      *w języku

      Usuń
    2. Dziękuję, postaram się pisać szybko :D
      Poprawiłam ten okropny błąd, dziękuję bardzo za zwrócenie mi uwagi, bo nie ukrywam, że zawsze mam z tym problem xD O takie komentarze mi chodzi, bo dzięki temu się przynajmniej czegoś nauczę :)

      Usuń
  6. Zauważyłam, że jest nowy rozdział dopiero po 4 dniach... ,____,

    Jak zawsze świetnie napisany. Strasznie podoba mi się to jak opisujesz co się dzieje dookoła. Teraz tylko czekać z niecierpliwością na kolejny. Strasznie mnie ciekawi jak dalej potoczy się walka Cry'a.
    No i oczywiście czekam na wyznanie jakichś uczuć do PewDie'go.

    Na koniec życzę Ci weny i żeby szkoła nie zjadała Ci tak czasu na pisanie. ;w;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoła mi zjada czas strasznie, dlatego odpisuję teraz. Welp, przepraszam :c

      Mam nadzieję, że uda mi się coś rzeczywiście machnąć do świąt, ale nie mogę niczego obiecać, niestety. Prawda jest taka, że jestem dopiero w połowie nowego rozdziału, więc no, dosyć czarno to wygląda xD

      Dziękuję, miło mi, że ci się podobają opisy. Zauważyłam, że wiele osób mnie za nie chwali, chociaż nigdy ich nie lubiłam pisać (lepiej się czuję w emocjach postaci, tbh xD). Cieszy mnie, że nie jestem taka beznadziejna w opisywaniu xD

      Do zobaczenia przy kolejnym rozdziale, dziękuję za komentarz <3

      Usuń
  7. Świetne opowiadanie, już nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału, wpadła na twój blog kilka tygodni temu i mam niedosyt :) Naprawdę genialne, cały czas liczę na jakiś grudniowy prezęcik w postaci kolejnego rozdziału, oczywiście cię nie poganiam, pisz w swoim tępie i według siebie ;) Brofist!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam w gronie czytelników, w takim razie :D
      Dziękuję <3 Zawsze dobrze słyszeć, że komuś się to podoba, to naprawdę motywuje mnie do ruszenia tyłka xD

      Naprawdę staram się, żeby coś wrzucić na święta, ale tak jak pisałam w odpowiedzi do komentarza powyżej, nie wiem, jak to będzie, bo jeszcze mi sporo zostało do napisania. Robię co w mojej mocy :)
      Brofist!

      Usuń