niedziela, 16 lutego 2014

Świat, w którym chcieliśmy żyć: Rozdział pierwszy, część pierwsza.

I

Pierwszą rzeczą, którą ujrzał po przebudzeniu było jasne, błękitne niebo tworzące kontrast z ciemną zielenią otaczających go drzew. Felix zamrugał kilkakrotnie, ale obraz nie zmienił się. Powoli podniósł się do pozycji siedzącej, rozglądając się nerwowo dookoła. Był w lesie, pełnym iglastych choinek i mchu. Nie ważne czy spojrzał w prawo, czy w lewo – krajobraz wydawał się być taki sam. Pewds wstał z ziemi i otrzepał ubrania. Nagle usłyszał za sobą trzaśnięcie gałązki. Odwrócił się gwałtownie i stanął oko w oko z wysokim brunetem w zielonej bluzie i masce zakrywającej twarz. Mężczyzna zdjął maskę, ukazując szaro-niebieskie oczy spoglądające zza okularów i szeroki uśmiech. Felix odsunął się zaskoczony, patrząc na niego z niedowierzaniem.
- Cry? – spytał niepewnie.
- Pewds! Dawno się nie widzieliśmy! – brunet uścisnął przyjaciela, klepiąc go po ramieniu. – Dobrze cię widzieć, stary. Wiesz, gdzie jesteśmy?
- Nie mam bladego pojęcia – odparł, ale uśmiechnął się szeroko. – Man, dobrze wyglądasz. Ah, nie mogę uwierzyć, że serio się widzimy. Ta maska to jest jakiś żart?
- Nie wiem o co chodzi. Miałem ją przy sobie, kiedy się ocknąłem. Błądziłem w tym lesie z dobre pół godziny zanim cię znalazłem – powiedział Cry i otaksował wzrokiem Felixa - Zresztą, wątpię, żebyś wszędzie ze sobą brał słuchawki.
Dopiero teraz Pewds zorientował się, co tak właściwie ma na sobie. Były to dżinsy, jakieś trampki, niebieska bluza z kapturem i słuchawki, które zwykle zakładał do gry.
- To nie jest moja piżama – przyznał. – No cóż, nieważne. Cieszę się, że cię widzę.
- Ja też, ale są niestety ważniejsze rzeczy: co my tu robimy i gdzie tak właściwie jesteśmy? – Cry rozejrzał się niespokojnie. – Ej! Tam coś jest!
Wskazywał palcem na kartkę przywieszoną do drzewa. Zdecydowanym krokiem udał się w jej kierunku, a Pewdie poszedł za nim.
- Kojarzy mi się to ze Slenderman’em… - szepnął, patrząc jak Cry zdejmuje skrawek papieru z drzewa.
- To jest jakiś wiersz… - mruknął Amerykanin, przysuwając kartkę bliżej oczu.

Witajcie chłopcy w mojej grze,
Alice – tak właśnie nazywam się.
Miło was widzieć, czekałam tu
Żeby was wciągnąć w świat waszych snów
Nic nowego nie czeka w tym świecie
Brak niespodzianek, o których nie wiecie
To tylko gra, jak te, w które gracie
Jest za to jeden, niezbyt miły haczyk
Przejść to musicie, jeśli kiedyś chcecie
Znaleźć się z powrotem w realnym świecie
Umrze ktoś – i nigdy się więcej nie zbudzi
W prawdziwym świecie, wśród bliskich mu ludzi
Rozgrywka ta ma aż dziesięć poziomów
Ważne tytuły mogą pomóc komuś
Zrozumieć sens historii tej całej
Choć czekać was będą przeszkody niemałe
Cóż, mogę tylko wam szczęścia życzyć
I na to, że uda wam się przeżyć, liczyć.

Wasza droga
Alice
- To jest naprawdę nienormalne – Cry jeszcze raz przebiegł wzrokiem linijki tekstu. – Jak to w ogóle możliwe, że zostaliśmy uwięzieni w grze?
- Nie mam pojęcia – Felix rozejrzał się niepewnie. – Ale jeśli to gra, to która? No, grałem w dość dużo różnych gier…
- Właśnie, dobrze by było to wiedzieć. Może są napisane jakieś wskazówki… - brunet odwrócił kartkę niezbyt licząc na jakikolwiek napis, toteż zdziwił się, widząc drobne literki na dole strony.

Przedmiot, co wam może przydać się
Dziesięć kroków na zachód położony jest
Sprawdźcie pod liśćmi, tam ukryte są
Potrzebne przedmioty na wyprawę tą.

- Beznadziejna twórczość – mruknął Cry, rozglądając się po ziemi. Nagle między mchem dostrzegł mały, okrągły przedmiot. Podniósł go z ziemi.
- Kompas. Czyli tak mamy znaleźć kierunek – mruknął Pewds, biorąc go do ręki. Odczekał chwilę, aż strzałka stanie w miejscu, po czym wskazał palcem zachód. – W tamtym kierunku.
Stanął przy drzewie i odmierzył dziesięć kroków. Spojrzał na miejsce, w którym aktualnie się znajdował, ale nic poza liśćmi i mchem nie leżało na ziemi. Nagle zauważył coś szarego, trochę na prawo od miejsca, w którym się zatrzymał.
- Coś mam! – krzyknął i skinął na przyjaciela, by podszedł bliżej. Sam zaś schylił się i spod sterty liści wyciągnął…
- Łopata? – Cry spojrzał zdziwiony na przedmiot, który trzymał Szwed.
- Nie wiem, jak to ma nam pomóc w przejściu tej gry – mruknął, wstając z ziemi.
- Nie, to nie ma sensu… Wiem! Może musimy coś wykopać!
- Mam nadzieję, że masz rację. Jak będę kopał na daremno, to cię osobiście walnę tą łopatą – Pewds uśmiechnął się i zaczął robić dół w ziemi. Po chwili zmienił się z Cry’em i spokojnie obserwował pracę przyjaciela.
- Uderzyłem w coś – mruknął Cry, potwierdzając swoje słowa głośnym dźwiękiem przy kolejnym uderzeniu. – To jakaś drewniana skrzynia? Pewds, pomóż mi to wyciągnąć…
We dwójkę wyciągnęli przedmiot z ziemi. Gdy tylko ujrzeli, czym był ów przedmiot zamarli z przerażenia.
Przed nimi leżała długa, nieco przybrudzona trumna. Na jej wieku wyryty był krzyż, a ona sama wykonana była z ciemnego drewna.
- Czy to jest… Cry, otwórz to.
- Czemu ja? Mógłbyś się sam ruszyć!
- Jak tam będzie zombie, to pierw dorwie ciebie – Pewdie, nieco blady schował się za kumplem. Cry także pobladł i ostrożnie podszedł do trumny. Powoli, jak gdyby bał się, że coś na niego wyskoczy, otworzył ją. Ku jego uldze, w strasznej „skrzyni” znajdowały się dwa duże plecaki oraz dwa karabiny i zestaw naboi do nich.
- Ta dziewczyna jest oficjalnie chora na umyśle – powiedział Felix i wyciągnął jeden z plecaków. Zauważył, że na jednej z kieszonek wyszyty jest jego pseudonim: PewDiePie.
- Patrz, są nawet podpisane – odwrócił się do przyjaciela i pokazał mu naszywkę. Cry sprawdził swój plecak. Tak samo jak u Pewdie’go, na kieszonce miał napis Cryaotic.
- Postarała się o szczegóły – mruknął. – Ale w skrzyni znalazłem też jeszcze jedną kartkę.
Blondyn przysunął się do niego i spojrzał na kartkę. Był na niej krótki wiersz.

I. Początek
Ta gra jest wam dość dobrze znana
Przez kogoś dziś była nawet wspomniana
Zasady znacie, nie są trudne przecież
Człowiek bez twarzy czai się w tym lesie


- Fuck! Jesteśmy w Slenderze! – Cry gwałtownie obrócił się do tyłu i zaczął się rozglądać niespokojnie. – Hej, sprawdź, czy masz latarkę w plecaku.
Pewds zaczął szybko przeszukiwać swój ekwipunek. Po chwili wyciągnął latarkę.
- Jeszcze nie jest ciemno – mruknął, ale podał przedmiot przyjacielowi.

-
Ale za niedługo będzie.
Obaj zaczęli nerwowo obserwować otoczenie. Nie dostrzegli niczego podejrzanego, co kryłoby się za drzewami, ale nie przestawali być czujni. Cry zaczął powoli iść przed siebie, wciąż rozglądając się. Pewdie zabezpieczał tyły i podążał za przyjacielem.
- Zasady są chyba takie same, więc musimy znaleźć określoną liczbę kartek – Pewds przyspieszył kroku. – Dobrze by było skończyć to przed nocą.
- Nie ma szans – stwierdził brunet. – Znając życie, nawet teraz może się gdzieś pojawić. Poza tym, kompletnie nie wiemy, w jakim kierunku iść.
- Mógłbyś nie niszczyć doszczętnie moich nadziei i dać mi w spokoju wierzyć, że nam się uda? – ton głosu Szweda miał być zapewne groźny, ale brzmiało to bardziej jak błaganie.

- Przepraszam, ale nie mogę… - Cry usłyszał szelest i odwrócił się tak gwałtownie, że Pewds musiał uchylić się, żeby nie oberwać latarką.
- Spokojnie, to tylko liście…
- Nawet nie wiesz, jak bardzo nie cierpię tej gry – mruknął Cry, przyspieszając kroku.
- Wiem, ten gameplay widziałem. W końcu sam poleciłem ci tę grę, musiałem zobaczyć reakcję – uśmiechnął się pod nosem.
- Shut up. Ty wcale nie reagowałeś lepiej. Nie myśl sobie, że nie byłem ciekaw, który z nas bał się bardziej.
- Oczywiście, że ty się bałeś bardziej. Tylko nie było widać, bo się nigdy nie pokazujesz – Pewdie, śmiejąc się cicho, szturchnął przyjaciela w ramię, po czym zamarł, wyraźnie przerażony.
- Co ty gadasz, to ty krzyczałeś jak… - Cry dopiero teraz zauważył jego minę. Przysunął się bliżej niego i szepnął: - Gdzie?
- Nie widzę go jeszcze… Ale za to… - nie mógł dokończyć zdania, więc wskazał tylko na biały prostokąt widoczny na tle ciemnej kory.
- Pierwsza kartka – Cry przełknął ślinę i ostrożnie podszedł do dziwnie wygiętego drzewa. Zdjął papier i spojrzał na napis.
- Always watches, No eyes – przeczytał na głos. Zauważył, że zaczynają trząść mu się ręce. – Jedna z ośmiu. Czyli musimy znaleźć jeszcze siedem…
- Przy drugiej zaczyna cię gonić? – spytał Pewds zerkając to na kartkę, to na otaczające go drzewa.
- Jeśli się nie pospieszymy, zacznie już teraz.
Zaczęli iść przed siebie. Wszystko wydawało im się takie same – otaczały ich zielone drzewa, krzaki i właściwie nie było żadnych punktów, które by się wyróżniały. Niebo przybrało lekko czerwonawy odcień, co oznaczało, że noc zbliża się coraz bardziej.
- Jest samochód! – Pewdie puścił się biegiem, nareszcie widząc coś, co nie było drzewem.
- Nie rozumiem, skąd u ciebie taki entuzjazm – Cry pobiegł za nim. – Znalazłeś coś?
- Czekaj, wciąż szukam… Fuck! – Pewds zaklął pod nosem. Do maski samochodu przyczepiona była kolejna strona.  – Znalazłem.
Cry zbliżył się, aby zobaczyć co jest napisane na kartce.
- Don’t look or it takes you – tym razem napis przeczytał Szwed. – To jest ten moment, w którym powinniśmy zacząć uciekać?
- Pewnie tak. Mam propozycję, która może ci się nie spodobać…
- Chyba nie mam robić za przynętę, prawda?
- Nie, aż tak złe to nie jest… Chodzi o to, że jeśli byśmy się rozdzielili, to znaleźlibyśmy te kartki szybciej. Ja znajdę trzy, ty znajdziesz trzy i po sprawie – Cry położył swój plecak na ziemi, otworzył go i po krótkich poszukiwaniach wyciągnął z niego latarkę. – Co ty na to?
- Mam się włóczyć po tym lesie sam? – Pewdie nie wyglądał na zbyt zadowolonego.
- To chyba najlepszy pomysł w tej sytuacji. Pójdzie szybciej i mamy większe szanse na przetrwanie. Teoretycznie.
- Stary, nie pocieszasz – mruknął Felix. – A skąd właściwie będziemy wiedzieć, że zdobyliśmy wszystkie kartki?
- One są numerowane, więc sądzę, że wystarczy spojrzeć na numer. Jak ja znajdę piątkę na przykład, to będę wiedział, że trójka i czwórka jest u ciebie. Tak jak w normalnej grze… Tylko nieco inaczej.
- Eh, no dobra – westchnął blondyn. – To ja idę tam, gdzie ten dom.
- Okay, to może... Przejdę się z tobą jeszcze kawałek, a potem pójdę szukać samochodu lub tunelu…
Przeszli kawałek drogi, w zupełnym milczeniu. Cry czuł jednak, że nie boi się tak bardzo, wiedząc, że Pewds jest w pobliżu. W pewnym momencie zatrzymali się, gdy Pewdie zauważył przed sobą zarysy budynku.
- No, to idę… – Cry odwrócił się, z zamiarem pójścia w swoją stronę, ale po chwili zwrócił się z powrotem do przyjaciela. Zagryzł wargę. – Hej… Cieszę się, że cię poznałem. Jesteś wspaniałym gościem, naprawdę…
- Dobry był z ciebie kumpel. Mam nadzieję, że uda nam się to przeżyć – Pewds uśmiechnął się i wyciągnął zaciśniętą pięść w stronę Cry’a. – Bro day everyday?
Cry także się uśmiechnął i przybił brofist’a.
- Bro day everyday.

***

Pewdiepie właściwie biegł przed siebie. Obejrzał się za siebie kilka razy, rozważając pójście za przyjacielem, ale gdy tylko jego sylwetka znikła wśród drzew, porzucił ten zamiar. Został sam, w lesie, w którym coś chciało go zabić. Ale ten plan miał jedną dobrą rzecz: Slenderman jest jeden, więc Pewds miał pięćdziesiąt procent szans, że stwór pierw zacznie gonić Cry’a, a nie jego.
Niebo robiło się coraz ciemniejsze. Pewdie dostrzegł, że nie ma prawie żadnych gwiazd lub księżyca, więc wszystko dookoła stawało się czarne jak noc. Włączył latarkę i powoli, niepewnie zaczął iść. Najchętniej wlókłby się w ten sposób, ale z chwilą, kiedy dotarła do niego świadomość, że w tym tempie nie ma zbyt wielkich szans na przeżycie, zdecydowanie przyspieszył. Po chwili mógł już wyraźniej zobaczyć dom. Podszedł bliżej. Był to stary, obskurny budynek o szarym kolorze ścian. Drzwi w kolorze brudnej zieleni nie wyglądały zachęcająco, dlatego Felixowi zajęło kilka minut na przełamanie się, by wejść do środka. Ostrożnie przekroczył próg i omiótł wnętrze światłem. Wszedł szybko i od razu skręcił w korytarz.
- Na pewno gdzieś tu będzie, na pewno za chwilę mnie zaatakuje… - powtarzał w kółko, wchodząc do kolejnych pomieszczeń.
Każdy z pokoi wyglądał tak samo. Pokryty był w całości brudnymi, niegdyś białymi kafelkami. Czasem można było dostrzec plamy krwi na ścianach lub podłodze, czasem w którymś z nich znajdowało się krzesło. Pewds nie był do końca pewien, w którym pomieszczeniu był, a którego jeszcze nie sprawdzał, więc próbował znaleźć jakiś punkt odniesienia. Jedynym, jaki do tej pory miał, było przewrócone krzesło w korytarzu i na tym bazowała cała jego wiedza o tym dziwnym miejscu. Sprawdził już większość pokoi, dlatego z pewną ulgą przyjął widok białej kartki.
- Help me. Trzy na osiem – przeczytał, czując jak ciarki przebiegają mu po plecach. Huh, to było dla niego za wiele. Granie w coś takiego nie było niczym strasznym, ale w ciepłym domu z kawą pod ręką i z dziewczyną, która od czasu do czasu przychodziła go uspokajać. Z takim przygotowaniem mógł spokojnie grać w horrory. Jednak teraz chłopak był kompletnie przerażony.
Nagle poczuł, że ktoś za nim stoi. Nie odwracając się, wycofał się z pokoju i przeszedł kilka kroków. „Nie odwracaj się, nie odwracaj się…” powtarzał w myślach, ale ciekawość jednak wzięła górę. Pewdie odwrócił się, stając tuż naprzeciw wysokiej na dwa i pół metra postaci w garniturze. Bez twarzy.
Felix krzyknął i pobiegł w stronę wyjścia. Na szczęście jego orientacja w terenie tym razem go nie zawiodła i udało mu się znaleźć drzwi. Biegł przed siebie jeszcze kilkadziesiąt metrów, aż w końcu, upewniając się, że Slenderman jest daleko, zwolnił i przystanął na chwilę, by odetchnąć.
- Koniec z tym. Już nigdy więcej nie tknę tej gry – wydyszał, opierając się o drzewo.

***

Tymczasem Cry zmierzał w odwrotnym kierunku, niż wcześniej szedł jego przyjaciel. Obracał się i reagował na każde trzaśnięcie, szelest, czy choćby powiew wiatru. Ogółem psychicznie czuł się coraz gorzej.
- Nie cierpię tej gry… - jego głos drżał lekko, kiedy po raz kolejny odwrócił się, słysząc hałas.
Zdawało mu się, że ten spacer trwał wieki. Wszystko dookoła wyglądało tak samo – było czarne i przerażające. No i Cry był całkiem sam. W tym momencie zaczął naprawdę żałować, że wpadł na plan rozdzielenia się. Towarzystwo jego najlepszego przyjaciela dodawało mu otuchy i czuł się nieco pewniej, a teraz? Wiedział jedno: im szybciej znajdzie te kartki, tym szybciej ten koszmar się skończy.
Nie minęło wiele czasu, kiedy Cry dostrzegł samochód w oddali. Była to czerwony, dość stary samochód, jakiejś marki, której Amerykanin nie mógł rozpoznać. Obszedł pojazd dookoła, nie znajdując żadnej kartki. Odwrócił się więc gwałtownie i zaczął się rozglądać. Oczywiście, niczego nie dostrzegł. Wszystko było czarne. Mruknął więc coś pod nosem, zirytowany, po czym zdecydowanym krokiem wrócił do szukania stron.
Po przynajmniej dziesięciu minutach monotonnej przechadzki Cry ujrzał przed sobą coś szarego. Im bardziej się zbliżał, tym wyraźniejsza była ta rzecz – był to szary tunel z kamienia. Chłopak przełknął ślinę i upewnił się szybko, że nikogo nie ma w pobliżu. Podszedł bliżej kamiennej konstrukcji, szukając kartki na jednej ze ścian. Wszedł do tunelu. Niestety nigdzie nie widział żadnych skrawków papieru, które mogłyby mu pomóc. Wyszedł więc z drugiej strony, skręcił w lewo, by obejrzeć tunel od zewnątrz…
- Aaaa! – wrzasnął, widząc wyciągającą się ku niemu długą rękę. Potykając się o własne nogi zawrócił i pobiegł wzdłuż ściany. Gdy już prawie oddalił się od strasznej kreatury jego uwagę przykuła biała kartka, przyczepiona do muru. Zdarł ją, nie patrząc nawet na napis i biegł tak długo, jak długo był w stanie dostrzec szary tunel. Kiedy na dobre zniknął mu z oczu, zdyszany Cry przystanął i spojrzał na kartkę.
- Can’t run, cztery na osiem – przeczytał. – Co jak co, ale z bieganiem nie mam problemów.
Odpoczął chwilę, po czym ruszył dalej. Jego serce cały czas waliło niemiłosiernie, a on sam wciąż nie potrafił się uspokoić po niedawnym wydarzeniu. Był w stanie ciężkiego szoku. Co? Jak? Czemu on? Czemu akurat ta gra? Nic nie rozumiał. Jeszcze niedawno był w swoim przytulnym mieszkaniu na Florydzie, nagrywając filmiki i prowadząc całkiem spokojne i wygodne życie, więc czemu? Zrobił coś nie tak? Cały czas zastanawiał się kim była ta dziewczyna. Cóż, nigdy jej nie widział, więc nie mógł powiedzieć nawet, w jakim wieku była, ale żeby tworzyć coś takiego… Sadyzm w czystej postaci. Kimkolwiek ona była, musiało być to czyste zło.
-
Hej, to nie prawda – usłyszał jej cichy głos. – Nie jestem czystym złem, tylko samotną dziewczynką, która nie ma się czym bawić… Musiałam sobie znaleźć jakąś rozrywkę, prawda?
Cry wzdrygnął się mimowolnie, słysząc to zdanie. Głos Alice był… dziwny. Cichy, dość wysoki, ale nie piskliwy… Przepełniony niewinnością. Miał w sobie coś takiego, że na sam jego dźwięk wywoływał ciarki.
- Czytasz mi w myślach? Co jeszcze kontrolujesz? – starał się, żeby jego głos brzmiał jak najgroźniej.
-
Hej, spokojnie. Nie ma powodu do agresji. Jestem twórcą tego świata, to kontroluję wszystkie jego elementy.
- Jeśli tak jest, to czemu nie kontrolujesz nas?
-
Nie jesteście częścią tego świata. To między innymi dlatego słyszę twoje myśli – odparła, chichocząc cicho. – I wiem, że jesteś przerażony.
Nagle Cry usłyszał czyjś krzyk. Przeraźliwy, błagający krzyk. Zajęło mu chwilę, żeby zorientować się, że jest to krzyk Pewdie’go. Gwałtownie rzucił się do przodu, chcąc pobiec w stronę dźwięku, ale w tym samym momencie do jego uszu dotarł szaleńczy śmiech.
-
Jak już mówiłam, mogę kontrolować wszystkie elementy tego świata. Nie musisz nigdzie biec, ten krzyk nie był prawdziwy. Po prostu chciałam sprawdzić twoją reakcję – głos Alice był przesycony słodyczą, choć dla Cry’a był wypełniony jadem. – Nie martw się o niego, kochasiu.
- Suka – warknął, rozglądając się za nią, ale nigdzie jej nie było. – Czemu się nie pokażesz?
-
Uważaj na język! Cóż, można powiedzieć, że popsuje mi to zabawę. Ale spokojnie, kiedyś się ujawnię. Tylko jeszcze nie teraz.
- Chyba po raz pierwszy uderzę dziewczynę… Gdzie jesteśmy? Co to jest za miejsce?
-
No tak, nie wytłumaczyłam ci tego… - milczała przez chwilę. – To świat równoległy do twojego. Inny wymiar, można tak powiedzieć. Spokojnie, nikt nie zauważy twojego zniknięcia. Wszystko się dzieje w czasie kiedy śpisz. Obudzisz się, wychodząc z tego świata. O ile przeżyjesz – zakończyła radosnym akcentem. – Znudziło mi się odpowiadanie na twoje pytania. Zresztą i tak wiele ci powiedziałam. No, radź sobie sam, ja będę się zbie-
- Ostatnie pytanie – przerwał jej Cry. – Jak to jest, że teraz nie rymujesz?
-
Nie chce mi się – odparła. – Jak mam czas pomyśleć, to wolę wszystko zapisywać poezją, ale w normalnej konwersacji? To za trudne do wykonania. No, to ja się będę zbierać. Sayounara~~
Znowu był sam. Z czego się częściowo cieszył, bo towarzystwo tej dziewczyny było dla niego niezbyt miłe. Zresztą, czy to można było nazwać towarzyszeniem? Poza słowami nie było nic. Cry cieszył się tylko, że nie musiał słuchać już tego strasznego głosu. Westchnął więc i ruszył w dalszą drogę.

***

Pewds, po zaczerpnięciu oddechu, postanowił wrócić bliżej budynku. Kojarzył, że według gry, gdzieś niedaleko powinny znajdować się te wielkie, brązowo-pomarańczowe zbiorniki. Przełamał więc swój strach i podbiegł do domu. Rzeczywiście, nie zajęło mu nawet pięć minut, żeby dostać się do zbiorników. Było ich kilka, ustawionych w rzędach. Pewdie zaczął rozglądać się za kartkami. Jedyne co pamiętał z tego miejsca, to że Slenderman często pojawiał się za którąś z cystern i potem ciężko było wyjść, nie spotykając go przypadkiem.
Sprawdził już trzy zbiorniki i do tej pory nie znalazł nic. Właśnie miał obejrzeć czwarty, podniósł więc głowę, by widzieć, gdzie zamierza iść. Po drugiej stronie cysterny stał blady stwór. Dopiero teraz, gdy byli oddzieleni od siebie i Slenderman nie mógł mu teoretycznie nic zrobić, Pewdiepie miał okazję przyjrzeć się mu dokładniej. Był łysy, bez oczu, nosa czy ust. Tylko biała skóra naciągnięta na czaszkę. Miał około dwóch i pół metra wysokości, ubrany był w czarny garnitur i krawat. Dziwne wydawało się to, że miał dwa razy dłuższe ręce, niż normalny człowiek, ponadto, za nim dostrzec można było coś w rodzaju długich, czarnych macek. Stali naprzeciwko siebie i Felix czuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Musiał ruszyć się, by znaleźć kartkę, ale jeśli to zrobi, nie ma szans, żeby mu uciec, zważywszy na to, jak blisko jest ta kreatura. Poza tym, strach kompletnie sparaliżował gracza. Nie był w stanie przesunąć się chociażby o milimetr. Patrzył się tylko na postać przed sobą, czekając na jej ruch. Przez chwilę nic się nie działo. Stali tak, nie poruszając się w ogóle, obserwując się nawzajem. Nagle jedna z macek wystrzeliła w stronę przerażonego Szweda. Chwyciła go za rękę, ale Pewds wyrwał się i przebiegł kilka metrów. Odwrócił się jeszcze kilka razy, sprawdzając obecność Slenderman’a, ale za każdym razem postać była tuż za nim. Krzyknął w panice i poczuł, jak ogarnia go rozpacz. Nie ucieknie. Nie da rady. Zostawi wszystko: Cry’a, dom, swoją rodzinę, fanów, Marzię… Już jest martwy. Nie ma szans.
Biegł jednak dalej, próbując wyratować się jakoś. Kluczył między zbiornikami, próbując zgubić swego dręczyciela. Po pewnym czasie zmęczył się ciągłym biegiem. Bez większej nadziei spojrzał za siebie i z zaskoczeniem stwierdził, że nikt za nim nie stoi.
- Proszę, niech mu się znudzi… - mruknął Pewds, próbując się odstresować.
Spojrzał na cysternę, która znajdowała się obok niego. Uśmiechnął się lekko, widząc krzywy napis na papierze. Zerwał kartkę.
- Leave me alone. Pięć na osiem – przeczytał.
Wciąż patrząc się na kartkę odwrócił się. Podniósł wzrok i zamarł z przerażenia. Slenderman stał tuż przed nim, a co najgorsze, Pewdie nie miał gdzie uciec. Dłoń potwora uniosła się nad głową chłopaka i zawisła nad nim groźnie.
Rozdzierający krzyk rozszedł się po całym lesie.
-----------------------------------------------------------------------------------

I oto pierwszy rozdział historii. Podzieliłam go na dwie części, bo aktualnie zajmuje prawie 15 stron i stwierdziłam, że lepiej go będzie opublikować w dwóch częściach, żeby nie było tego za dużo XD

1. Opis Cry'a - bazuje na popularnym fanowskim wyobrażeniu Cry'a. Jedyna potwierdzona informacja to taka, że Cry nosi okulary.
2. Slender - no, każdy to zna xD. Historia o tajemniczym stworze bez twarzy, który porywa dzieci. Pierw był to "dokument" w którym przedstawiano dowody na jego istnienie, później na podstawie historii stworzono grę. Zarówno Pewds jak i Cry w nią grali, gameplay'e można znaleźć na ich kanałach xD
3. Bro day everyday - wydaje mi się, iż wymyślili to grając razem w Bloody Trapland, ale gwarancji nie dam, a nie chce mi się teraz tego szukać xD
4. Zanim zaczną lecieć pytania - tajemnicza Alice jest postacią fikcyjną, wymyśloną przeze mnie. Nie jest to nawiązanie do żadnych z filmów, gier, książek czy czegokolwiek <poza moim chorym umysłem, który stworzył tą akcję>.

Piosenka dla rozdziału pierwszego (bo lubię muzykę przy pisaniu): 
http://www.youtube.com/watch?v=dp0Z7otCk7Q

Ani Cry, ani Pewdie nie należą do mnie. Tak samo ze Slender'em.

Prosiłabym o komentowanie i rozsyłanie innym zainteresowanym - nie lubię spamić, a chciałabym wiedzieć, co ludzie o tym myślą, bo nie wiem, czy jest sens dalszego pisania xD

Enjoy~~ :)

4 komentarze:

  1. Czekam na kolejne rozdziały. :3

    OdpowiedzUsuń
  2. <3
    PS. Kocham to ale nie chce mi się komentować. Serduszko zostawiam na znak, że mi się podobało, i że przeczytałam c:

    OdpowiedzUsuń
  3. " Fuck! Jesteśmy w Slenderze! " ( ͡° ͜ʖ ͡°)
    Opowiadanie przeczytałam wcześniej, ale moim nowym celem życiowym jest dodawanie komentarzy... Po jeden na każdy rozdział, żeby było w miarę co do ciebie sprawiedliwie. XD
    Alice wydaje mi się bardzo dziwną postacią... Trudno odgadnąć co myśli. Ale cóż, niestety mam podobne podejście do niej ("zabawność ponad wszystko. Nuda jest gorsza niż śmierć"), więc chyba powinnam ją zrozumieć... No cóż. ^^"
    Przypomina mi ona trochę Lokiego z Marvela, nie wiem czemu. XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, ile mi roboty przysporzyłaś tymi komentarzami, bo moim celem życiowym jest odpowiadanie na każdy dłuższy komentarz. Boże, jak dobrze, że mamy weekendy xD
      Alice... No cóż, czy ja wiem, czy jest dziwna? Jako twórca mam do niej trochę inne podejście, bo jednak znam jej historię xD Biedna dziewczyna chce mieć trochę frajdy z życia, to daję jej możliwość xD

      Powiem tak, z Lokim ma pewne podobieństwa, ale mimo wszystko dość się od niego różni. Zresztą, no spoilers, wszystko ujrzycie sami :D

      Usuń